Abigail
Koniec czerwca…
Byłyśmy
prawie same na korytarzu szkolnym i była przerwa na lunch.
-
Panno Sensible - usłyszałam dochodzący zza moich pleców łagodny i miły głos
naszego szkolnego pedagoga i psychologa, pana Millera - Mogę panią prosić do
mojego gabinetu na rozmowę?
Cóż,
nie mogłam odmówić, bo to tak naprawdę nie była prośba.
Byłam
tam umówiona z Jo, która właśnie wtedy nadchodziła z naprzeciwka, bo przyszła
ze stołówki szkolnej z naszym lunchem.
Nie
chciałam zbyt często pokazywać się w stołówce, skoro plotki nadal powodowały
słowne ataki różnych osób skierowane w moją stronę.
Joe
pojechał tego dnia ze swoimi rodzicami, by odwiedzić jakiegoś swojego kuzyna,
który miał pracować z nimi w warsztacie, bo tata naszego przyjaciela wymyślił
sobie rozszerzenie działalności, skoro miał mieć pomoc syna, a ja z Jo kręciłyśmy
się bez celu i nie miałyśmy co robić, bo dekoracje były skończone i następnego ranka
miało być przedstawienie.
-
Tak, panie Miller - odparłam więc i odwróciłam się w kierunku jego gabinetu,
machając raz z daleka dłonią Jo na pożegnanie.
Wykrzywiłyśmy
się do siebie zabawnymi minami i wiedziałam, że Jo chciała mnie pocieszyć, ale
nie wiedziałam, o czym chciał ze mną rozmawiać nasz psycholog, więc było to
słabe.
Obawiałam
się, że dotarły do niego plotki na mój temat.
Tak,
nie ucichły.
Nawet
powiedziałabym, że były głośniejsze i urosły, bo „uprzejme” koleżanki doniosły
mi o innych chłopakach, z którymi podobno uprawiałam seks.
-
Może weźmiesz kanapkę i zjemy lunch w moim biurze - niespodziewanie
zaproponował pan Miller i wtedy zobaczyłam, że nie umknęło mu to, że Jo trzymała
naręcze kanapek, jabłek i jogurtów, które kupiła właśnie w stołówce dla nas, bo
miałyśmy znowu zjeść lunch za kulisami sali widowiskowej, jak robiliśmy we
trójkę to od kilku tygodni.
Żadne
z nas nie lubiło dziwnych spojrzeń i cichych komentarzy, które nas otaczały,
osaczały, ale cichły, kiedy wchodziliśmy do jakiegoś pomieszczenia.
Skinęłam
głową bez słowa, ale z westchnieniem w myślach podeszłam do mojej przyjaciółki,
bo byłam głodna, więc bardzo chciałam
skorzystać z uprzejmej oferty naszego pedagoga szkolnego.
Mężczyzna
był dość wysoki, ale wizualnie łagodny i przytulny, to znaczy miękki, ciepły i
taki „misiowaty”, co powodowało, że instynktownie wzbudzał zaufanie, jeśli ktoś
nie miał nic do ukrycia.
A
ja nie miałam.
Dlatego
mogłam zjeść z nim swój lunch, podczas gdy porozmawialibyśmy w jego gabinecie we
dwójkę o tym, o czymkolwiek chciał ze mną rozmawiać.
-
Dzięki, Jo - wymamrotałam, odbierając moją kanapkę od przyjaciółki, a potem
pożegnałam się z nią skinieniem nie zajętej dłoni, kiedy zawróciłam do pana
Millera.
-
Masz dobrych przyjaciół - powiedział do mnie, otwierając przede mną drzwi do
swojego gabinetu, więc po raz ostatni rzuciłam okiem na patrzącą na mnie z
troską Jo i uśmiechnęłam się lekko do niej.
-
Tak - powiedziałam cicho i łagodnie, kiedy poczułam, jak ciepło rozpłynęło się
wewnątrz mojej piersi i weszłam do jego gabinetu.
Kochałam
ich oboje.
Joe
był cichym, nieśmiałym i zamkniętym w sobie, typowym introwertykiem, więc
trudno mu było dogadać się z kimkolwiek,
ale my z Jo złapałyśmy z nim dobry kontakt, co było dla nas bardzo szczęśliwe,
bo okazał się niezwykle pomocną, utalentowaną „złotą rączką”.
Jego
uzdolnienia manualne były wręcz onieśmielające.
Czego
by się nie podjął, o co byśmy go nie poprosiły, to wykonywał dokładnie tak, jak tego potrzebowałyśmy.
