Rozdział 15
Czyściec (cz.1)
Abigail
Siedem miesięcy później…
Staliśmy
w naszej niewielkiej, zwartej grupce na podjeździe przed czymś, co było naszym
nowym miejscem do mieszkania, do tworzenia, do życia i w milczeniu, ale z zadowoleniem i szaloną satysfakcją patrzyliśmy
na efekty naszej wielomiesięcznej pracy.
Był
to niewielki, parterowy domek na State Street z czterema sypialniami, salonem
połączonym teraz z bawialnią, z niewielką jadalnią i otwartą kuchnią, a także
dużym witrynowym oknem od frontu, prowadzącym do dawnego salonu zamienionego obecnie
w sklep, położony blisko Centrum Informacji Turystycznej, Utah State Capitol i
wielu innych atrakcji turystycznych, co dla nas było wręcz idealne.
Mieliśmy
tu zamieszkać we czwórkę.
Przetrwałam
jakoś całe wakacje, mieszkając z mamą i Ablem, chociaż nie mogłam powiedzieć,
że mama się poprawiła.
Sądziłam,
że wiadomość o tym, że to Lucy i Lucas stali za atakiem na Anie sprawi, że mama
spojrzy na mnie inaczej, będzie bardziej otwarta na to, co mogłyśmy mieć, nawet
jeśli nie była zdolna do okazania mi chociażby odrobiny uczucia lub
przynajmniej zainteresowania.
Ale
tak się nie stało.
Mama
nie była złośliwa, nie obarczała mnie nadmierną pracą, ale była wycofana,
milcząca i obojętna wobec mnie, więc i
tak nie było mi miło.
Bardzo
starałam się ją rozumieć, współczuć jej, byłam wobec niej uprzejma,
postanowiłam być uczynna, pożyteczna, więc bawiłam się z Ablem, gotowałam,
prałam i sprzątałam, kiedy tylko uznałam, że była taka potrzeba, ale mama nigdy mnie o nic nie poprosiła.
Dlatego
właśnie, przez ten chłód, którego nie mogłam znieść, przez nieustającą ciasnotę
i chęć zrobienia czegoś dla siebie, w pierwszą niedzielę września porozmawiałam
przez telefon szczerze z moim tatą.
Zadzwonił,
jak zwykle dzwonił i mama odebrała w kuchni, jak zwykle odbierała, kiedy ja
zajmowałam Abla w salonie, by mogła spokojnie porozmawiać ze swoim mężem.
Potrzebowała
tego i rozumiałam ją.
Anie
nie było przez to, że mała Grace skończyła dwa miesiące i trzeba było
wyregulować jej rytm dnia, bo stała się niespokojna, źle sypiała i marudziła.
Działo
się tak zwłaszcza dlatego, bo Jack zaczął wychodzić do szkoły, a, jak się
wydawało, mała przybrana siostra mojego młodego przyjaciela, moja siostrzenica,
wyjątkowo przypodobała sobie spędzanie w jego
towarzystwie rano godzinę lub dwie, kiedy Anie była zajęta przygotowywaniem
lunchu, praniem, sprzątaniem lub tym, cokolwiek miała do zrobienia w domu.
Nikt
nie mógł go jej zastąpić.
Serio,
Abel i Grace były światełkami rozjaśniającymi nasze dni, ale bardzo
wymagającymi i absorbującymi.
Kiedy
mama wróciła z telefonem do salonu, gdzie byłam z Ablem i podała mi go, żebym z
kolei ja porozmawiała z tatą,
zrobiłam coś niespotykanego, a mianowicie zabrałam telefon ze sobą i poszłam do
swojego pokoju, by na osobności podzielić się z nim tym, co miałam w myślach.
-
Hej, tatku - przywitałam się cicho, będąc jeszcze w ruchu na korytarzu.
-
Hej, Kwiatuszku - odpowiedział mój tata jasnym, czystym głosem, jak zwykle
odpowiadał, nieświadomie od kilku miesięcy wbijając mi tym nóż w serce, bo tak
dawno nie słyszałam mojego Słoneczniku,
że to bolało.
Zakopałam
to głęboko dla mojego własnego zdrowia psychicznego i bezpieczeństwa mojego
serca.
-
Tatku - zaczęłam bez wstępu, bo wiedziałam, że nie mieliśmy wiele czasu na
rozmowę - Chcę się wyprowadzić z domu.
Przerwałam,
ale nie doczekałam się żadnego komentarza ze strony taty, więc mówiłam dalej.
-
Chcę założyć sklepik, w którym mogłabym sprzedawać swoje wyroby, bo u Aleka i Sama
może jest to możliwe, ale tylko po
przyjacielsku, skoro oni prowadzą butik, a nie sklep z pamiątkami czy coś
takiego. Nie chcę ich dłużej wykorzystywać.
Znowu
przerwałam, ale mój tata nadal się nie odzywał i było to zrozumiałe, bo co
wspólnego mógł mieć sklepik z wyprowadzką, więc zebrałam się na odwagę, by mu
to wyjaśnić.
-
Poznałam na zajęciach w college’u dziewczynę, Jasmine, która robi makramy i
tkaniny w tradycyjnym stylu Utah, rozmawiałyśmy, opowiedziałam jej o Aleku i
Samie, o moich pracach i o ich sprzedawaniu i ona też chciałaby sprzedawać
swoje wyroby. Mogłaby to robić, bo są
super, widziałam - kontynuowałam szybko, wzięłam głębszy wdech i przeszłam do
sedna sprawy, tylko trochę paplając ze zdenerwowania - Ale ona tak samo jak ja
nie ma miejsca, gdzie mogłaby wytwarzać swoje dzieła. A tak to miałybyśmy
pracownię, sypialnie, magazyn i miejsce na ekspozycję naszych wyrobów. Więc
może zamieszkałybyśmy razem przy tym naszym sklepiku albo… hmmm… coś.
Zakończyłam
trochę lamersko, ale prawda była taka, że bałam się wniosków, jakie tata mógł
wysnuć z mojej gadaniny.
Tata
od zawsze był jedyną poza Anie osobą w naszej rodzinie, z której zdaniem
naprawdę się liczyłam, bo zawsze mnie wysłuchał i wspierał.
Zawsze
czułam, że mnie kochał bezwarunkowo.
Ale
jednak do tej pory nigdy jemu się nie
poskarżyłam na mocno ograniczoną ilość miejsca, w jakim przyszło mi mieszkać w
domu mamy.
Tylko
raz Anie powiedziałam o tym, że mój pokoik był za mały.
-
Dobrze - mruknął tata - Więc chodzi o mieszkanie ze współlokatorką?
-
Tak - potwierdziłam tacie, a potem wyjaśniłam bliżej - To znaczy chodzi nam o jedno miejsce, w którym mogłybyśmy zarówno
mieszkać, pracować, a także sprzedawać nasze wyroby. To jest jeszcze do
dogadania.
-
Rozumiem - stwierdził tata - Może porozmawiam na ten temat z Olim, a on z tobą,
żebyś z nim rozejrzała się po okolicy
i znalazła miejsce dla was odpowiednie. Jak bardzo się spieszysz?
-
Och - westchnęłam, bo naprawdę, zaczynając tę rozmowę, nie spodziewałam się, że
przekonanie go do tego pójdzie mi tak łatwo - Myślałam o tym, żeby znaleźć coś
przed pierwszym śniegiem, ale…
Hmmm,
cóż, tak właściwie to w ogóle o tym
nie myślałam.
Ale
właśnie wtedy zaczęłam.
Zaczęłam
myśleć o tym, rozmawiać o tym, ustalać pewne rzeczy z Jasmine i z Olim, a później
także radzić się Aleka, Evy i innych.
Podjęłyśmy
na razie tylko luźne rozmowy z Jasmine, która, jak się okazało, nie miała żadnych wolnych funduszy, oszczędności
ani nic takiego, ale też nigdy nie sprzedawała swoich wyrobów, nie uznawała je
za godne uwagi i od początku roku szkolnego musiałam się najpierw solidnie napracować
nad tym, by uwierzyła w siebie.
Pomogło
to, że jej wyroby były fantastyczne i
mój zachwyt nad nimi od pierwszej chwili był autentyczny.
A
w ciągu następnych dni po rozmowie z tatą, rozejrzałam się po uczelni i
znalazłam dwie kolejne osoby, z którymi mogłyśmy podjąć współpracę.
Pomógł
mi przypadek.
Od
razu w poniedziałek po tej rozmowie na zajęciach z etyki siedziałam obok
jednego chłopaka, Jasona, który miał wokół paznokci ślady nietypowe dla
mężczyzny.
Przynajmniej
według mnie.
-
Czy to ciasto? - zapytałam, bo podobne widziałam u kiedyś Ewy i Anie, kiedy
razem z mamą piekły chleb.
-
Nie - wymamrotał, chowając ręce pod ławką - Glina. Lepię takie tam.
Próbował
mnie zbyć, a ja i tak już zainteresowałam się tym, ale w tym momencie do sali
wszedł wykładowca, który zawsze był bardzo surowy i ganił nas za wykroczenia
pod względem ciszy lub punktualności.
-
Pogadamy później? - szepnęłam, nachylając się do chłopaka.
Spojrzał
na mnie podejrzliwie, ale skinął głową na zgodę, a po wykładzie poczekał na
mnie na korytarzu pod salą.
