niedziela, 21 maja 2023

2 - Jeden dzień - cała przyszłość

 

 Rozdział 2

Jeden dzień… cała przyszłość…

Abigail

 

 

Koniec czerwca…

Byłyśmy prawie same na korytarzu szkolnym i była przerwa na lunch.

- Panno Sensible - usłyszałam dochodzący zza moich pleców łagodny i miły głos naszego szkolnego pedagoga i psychologa, pana Millera - Mogę panią prosić do mojego gabinetu na rozmowę?

Cóż, nie mogłam odmówić, bo to tak naprawdę nie była prośba.

Byłam tam umówiona z Jo, która właśnie wtedy nadchodziła z naprzeciwka, bo przyszła ze stołówki szkolnej z naszym lunchem.

Nie chciałam zbyt często pokazywać się w stołówce, skoro plotki nadal powodowały słowne ataki różnych osób skierowane w moją stronę.

Joe pojechał tego dnia ze swoimi rodzicami, by odwiedzić jakiegoś swojego kuzyna, który miał pracować z nimi w warsztacie, bo tata naszego przyjaciela wymyślił sobie rozszerzenie działalności, skoro miał mieć pomoc syna, a ja z Jo kręciłyśmy się bez celu i nie miałyśmy co robić, bo dekoracje były skończone i następnego ranka miało być przedstawienie.

- Tak, panie Miller - odparłam więc i odwróciłam się w kierunku jego gabinetu, machając raz z daleka dłonią Jo na pożegnanie.

Wykrzywiłyśmy się do siebie zabawnymi minami i wiedziałam, że Jo chciała mnie pocieszyć, ale nie wiedziałam, o czym chciał ze mną rozmawiać nasz psycholog, więc było to słabe.

Obawiałam się, że dotarły do niego plotki na mój temat.

Tak, nie ucichły.

Nawet powiedziałabym, że były głośniejsze i urosły, bo „uprzejme” koleżanki doniosły mi o innych chłopakach, z którymi podobno uprawiałam seks.

- Może weźmiesz kanapkę i zjemy lunch w moim biurze - niespodziewanie zaproponował pan Miller i wtedy zobaczyłam, że nie umknęło mu to, że Jo trzymała naręcze kanapek, jabłek i jogurtów, które kupiła właśnie w stołówce dla nas, bo miałyśmy znowu zjeść lunch za kulisami sali widowiskowej, jak robiliśmy we trójkę to od kilku tygodni.

Żadne z nas nie lubiło dziwnych spojrzeń i cichych komentarzy, które nas otaczały, osaczały, ale cichły, kiedy wchodziliśmy do jakiegoś pomieszczenia.

Skinęłam głową bez słowa, ale z westchnieniem w myślach podeszłam do mojej przyjaciółki, bo byłam głodna, więc bardzo chciałam skorzystać z uprzejmej oferty naszego pedagoga szkolnego.

Mężczyzna był dość wysoki, ale wizualnie łagodny i przytulny, to znaczy miękki, ciepły i taki „misiowaty”, co powodowało, że instynktownie wzbudzał zaufanie, jeśli ktoś nie miał nic do ukrycia.

A ja nie miałam.

Dlatego mogłam zjeść z nim swój lunch, podczas gdy porozmawialibyśmy w jego gabinecie we dwójkę o tym, o czymkolwiek chciał ze mną rozmawiać.

- Dzięki, Jo - wymamrotałam, odbierając moją kanapkę od przyjaciółki, a potem pożegnałam się z nią skinieniem nie zajętej dłoni, kiedy zawróciłam do pana Millera.

- Masz dobrych przyjaciół - powiedział do mnie, otwierając przede mną drzwi do swojego gabinetu, więc po raz ostatni rzuciłam okiem na patrzącą na mnie z troską Jo i uśmiechnęłam się lekko do niej.

- Tak - powiedziałam cicho i łagodnie, kiedy poczułam, jak ciepło rozpłynęło się wewnątrz mojej piersi i weszłam do jego gabinetu.

Kochałam ich oboje.

Joe był cichym, nieśmiałym i zamkniętym w sobie, typowym introwertykiem, więc trudno mu było dogadać się z kimkolwiek, ale my z Jo złapałyśmy z nim dobry kontakt, co było dla nas bardzo szczęśliwe, bo okazał się niezwykle pomocną, utalentowaną „złotą rączką”.

Jego uzdolnienia manualne były wręcz onieśmielające.

Czego by się nie podjął, o co byśmy go nie poprosiły, to wykonywał dokładnie tak, jak tego potrzebowałyśmy.

Nie zamierzał kontynuować nauki po skończeniu liceum, ale też nie musiał, bo jego tata miał w centrum SLC mały, ale znany warsztat naprawczy, w którym naprawiał właściwie wszystko, więc Joe miał tam pracować już w czasie najbliższych wakacji.

Dla niego to nie będą wakacje, bo kończył szkołę.

Mieliśmy się rozstać.

Wiedziałam jednak, że gdybym kiedyś miała coś do naprawy, jakiś pojazd czy cokolwiek innego, na pewno udam się do niego, bo będę mogła zaufać, że zrobi to rzetelnie i dobrze.

Zamierzałam utrzymać z nim kontakt.

Jo natomiast umiała zrobić takie cuda z bibuły, papieru i gliny, że zdumiewało mnie to przy każdej nadarzającej się okazji.

Była tak niesamowicie uzdolnioną artystką!

Zbliżyłyśmy się do siebie od niedawna jeszcze bardziej, bo mój brat nabrał chęci na zawieranie znajomości, a Jo miała niespełna dziesięcioletnią siostrę.

U niej w domu była bawialnia, wypełniona w połowie klockami, a w drugiej połowie domkiem dla lalek i lalkami, więc Abel, oczywiście, siedziałby całymi godzinami przy klockach, ale nawet czasem bawił się lalkami, żeby tylko nie zostać wygonionym od zabawy z małą Jill.

Nasze spotkania we czwórkę zaczęły się przypadkiem kilka miesięcy temu, kiedy musiałam niespodziewanie zaopiekować się moim bratem, a byłyśmy umówione z Jo w celu zaplanowania jakiejś dekoracji.

Joe miał samochód i czasem zabierał Jo do lub z szkoły, więc wtedy podjechał do mojego domu i zabrał nas dwoje, a ja cieszyłam się, że Abel miał kupiony fotelik samochodowy, by mógł jeździć z panią Peperson, więc mogliśmy pojechać razem.

Potem nasza przyjaźń z Jo rozkwitła, a jej mama nam pomagała i czasem przyjeżdżała po mnie i Abla, żeby mógł pobawić się z Jill.

Na ostatnie moje urodziny dostałam od Jo przepiękny bukiet dziesięciu róż perfekcyjnie wykonanych z karbowanej bibuły w pełnym przekroju odcieni czerwieni do żółci poprzez pomarańczowe.

Ja dałam jej na jej urodziny płócienną torbę na książki (uszytą przez moją mamę, podobnie jak moja i Anie) pomalowaną w róże w kolorach od różu do głębokiego fioletu, bo najbardziej lubiła te kolory.

Kiedy o tym myślałam, weszliśmy do gabinetu pedagoga, gdzie stało biurko, półka z książkami, regulowane fotele przy biurku i cztery proste, klubowe fotele dookoła nieco starego prostokątnego stolika do kawy.

- Usiądź tutaj, Abigail - pan Miller wskazał mi jeden z foteli, które stały przy tym niskim stoliku, a sam zajął drugi, kiedy zobaczyłam, że sam też miał w ręku kanapkę i butelkę z wodą.

Zajął miejsce, ja usiadłam na swoim miejscu i przez chwilę byliśmy zaprzątnięci się tylko naszym lunchem, a pan Miller zaoferował mi butelkę wody niegazowanej, bo nie miałam nic do picia.

- Więc… - zaczął pan Miller, kiedy już wyjęłam z opakowania swoją kanapkę i ją ugryzłam - Jak tam w domu?

Wiedziałam, że wszyscy nauczyciele wiedzieli o tym, że rok temu straciliśmy Ewę i dlaczego, z jakiego powodu straciliśmy tatę i że musieliśmy się przeprowadzić.

Ale nadal…

Zagapiłam się na niego, przeżuwając powoli swój lunch, bo nie spodziewałam się, że chciał o tym rozmawiać.

Ja nie chciałam o tym rozmawiać.

Z nikim.

Spojrzałam na kanapkę w mojej dłoni, potem na odkręconą butelkę, którą postawił na stoliku naprzeciwko mnie, wzięłam ją, napiłam się z niej duży łyk wody i wykorzystałam ten czas na zastanowienie się nad odpowiedzią.

Nasza społeczność, nasza rodzina tak nie działała.

Nie dzieliliśmy się z nikim tym, co nas dręczyło.

Główną zasadą było nie mówienie o tym, co złego tkwiło w jednym z nas, bo o tym, co było dobre można było mówić, a nawet należało mówić.

A chodziło o coś bardzo złego.

Nie spodziewałam się, że było to możliwe, ale Lucy była dla mnie jeszcze bardziej podła, niż kiedykolwiek bywała wcześniej.

Kiedy byłyśmy jednocześnie w naszym pokoju, czego starałam się uniknąć, syczała do mnie i obrzucała mnie komentarzami, które trudno mi było ignorować, jak chciała tego ode mnie moja mama.

Lucy rzucała moimi ubraniami i innymi rzeczami, jeśli cokolwiek znalazło się choćby minimalnie na jej „połowie” pokoju.

Kiedy wracała późno w nocy z randki z Lucasem, nie hamowała się, tylko zapalała górne światło i hałasowała, nie przejmując się tym, że mnie budziła.

Bywała pijana.

Wiedziała, że nasza mama nie posłuchałaby mojej skargi, a jedynym, co powiedziałaby byłaby prośba do mnie o ustąpienie Lucy, a na pewno mama by mi nie uwierzyła w nic złego, co miałabym do powiedzenia.

Więc milczałam.

A ostatnio moja starsza siostra zaczęła wychodzić w środku nocy przez okno, a kiedy raz obudziłam się przy tym i zapaliłam światło, zagroziła mi wręcz pobiciem i zniszczeniem moich rzeczy, więc o tym też milczałam.

Ale to skłoniło mnie do przeszukania pudeł pod jej łóżkiem.

Pewnej soboty, kiedy wczesnym przedpołudniem weszłam do naszego wspólnego pokoju, a ona jeszcze nie wyszła do pracy, zobaczyłam, jak zamykała jedno z nich i wyprostowała się gwałtownie, jakby udawała, że to nie było nic specjalnego.

Ja też udawałam, że niczego nie zauważyłam.

Ale kiedy później wyszła z domu, zajrzałam tam i zobaczyłam to.

Pudełka były trzy.

Dwa były takie nieduże, zwykłe, po butach jak sandałki lub conversy, a jedno duże jak po kozakach.

Jedno z tych małych było bardzo ciężkie, ważące przynajmniej kilka kilogramów, więc to je otworzyłam jako pierwsze i zamarłam.

Było całkowicie wypełnione złotą i srebrną biżuterią, a żadna z nas nie nosiła żadnej biżuterii oprócz łańcuszka z krzyżykiem, tylko mama jeszcze miała obrączkę i pierścionek, a Lucy pierścionek zaręczynowy Lucasa.

A w pudełku były wyglądające na drogie łańcuszki, zawieszki, kolczyki, kolie, bransoletki, pierścionki, sygnety, broszki i wiele innych, a większość była złota z kamieniami szlachetnymi i duża.

Było tego setki!

Nie chciałam przypuszczać, skąd Lucy to wzięła, ale konkluzja nasunęła mi się sama i nie była przyjemna.

Zamknęłam tamto pudełko z obrzydzeniem, wsunęłam je pod łóżko, na miejsce, a potem wysunęłam następne.

Kiedy zdjęłam jego pokrywkę, nie poczułam się lepiej.

Ani trochę.

Było ono wypełnione w ponad połowie banknotami i to nie jednodolarówkami, które mogłyby pochodzić z napiwków Lucy, która pracowała w barze śniadaniowym, ale wysokimi nominałami.

Nigdy w życiu nie widziałam tyle pieniędzy.

Były tam tysiące dolarów.

A na nich w tym pudełku leżały dokumenty, w których widziałam zdjęcie Lucy, ale słabo rozpoznawalnej.

Każdy z nich był na inne nazwisko, na niektórych moja siostra miała inny kolor włosów, a na jednym wyglądała na dużo starszą.

Cztery prawa jazdy, kilka paszportów, inne dowody tożsamości z różnymi numerami ubezpieczalni leżały tam niczym wyposażenie szpiega z zagadek kryminalnych, które oglądałyśmy w dzieciństwie ukradkiem przed rodzicami.

Zamknęłam to pudełko i już bez chęci, ale i tak sięgnęłam po największe z nich, trochę bojąc się tego, co mogło zawierać.

Kiedy podniosłam jego przykrywkę, ponownie zamarłam, bo nigdy nie widziałam takiej ilości sprzętu elektronicznego w jednym miejscu.

Były tam telefony, smartfony, iPhone’y, powerbanki, iwach’e, bandy, tablety, słuchawki i głośniki przenośne, jakie widywałam u różnych uczniów, chociaż teoretycznie nie było wolno ich przynosić do szkoły.

Nadal bywały gdzieś ukryte w szafkach i wyjmowane ukradkiem, a czasem w plecakach, by mogły służyć do robienia zdjęć i filmików, puszczanych później w rozmaitych mediach społecznościowych.

Ja sama miałam starego Smartfona, który służył mi głównie jako telefon, a na który moja mama zgodziła się tylko dlatego, bo tak było bezpieczniej, skoro dojeżdżałam do pracy w weekendy, więc mogłam do niej zadzwonić.

Po prostu chodziło o to, byśmy miały kontakt.

Zamknęłam wtedy to pudełko i schowałam je z powrotem pod łóżko razem z pozostałymi, a potem nikomu nie powiedziałam o moim znalezisku, bo mama miała dość swoich kłopotów, a Anie miała dużo pracy.

Nie miałam z kim o tym porozmawiać.

Ale nadal nie rozmawiałabym o tym z nikim poza naszą rodziną.

Więc tylko wypiłam trochę wody z butelki i mruknęłam cicho - W porządku.

Na moje szczęście pan Miller wydawał się być wystarczająco usatysfakcjonowany moją skąpą, wymijającą odpowiedzią, a potem przekonałam się, że po prostu myślał o czymś innym.

- Abigail, czy może myślałaś już o tym, co będziesz robiła po skończeniu liceum? - zapytał mnie niby niedbale, ponownie gryząc swoją kanapkę.

Zmarszczyłam brwi w niezrozumieniu.

Kończyłam dopiero drugą klasę, do wakacji pozostało kilka dni, więc wydawało mi się, że to było zbyt wcześnie, aby myśleć o tym, co miałam robić za ponad rok.

Zresztą byłam przyzwyczajona do brania jednego dnia na raz.

Już dawno nauczyłam się, że planowanie czegokolwiek na przyszłość nie przydawało się, bo plan Wszechświata lub może Boga nie przewidywał tego, by nasze plany miały być spełnione.

Najwyraźniej jednak pan Miller miał inne zdanie.

- Pani Pointer bardzo cię chwali - stwierdził swobodnym tonem i znowu napchał sobie swojej kanapki do ust.

Właśnie ugryzłam swoją, przeżuwałam ją powoli i patrzyłam na niego, nie nadążając za jego tokiem myślenia.

Nie wiedziałam, co wspólnego miały niewątpliwe i głośne pochwały pani Pointer, która zajmowała się przedstawieniami w naszej szkole i lekcjami o sztuce, z moją niepewną, odległą przyszłością.

Słyszałam te pochwały niejednokrotnie, więc o nich wiedziałam, podobnie jak moi rodzice, ale nie wiązałam ich w żaden sposób z moimi planami na przyszłość, bo ich nie miałam.

- Masz bardzo dobre oceny ze sztuki i z historii - poinformował mnie pan Miller, ale przecież to też wiedziałam.

Nie odezwałam się, ale pan Miller nie potrzebował tego.

- Z innych przedmiotów też masz niezłe wyniki - dodał i ponownie ugryzł swoją kanapkę, przeżuwając ją, kiedy oparł się swobodnie w swoim fotelu i patrzył na mnie wyczekująco, jakbym miała sama dojść do konkluzji z tym związanej.

- Tak? - zapytałam głupio, kiedy przełknęłam swoją.

- Tak - przytaknął i wziął butelkę z wodą ze stolika.

Napił się, odstawił ją i mówił dalej, patrząc mi prosto w oczy.

- Z takimi wynikami, z referencjami od pani Pointer, gdybyś podciągnęła matematykę i nauczyła się pisać esej, mogłabyś się postarać o stypendium do college’u do klasy artystycznej lub związanej z historią sztuki - powiedział i dosłownie zastrzelił mnie tym, więc zamarłam z otwartymi ustami, z których, szczęśliwie nie wypadło jedzenie, bo akurat przełknęłam.

Stypendium?

Ja?

Nigdy o tym nie myślałam, ale właśnie w tej chwili stało to moim największym marzeniem, planem na życie, o którym wcześniej nie śniłam.

Ja naprawdę nigdy nie myślałam o przyszłości.

W dzieciństwie, w szpitalach, nauczyłam się myśleć wyłącznie o teraźniejszości, o jednym, bieżącym dniu, cieszyć się tym, co miałam.

Teraz nagle, tym jednym stwierdzeniem szkolnego pedagoga, pojawiło się przede mną pytanie, jak mogłabym w przyszłości zarabiać na życie.

Wiedziałam już o sobie kilka rzeczy.

Wiedziałam, że lubiłam malować, ale nie spodziewałam się, że mogłoby to przynosić jakieś dochody, z jakich mogłabym utrzymywać się, żeby wystarczyło mi na życie.

Wiedziałam również, że nienawidziłam pracy w kuchni, bo pracowałam w weekendy w Mac Donald’s, gdzie nie wychodziłam na salę jako kelnerka, ani nie stałam przy kasie, bo nie chciałam tego od początku mojej pracy tam, ale za to potem dowiedziałam się, że bieganie po gorącej, śmierdzącej przypalonym tłuszczem kuchni też nie było czymś, co można by lubić.

A na dodatek można było zostać tam poważnie ranionym, co przydarzyło mi się siedem miesięcy temu, kiedy nabawiłam się kontuzji obecnie widocznej na moim lewym przedramieniu w postaci długiej, lśniącej, jasnej blizny po oparzeniu, kiedy w biegu wymijając się z koleżanką z pracy, wpadłam na rozgrzaną blachę.

Nie chciałam też być mamą i żoną pozostającą w domu, jak o tym kiedyś marzyły Ewa i Anie, bo widziałam, jak nasza mama pozostawała tak z Ablem i nie podobało mi się to.

- Tak - szepnęłam więc i odpowiedź była prosta, więc nie wiedziałam, czemu tkwiłam zapatrzona w blat stolika, nie jedząc mojej kanapki, kiedy pan Miller zadał mi pytanie, chociaż nie było ono pytaniem - Chciałabym - dodałam głośniej.

- Jedz, Abigail - powiedział pan Miller łagodnie i cicho, opuszczając swoją kanapkę na kolana, kiedy nadal trzymał ją w dłoni.

Podniosłam swoją do ust i, gryząc ją, patrzyłam znowu w jego oczy, by słuchać jego propozycji planu na moją przyszłość.

- Więc sądzę, że, aby to osiągnąć, powinnaś zapisać się na letni kurs rozszerzający z matematyki - powiedział mi mężczyzna, który najwidoczniej już to przemyślał - Matematyka jest twoją słabą stroną i może nie potrzebujesz z niej wysokich wyników, ale poniżej C obniża twoje możliwości zdobycia stypendium. A może też powinnaś zapisać się na warsztaty z angielskiego. Nauczysz się tam pisać esej.

Przytaknęłam, wciąż przeżuwając, bo musiałam skończyć swój lunch przed następnymi zajęciami, ale nadal słuchałam z uwagą.

- W przyszłym roku szkolnym zapisz się również na jakieś zajęcia dodatkowe z… nie wiem… historii sztuki, czy czegoś takiego, żeby podnieść sobie punkty - zaproponował pan Miller - Może przydałaby ci się praca w gazetce szkolnej, może na stronie internetowej naszej szkoły? Zainteresuj się tym. I jeszcze przydałby ci się jakiś wolontariat.

Akurat przełknęłam kęs, popiłam go wodą  i mogłam wciągnąć wdech, by mu odpowiedzieć.

- Z tym nie będzie problemu - mruknęłam, myśląc o letnich półkoloniach lub czymś takim, chociaż po wydarzeniach sprzed roku, nasza społeczność była dla mnie pod tym względem zamknięta.

Ale właśnie przypomniałam sobie, że Anie mówiła o tym, że planowała prowadzić w swojej szkole jakieś półkolonie, więc może pracowałabym z nią lub w naszej szkole przy czymś takim.

To było do zastanowienia się.

Więc dokończyłam swoją kanapkę w gabinecie pedagoga szkolnego, rozmawiając z panem Millerem już swobodniej o mojej przyszłości, bo poczułam, że miałam w nim sprzymierzeńca.

I, dzięki niemu, plan na przyszłość.

*****

CDN

2 komentarze: