poniedziałek, 24 lipca 2023

Epilog - Dałam mu to

 

Epilog

Dałam mu to

Abigail

 

 

Trzy miesiące później…

Byłam w swojej ulubionej bawełnianej, cienkiej, letniej, żółtej sukience bez rękawów, w płaskich, zielonych sandałkach na stopach, z rozpuszczonymi włosami i podskakiwałam przy każdym kroku z szalonej radości.

Wyszłam z biura college’u i ruszyłam korytarzem do drzwi wyjściowych, by opuścić ten budynek po tym, jak uporządkowałam dokumenty i mogłam po prostu odebrać dyplom ukończenia szkoły następnego dnia na uroczystym zakończeniu roku szkolnego.

Było pusto i cicho, ale i tak moja głowa była pełna tego, co działo się w moim życiu przez ostanie miesiące.

Will nie odzyskał pamięci jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Był to proces długi, nierówny, bolesny dla niego, więc trudny dla mnie i powodujący u mojego mężczyzny ataki agresji, bo wywoływał u niego frustrację i zniechęcenie.

Will nie wrócił do szpitala, więc z większością jego dolegliwości zmagaliśmy się razem w domu z Azrą decydującym o lekach przez telefon.

Byłam mu dozgonnie wdzięczna za zaangażowanie.

Will jednak miał napad zazdrości po tym, jak usłyszał, że powiedziałam do lekarza po imieniu i jak Azra mówił do mnie w obecności mojego narzeczonego tonem przepełnionym troską.

- On na ciebie leci - powiedział Will, trzaskając z wściekłością drzwiami do mojego SUV’a tego dnia, kiedy wyszliśmy ze szpitala po tomografii, na której byliśmy tydzień po tym, jak Amanda została odesłana do domu.

Tak, odesłana!

Ryan i David postarali się, żeby była żona mojego mężczyzny bez kapryszenia wsiadła do samolotu i odleciała do Tucson.

Może bez kapryszenia to słowa na wyrost, bo klęła tak, że nigdy nie słyszałam tak bogatej wiązki nawet od robotników budowlanych, ale nie miała słów sprzeciwu po drobnym tête-à-tête, do jakiego David nakłonił ją zaraz po tym wybuchu.

Jak już wiecie, David był straszny sam w sobie, chociaż potrafił być słodki, co pokazał, pomagając nam bez wahania i bez zwłoki, kiedy popłakałam się Maggie w słuchawkę przez telefon.

- On może sobie na mnie lecieć - stwierdziłam spokojnie do Willa, kiedy wsiedliśmy, zapięliśmy pasy i uruchomiłam silnik mojej CX 30 - Chyba powinno cię interesować tylko to, że ja lecę na kogoś innego.

- Na kogo? - zapytał wtedy Will warknięciem, zerkając na mnie groźnie, a ja o mało się nie roześmiałam.

Jego zazdrość była urocza.

- Na mojego narzeczonego - szepnęłam mu prawie w usta, bo jednocześnie odpięłam się, pochyliłam się w jego stronę i zakończyłam to głębokim pocałunkiem.

Will jęknął w moje usta i odsunął się, więc i ja się odsunęłam na swój fotel, a potem popatrzyłam na niego z niepokojem.

Wciąż miewał nagłe bóle głowy i martwiłam się o niego.

- Abi - westchnął Will, a wtedy spojrzałam w dół.

O, rany!

To mi nie przyszło do głowy.

Will niekomfortowo poprawiał swoje spodnie, w których namiot skrywał problem, przez który poczuł się źle, a ja odmawiałam mu swojego ciała od czasu jego wypadku.

Zapięłam z powrotem pasy i poprawiłam się na swoim siedzeniu.

- Nie możemy - teraz była moja kolei na westchnienie - Nie chcę, żeby cię…

- Przestań - Will burknął jak rozkapryszone dziecko, a ja zacisnęłam wargi, ruszając jednocześnie z parkingu.

Skupiałam się na jeździe i próbowałam wymyślić sposób rozwiązania tego impasu, w jakim się znaleźliśmy.

Czegokolwiek bym nie zrobiła, mój mężczyzna będzie czuł się z tym źle.

Po powrocie do domu tego dnia, kiedy pokłóciliśmy się z moim ukochanym, jeśli można tak nazwać naszą rozmowę w samochodzie, porozmawiałam z Azrą przez telefon, okrężną drogą starając się wypytać go, czy mogłabym jakoś kochać się z Willem.

Nie byłam pewna, ale chyba domyślił się, o co go pytałam.

Powiedział mi, że: aktywność fizyczna i pozytywny stres mogą spowodować ból głowy, ale późniejszy relaks powinien dać dobre efekty i w rezultacie całość zadziała na korzyść pacjenta.

Tak się wyraził, cokolwiek to miało znaczyć.

Nieważne.

Tego dnia wieczorem, kiedy przyszykowaliśmy się do snu, położyłam się obok mojego narzeczonego, jak kładliśmy się codziennie od kilku tygodni, a potem zaczęłam delikatnie pieścić jego ciało.

Will sypiał teraz w koszulkach i spodniach od piżamy, a ja w piżamkach, które miały szorty i koszulki na ramiączkach.

Przejechałam palcem po wewnętrznej stronie ramienia Willa, podnosząc na końcu rękawek jego koszulki, a potem przykładając tam usta.

- Abi - mruknął Will ostrzegawczo i objął moje plecy ręką.

- Chcę ciebie - szepnęłam, a on zamarł, po czym przesunął się tak, ze jego ramię wyszło spod moich pleców, a jego głowa zawisła nad moja twarzą.

- Myślisz, że możemy? - zapytał napiętym tonem, w którym brzmiała nadzieja, która wręcz spowodowała drżenie moich nóg.

Mój Will też mnie chciał.

- Możemy… - szepnęłam znowu, tym razem nagląco - Wiliamie!

Tak!

Zadziałało, jak zawsze działało i dostałam to, co zawsze dostawałam w odpowiedzi na jego pełne imię zwłaszcza, jeśli wymawiałam je tym tonem.

Przekonałam się wtedy, że mój Will przypomniał sobie wszystko lub prawie wszystko, co było najważniejsze, jeśli chodziło o nas.

Pamiętał, gdzie mnie dotykać, bym czuła, żebym podniecała się wolno i delikatnie lub rozpalała, jak pochodnia nasycona ropą.

Pamiętał, jak lubiłam spowalniać, by trwało to, co było najlepsze, a kiedy tego chciałam, jak przyspieszać, żeby to było gwałtowne.

I dał mi to wszystko, a potem dał mi jeszcze więcej, kiedy położyliśmy się przytuleni mocno i blisko, byśmy schodzili z naszych szczytów wdychając swój zapach i chłonąc wzajemną obecność.

Miałam go.

Miałam go jeszcze więcej, kiedy na początku czerwca polecieliśmy do Phoenix we dwoje, a wcześniej Will uprzedził mnie, że to zrobimy, więc się przygotowałam.

Wyjęłam z pudełka, które miałam schowane w czeluściach mojej wbudowanej szafy, moje kurtki skórzane i to obie.

Zarówno tą grubszą, która teraz nie była przydatna, ale chciałam pokazać Willowi, że ją miałam, jak tą cieńszą, ramoneskę, którą on mi kupił, kiedy po raz pierwszy miałam jechać z nim na jego Harleyu.

W Phoenix oczywiście odwiedziliśmy Fran, ale byliśmy u niej tylko jeden dzień, bo nasz cel był inny.

Will pokazał mi magazyn, w którym miał zgromadzone pozostałości jego dawnego, samotnego życia.

Były tam również dwa Harleye, a mój mężczyzna przyznał się, że miał je trzy, ale jeden sprzedał po zajściach w Nowym Meksyku.

Miał z nim związane złe wspomnienia.

Na Davidsonie Buell przyjechaliśmy te ponad tysiąc kilometrów w trzy dni do Salt Lake City, do domu, nie spiesząc się, nocując w motelach i zwiedzając przez cały jeden weekend.

Byliśmy jak wolne ptaki.

Will dał mi to wszystko.

Kiedy więc wyszłam z budynku mojej szkoły, a czerwcowe słońce oświetliło mój szczęśliwy dzień, uśmiechnęłam się szczęśliwie do mężczyzny najprzystojniejszego ze wszystkich, stojącego przy swoim czarnym motocyklu po drugiej stronie chodnika przy samej ulicy i zaczęłam zbiegać ze schodów, żeby jak najszybciej znaleźć się w jego ramionach.

*****

Wiliam

Stojąc przy swoim Harleyu, Will patrzył na Abigail zbiegającą ze schodów od głównego wejścia do szkoły, która wyglądała tak radośnie, pogodnie, młodo i kolorowo, jak ją zapamiętał z tamtego zdjęcia, które dostał lata temu.

Była taka piękna, że zapierało mu dech w piersiach, jak robiło to zawsze i niezmiennie.

Najpiękniejsza dziewczyna, jaką zdarzyło mu się widzieć kiedykolwiek w jego całym cholernym życiu.

Jej ciemno blond włosy były rozpuszczone, rozwiane na wietrze, a jej uśmiech pełen szczęścia skierowany był bezpośrednio do niego, jak wyśnił to sobie dawno temu.

Teraz, kiedy wreszcie polecieli do Phoenix i przyjechali do SLC jego motocyklem, będzie miał jej tyłek na siedzeniu za sobą, to było jeszcze lepsze.

Następnego dnia Abigail odbierała dyplom ukończenia college’u, a tydzień później miała zostać jego żoną.

Kilka miesięcy temu Jasmine i Jeremy ogłosili wszystkim, że po uzyskaniu przez dziewczynę dyplomu ukończenia college’u mieli wyjechać na stałe na farmę jego rodziców, gdzie chłopak  dostał działkę i rozpoczął budowę domu dla swojej rodziny.

Jason zdecydował się na zamieszkanie ze współlokatorem w apartamencie w pewnym kompleksie mieszkalnym bliżej gór Watah, ale jego piece i koło garncarskie zostało w Słoneczniku.

Tutaj miał pracować.

Tym samym wygasła poprzednia umowa między Abigail a resztą przyjaciół i nadeszła pora na podpisanie nowej.

Abigail miała wystarczająco dużo pieniędzy, więc wykupiła udziały pozostałych w domu i w sklepie, ale nie chciała rezygnować ze współpracy z całą trójką, co spowodowało, że zaproponowała im, że będzie sprzedawać ich produkty, kiedy tylko jej dostarczą je do tego sklepu/galerii, który miał nadal funkcjonować pod nazwą Słonecznik.

Zatrudniła na pełen etat dwie sprzedawczynie, które już znała, a Alice nadal miała prowadzić jej księgowość.

Will odbył z Markiem rozmowę, po której wrócił do pracy u niego pod jednym warunkiem.

- Nie możesz próbować ratować wszystkich kosztem siebie - mężczyzna powiedział mu zdecydowanym, chociaż delikatnym tonem.

- Nie próbowałem - odmruknął mu na to Will, chociaż przeczuwał, że trochę kłamał lub przynajmniej nie mówił wszystkiego.

- Wiem, że jesteś przyzwyczajony, by pracować samotnie - stwierdził Mark, potwierdzając Willowi, że wiedział, co ten chciał ukryć - Też taki byłem. Potem prawie opuściłem swoją rodzinę na zawsze, bo nie ochroniłem siebie.

Mark patrzył Willowi prosto w oczy i mówił z naciskiem, żeby podkreślić swoją rację, przez co Will słuchał go bardzo uważnie.

- Musisz nauczyć się czasem odpuszczać - kontynuował jego pracodawca z naciskiem, ale to nie brzmiało jak wymówki, jak reprymenda, a raczej jak rada zatroskanego przyjaciela - Czekać, aż inni się odezwą i dopiero potem wkraczać. Ze wsparciem za plecami.

Will skinął głową i opuścił wzrok.

Zrozumiał.

Jeśli nie chciał odejść z tego świata, pozostawiając Abi bez niego, musiał zadbać również o siebie, cokolwiek zamierzał robić.

A teraz, opierając się biodrami o siedzenie swojego Harleya, Will miał przed oczami wszystko, dla czego mógłby zrezygnować nawet ze swojej pracy, nie tylko z ryzyka, bo kochał tę kobietę, która biegła do niego, ponad swoje życie.

- Cześć - wypchnęła na wydechu, kiedy już była na wyciągnięcie ręki - Zapatrzyłeś się?

- Tak - mruknął Will - Miałem na co.

- Na co? - spytała, przekrzywiając na bok głowę i uśmiechając się kokieteryjnie, czego prawdopodobnie nie była świadoma, ale Willowi się podobało, bo było skierowane do niego.

- Wyjaśnię ci w domu - powiedział głośniej i bardziej zdecydowanie, odpychając się tyłkiem od Harleya, by wykręcić tułów i wziąć z siedzenia kaski.

Jeden podał swojej kobiecie, a drugi przyszykował, by włożyć na swoją głowę i zapiąć paski pod brodą.

- Muszę ci coś pokazać - wyjaśnił, kiedy Abigail zakładała swój kask.

- Gotowa? - zapytał, spoglądając na nią, poprawiając zapięcie swojej skórzanej kurtki i widząc, że Abi zrobiła to samo ze swoją.

W żółtej sukience i starej ramonesce, którą kupił dla niej trzy i pół roku temu, wyglądała tak seksownie, że cieszył się, że nikogo nie było w okolicy.

Z zazdrości chciałby chyba komuś obić mordę, a miała rację.

To nie było ważne, że ona komuś wpadła w oko, bo najważniejsze było to, że jego Słonecznik nie widziała świata poza nim.

A w to nie wątpił.

*****

Pół godziny później…

- Zobacz - powiedział Will, podając Abi zdjęcie, które wydobył z szuflady, w której trzymał swoje dokumenty - To zdjęcie dostałem, kiedy kończyłaś drugą klasę liceum. Nie było mnie w SLC  i ktoś inny pilnował waszej rodziny.

Nie powiedział śledził, bo to i tak było porąbane, że Will znał Abigail, jej mamę i jej siostry, zanim ona w ogóle dowiedziała się o jego istnieniu.

- Och - jego dziewczyna powiedziała tylko tyle, więc również wiedziała, że to było co najmniej dziwne.

- Zakochałem się w tobie już chyba wtedy, chociaż początkowo broniłem się przed tym uczuciem - Will wyznał i patrzył na dłoń Abi, ściskającą zdjęcie, bo zadrżała tak mocno, że nie wiedział, czy to było dobre, ale mówił dalej - Potem śniłem niejeden raz, że zbiegasz po schodach w ten sposób, taka piękna, młoda, barwna i uśmiechasz się do mnie.

- Will - wyszeptała Abi, pochyliła się w jego stronę i wyciągnęła dłoń, w której nie trzymała zdjęcia.

- Więc naprawdę, dzisiaj wyśnił się mój sen - kontynuował - Spełniło się moje marzenie. Uśmiechnęłaś się do mnie. Nasyciłaś mój świat kolorami i nadałaś sens mojemu życiu.