Rozmawialiśmy
później jeszcze wiele razy, a nawet mogę stwierdzić, że się zaprzyjaźniliśmy,
ale przyjaźń z nim była dziwna, bo był bardzo
zamknięty w sobie, może nawet bardziej niż Jasmine.
Więc
głównie to ja mówiłam.
Ale
którąś z rzędu naszą rozmowę na stołówce uczelnianej usłyszał Jeremy, a ten z
kolei był bardzo otwarty, wręcz hałaśliwy, nadaktywny, a jego zainteresowanie
dotyczyło prac Jasona.
Chodziło
o to, że Jeremy był rzeźbiarzem.
Był
też o rok wyżej od nas w college’u.
Nie
wykonywał wielkich, monumentalnych dzieł ku potomności, ale rzeźbił w drewnie,
wzorując się na pracach swoich przodków.
Bo
Jeremy był rdzennym Amerykaninem.
Od
słowa do słowa dogadaliśmy się i uznaliśmy, że w czwórkę powinniśmy założyć
rodzaj spółdzielni studenckiej, której celem byłaby produkcja i sprzedaż
wyrobów wzorowanych na tradycyjnych dla stanu Utah.
Poszłam
z tym do Oli’ego.
Porozmawialiśmy
w piątkę.
Oli
włączył do tego Evę, która miała zaufaną adwokat i nas z nią skontaktowała,
więc mieliśmy wkrótce skonstruowaną umowę do podpisania.
Wyszło
na to, że byłam jedyną z naszej czwórki, która miała jakiekolwiek pieniądze do wyłożenia jako kapitał zakładowy, ale
umowa, jaką mieliśmy, umożliwiła nam wzięcie niskooprocentowanego kredytu
studenckiego.
Początkowo
szukaliśmy mieszkania albo może raczej kilku mieszkań, a po wielu perturbacjach
i dyskusjach trafiliśmy na to, co było przed nami, czyli znaleźliśmy
odpowiadający nam domek.
Był
niewielki i zrujnowany, ale wtedy dowiedziałam się, jak działała grupa
przyjaciółek, które były zgromadzone wokół Evy.
To
było genialne.
Oprócz
zaufanej pani adwokat mieliśmy wkrótce pomoc od Sophie, której trojaczki może i
miały dopiero po pół roku, ale ona sama nie zwalniała tempa.
Sophie
miała własną firmę budowlaną, a na
dodatek sama robiła projekty oryginalnych, nietypowych domów, które były
dopasowane do charakteru ich właścicieli, więc pomogła nam z zaplanowaniem
przestrzeni zarówno w samym domu, jak i w jego okolicy, by ten sklepik, jaki
tam chcieliśmy mieć, był widoczny, ale nietypowy, wyjątkowy.
Nadała
mu niepowtarzalną atmosferę.
Eva
wciągnęła do współpracy z nami również Alice, która była księgową, bo żadne z
nas nie pomyślało o tym, że musieliśmy w jakiś sposób zarządzać naszymi
finansami.
Pozostała
trójka właściwie się nie odzywała na naszych „zebraniach zarządu”,
pozostawiając nam, a właściwie im, starszym kobietom, rozdzielanie takich
zadań, jak księgowość, transport, a nawet projekt ogrodu, bo, tak, mieliśmy mieć mały ogródek przed
domem i dookoła niego, z betonowym podjazdem, co dałoby nam na przyszłość
możliwość wystaw i eventów na świeżym powietrzu.
Sophie
rozmawiała z nami wszystkimi o wystroju i o tym, jak wyobrażał sobie każdy z
nas naszą przestrzeń, zarówno tą osobistą, jak i wspólną.
Doszliśmy
do pewnych ustaleń.
Sophie
dorzuciła swoje dwa grosze pomysłów i podpowiedzi.
Alice
powiedziała nam, jak prowadzić kasę fiskalną, zrobiła nam kosztorys firmy,
niezbędny do uzyskania kredytu.
Eva
i Maggie rzuciły się z radością do ustalania pierwotnie nieistotnych
szczegółów, jak przetransportowanie naszego prywatnego, małego mienia,
zrobienie listy drobnych, ale niezbędnych rzeczy do dokupienia.
Nawet
moja mama włączyła się do pomocy i chyba zrobiła to bez namawiania, z własnej
inicjatywy, pomagając w pakowaniu i rozpakowywaniu rzeczy, a potem przenoszeniu
ich na właściwe miejsca.
A
potem pochwaliła pomysł i wykonanie.
No
i wreszcie wspólnie z Alekiem, włączywszy w to nas, nie dając Jasmine i
Jasonowi szansy na wykręcenie się od pomocy, wszystkie kobiety zaczęły planować
imprezę na otwarcie sklepu.
A
właściwie galerii.
Nasze
miejsce nazwaliśmy bowiem Galerią Sztuki
Tradycyjnej, a w jej nazwie był Słonecznik,
bo wszyscy moi nowi przyjaciele, od teraz już oficjalnie moi wspólnicy
zauważyli, że nosiłam na co dzień mój naszyjnik i że był on dla mnie bardzo
ważny.
Remont
przeciągnął się, bo mógł się zacząć dopiero, kiedy mieliśmy już do końca
dogadane kwestie finansowe, a mój tata, z którym wciąż rozmawiałam o wszystkim
przez telefon, nalegał na zabezpieczenie spłaty mojego wkładu, więc nasza
adwokat i Alice miały trochę pracy, by wszystko odpowiednio spisać.
Dlatego
dopiero teraz staliśmy przed naszym nowym domem na podjeździe świeżo
odgarniętym ze śniegu, a w nadchodzący weekend miała być impreza z okazji
otwarcia naszego nowego miejsca, sklepiku z naszymi własnymi wyrobami.
Miał
to być cały duży event z rozesłanymi i rozniesionymi po okolicy zaproszeniami,
ogłoszeniem w prasie, Internecie i w ogóle.
O
to zadbał Jack na spółkę z Mattem.
Natomiast
my we czwórkę byliśmy strasznie zdenerwowani, bo baliśmy się tej chwili jak
diabli.
Najbardziej
tego, że nie spodobałoby się to, nie
wypaliło.
A
z Jeremim do naszej grupy przyszedł Ryan, jego kumpel lub może bardziej, jak to
mówią, wspólnik w zbrodni, bo razem rozrabiali, wygłupiali się i urządzali
huczne imprezy.
Dużo
przebywał z nami, uspokajał nas i rozśmieszał.
Ryan
okazał się być ciepłym, przyjaznym i… myślącym
przyjacielem dla nas wszystkich, jakby znalazł w sobie powołanie, by się nami
opiekować.
Został
moim prawdziwym przyjacielem, takim prawie-rówieśnikiem-mężczyzną, o jakim
myślałam, kiedy rok temu poprosiłam Toma, by się ze mną zaprzyjaźnił.
Więc
Ryan również stał tam z nami na podjeździe, po środku naszej grupy, obejmując
jednym ramieniem mnie, a drugim Jasmine, śmiejąc się cicho z naszych obaw i
mówiąc nam, jak będzie super.
Ale
przecież mieliśmy o wiele większe grono przyjaciół, niż tylko nasza najbliższa
piątka, a przynajmniej ja miałam.
Nie
dalej jak w grudniu pomagałam Alekowi wymyśleć sposób udekorowania kolejnej
sali na kolejny ślub, a był to ślub Lisy i Marka.
Tym
razem mój najlepszy przyjaciel wymyślił salę białą, w całości przybraną
krwistoczerwonymi różami, jakie Lisa miała mieć w swoim bukiecie ślubnym.
Pomagałam
w przygotowywaniu kolejnych imprez rocznicowych, urodzin, więc byłam z nimi
blisko.
Żyłam.
*****
Kilka dni później…
Byliśmy
zmęczeni tak bardzo, że padaliśmy na nosy, bo był to dzień, kiedy otworzyliśmy
naszą Galerię…
Wszyscy
nasi przyjaciele i rodzina byli wokół nas, pomagali nam to ogarnąć i wszyscy
byli szczęśliwi, że nam się udało.
Nasz
niewielki, wyjątkowy sklep w tym pierwszym dniu miał tylu klientów, że prawie
nie mieściliśmy się w naszej salono-bawialni otwartej na tę okazję na sklep,
ale też wyprzedaliśmy w całości towar, jaki zdołaliśmy do tej pory przygotować
i wystawić do sprzedaży.
Wieczorem
jeszcze długo siedzieliśmy, podsumowując utarg.
Ale
najważniejsze było to, że realizowałam swoje marzenie.
Wypełniłam
obietnicę, jaką dałam Willowi.
Żyłam.
I
tylko wieczorami, jak tej nocy, kładłam się sama
do łóżka, sama spałam w nim i sama wstawałam rano, by naszykować się na
następny dzień.
Oczywiście,
że nie byłam sama.
Miałam
przyjaciół wokół siebie, a dwa razy w tygodniu jeździłam do mamy, by pobyć z
Ablem, jeździłam też do Anie, by pobyć z Jackiem i Grace.
Również
w gronie rodzinnym spędziliśmy Thanksgiving i Gwiazdkę.
Nadal
byłam samotna.
*****
Dziękuję
OdpowiedzUsuń