Nie
zamierzał kontynuować nauki po skończeniu liceum, ale też nie musiał, bo jego
tata miał w centrum SLC mały, ale znany warsztat naprawczy, w którym naprawiał
właściwie wszystko, więc Joe miał tam
pracować już w czasie najbliższych wakacji.
Dla
niego to nie będą wakacje, bo kończył szkołę.
Mieliśmy
się rozstać.
Wiedziałam
jednak, że gdybym kiedyś miała coś do naprawy, jakiś pojazd czy cokolwiek
innego, na pewno udam się do niego, bo będę mogła zaufać, że zrobi to rzetelnie
i dobrze.
Zamierzałam
utrzymać z nim kontakt.
Jo
natomiast umiała zrobić takie cuda z bibuły, papieru i gliny, że zdumiewało
mnie to przy każdej nadarzającej się okazji.
Była
tak niesamowicie uzdolnioną artystką!
Zbliżyłyśmy
się do siebie od niedawna jeszcze bardziej, bo mój brat nabrał chęci na
zawieranie znajomości, a Jo miała niespełna dziesięcioletnią siostrę.
U
niej w domu była bawialnia, wypełniona w połowie klockami, a w drugiej połowie
domkiem dla lalek i lalkami, więc Abel, oczywiście, siedziałby całymi godzinami
przy klockach, ale nawet czasem bawił się lalkami, żeby tylko nie zostać
wygonionym od zabawy z małą Jill.
Nasze
spotkania we czwórkę zaczęły się przypadkiem kilka miesięcy temu, kiedy
musiałam niespodziewanie zaopiekować się moim bratem, a byłyśmy umówione z Jo w
celu zaplanowania jakiejś dekoracji.
Joe
miał samochód i czasem zabierał Jo do lub z szkoły, więc wtedy podjechał do
mojego domu i zabrał nas dwoje, a ja cieszyłam się, że Abel miał kupiony
fotelik samochodowy, by mógł jeździć z panią Peperson, więc mogliśmy pojechać
razem.
Potem
nasza przyjaźń z Jo rozkwitła, a jej mama nam pomagała i czasem przyjeżdżała po
mnie i Abla, żeby mógł pobawić się z Jill.
Na
ostatnie moje urodziny dostałam od Jo przepiękny bukiet dziesięciu róż perfekcyjnie
wykonanych z karbowanej bibuły w pełnym przekroju odcieni czerwieni do żółci
poprzez pomarańczowe.
Ja
dałam jej na jej urodziny płócienną torbę na książki (uszytą przez moją mamę,
podobnie jak moja i Anie) pomalowaną w róże w kolorach od różu do głębokiego
fioletu, bo najbardziej lubiła te kolory.
Kiedy
o tym myślałam, weszliśmy do gabinetu pedagoga, gdzie stało biurko, półka z
książkami, regulowane fotele przy biurku i cztery proste, klubowe fotele
dookoła nieco starego prostokątnego stolika do kawy.
-
Usiądź tutaj, Abigail - pan Miller wskazał mi jeden z foteli, które stały przy tym
niskim stoliku, a sam zajął drugi, kiedy zobaczyłam, że sam też miał w ręku
kanapkę i butelkę z wodą.
Zajął
miejsce, ja usiadłam na swoim miejscu i przez chwilę byliśmy zaprzątnięci się
tylko naszym lunchem, a pan Miller zaoferował mi butelkę wody niegazowanej, bo
nie miałam nic do picia.
-
Więc… - zaczął pan Miller, kiedy już wyjęłam z opakowania swoją kanapkę i ją
ugryzłam - Jak tam w domu?
Wiedziałam,
że wszyscy nauczyciele wiedzieli o tym, że rok temu straciliśmy Ewę i dlaczego,
z jakiego powodu straciliśmy tatę i że musieliśmy się przeprowadzić.
Ale
nadal…
Zagapiłam
się na niego, przeżuwając powoli swój lunch, bo nie spodziewałam się, że chciał
o tym rozmawiać.
Ja
nie chciałam o tym rozmawiać.
Z
nikim.
Spojrzałam
na kanapkę w mojej dłoni, potem na odkręconą butelkę, którą postawił na stoliku
naprzeciwko mnie, wzięłam ją, napiłam się z niej duży łyk wody i wykorzystałam
ten czas na zastanowienie się nad odpowiedzią.
Nasza
społeczność, nasza rodzina tak nie
działała.
Nie
dzieliliśmy się z nikim tym, co nas
dręczyło.
Główną
zasadą było nie mówienie o tym, co złego tkwiło w jednym z nas, bo o tym,
co było dobre można było mówić, a
nawet należało mówić.
A
chodziło o coś bardzo złego.
Nie
spodziewałam się, że było to możliwe, ale Lucy była dla mnie jeszcze bardziej podła,
niż kiedykolwiek bywała wcześniej.
Kiedy
byłyśmy jednocześnie w naszym pokoju, czego starałam się uniknąć, syczała do
mnie i obrzucała mnie komentarzami, które trudno mi było ignorować, jak chciała
tego ode mnie moja mama.
Lucy
rzucała moimi ubraniami i innymi rzeczami, jeśli cokolwiek znalazło się choćby
minimalnie na jej „połowie” pokoju.
Kiedy
wracała późno w nocy z randki z Lucasem, nie hamowała się, tylko zapalała górne
światło i hałasowała, nie przejmując się tym, że mnie budziła.
Bywała
pijana.
Wiedziała,
że nasza mama nie posłuchałaby mojej skargi, a jedynym, co powiedziałaby byłaby
prośba do mnie o ustąpienie Lucy, a na pewno mama by mi nie uwierzyła w nic
złego, co miałabym do powiedzenia.
Więc
milczałam.
A
ostatnio moja starsza siostra zaczęła wychodzić w środku nocy przez okno, a
kiedy raz obudziłam się przy tym i zapaliłam światło, zagroziła mi wręcz pobiciem
i zniszczeniem moich rzeczy, więc o tym też milczałam.
Ale
to skłoniło mnie do przeszukania
pudeł pod jej łóżkiem.
Pewnej
soboty, kiedy wczesnym przedpołudniem weszłam do naszego wspólnego pokoju, a
ona jeszcze nie wyszła do pracy, zobaczyłam, jak zamykała jedno z nich i
wyprostowała się gwałtownie, jakby udawała, że to nie było nic specjalnego.
Ja
też udawałam, że niczego nie zauważyłam.
Ale
kiedy później wyszła z domu, zajrzałam tam i zobaczyłam to.
Pudełka
były trzy.
Dwa
były takie nieduże, zwykłe, po butach jak sandałki lub conversy, a jedno duże
jak po kozakach.
Jedno
z tych małych było bardzo ciężkie,
ważące przynajmniej kilka kilogramów, więc to je otworzyłam jako pierwsze i
zamarłam.
Było
całkowicie wypełnione złotą i srebrną biżuterią, a żadna z nas nie nosiła
żadnej biżuterii oprócz łańcuszka z krzyżykiem, tylko mama jeszcze miała
obrączkę i pierścionek, a Lucy pierścionek zaręczynowy Lucasa.
A
w pudełku były wyglądające na drogie łańcuszki, zawieszki, kolczyki, kolie,
bransoletki, pierścionki, sygnety, broszki i wiele innych, a większość była
złota z kamieniami szlachetnymi i duża.
Było
tego setki!
Nie
chciałam przypuszczać, skąd Lucy to wzięła, ale konkluzja nasunęła mi się sama
i nie była przyjemna.
Zamknęłam
tamto pudełko z obrzydzeniem, wsunęłam je pod łóżko, na miejsce, a potem
wysunęłam następne.
Kiedy
zdjęłam jego pokrywkę, nie poczułam się lepiej.
Ani
trochę.
Było
ono wypełnione w ponad połowie banknotami i to nie jednodolarówkami, które
mogłyby pochodzić z napiwków Lucy, która pracowała w barze śniadaniowym, ale
wysokimi nominałami.
Nigdy
w życiu nie widziałam tyle pieniędzy.
Były
tam tysiące dolarów.
A
na nich w tym pudełku leżały dokumenty, w których widziałam zdjęcie Lucy, ale
słabo rozpoznawalnej.
Każdy
z nich był na inne nazwisko, na niektórych moja siostra miała inny kolor włosów,
a na jednym wyglądała na dużo starszą.
Cztery
prawa jazdy, kilka paszportów, inne dowody tożsamości z różnymi numerami
ubezpieczalni leżały tam niczym wyposażenie szpiega z zagadek kryminalnych,
które oglądałyśmy w dzieciństwie ukradkiem przed rodzicami.
Zamknęłam
to pudełko i już bez chęci, ale i tak sięgnęłam po największe z nich, trochę
bojąc się tego, co mogło zawierać.
Kiedy
podniosłam jego przykrywkę, ponownie zamarłam, bo nigdy nie widziałam takiej
ilości sprzętu elektronicznego w jednym miejscu.
Były
tam telefony, smartfony, iPhone’y, powerbanki, iwach’e, bandy, tablety,
słuchawki i głośniki przenośne, jakie widywałam u różnych uczniów, chociaż
teoretycznie nie było wolno ich przynosić do szkoły.
Nadal
bywały gdzieś ukryte w szafkach i wyjmowane ukradkiem, a czasem w plecakach, by
mogły służyć do robienia zdjęć i filmików, puszczanych później w rozmaitych
mediach społecznościowych.
Ja
sama miałam starego Smartfona, który służył mi głównie jako telefon, a na który
moja mama zgodziła się tylko dlatego, bo tak było bezpieczniej, skoro
dojeżdżałam do pracy w weekendy, więc mogłam do niej zadzwonić.
Po
prostu chodziło o to, byśmy miały kontakt.
Zamknęłam
wtedy to pudełko i schowałam je z powrotem pod łóżko razem z pozostałymi, a
potem nikomu nie powiedziałam o moim
znalezisku, bo mama miała dość swoich kłopotów, a Anie miała dużo pracy.
Nie
miałam z kim o tym porozmawiać.
Ale
nadal nie rozmawiałabym o tym z nikim
poza naszą rodziną.
Więc
tylko wypiłam trochę wody z butelki i mruknęłam cicho - W porządku.
Na
moje szczęście pan Miller wydawał się być wystarczająco usatysfakcjonowany moją
skąpą, wymijającą odpowiedzią, a potem przekonałam się, że po prostu myślał o
czymś innym.
-
Abigail, czy może myślałaś już o tym, co będziesz robiła po skończeniu liceum?
- zapytał mnie niby niedbale, ponownie gryząc swoją kanapkę.
Zmarszczyłam
brwi w niezrozumieniu.
Kończyłam
dopiero drugą klasę, do wakacji pozostało kilka dni, więc wydawało mi się, że
to było zbyt wcześnie, aby myśleć o tym, co miałam robić za ponad rok.
Zresztą
byłam przyzwyczajona do brania jednego dnia na raz.
Już
dawno nauczyłam się, że planowanie czegokolwiek na przyszłość nie przydawało
się, bo plan Wszechświata lub może Boga nie przewidywał tego, by nasze plany miały być spełnione.
Najwyraźniej
jednak pan Miller miał inne zdanie.
-
Pani Pointer bardzo cię chwali - stwierdził swobodnym tonem i znowu napchał
sobie swojej kanapki do ust.
Właśnie
ugryzłam swoją, przeżuwałam ją powoli i patrzyłam na niego, nie nadążając za
jego tokiem myślenia.
Nie
wiedziałam, co wspólnego miały niewątpliwe i głośne pochwały pani Pointer,
która zajmowała się przedstawieniami w naszej szkole i lekcjami o sztuce, z
moją niepewną, odległą przyszłością.
Słyszałam
te pochwały niejednokrotnie, więc o nich wiedziałam, podobnie jak moi rodzice,
ale nie wiązałam ich w żaden sposób z moimi planami na przyszłość, bo ich nie
miałam.
-
Masz bardzo dobre oceny ze sztuki i z historii - poinformował mnie pan Miller,
ale przecież to też wiedziałam.
Nie
odezwałam się, ale pan Miller nie potrzebował tego.
-
Z innych przedmiotów też masz niezłe wyniki - dodał i ponownie ugryzł swoją
kanapkę, przeżuwając ją, kiedy oparł się swobodnie w swoim fotelu i patrzył na
mnie wyczekująco, jakbym miała sama dojść do konkluzji z tym związanej.
-
Tak? - zapytałam głupio, kiedy przełknęłam swoją.
-
Tak - przytaknął i wziął butelkę z wodą ze stolika.
Napił
się, odstawił ją i mówił dalej, patrząc mi prosto w oczy.
-
Z takimi wynikami, z referencjami od pani Pointer, gdybyś podciągnęła
matematykę i nauczyła się pisać esej, mogłabyś się postarać o stypendium do
college’u do klasy artystycznej lub związanej z historią sztuki - powiedział i
dosłownie zastrzelił mnie tym, więc
zamarłam z otwartymi ustami, z których, szczęśliwie nie wypadło jedzenie, bo
akurat przełknęłam.
Stypendium?
Ja?
Nigdy
o tym nie myślałam, ale właśnie w tej chwili stało to moim największym
marzeniem, planem na życie, o którym wcześniej nie śniłam.
Ja
naprawdę nigdy nie myślałam o
przyszłości.
W
dzieciństwie, w szpitalach, nauczyłam się myśleć wyłącznie o teraźniejszości, o
jednym, bieżącym dniu, cieszyć się tym, co miałam.
Teraz
nagle, tym jednym stwierdzeniem szkolnego pedagoga, pojawiło się przede mną
pytanie, jak mogłabym w przyszłości
zarabiać na życie.
Wiedziałam
już o sobie kilka rzeczy.
Wiedziałam,
że lubiłam malować, ale nie spodziewałam się, że mogłoby to przynosić jakieś
dochody, z jakich mogłabym utrzymywać się, żeby wystarczyło mi na życie.
Wiedziałam
również, że nienawidziłam pracy w
kuchni, bo pracowałam w weekendy w Mac Donald’s, gdzie nie wychodziłam na salę
jako kelnerka, ani nie stałam przy kasie, bo nie chciałam tego od początku
mojej pracy tam, ale za to potem dowiedziałam się, że bieganie po gorącej,
śmierdzącej przypalonym tłuszczem kuchni też nie było czymś, co można by lubić.
A
na dodatek można było zostać tam poważnie ranionym, co przydarzyło mi się
siedem miesięcy temu, kiedy nabawiłam się kontuzji obecnie widocznej na moim
lewym przedramieniu w postaci długiej, lśniącej, jasnej blizny po oparzeniu,
kiedy w biegu wymijając się z koleżanką z pracy, wpadłam na rozgrzaną blachę.
Nie
chciałam też być mamą i żoną pozostającą w domu, jak o tym kiedyś marzyły Ewa i
Anie, bo widziałam, jak nasza mama pozostawała tak z Ablem i nie podobało mi się to.
-
Tak - szepnęłam więc i odpowiedź była prosta, więc nie wiedziałam, czemu
tkwiłam zapatrzona w blat stolika, nie jedząc mojej kanapki, kiedy pan Miller
zadał mi pytanie, chociaż nie było ono pytaniem - Chciałabym - dodałam głośniej.
-
Jedz, Abigail - powiedział pan Miller łagodnie i cicho, opuszczając swoją
kanapkę na kolana, kiedy nadal trzymał ją w dłoni.
Podniosłam
swoją do ust i, gryząc ją, patrzyłam znowu w jego oczy, by słuchać jego
propozycji planu na moją przyszłość.
-
Więc sądzę, że, aby to osiągnąć, powinnaś zapisać się na letni kurs rozszerzający
z matematyki - powiedział mi mężczyzna, który najwidoczniej już to przemyślał -
Matematyka jest twoją słabą stroną i może nie potrzebujesz z niej wysokich
wyników, ale poniżej C obniża twoje możliwości zdobycia stypendium. A może też powinnaś
zapisać się na warsztaty z angielskiego. Nauczysz się tam pisać esej.
Przytaknęłam,
wciąż przeżuwając, bo musiałam skończyć swój lunch przed następnymi zajęciami,
ale nadal słuchałam z uwagą.
-
W przyszłym roku szkolnym zapisz się również na jakieś zajęcia dodatkowe z… nie
wiem… historii sztuki, czy czegoś takiego, żeby podnieść sobie punkty -
zaproponował pan Miller - Może przydałaby ci się praca w gazetce szkolnej, może
na stronie internetowej naszej szkoły? Zainteresuj się tym. I jeszcze przydałby
ci się jakiś wolontariat.
Akurat
przełknęłam kęs, popiłam go wodą i
mogłam wciągnąć wdech, by mu odpowiedzieć.
-
Z tym nie będzie problemu - mruknęłam, myśląc o letnich półkoloniach lub czymś
takim, chociaż po wydarzeniach sprzed roku, nasza społeczność była dla mnie pod
tym względem zamknięta.
Ale
właśnie przypomniałam sobie, że Anie mówiła o tym, że planowała prowadzić w
swojej szkole jakieś półkolonie, więc może pracowałabym z nią lub w naszej
szkole przy czymś takim.
To
było do zastanowienia się.
Więc
dokończyłam swoją kanapkę w gabinecie pedagoga szkolnego, rozmawiając z panem
Millerem już swobodniej o mojej przyszłości, bo poczułam, że miałam w nim
sprzymierzeńca.
I,
dzięki niemu, plan na przyszłość.
*****
CDN
Dziękuję
OdpowiedzUsuń❤️
OdpowiedzUsuń