Abigail nagle porzuciła zdjęcie, odwróciła się do swojej szuflady z materiałami do rysowania i po krótkich poszukiwaniach wyjęła z niej szkicownik.

Przewróciła kilka kartek, otworzyła go i podała Willowi.

Zamarł i zapatrzył się, kiedy powiedziała swoje wyjaśnienie, a jej głos był zachrypnięty od emocji.

- Kiedy się musieliśmy rozstać, chciałam mieć coś, co byłoby tobą, a nie miałam żadnego zdjęcia. Nie umiem rysować twarzy, więc próbowałam.

Will przewrócił kilka kartek w obie strony i znalazł tam szkice jego brwi, oczu, ust, nosa…

- Dopóki nie dostałam mojego słonecznika, miałam tylko to.

Will podniósł wzrok do oczu swojej ukochanej i już wiedział, co chciała mu powiedzieć.

Tęskniła przez te trzy lata tak samo mocno, jak on tęsknił za nią.

- Kocham cię, Abigail - powiedział, a potem pokazał jej to na kilka znanych im już sposobów.

Byli w sypialni, więc dotarcie do łóżka zajęło im jakąś sekundę, a po drodze Will całował Abigail po szyi, a potem w usta, by rzucić ją na wznak na materac i upaść na nią.

Zdjęcie ubrań nie wydawało się być potrzebne, więc tylko zsunął swoje dżinsy razem z bokserkami, podwinął jej sukienką i odchylił majtki, by znaleźć już mokrą kobiecość.

Wbił się w nią mocno, ale nie boleśnie, jednym płynnym ruchem.

Później czuł jej gorąco, wilgoć i jedwabistą gładkość całym kutasem, kiedy wchodził i wysuwał się z niej raz za razem.

Zaczął delikatnie i wolno, a potem zaczął przyspieszać.

Byli tak bardzo podnieceni, że zaczął się ruszać, a ona robiła to razem z nim, wychodząc mu naprzeciwko.

Ostatecznie już nie kontrolowali swoich ruchów, ani podniecenia, bo ich rozkosz wzbijała się na takie wyżyny, że orgazm ogarnął ich oboje gwałtownie w sposób, w jaki robił to, kiedy bardzo się potrzebowali.

Dał jej to.

A ona mu to dała w zamian.

*****

Tydzień później…

Will stał przy ołtarzu i niecierpliwie czekał, aż najpiękniejsza dziewczyna świata, która kroczyła przejściem między ławkami kościoła wsparta na ramieniu swojego taty, wreszcie do niego przyjdzie.

Dziękował Chrystusowi, że lata temu coś go powstrzymało przez poślubieniem Mandy w obliczu Boga, bo mógł teraz pojąć w ten sposób tę, która była mu prawdziwie przeznaczona.

Nagle dotarło do niego to, co prawie dwadzieścia lat wcześniej wyśmiewał u swojego najstarszego brata: a co, jeśli nie był jej godzien, jeśli nie da rady

Abigail miała na sobie długą, białą, gładką suknię, która rozszerzała się do dołu niczym odwrócony kwiat lilii.

Nie miała żadnych zdobień również na gorsecie, a jego dekolt był w kształcie serca, co podkreślało ponętny biust jego dziewczyny i uwidaczniało jedyną ozdobę, jaką miała na sobie, czyli jego słonecznik.

Abigail nie miała również welonu, a w jej rozpuszczone włosy, które spływały falami na odkryte plecy, były wpięte żółte kwiatki.

Takie same kwiatki przypięte były na samym dole spódnicy.

A jej wzrok był utkwiony w nim i zachwycony, a to spojrzenie było tak pełne ufności, że dodało mu odwagi, by wierzyć.

Kiedy w końcu dotarła do niego, jej tata podał Willowi jej rękę, pocałował ją w policzek i Will miał ją.

Miał ją mieć za żonę.

Miał być jej mężem.

I już zrozumiał, że nie musiał być najlepszy dla wszystkich, bo był najlepszy dla niej tak, jak ona była idealna dla niego.

*****

Abigail

Miesiąc później…

Siedzieliśmy z Jackiem i Billy’m w poczekalni szpitala położniczego, gdzie moja siostra walczyła o życie swoje i swojej młodszej córki.

Miałam ochotę chodzić w kółko albo lepiej rozbić coś z hukiem o ścianę z wściekłości i bezsilności, jakie mnie przenikały.

Zmuszałam się jednak do siedzenia w miarę spokojnie, żeby nie martwić bardziej mojego już-zmartwionego szwagra i mojego młodego przyjaciela.

Pozostała dwójka ich dzieci była w ich domu z Evą, Davie’m i Marią.

Nie dowiedziałam się, co właściwie się stało, bo do tej pory wszystko było dobrze, ale dwie godziny temu nastąpiły jakieś powikłania i Anie dostała bóli, krwotoku, a w końcu omdlała, w wyniku czego Billy musiał wezwać pogotowie, a potem jeszcze zadbać o opiekę dla ich młodszych dzieci.

Wtedy też zadzwonił do mnie.

Will był w pracy i nie mógł się wyrwać, ale napisałam mu SMS’a, żeby nie martwił się i nie szukał mnie, kiedy wróciliby do domu, a mnie tam by nie było.

Strasznie się bałam o moją ukochaną siostrę.

Tyle już przeszli z Billy’m i wszystko wydawało się być już dobrze zakończone, a tu takie coś niespodziewanego przy ich trzecim dziecku!

Anie po stracie pierwszego dziecka była bardzo ostrożna z rozgłaszaniem informacji o swoich ciążach, a tym razem powiedziała nam o spodziewanym dziecku, kiedy była w drugim miesiącu, a o tym, że to prawdopodobnie będzie córka, już w piątym.

Była taka szczęśliwa.

Razem z Willem postanowiliśmy, że będziemy się starać o dziecko, jak tylko mój organizm dojdzie do siebie po odstawieniu przeze mnie pigułek, co zrobiłam prawie trzy tygodnie temu.

Mój lekarz powiedział, że powinnam poczekać jeszcze ze dwa trzy miesiące, zanim będziemy kochali się bez zabezpieczenia, bo moje PCO co prawda mogło doprowadzić do zaburzeń płodności, ale byłam dobrej myśli.

Przecież najważniejsze było to, że kochaliśmy się z Willem.

Moje rozmyślania przerwał głos otwieranych drzwi poczekalni, a sekundę później przeszedł przez nie lekarz i rozejrzał się po naszych twarzach.

- Pani Brown? - zapytał, a my podnieśliśmy się jak na komendę.

Billy wystąpił do przodu, Jack trzymał się tuż za nim, a ja położyłam dłonie na ramionach chłopca, kiedy stanęłam za jego plecami.

- Panie Brown - powiedział lekarz z małym uśmiechem - Pańska żona i córka mają się dobrze. Szczęśliwie trafiły tu szybko i obyło się bez zagrożenia życia - lekarz spoważniał, przesunął wzrokiem po Jacku i mnie, a potem dodał - Niestety, nie będzie miała więcej dzieci. Musieliśmy przeprowadzić zabieg…

Kiedy lekarz przerwał, zrozumiałam, że nie było to coś, czym chciał się dzielić przy Jacku, a być może też przy mnie, ale najważniejsze było to, że obie dziewczyny miały się dobrze.

- Czy mogę do nich iść? - zapytał Billy, a lekarz skinął głową i odsunął się, robiąc mu miejsce przy drzwiach.

Billy odwrócił się do nas, a wtedy powiedziałam, żeby go uspokoić - Idź, poczekamy tu. Pozdrów Anie od nas.

*****

Dwa dni później…

Siedziałam na krześle obok łóżka szpitalnego mojej już-teraz-jedynej siostry i patrzyłam z uśmiechem pełnym zachwytu na mojego mężczyznę, który kołysał na zgięciu łokcie moją najmłodszą siostrzenicę.

- Ma na imię Gladys - powiedział Billy cichym głosem, który zawsze tak samo mu łagodniał, kiedy mówił cokolwiek przy jednym ze swoich dzieci lub przy Anie, kiedy była po porodzie lub karmiąca.

Albo kiedykolwiek przy swojej rodzinie.

Ten męski mężczyzna kochał ich tak bardzo, że stawał się nie tylko troskliwy na męski sposób, ale również czuły dzięki temu, że miał ich obok siebie.

Wiedziałam, że taki sam stałby się mój mąż.

Chciałam mu to dać.

Bardzo chciałam.

*****

Rok później…

- Gla-Gald-Gladys moja słodka - zaśpiewałam od mojej siostrzeniczki, która właśnie kończyła roczek i podrzuciłam ją w wyciągniętych rękach, a potem okręciłam się z nią wokół własnej osi.

Zaśmiała się rozkosznie i pomachała rączkami i nóżkami.

Wtedy przypomniałam sobie, dlaczego nie powinnam tego robić, bo zobaczyłam mroczki przed oczami i zawirowało mi w głowie.

Jednocześnie żołądek podjechał mi do gardła.

Przełykając, by powstrzymać mdłości, przytuliłam do siebie maleństwo, poszukałam za plecami oparcia, kiedy poczułam tam ciepłe, twarde i stabilne ciało mojego męża, który mnie podtrzymywał, otulając swoimi ramionami.

- Ostrożnie - Will zamruczał mi do ucha.

Przekręciłam lekko głowę i pozwoliłam mu pocałować się w skroń, a jednocześnie uśmiechnęłam się szczęśliwie, bo mieliśmy swoją słodką tajemnicę.

To były pierwsze urodziny Gladys, więc nic nie powiedzieliśmy nikomu o tym, czego dowiedziałam się od lekarza dwa dni temu.

Mała miała swoje święto, a my mogliśmy mieć nasze za kilka kolejnych dni, tym bardziej, że to był dopiero drugi miesiąc.

Tak.

Byłam w ciąży z naszym pierwszym dzieckiem.

Mój ukochany dał mi wszystko, a ja dałam mu to w zamian.

Koniec

#####

Dziękuję za wszelkie gwiazdki, komentarze, słowa wsparcia.

M.

 

 

To już koniec części siódmej z serii opowiadań „Przyjaciele”

Ósma, o Abigail, już dostępna na https://monique-romans-32.blogspot.com/

Na kolejną zaproszę we wrześniu lub październiku na Wattpad.

Tłumaczenie książki Obietnica z serii Miasteczko Kristen Ashley na https://monique-romans-31.blogspot.com/.

Do zobaczenia.

 

#####

 

Zapraszam do lektury moich książek i tłumaczeń na moich blogach na blogspot.com

https://www.blogger.com/profile/07249619924983924212

na Wattpad: https://www.wattpad.com/user/Moniqueromans

i na https://doci.pl/Monique-1-b

 

#####

 

dziękuję

Monique.1.b

https://www.paypal.com/paypalme/Monique1b?country.x=PL&locale.x=pl_PL

sobota, 22 lipca 2023

23 - Pamiętasz?

 

Rozdział 23

Pamiętasz?

Wiliam

 

 

Dwa miesiące później…

- Kurwa mać - syknął Will do siebie, kiedy, przeglądając dane na swoim laptopie, uświadomił sobie, że zrobił błąd.

Może nie był to faktyczny błąd, ale przegapił dość istotną informację o pewnym mężczyźnie, która mogła mieć cholernie duży wpływ na zadanie, jakie właśnie wykonywała grupa ochroniarzy Marka, którym ustawiał konfigurację na ważny event tego wieczoru.

Will chwycił swój telefon ze stolika do kawy, przy którym siedział w fotelu i natychmiast wybrał numer Big Bena.

Siedział w salonie Abigail, pił kawę, studiował dane i czekał, żeby jego dziewczyna skończyła uczyć się do ostatniego testu w tej sesji egzaminacyjnej.

Podejrzewał, że ten wieczór był dla niego stracony na czekanie.

Nie doczekałby się Abi, bo jak jego kobieta zaczynała coś robić, robiła to do końca, bez zmiłowania dla swojego zdrowia, żołądka i tylko myśl o nim mogła sprawić, żeby oderwała się od tego, co zaczęła.

A tego wieczoru Will nie zamierzał jej przerywać, w żaden sposób przeszkadzać, bo to było dla niej bardzo ważne.

Więc również nie narzekał.

Big Ben nie odbierał, więc Will napisał do niego alarmującą wiadomość Zadzwoń! i zaczął szybko zbierać się do wyjścia.

Kiedy już miał na sobie buty i kurtkę, wszedł do apartamentu Abi, gdzie jego dziewczyna siedziała na kanapie obok swojego laptopa otoczona podręcznikami i notatnikami, powtarzając wiadomości do jutrzejszego testu.

- Słoneczniku - zawołał delikatnie, by zwrócić na siebie jej uwagę, a kiedy podniosła do niego nieprzytomny wzrok, dodał - Muszę iść. Nie wiem, czy wrócę na noc. Nie kładź się zbyt późno i nie czekaj na mnie.

To już się zdarzyło raz czy dwa, że przez jego pracę nie wrócił na noc do jej łóżka, więc wiedziała, o co chodziło.

Nie lubiła tego, ale rozumiała.

- Okej - wymamrotała - Uważaj na siebie.

Zawsze tak mówiła, kiedy szedł do pracy, chociaż Will wielokrotnie powtarzał jej, że jego zadania nie były niebezpieczne.

Po prostu zbierał dane i analizował informacje.

Abigail nadal martwiła się o niego.

- Będę - mruknął, obiecując jej coś, czego nie zawsze mógł dotrzymać i schylając się do jej ust po pożegnalny pocałunek.

Nie wszystko w życiu zależało od niego, co już wiedział.

Teraz miał zadbać o coś, co zależało od niego, a mogło mieć wpływ na bezpieczeństwo innych, więc się śpieszył.

Wybiegł z domu wprost do swojego pickupa, zamykając za sobą drzwi do domu Abi, bo zostawała sama i tylko Jason miał niedługo wrócić na noc.

Will dojechał na miejsce w rekordowym, jak na dystans, jaki miał przebyć, czasie piętnastu minut, po drodze dzwoniąc jeszcze pod dwa numery.

Kiedy nie uzyskał połączenia, zostawił Markowi wiadomość głosową.

Wysiadł ze swojego pickupa prawie w biegu, zamknął zamki przyciskiem na pilocie, który natychmiast automatycznie schował do kieszeni dżinsów i pognał od kulis w kierunku sceny, na której odbywały się pokazy.

Wszedł na zaplecze, pokazując po drodze nie znającym go ochroniarzom plakietkę dostępu, jaką mieli wszyscy z ich załogi.

Już nie biegł.

Rozglądał się czujnie, żeby znaleźć tego, który stanowił potencjalne zagrożenie, co Will odkrył dopiero po głębszej analizie danych.

Musiał go unieruchomić przynajmniej na kilka godzin, ale nie spodziewał się, żeby było to szczególnie niebezpieczne.

Kiedy już Will widział plecy Big Bena, usłyszał ruch za swoimi plecami, ale nie zdążył się uchylić lub odwrócić.

Nagły ból dosłownie eksplodował mu w czaszce, a ostatnim, o czym pomyślał, było Słonecznik.

Potem była tylko ciemność.

*****

Abigail

Następnego dnia przed południem…

Wyszłam z budynku, w którym właśnie skończyłam pisać swój ostatni w tej sesji egzamin i wyjęłam z torebki telefon, by włączyć jego dźwięk.

Kiedy spojrzałam na ekran, zmarszczyłam brwi.

Will nie napisał mi żadnej wiadomości ani nie odezwał się w inny sposób od czasu, kiedy niespodziewanie wyszedł do pracy wczoraj późnym wieczorem.

Wybrałam jego numer, ale nie odbierał.

To było niespotykane, więc po plecach przesunął mi się dreszcz niepokoju.

Zastanowiłam się tylko sekundę, zanim wybrałam numer do Marka, którego do tej pory chyba nigdy nie używałam, ale który dostałam wieki temu.

- Abi? - usłyszałam Marka i napięty ton jego głosu mnie nie uspokoił.

- Mark - powiedziałam, starając się brzmieć spokojnie, chociaż było mi do tego daleko - Nie mogę się dodzwonić do Willa.

- Will mówił, że piszesz dzisiaj test - powiedział Mark i nie była to odpowiedź na moje pytanie, więc zdenerwowałam się jeszcze bardziej.

- Mark… - szepnęłam w końcu - straszysz mnie.

- Gdzie jesteś? - zapytał Mark znowu mi nie dopowiedział, ale nie mogłam panikować, bo Will mógł mnie gdzieś tam potrzebować.

Uważał, że byłam dzielna, samodzielna i poradziłabym sobie ze wszystkim, a ja zamierzałam mu udowodnić, że tak naprawdę było i zasłużyć na to, by mój mężczyzna był ze mnie dumny.

- Przed uczelnią. Właśnie wyszłam - odparłam trochę silniejszym głosem, kiedy moje plecy się wyprostowały i zwróciłam się w kierunku parkingu - Ale mam tu samochód i mogę dojechać, gdziekolwiek mnie potrzebujesz.

- Hmmm - wymamrotał Mark, ale później zdecydował się poinformować mnie - Will jest w szpitalu. Wyślę ci adres. Będę czekał przy rejestracji na dole przy głównym wejściu.

- Racja - mruknęłam przez zaciśnięte gardło.

Ruszyłam do swojego SUV’a, usilnie starając się nie myśleć o tym, co mogło się stać, że mój narzeczony trafił do szpitala, bo wiedziałam, że wyobrażanie sobie tego, mogło być gorsze, niż było samo zdarzenie lub jego skutki.

Jazda zajęła mi jakieś dwadzieścia minut, bo bardzo starałam się jechać wolno, ostrożnie i skupiać się na drodze, żeby nie spowodować wypadku, ale w końcu dotarłam do szpitala, zaparkowałam i poszłam do głównego wejścia.

Mark czekał tam na mnie, jak obiecał.

- Cześć - powiedział, bez wahania kierując mnie w stronę windy, popychając lekko przed sobą i po drodze mówiąc mi, co się stało - Will wczoraj odkrył, że jeden ze wspólników głównego wokalisty jest dłużnikiem ważnego gościa. Nieważne. Nie dodzwonił się do żadnego z nas, więc pojechał na miejsce. Na szczęście jednocześnie nagrał dla mnie wiadomość, w której wszystko wyjaśnił.

Trochę kręciło mi się w głowie, kiedy słuchałam tego wszystkiego, ale miałam być dzielna, więc stałam obok niego w windzie, którą jechaliśmy do góry i słuchałam, patrząc na niego bez mrugnięcia okiem.

- Kiedy dotarł na miejsce, od razu zaczął szukać jednego z nas, ale zanim znalazł, oni znaleźli jego - kontynuował Mark, a mnie zaciął się oddech - Big Ben zobaczył go w chwili, kiedy upadał, więc zobaczył też plecy tego, który go napadł i pogonił za nim - wysiedliśmy z windy, ruszyliśmy korytarzem, a ja nie chciałam dłużej słuchać, bo interesowało mnie tylko jedno: Co z Willem?!

 - Powiadomił kogoś, więc Will miał szybką pomoc - powiedział Mark, jakby czytał mi w myślach - Oberwał w głowę tak mocno, że musiał tu trafić - Mark zatrzymał nas przed jakąś salą i odwrócił mnie przodem do siebie - Will ma krwiaka w czaszce, jest nieprzytomny i będzie tu przez jakiś czas - Mark mówił ciszej, patrząc na mnie uważnie, jakby oceniał moją reakcję.

Skinęłam głową i podniosłam rękę, by pchnąć drzwi do sali, przed którą staliśmy, a potem przejść przez nie i zobaczyć łóżko szpitalne, na którym leżał mój mężczyzna.

*****

Dwa tygodnie później…

Szłam w stronę sali, w której nadal przebywał Will, ciągle jeszcze w tym szpitalu, w którym znalazł się po urazie głowy, który miał być taki niegroźny.

Will ocknął się wieczorem jeszcze tego samego dnia, kiedy ja napisałam mój test i dowiedziałam się o jego ranie.

Lekarz poinformował mnie, że mój mężczyzna musiał zostać poddany obserwacji i na początku wyglądało, że będzie to nie dłużej niż tydzień, ale potem przyszły komplikacje.

Mój narzeczony miał przez większość czasu głowę owiniętą bandażem, a potem nadal opatrunek, bo oberwał młotkiem, który rozciął mu skórę głowy i uszkodził kość.

Powoli dochodził do siebie, jadł wszystko ze smakiem i tylko trochę marudził, że mu się nudziło w łóżku szpitalnym, więc miałam go wypisać na własne żądanie, by leżał w moim łóżku.

Mogłam go obserwować, gdyby był w domu, bo ja miałam być w domu, bo miałam mieć przerwę w nauce.

Niestety, zanim to się stało, Will niespodziewanie dostał mdłości, zawrotów głowy, a potem napadów drgawek, co zaniepokoiło lekarza do tego stopnia, że przedłużył obserwację o tydzień.

Bałam się panicznie tego, co mogło to oznaczać.

Dzisiejszy dzień miał rozstrzygnąć, czy będę mogła zabrać mojego narzeczonego do domu i przyjechałam przepełniona nadzieją, ale zdenerwowana.

Kiedy szłam do drzwi sali, zauważyłam na korytarzu, że pielęgniarki patrzyły na  mnie z dziwnymi wyrazami twarzy, ale nie analizowałam tego, bo nie znałam żadnej z nich wystarczająco dobrze.

Po wejściu do sali, w której leżał Will od progu zobaczyłam, że spał, bo oddychał spokojnie i miał zamknięte oczy, więc skierowałam się do małego stolika, który był naprzeciwko jego łóżka, żeby odstawić tam pojemnik z pilawem, który przygotowałam na lunch.

- Kim pani jest? - usłyszałam zdziwiony głos Willa - Co pani tu robi? - odwróciłam się do niego przodem i zobaczyłam, że nie był już zdziwiony, a po prostu wkurzony na to, że weszłam tam, a na dodatek wyglądał, jakby mnie kompletnie nie poznawał.

Lekarz mnie ostrzegał przed możliwymi komplikacjami i wspomniał wtedy o ewentualnej amnezji, więc sądziłam, że byłam przygotowana i przyjmę to spokojnie.

Ale zabolało.

- Jestem… - zaczęłam mu wyjaśniać, ale w tej samej chwili do sali wszedł lekarz, a za jego plecami zobaczyłam pielęgniarkę.

- Panno Sensible - powiedział do mnie Azra White, lekarz, którego już znałam, bo opiekował się Willem od początku jego pobytu w tym szpitalu - Czy możemy porozmawiać?

Niepewnie odwróciłam głowę w kierunku mojego narzeczonego i zobaczyłam, że jego twarz wykrzywiła się w grymasie bólu, kiedy jego ręka powędrowała do jego czoła.

- Tak - potwierdziłam i ruszyłam w stronę drzwi, a pielęgniarka weszła do sali i podeszła do łóżka Willa.

Nie patrzyłam, jeśli to, że tam byłam, sprawiało ból mojemu mężczyźnie, musiałam posłuchać lekarza.

- Pan Tracker ma chwilową amnezję - Azra potwierdził moje przypuszczenia - Przepraszam. Na nocnej zmianie by inny lekarz i to on zadecydował. Wezwaliśmy żonę twojego narzeczonego.

- Byłą żonę - sprostowałam machinalnie - Amandę? - zapytałam wyższym ze zdziwienia głosem, gdy dotarło do mnie to, co mi właśnie powiedział.

Azra skinął głową, zmarszczył brwi, popatrzył na mnie przez chwilę w skupieniu, po czym spytał:

- Dawno są po rozwodzie?

- Dziesięć lat - powiedziałam i wzruszyłam ramieniem, bo to nie było ważne - Jak ją wezwał? - zapytałam o coś, co było bardziej istotne.

- Pan Tracker podał mu numer telefonu - przyznał Azra.

Zacisnęłam wargi, bo nie spodziewałam się, że Will pamiętał jej numer, a tym bardziej, że miała wciąż taki sam, jak dziesięć lat wcześniej.

- Abi - Azra zwrócił na siebie moją uwagę.

Przeszliśmy na ty już drugiego dnia, kiedy zaczęłam tu przychodzić.

Will był nieprzytomny, a ja przesiadywałam przy nim godzinami, aż Azra wygonił mnie do domu, mówiąc mi, że Will nie potrzebował mnie tam półprzytomnej lub chorej.

Przyznałam mu rację, ale wyszłam dopiero, kiedy wziął numer mojej komórki i obiecał, że zadzwoni, gdyby coś się zdarzyło.

- Każde wspomnienie to dla niego fala bólu - mężczyzna powiedział mi coś, co sama zauważyłam - Może lepiej teraz pojedź do domu. Zadzwonię.

- Okej - wymamrotałam, ale to ponownie zabolało.

Poczułam się taka bezużyteczna, niechciana.

Musiałam jednak dać temu czas, dać Willowi zdrowieć, pozwolić jego głowie działać w swoim tempie, na swój sposób.

Tak długo czekaliśmy.

Poczekam jeszcze trochę.

Sprawię, że Will będzie mnie znowu pamiętał.

*****

Dobę później…

- … więc możesz przyjechać na godzinę i zobaczymy - powiedział mi przez telefon Azra, opowiadając, jak Will mógł reagować na kolejne wspomnienia.

Nie było to pocieszające, a ja chciałabym, żeby mój ukochany uniknął cierpienia, ale chyba nie dało się tego uniknąć.

Każda nowa przypomniana sobie przez niego rzecz, każde wydarzenie lub osoba, miała powodować u niego silny ból głowy.

Ale bez tego mógł nie odzyskać pamięci.

Zaczęłam rozważać zadzwonienie do Fran z prośbą, by przyjechała do mnie na kilka dni i być może zabrała ze sobą Vitale, Vina lub Nessie.

A Azra tego dnia rano dzwonił do mnie, żeby powiedzieć mi o swoim planie stopniowego wprowadzania Willa w najnowsze wydarzenia jego życia, naszego życia, bo wyglądało na to, że mój mężczyzna utknął wspomnieniami do lat tuż po swoim ślubie.

Robienie tego pod kontrolą lekarza, miało to być trochę bardziej bezpieczne.

Dlatego też po jego telefonie spakowałam kilka ze scones, które miałam upieczone tego ranka dla ewentualnych gości, bo wszyscy nasi przyjaciele ponownie zebrali się, by nas wspierać i wyszłam do swojego SUV’a, żeby pojechać do szpitala.

Weszłam, jak zawsze wchodziłam przez te kilkanaście dni, nie pytając nikogo o drogę, bo ją znałam, wjechałam windą na odpowiednie piętro i ruszyłam korytarzem do odpowiedniej sali.

Nie spotkałam po drodze żadnej pielęgniarki ani lekarza, więc nie miałam kogo zapytać, jak się czuł mój mężczyzna.

Ale to dlatego, kiedy weszłam do sali Willa, nie byłam ani odrobinę przygotowana na to, co tam zastałam.

- Czego tu? - powitała mnie niezwykle „uprzejmie” kobieta, która stała obok łóżka mojego mężczyzny, trzymając go za rękę, opierając się o jego poduszkę i poufale pochylając się w stronę jego ust.

- Dzień dobry… - przywitałam się i chciałam się przedstawić, ale mi nie pozwoliła dojść do słowa.

- Przeszkadzasz - burknęła - Mój mąż potrzebuje spokoju.

Wyprostowałam się, bo zrozumiałam, kim była.

Przyjrzałam się tej kobiecie, która właśnie z powrotem wparowała do życia Willa po tym, jak zdradzała go już od dnia ich ślubu, a teraz postanowiła odzyskać go, wykorzystując do tego jego amnezję.

Była niską, krągłą, tlenioną blondynką, której włosy wyglądały, jakby wpadły do kadzi z wodą utlenioną i zapomniała je rozczesać podczas suszenia.

Jej krągłości były obfite, a może nawet zbyt obfite, ale to nie ja powinnam to oceniać, bo skąd mogłam wiedzieć, co podobało się mężczyznom.

A ona wyglądała na taką, która lubiła mężczyzn.

Najbardziej jednak szokowała jej twarz.

Z tego, co opowiadała mi Blanca, Amanda była o kilka lat od niej młodsza, a kobieta przede mną wyglądała na dużo starszą.

Może spowodowały to papierosy, może zły styl życia, tego nie wiedziałam.

- Przepraszam - powiedziałam, starając się brzmieć uprzejmie, by nie dodawać Willowi cierpienia, bo było widać, że bolała go głowa - Przyszłam tylko sprawdzić, czy wszystko w porządku.

- Taaa - burknęła niemiło Mandy - A ja jestem królowa angielska.

- Boli pana… - zaczęłam, zwracając się do Willa, który na moje słowa podniósł głowę i spojrzał na mnie załzawionymi oczami, a potem na jego twarz wypłynął dziwny wyraz, jakby… przypominał sobie?

Nie miałam czasu tego analizować, bo jędza syknęła do mnie:

- Głucha jesteś? Wypierdalaj. Niczego nie potrzebujemy.

Nie chciałam dokładać Willowi bólu, więc zacisnęłam zęby, spojrzałam jeszcze tylko raz na niego, a potem wyszłam.

Poszłam wprost do pokoju lekarskiego, żeby porozmawiać z Azrą.

*****

Godzinę później…

- …i wtedy Azra powiedział mi, że dopóki Will nie powie zdecydowanie, że ona ma wyjść, to muszą jej ulegać - westchnęłam, mówiąc to do Maggie, która zadzwoniła do mnie, żeby dowiedzieć się, co było słychać u Willa.

- Czyli ona tam jest? - zapytała przez telefon jedna z moich przyjaciółek z niedowierzaniem w głosie.

Normalnie nigdy bym nie opowiadała o moich problemach Maggie lub innej z kobiet, bo miały za dużo własnych problemów, ale żal, rozgoryczenie i poczucie odrzucenia spowodowały, że płakałam przez ostatnie pół godziny, odkąd wróciłam do domu i już po prostu nie miałam siły.

Po powrocie weszłam do mojej sypialni, która przez te kilka miesięcy stała się naszą sypialnią, spojrzałam na ubrania Willa, jego rzeczy do pracy, porozrzucane w całym apartamencie i upadłam na kolana, jak dawniej upadałam, na podłogę przy kanapie, wyciągając przed siebie ramiona i chowając głowę w poduszki siedziska.

W takim stanie odebrałam telefon od Maggie, co nie było dobrym pomysłem i właśnie to do mnie docierało.

- Tak - pociągnęłam nosem, bo głupie łzy wciąż mnie dusiły - Przekonała go, że kochają się, mają syna i powinien wracać z nią do domu. Szczęśliwie Azra na razie nie wyraził zgody na jego wypis.

- Przyjechać do ciebie? - Maggie spytała zmartwionym głosem, a ja pomyślałam, że byłam słaba i podła, bo myślałam tylko o sobie, a przyjaciółka miała na głowie swoje dzieci, męża, który wrócił z pracy i odsypiał nocną zmianę.

- Nie, dzięki - odparłam z tego powodu - Poradzę sobie. To tylko chwila słabości - wymamrotałam głupio - Jutro będzie lepiej.

- Racja - mruknęła Maggie, chyba mi nie dowierzając.

- Nie, naprawdę - powiedziałam nieco głośniej, by ją zapewnić, że wszystko był okej - Już dobrze. Poradzę sobie.

Maggie westchnęła, a potem rzuciła:

- Muszę iść, bo Jim wraca niedługo ze szkoły.

Wiedziałam, że miała co robić, więc dobrze zrobiłam, zapewniając ją, że dam radę to pokonać.

Musiałam wziąć się w garść.

Rozłączyłyśmy się i spróbowałam zająć się tym, czym musiałam się zająć.

*****

David

Następnego dnia wczesnym popołudniem…

Maggie potrafiła być upierdliwa, jeśli jej na czymś kub na kimś zależało i David wiedział to doskonale, ale nie skarżył się.

Jego żona była na co dzień słodką, troskliwą kobietą, dbającą o ich dzieci, a najbardziej o niego, więc mógł mieć w dupie to, że martwiła się o szczęście jej przyjaciółek.

Ale znowu wciągała w to jego tyłek, a to go czasem wkurwiało.

Nie tym razem.

Tym razem chodziło o dziewczynę, którą znał, kobietę mężczyzny, którego znał, a na dodatek taką, która sama miała do czynienia z masą gówna i nadal potrafiła zamartwiać się o mężczyznę podobnego do Davida, kiedy doszło do wypadku z Ryanem.

Dlatego zajął się tym bez wahania, bez namawiania, od pierwszego słowa, jakie Maggie powiedziała do niego o tym, co działo się w szpitalu z Willem Tracker’em.

Znał się z mężczyzną długo i wiedział po tym, jak tamten się zachowywał, że był dobrym człowiekiem, który przeszedł swoje w życiu.

Teraz wiedział, że główną przyczyną złego gówna w życiu tamtego była jego była żona, Amanda, więc David nie zamierzał siedzieć na dupie i patrzeć spokojnie, jak tamta suka wkraczała ponownie w życie mężczyzny.

Zwłaszcza, że ten porządny facet wreszcie miał w swoim życiu dobrą kobietę, jaką była Abigail Sensible.

A David nigdy w życiu by się do tego nie przyznał na głos, ale był romantykiem i wierzył w prawdziwą miłość.

Pierwszym jego ruchem był telefon do przyjaciela, a dokładniej wprowadzenie w sprawę Filipa.

- Yo - przywitał się, kiedy kumpel odebrał, a potem usłyszał takie samo powitanie od niego.

- W sprawie Tracker’a - wprowadził David Filipa, a potem zrelacjonował krótko wszystko, czego dowiedział się od Maggie, kiedy jego żona rozmawiała z nim o  swojej rozmowie z Abigail.

W tym czasie David obserwował Jima, który siedział wyjątkowo skupiony nad kartką, którą przyniósł ze szkoły.

Jego najstarszy syn miał wprowadzaną od tego roku szkolnego specjalną ścieżkę edukacyjną, której zadaniem było rozpoznanie jego uzdolnień i preferencji, skoro było oczywiste, że nie da się powstrzymać jego temperamentu zakazami, a Maggie i David nie chcieli go po prostu karać.

Pedagog szkolny zaproponował alternatywne rozwiązanie, tym bardziej, że zauważył u Jima pewien pierwiastek geniuszu matematycznego.

David nie był zdziwiony.

Mały miał to po mamie.

- Więc suka ma chrapkę na faceta? - Cichy wytrącił go z zadumy, więc David skupił się na rozmowie.

- Nie wiemy o co jej chodzi - przyznał.

- Sprawdzę ją - krótko stwierdził Filip, a David wiedział, że to zrobi i zrobi to dokładnie, bo tak zawsze działali.

- Później - pożegnał się David i usłyszał takie samo pożegnanie od Cichego.

To było prawie dobę temu, a z samego rana tego dnia Filip zadzwonił z niewesołymi informacjami.

Amanda Tracker była bankrutką.

A dokładniej żyła pod kreską od tak dawna, że nie wiedziała, jak to było mieć pieniądze, ale nadal nie pracowała.

Żyła na utrzymaniu kolejnych facetów, a obecnie nie miała żadnego.

Mieszkała w Tucson, w Arizonie, ze swoim jedenastoletnim synem i nie miała stałego miejsca pobytu.

W dokumentacji sądowej po ich rozwodzie, było zaświadczenie z badań genetycznych, stwierdzające brak pokrewieństwa między Wiliamem Tracker’em a synem Amandy Tracker.

Filip, będąc facetem ostrożnym i dokładnym, a także znając trochę takie suki, natychmiast również sprawdził ostatnie wypłaty z konta Willa i stwierdził, że z jego karty w ciągu ostatniej doby wypłacono tysiąc dolarów.

Nie było mowy, by zrobił to Tracker.

Nie konsultując się z nikim, wiedząc, że facet był przykuty do łóżka w szpitalu i miał amnezję, Cichy obniżył limit dziennych wydatków i wypłat z bankomatu do stu dolarów dziennie, a potem jeszcze zmienił najpierw dane teleadresowe na swój numer telefonu i e-mail oraz PIN do karty mężczyzny.

Nic, czego nie mógłby w każdej chwili odwrócić, a wszystko, co uniemożliwiłoby byłej żonie opróżnienie konta Tracker’a.

Kiedy Filip relacjonował to wszystko Davidowi, ten na koniec czuł niepohamowaną chęć wybuchnięcia śmiechem, a nie zrobił tego, bo był w salonie, kiedy jego Maggie była w kuchni z ich dziećmi, którym dawała śniadanie.

Musiałby się gęsto tłumaczyć.

Ale teraz Filip zadzwonił z najnowszą cholerną informacją i Davidowi nie było już do śmiechu.

Kiedy się rozłączyli, wybrał numer innego faceta, któremu zależało na Abigail i przekazał mu to, czego się dowiedział.

A potem wyruszył na przejażdżkę po mieście.

*****

Abigail

Nie miałam żadnych wiadomości o stanie Willa już od ponad dwudziestu czterech godzin i byłam tym bardzo zdenerwowana.

Przecież nie mogłam wydzwaniać do Azry, bo był w pracy.

Nie chcieli mi udzielać informacji przez stacjonarny telefon szpitalny, co było zrozumiałe, nawet jak w desperacji błagałam o to.

Dlatego kiedy zadzwonił mój telefon, dosłownie rzuciłam się do niego z nadzieją, że wreszcie ktoś mi cokolwiek powie na temat tego, jak czuł się mój mężczyzna i tego co się właściwie działo.

Na wyświetlaczu pojawiło się imię David, więc poczułam częściowe rozczarowanie, ale odebrałam.

- Cześć, David - przywitałam się, starając się nie brzmieć na rozżaloną.

- Abigail - zaczął David twardym tonem i od razu przeszedł do rzeczy - Ta suka chce wywieźć Willa z miasta - poinformował mnie, a ja wciągnęłam powietrze do płuc z zaskoczenia.

Myliłam się, chodziło o Willa!

- Jadę po ciebie - David ciągnął dalej, a kiedy to usłyszałam, ruszyłam się, bo musiałam się przebrać z domowych ubrań, w których starałam się trochę pracować, więc były brudne - Musimy pojechać na lotnisko i wyciągnąć go.

- Ale nikt nas tam… - zaczęłam, ale David mi przerwał.

Najwidoczniej wszystko miał już przemyślane i dopracowane.

- Ryan nas przeprowadzi i da nam porozmawiać z Willem - powiedział, więc nagle nadzieja we mnie rozkwitła i rozwinęła się do takich rozmiarów, że zaczęłam wręcz fruwać po pokoju.

- Kończę - przerwał moje rozważania David i dorzucił - Na razie.

- Na razie - szepnęłam do siebie, bo już się rozłączył.

Szybko znalazłam w szafie jasne, obcisłe dżinsy, żółty sweterek z dekoltem w serek, moją starą ramoneskę, którą dostałam od Willa i włożyłam to na siebie, wciągając na koniec na nogi conversy.

Spojrzałam w lustro, kiedy rozczesywałam włosy i zobaczyłam rumieńce radości na mojej twarzy i błyszczące z podniecenia oczy, które przesunęły się po leżącym w dekolcie słoneczniku.

To był mój talizman.

Dotknęłam go czubkami palców i szepnęłam Kocham cię, Will.

Zebrałam całą moją nadwątloną, ale teraz zwiększoną siłę woli, podeszłam do drzwi wyjściowych i, po zamknięciu ich i zabezpieczeniu, poszłam do samochodu naszego przyjaciela.

David bowiem podjechał na podjazd, ale nie wysiadł, a jedynie zatrąbił, jakbym powinna była być gotowa i czekającą w progu na jego przybycie.

Bo byłam.

*****

Pół godziny później…

Przeszliśmy z Davidem przez halę odlotów lotniska SLC IA i skierowaliśmy się do pomieszczeń, do których kazał nam przejść Ryan.

David zadzwonił do niego, kiedy tylko dotarliśmy na parking lotniska, znalazł miejsce do zaparkowania i wysiedliśmy.

Mężczyzna szedł tak szybko, że prawie biegłam, a hala była spora, więc zadyszałam się, zanim dotarliśmy na miejsce.

Kiedy weszliśmy, zobaczyłam Ryana z plecami opartymi o ścianę i ramionami skrzyżowanymi na jego klatce piersiowej, stojącego naprzeciwko Amandy, która siedziała za stołem na krzesełku obok Willa.

Mój narzeczony był bardzo blady i widziałam, że walczył ze swoim złym samopoczuciem, ale nie mogłam mu pomóc.

Jeszcze nie.

- No, tak - warknęła sukowato Mandy - Ta dziwka. Mogłam się spodziewać, że to ona namieszała.

- Co się dzieje? - spytał Will i przeniósł pytające spojrzenie między Ryanem, Davidem i mną.

- Powiedziano nam, że mamy przejść prywatną odprawę, ale widzę, że to chodzi o gówno bardziej prywatne - splunęła Mandy.

- Will - wystąpiłam do przodu - Nie pamiętasz…

- Nie znam pani - przerwał mi Will, a Amanda uśmiechnęłam się z triumfem.

- Znasz - powiedziałam do niego cicho i delikatnie, ale z naciskiem - Chciałam dać ci czas, żebyś nie cierpiał, bo lekarz powiedział, że będzie cię bolała głowa, jeśli zbyt szybko sobie przypomnisz, ale ona nie dała mi wyboru.

- Chcemy tylko lecieć do domu - uparcie ciągnął Will.

Nastawiła go przeciwko mnie.

Widziałam to po jej uśmieszku.

- Gdzie jest twój dom? - spytałam.

David mi powiedział, że mieli bilety do jej domu.

- Powinnaś wiedzieć, jeśli mnie znasz - burknął Will.

- W Phoenix? - spytałam, a kiedy niepewnie skinął głową, powiedziałam - Tam mieszkają Fran i Vito z rodzinami. Ale wy macie bilety do Tucson.

Will zmarszczył brwi i spojrzał na Amandę, której wyraz twarzy wykazywał wkurzenie i zagryzła wargi.

Ryan ze stoickim spokojem wyciągnął do Willa rękę, w której trzymał dwa bilety, które najwidoczniej wcześniej im zabrał.

Will wziął je i przeczytał, a potem spojrzał na Mandy.

- Ale przecież powiedziałaś… - zaczął, a potem zapytał ją o coś innego - To gdzie jest nasz syn?

- Nie wasz syn - sprostowałam - Jej syn. Ty nie jesteś jego ojcem.

- Co? - zapytał Will i znowu zmarszczył brwi, by spojrzeć z powrotem na swoją byłą żonę.

- Nie zdziwiło cię, że nie przyleciał z nią? - zapytałam.

- Powiedziała mi, że musiał zostać z babcią - powiedział cicho Will.

- A pokazała ci chociaż jego zdjęcia? - zadałam mu pytanie, które dla mnie było retoryczne, bo wiedziałam, że nie pokazała.

Nie byłby z nią, bo wiedziałby, że kłamała.

- Nie - rzucił sucho Will.

Doprawdy?

Nie chciało mi się wierzyć.

To był mój Will?

Mój Will nie bywał taki ufny, nie dawał się zwodzić byle słowom jakiejś głupiej krowy.

- Może ma jakieś - poddałam pomysł.

- Nie mam! - zapiszczała dziwnie Amanda.

No, serio, co to za matka, która nie miała żadnych zdjęć swojego jedynego syna w telefonie!

- Ale ja mam - wszedł jej w słowa David i wyciągnął w ich stronę rękę z telefonem, na którym miał zdjęcia.

Nawet nie wiedziałam, co tam było.

Musiałam mu po prostu zaufać.

Will na widok tego, co pokazywał mu David zacisnął zęby i zbladł jeszcze bardziej, aż zrobiło mi się za gorąco.

Rozpięłam suwak swojej ramoneski i rozchyliłam ją na boki, wachlując dłonią twarz, by nie zemdleć.

Wzrok Willa opadł na mój dekolt, zawisł tam, a potem mój mężczyzna stał się bardzo blady, podniósł dłoń do czoła i zachwiał się, wydając odgłos, jakby miał wymiotować.

- Will! - krzyknęłam ze strachu i rzuciłam się z wyciągniętymi rękoma, by go podtrzymać, żeby nie spadł z krzesła.

Amanda zapiszczała panicznie i uciekła w bok.

- Już dobrze, kochanie - powiedziałam cicho, przytrzymując mojego ukochanego - Oddychaj głęboko. Zaraz ci przejdzie.

- Słonecznik - szepnął Will, a mnie łzy natychmiast znowu rzuciły się do oczu.

- Pamiętasz? - szepnęłam i już wiedziałam, że będzie dobrze.