środa, 28 czerwca 2023

15 - Czyściec (cz.1)

 

Rozdział 15

Czyściec (cz.1)

Abigail

 

 

Siedem miesięcy później…

Staliśmy w naszej niewielkiej, zwartej grupce na podjeździe przed czymś, co było naszym nowym miejscem do mieszkania, do tworzenia, do życia i w milczeniu, ale z zadowoleniem i szaloną satysfakcją patrzyliśmy na efekty naszej wielomiesięcznej pracy.

Był to niewielki, parterowy domek na State Street z czterema sypialniami, salonem połączonym teraz z bawialnią, z niewielką jadalnią i otwartą kuchnią, a także dużym witrynowym oknem od frontu, prowadzącym do dawnego salonu zamienionego obecnie w sklep, położony blisko Centrum Informacji Turystycznej, Utah State Capitol i wielu innych atrakcji turystycznych, co dla nas było wręcz idealne.

Mieliśmy tu zamieszkać we czwórkę.

Przetrwałam jakoś całe wakacje, mieszkając z mamą i Ablem, chociaż nie mogłam powiedzieć, że mama się poprawiła.

Sądziłam, że wiadomość o tym, że to Lucy i Lucas stali za atakiem na Anie sprawi, że mama spojrzy na mnie inaczej, będzie bardziej otwarta na to, co mogłyśmy mieć, nawet jeśli nie była zdolna do okazania mi chociażby odrobiny uczucia lub przynajmniej zainteresowania.

Ale tak się nie stało.

Mama nie była złośliwa, nie obarczała mnie nadmierną pracą, ale była wycofana, milcząca i obojętna wobec mnie, więc i tak nie było mi miło.

Bardzo starałam się ją rozumieć, współczuć jej, byłam wobec niej uprzejma, postanowiłam być uczynna, pożyteczna, więc bawiłam się z Ablem, gotowałam, prałam i sprzątałam, kiedy tylko uznałam, że była taka potrzeba, ale mama nigdy mnie o nic nie poprosiła.

Dlatego właśnie, przez ten chłód, którego nie mogłam znieść, przez nieustającą ciasnotę i chęć zrobienia czegoś dla siebie, w pierwszą niedzielę września porozmawiałam przez telefon szczerze z moim tatą.

Zadzwonił, jak zwykle dzwonił i mama odebrała w kuchni, jak zwykle odbierała, kiedy ja zajmowałam Abla w salonie, by mogła spokojnie porozmawiać ze swoim mężem.

Potrzebowała tego i rozumiałam ją.

Anie nie było przez to, że mała Grace skończyła dwa miesiące i trzeba było wyregulować jej rytm dnia, bo stała się niespokojna, źle sypiała i marudziła.

Działo się tak zwłaszcza dlatego, bo Jack zaczął wychodzić do szkoły, a, jak się wydawało, mała przybrana siostra mojego młodego przyjaciela, moja siostrzenica, wyjątkowo przypodobała sobie spędzanie w jego towarzystwie rano godzinę lub dwie, kiedy Anie była zajęta przygotowywaniem lunchu, praniem, sprzątaniem lub tym, cokolwiek miała do zrobienia w domu.

Nikt nie mógł go jej zastąpić.

Serio, Abel i Grace były światełkami rozjaśniającymi nasze dni, ale bardzo wymagającymi i absorbującymi.

Kiedy mama wróciła z telefonem do salonu, gdzie byłam z Ablem i podała mi go, żebym z kolei ja porozmawiała z tatą, zrobiłam coś niespotykanego, a mianowicie zabrałam telefon ze sobą i poszłam do swojego pokoju, by na osobności podzielić się z nim tym, co miałam w myślach.

- Hej, tatku - przywitałam się cicho, będąc jeszcze w ruchu na korytarzu.

- Hej, Kwiatuszku - odpowiedział mój tata jasnym, czystym głosem, jak zwykle odpowiadał, nieświadomie od kilku miesięcy wbijając mi tym nóż w serce, bo tak dawno nie słyszałam mojego Słoneczniku, że to bolało.

Zakopałam to głęboko dla mojego własnego zdrowia psychicznego i bezpieczeństwa mojego serca.

- Tatku - zaczęłam bez wstępu, bo wiedziałam, że nie mieliśmy wiele czasu na rozmowę - Chcę się wyprowadzić z domu.

Przerwałam, ale nie doczekałam się żadnego komentarza ze strony taty, więc mówiłam dalej.

- Chcę założyć sklepik, w którym mogłabym sprzedawać swoje wyroby, bo u Aleka i Sama może jest to możliwe, ale tylko po przyjacielsku, skoro oni prowadzą butik, a nie sklep z pamiątkami czy coś takiego. Nie chcę ich dłużej wykorzystywać.

Znowu przerwałam, ale mój tata nadal się nie odzywał i było to zrozumiałe, bo co wspólnego mógł mieć sklepik z wyprowadzką, więc zebrałam się na odwagę, by mu to wyjaśnić.

- Poznałam na zajęciach w college’u dziewczynę, Jasmine, która robi makramy i tkaniny w tradycyjnym stylu Utah, rozmawiałyśmy, opowiedziałam jej o Aleku i Samie, o moich pracach i o ich sprzedawaniu i ona też chciałaby sprzedawać swoje wyroby. Mogłaby to robić, bo są super, widziałam - kontynuowałam szybko, wzięłam głębszy wdech i przeszłam do sedna sprawy, tylko trochę paplając ze zdenerwowania - Ale ona tak samo jak ja nie ma miejsca, gdzie mogłaby wytwarzać swoje dzieła. A tak to miałybyśmy pracownię, sypialnie, magazyn i miejsce na ekspozycję naszych wyrobów. Więc może zamieszkałybyśmy razem przy tym naszym sklepiku albo… hmmm… coś.

Zakończyłam trochę lamersko, ale prawda była taka, że bałam się wniosków, jakie tata mógł wysnuć z mojej gadaniny.

Tata od zawsze był jedyną poza Anie osobą w naszej rodzinie, z której zdaniem naprawdę się liczyłam, bo zawsze mnie wysłuchał i wspierał.

Zawsze czułam, że mnie kochał bezwarunkowo.

Ale jednak do tej pory nigdy jemu się nie poskarżyłam na mocno ograniczoną ilość miejsca, w jakim przyszło mi mieszkać w domu mamy.

Tylko raz Anie powiedziałam o tym, że mój pokoik był za mały.

- Dobrze - mruknął tata - Więc chodzi o mieszkanie ze współlokatorką?

- Tak - potwierdziłam tacie, a potem wyjaśniłam bliżej - To znaczy chodzi nam o jedno miejsce, w którym mogłybyśmy zarówno mieszkać, pracować, a także sprzedawać nasze wyroby. To jest jeszcze do dogadania.

- Rozumiem - stwierdził tata - Może porozmawiam na ten temat z Olim, a on z tobą, żebyś z nim rozejrzała się po okolicy i znalazła miejsce dla was odpowiednie. Jak bardzo się spieszysz?

- Och - westchnęłam, bo naprawdę, zaczynając tę rozmowę, nie spodziewałam się, że przekonanie go do tego pójdzie mi tak łatwo - Myślałam o tym, żeby znaleźć coś przed pierwszym śniegiem, ale…

Hmmm, cóż, tak właściwie to w ogóle o tym nie myślałam.

Ale właśnie wtedy zaczęłam.

Zaczęłam myśleć o tym, rozmawiać o tym, ustalać pewne rzeczy z Jasmine i z Olim, a później także radzić się Aleka, Evy i innych.

Podjęłyśmy na razie tylko luźne rozmowy z Jasmine, która, jak się okazało, nie miała żadnych wolnych funduszy, oszczędności ani nic takiego, ale też nigdy nie sprzedawała swoich wyrobów, nie uznawała je za godne uwagi i od początku roku szkolnego musiałam się najpierw solidnie napracować nad tym, by uwierzyła w siebie.

Pomogło to, że jej wyroby były fantastyczne i mój zachwyt nad nimi od pierwszej chwili był autentyczny.

A w ciągu następnych dni po rozmowie z tatą, rozejrzałam się po uczelni i znalazłam dwie kolejne osoby, z którymi mogłyśmy podjąć współpracę.

Pomógł mi przypadek.

Od razu w poniedziałek po tej rozmowie na zajęciach z etyki siedziałam obok jednego chłopaka, Jasona, który miał wokół paznokci ślady nietypowe dla mężczyzny.

Przynajmniej według mnie.

- Czy to ciasto? - zapytałam, bo podobne widziałam u kiedyś Ewy i Anie, kiedy razem z mamą piekły chleb.

- Nie - wymamrotał, chowając ręce pod ławką - Glina. Lepię takie tam.

Próbował mnie zbyć, a ja i tak już zainteresowałam się tym, ale w tym momencie do sali wszedł wykładowca, który zawsze był bardzo surowy i ganił nas za wykroczenia pod względem ciszy lub punktualności.

- Pogadamy później? - szepnęłam, nachylając się do chłopaka.

Spojrzał na mnie podejrzliwie, ale skinął głową na zgodę, a po wykładzie poczekał na mnie na korytarzu pod salą.

Rozmawialiśmy później jeszcze wiele razy, a nawet mogę stwierdzić, że się zaprzyjaźniliśmy, ale przyjaźń z nim była dziwna, bo był bardzo zamknięty w sobie, może nawet bardziej niż Jasmine.

Więc głównie to ja mówiłam.

Ale którąś z rzędu naszą rozmowę na stołówce uczelnianej usłyszał Jeremy, a ten z kolei był bardzo otwarty, wręcz hałaśliwy, nadaktywny, a jego zainteresowanie dotyczyło prac Jasona.

Chodziło o to, że Jeremy był rzeźbiarzem.

Był też o rok wyżej od nas w college’u.

Nie wykonywał wielkich, monumentalnych dzieł ku potomności, ale rzeźbił w drewnie, wzorując się na pracach swoich przodków.

Bo Jeremy był rdzennym Amerykaninem.

Od słowa do słowa dogadaliśmy się i uznaliśmy, że w czwórkę powinniśmy założyć rodzaj spółdzielni studenckiej, której celem byłaby produkcja i sprzedaż wyrobów wzorowanych na tradycyjnych dla stanu Utah.

Poszłam z tym do Oli’ego.

Porozmawialiśmy w piątkę.

Oli włączył do tego Evę, która miała zaufaną adwokat i nas z nią skontaktowała, więc mieliśmy wkrótce skonstruowaną umowę do podpisania.

Wyszło na to, że byłam jedyną z naszej czwórki, która miała jakiekolwiek pieniądze do wyłożenia jako kapitał zakładowy, ale umowa, jaką mieliśmy, umożliwiła nam wzięcie niskooprocentowanego kredytu studenckiego.

Początkowo szukaliśmy mieszkania albo może raczej kilku mieszkań, a po wielu perturbacjach i dyskusjach trafiliśmy na to, co było przed nami, czyli znaleźliśmy odpowiadający nam domek.

Był niewielki i zrujnowany, ale wtedy dowiedziałam się, jak działała grupa przyjaciółek, które były zgromadzone wokół Evy.

To było genialne.

Oprócz zaufanej pani adwokat mieliśmy wkrótce pomoc od Sophie, której trojaczki może i miały dopiero po pół roku, ale ona sama nie zwalniała tempa.

Sophie miała własną firmę budowlaną, a na dodatek sama robiła projekty oryginalnych, nietypowych domów, które były dopasowane do charakteru ich właścicieli, więc pomogła nam z zaplanowaniem przestrzeni zarówno w samym domu, jak i w jego okolicy, by ten sklepik, jaki tam chcieliśmy mieć, był widoczny, ale nietypowy, wyjątkowy.

Nadała mu niepowtarzalną atmosferę.

Eva wciągnęła do współpracy z nami również Alice, która była księgową, bo żadne z nas nie pomyślało o tym, że musieliśmy w jakiś sposób zarządzać naszymi finansami.

Pozostała trójka właściwie się nie odzywała na naszych „zebraniach zarządu”, pozostawiając nam, a właściwie im, starszym kobietom, rozdzielanie takich zadań, jak księgowość, transport, a nawet projekt ogrodu, bo, tak, mieliśmy mieć mały ogródek przed domem i dookoła niego, z betonowym podjazdem, co dałoby nam na przyszłość możliwość wystaw i eventów na świeżym powietrzu.

Sophie rozmawiała z nami wszystkimi o wystroju i o tym, jak wyobrażał sobie każdy z nas naszą przestrzeń, zarówno tą osobistą, jak i wspólną.

Doszliśmy do pewnych ustaleń.

Sophie dorzuciła swoje dwa grosze pomysłów i podpowiedzi.

Alice powiedziała nam, jak prowadzić kasę fiskalną, zrobiła nam kosztorys firmy, niezbędny do uzyskania kredytu.

Eva i Maggie rzuciły się z radością do ustalania pierwotnie nieistotnych szczegółów, jak przetransportowanie naszego prywatnego, małego mienia, zrobienie listy drobnych, ale niezbędnych rzeczy do dokupienia.

Nawet moja mama włączyła się do pomocy i chyba zrobiła to bez namawiania, z własnej inicjatywy, pomagając w pakowaniu i rozpakowywaniu rzeczy, a potem przenoszeniu ich na właściwe miejsca.

A potem pochwaliła pomysł i wykonanie.

No i wreszcie wspólnie z Alekiem, włączywszy w to nas, nie dając Jasmine i Jasonowi szansy na wykręcenie się od pomocy, wszystkie kobiety zaczęły planować imprezę na otwarcie sklepu.

A właściwie galerii.

Nasze miejsce nazwaliśmy bowiem Galerią Sztuki Tradycyjnej, a w jej nazwie był Słonecznik, bo wszyscy moi nowi przyjaciele, od teraz już oficjalnie moi wspólnicy zauważyli, że nosiłam na co dzień mój naszyjnik i że był on dla mnie bardzo ważny.

Remont przeciągnął się, bo mógł się zacząć dopiero, kiedy mieliśmy już do końca dogadane kwestie finansowe, a mój tata, z którym wciąż rozmawiałam o wszystkim przez telefon, nalegał na zabezpieczenie spłaty mojego wkładu, więc nasza adwokat i Alice miały trochę pracy, by wszystko odpowiednio spisać.

Dlatego dopiero teraz staliśmy przed naszym nowym domem na podjeździe świeżo odgarniętym ze śniegu, a w nadchodzący weekend miała być impreza z okazji otwarcia naszego nowego miejsca, sklepiku z naszymi własnymi wyrobami.

Miał to być cały duży event z rozesłanymi i rozniesionymi po okolicy zaproszeniami, ogłoszeniem w prasie, Internecie i w ogóle.

O to zadbał Jack na spółkę z Mattem.

Natomiast my we czwórkę byliśmy strasznie zdenerwowani, bo baliśmy się tej chwili jak diabli.

Najbardziej tego, że nie spodobałoby się to, nie wypaliło.

A z Jeremim do naszej grupy przyszedł Ryan, jego kumpel lub może bardziej, jak to mówią, wspólnik w zbrodni, bo razem rozrabiali, wygłupiali się i urządzali huczne imprezy.

Dużo przebywał z nami, uspokajał nas i rozśmieszał.

Ryan okazał się być ciepłym, przyjaznym i… myślącym przyjacielem dla nas wszystkich, jakby znalazł w sobie powołanie, by się nami opiekować.

Został moim prawdziwym przyjacielem, takim prawie-rówieśnikiem-mężczyzną, o jakim myślałam, kiedy rok temu poprosiłam Toma, by się ze mną zaprzyjaźnił.

Więc Ryan również stał tam z nami na podjeździe, po środku naszej grupy, obejmując jednym ramieniem mnie, a drugim Jasmine, śmiejąc się cicho z naszych obaw i mówiąc nam, jak będzie super.

Ale przecież mieliśmy o wiele większe grono przyjaciół, niż tylko nasza najbliższa piątka, a przynajmniej ja miałam.

Nie dalej jak w grudniu pomagałam Alekowi wymyśleć sposób udekorowania kolejnej sali na kolejny ślub, a był to ślub Lisy i Marka.

Tym razem mój najlepszy przyjaciel wymyślił salę białą, w całości przybraną krwistoczerwonymi różami, jakie Lisa miała mieć w swoim bukiecie ślubnym.

Pomagałam w przygotowywaniu kolejnych imprez rocznicowych, urodzin, więc byłam z nimi blisko.

Żyłam.

*****

Kilka dni później…

Byliśmy zmęczeni tak bardzo, że padaliśmy na nosy, bo był to dzień, kiedy otworzyliśmy naszą Galerię…

Wszyscy nasi przyjaciele i rodzina byli wokół nas, pomagali nam to ogarnąć i wszyscy byli szczęśliwi, że nam się udało.

Nasz niewielki, wyjątkowy sklep w tym pierwszym dniu miał tylu klientów, że prawie nie mieściliśmy się w naszej salono-bawialni otwartej na tę okazję na sklep, ale też wyprzedaliśmy w całości towar, jaki zdołaliśmy do tej pory przygotować i wystawić do sprzedaży.

Wieczorem jeszcze długo siedzieliśmy, podsumowując utarg.

Ale najważniejsze było to, że realizowałam swoje marzenie.

Wypełniłam obietnicę, jaką dałam Willowi.

Żyłam.

I tylko wieczorami, jak tej nocy, kładłam się sama do łóżka, sama spałam w nim i sama wstawałam rano, by naszykować się na następny dzień.

Oczywiście, że nie byłam sama.

Miałam przyjaciół wokół siebie, a dwa razy w tygodniu jeździłam do mamy, by pobyć z Ablem, jeździłam też do Anie, by pobyć z Jackiem i Grace.

Również w gronie rodzinnym spędziliśmy Thanksgiving i Gwiazdkę.

Nadal byłam samotna.

*****

1 komentarz: