Nie najgorsze
urodziny (cz.1)
Wiliam
Pięć dni później…
Will
leżał na boku na swoim łóżku i właśnie się obudził wcześnie rano, zanim zadzwonił
budzik w telefonie, który leżał na szafce nocnej Abi.
Budził
się tak codziennie od tygodnia i nie znudziło mu się to ani odrobinę, chociaż
jego frustracja rosła w zastraszającym tempie.
Lucas
Scammer dosłownie rozpłynął się w powietrzu, a Lucy zachowywała się jak
przykładna żona i synowa, wychodząc z domu sama wyłącznie do pracy lub do
sklepu, a w niedzielę z teściową do kościoła.
Ta
zdzirowata, zawsze dziko bawiąca się, szalejąca młoda kobieta nagle nie miała
życia towarzyskiego, jakby jednego dnia jej wszystkie przyjaciółki przestały
istnieć.
Nawet
ubierała się przykładnie.
Nie
mieli żadnego, choćby najmniejszego
punktu zaczepienia, chociaż nawet uzyskali od sędziego pozwolenie na
namierzanie jej telefonu, podsłuch i bilingi jej miejsca pracy.
Nowego
miejsca pracy, bo w czasie aktywnej działalności szajki Lucy rzuciła pracę w
barze sałatkowym, w którym według wiedzy jej rodziny pracowała od ponad roku.
Inwigilacja
innych znajomych i rodzin facetów z rozbitej szajki również nie przynosiła
spodziewanych efektów, a Hannah Brown nie wybudził się ze śpiączki, więc nie
mogła wnieść do sprawy niczego nowego.
Również
kontakty Dawida i Filipa niewiele dawały, chociaż były tak nielegalne, że
powinni już wydobyć Lucasa choćby spod ziemi.
Gówno.
Will
powoli otworzył oczy i spojrzał na zrelaksowaną twarz leżącej przed nim
dziewczyny.
Spała
spokojnie i Will widział ją wyraźnie mimo panującego w sypialni półmroku, bo
miał doskonały, wyostrzony wzrok.
Jego
usta leniwie wygięły się ku górze, kiedy przypomniał sobie, ile to już razy
udawała, że spała, kiedy leżała tak naprzeciwko niego.
To
był ich swoisty rytuał.
Will
budził się pierwszy, patrzył na nią, a kiedy zauważył jej drgające gałki oczne,
zamykał oczy, by poczekać, aż sama ujawniała mu, że nie spała.
Abigail.
Will
kochał wymawiać jej imię z naciskiem na pierwszą sylabę, bo wtedy brzmiało jak
tęskna piosenka.
Była
przepiękna, witalna, młoda i pogodna, ale z każdym dniem dostrzegał w niej
coraz więcej i coraz bardziej mu się to podobało.
Wiedział
już, że się zakochał i to nie głupim zauroczeniem wizualną kobiecością,
seksapilem, ale pełną miłością do wnętrza, jakie sobą prezentowała.
Była
mądra tą mądrością, którą ludzie nabywali zwykle w ciągu życia z doświadczeniem
i nie wiedział, skąd jej się to wzięło, ale uwielbiał z nią dyskutować na różne
tematy.
Była
też czasem zadziorna i żartobliwa, chociaż to nie zdarzało się ostatnio, bo
dręczyło ją to, co działo się z Hannah.
A
po tym, jak to czuła, wiedział też, że potrafiła kochać całą sobą i dla
ukochanej osoby zrobiłaby wiele, a na pewno zrezygnowałaby z własnego
szczęścia, by ta osoba była szczęśliwa.
Uśmiech zniknął z warg Willa, kiedy uświadomił
sobie, że on też powinien o to zadbać, bo wiedział z całą, że mieliby szalone
kłopoty, jeśli pokazałby komukolwiek w jakikolwiek sposób, że ją kochał jak
mężczyzna kobietę.
Nie
była dzieckiem, na co mogła wskazywać jej metryka.
Will
wyciągnął rękę i delikatnie ujął pasmo jej włosów między palcem wskazującym a
środkowym, by je ułożyć i przy okazji musnąć skórę na skroni Abigail.
To
był jedyny intymny dotyk, na jaki sobie pozwalał w ciągu dnia.
Powieki
Abi zadrżały, oddech się zmienił, więc Will opuścił rękę na kołdrę między nimi
i zamknął oczy, by udawać, że spał.
Musiał
jej dać taką samą chwilę, jaką on miał.
*****
Abigail
Cztery dni później…
Obudziłam
się, jak to robiłam od dwóch tygodni, leżąc na boku naprzeciwko Willa w jego
łóżku, wiedząc, że leżał na boku, by być przodem do mnie.
Nie
dotykaliśmy się, ale byliśmy blisko przez całą noc i musiałam przyznać, że
spałam z nim bez koszmarów, trosk, niepotrzebnego zamartwiania się.
Zawsze
budziłam się przed Willem i kilka minut przed budzikiem, co bardzo mi
odpowiadało, bo miałam czas, by leżeć tam najpierw z zamkniętymi oczami, czując
jego bliskość, a potem otworzyć oczy i patrzeć na jego przystojną, rozluźnioną
twarz i wykorzystywałam tę okazję, by wchłonąć w swoją pamięć jak najwięcej jej
szczegółów, które potem w tajemnicy przenosiłam na papier.
Nigdy
nie uczyłam się rysować ludzi, więc to był pierwszy portret, który próbowałam
wykonać.
Nie
wychodziło mi.
Zamazałam
już tymi nieudanymi próbami prawie cały szkicownik A4, który kupiłam kiedyś na
wypadek niemożliwości malowania farbami, jak mieszkałam z Lucy w jednym pokoju.
Miałam po kilka stron oczu, ust, a nawet
samych brwi Willa, ale nadal nie mogłam uchwycić tego „czegoś”, co kryło się za
jego wyrazem twarzy.
Po
naszych wspólnych wieczorach doszłam do wniosku, że był to mrok.
Kiedyś,
kiedy żartowaliśmy sobie z siebie nawzajem, powiedziałam na Willa Mister Dark,
a on dziwnie spoważniał, a potem jego oczy pociemniały, lub może jeszcze
bardziej pociemniały, bo miał czarne oczy i nagle odwrócił się i zmienił temat
na neutralny.
Ale
potem ja uparcie do tego wracałam i Will wreszcie przyznał mi się, w jaki
sposób kilka lat wcześniej zniknął z jego życia cały kolor i od tej pory
panował w nim mrok.
Wiedziałam,
że Will miał żonę.
Ale
tego dnia dowiedziałam się, dlaczego „miał”.
Jakiś
czas od tego dnia, kiedy nazwałam go panem Ciemnym po raz pierwszy, to
powtórzyłam, a Will tak nagle spochmurniał, że nie zdążyłam się powstrzymać
przed zaskoczonym - Co?
Zobaczyłam
wtedy, że zacisnął wargi w wąską kreskę i westchnął ciężko, więc pożałowałam
mojego wścibstwa i miałam się wycofać fizycznie, czyli wstać i odejść, ale Will
mnie powstrzymał.
Nigdy
mnie nie dotykał, chyba że chodziło o podanie mi ręki podczas wysiadania,
wstawania, przetrzymywanie dłoni w dole moich pleców podczas przepuszczania
mnie w drzwiach czy mojego obejmowania go podczas jazdy na motocyklu.
Cóż,
to ostatnie nie zdarzało się często, skoro zawitała już do SLC zima i śnieg
stwarzał niebezpieczeństwo podczas jazdy Harleyem ulicami miasta, chociaż kupiłam sobie długi, ciepły sweter z
golfem, ocieplaną skórzaną, brązową kurtkę do pasa, botki na płaskim obcasie,
które prawie wyglądały jak buty
motocyklowe i dopasowane, skórzane, brązowe rękawiczki.
Na
te zakupy mogłam sobie pozwolić, bo okazało się, że miałam jakieś konto, które
dawno temu założył dla mnie tata i z tego konta David zapłacił za mój samochód,
więc miałam nadal swoje pieniądze dla siebie.
Ale,
do rzeczy.
Tym
razem Will wyciągnął rękę i objął palcami moje przedramię, powstrzymując mnie
przed wstaniem z kanapy, na której siedzieliśmy i nie zabrał swojej ręki z
mojej, kiedy, patrząc mi prosto w oczy, zaczął mówić niskim, napiętym głosem.
-
Poznałem moją żonę, Amandę, kiedy miałem osiemnaście lat. Było to na ślubie
mojego najstarszego brata, Vincenta. Mandy była kuzynką jego żony, Blanki.
Oddychałam
płytko i patrzyłam w jego twarz, nie mrugając.
Will
nie patrzył na mnie, kiedy kontynuował.
-
Pobraliśmy się, jak tylko skończyłem dwadzieścia jeden lat. Wydawało mi się, że
się kochaliśmy - na to wyznanie nagle serce zabolało mnie tak bardzo, że to był
cud, że nie jęknęłam - Pomyliłem się.
-
Co? - westchnęłam.
-
Nie kochała mnie i ja tak naprawdę nie kochałem jej - wyznał mi Will, patrząc
mi w końcu prosto w oczy, a moje serce stało się lekkie - To było młodzieńcze
zauroczenie i seks. Ale dwa lata później Mandy oznajmiła mi, że jest w ciąży. Stało
się tak, pomimo, że brała pigułki.
Zapomniałam,
jak się oddycha na dobre pół minuty na wieść o tym, że Will miał dziecko, ale
on nie skończył.
-
Byłem w siódmym niebie, bo, chociaż już wtedy wiedziałem, że nie kochaliśmy
się, to wciąż, chociażby tylko dla mojej mamy, chciałem, by nam wyszło. Dbałem
o moją ciężarną żonę, spełniałem jej wszystkie zachcianki, a nawet rzuciłem
pracę jako tajniak, by stale być w domu.
O,
Boże, to nie brzmiało dobrze.
Will
wydawał się być całkowicie poświęcony swojej pracy i nie wyobrażałam sobie go,
jako urzędnika siedzącego za biurkiem.
-
Kiedy dziecko się urodziło, a był to chłopiec, od razu coś mi się nie zgadzało,
ale dopiero po miesiącu, jak ustalił się kolor jego oczu, nabrałem prawdziwych
podejrzeń i po kryjomu zrobiłem testy DNA.
Will
spojrzał na mnie z jakąś pustką w oczach, więc wiedziałam, że zaraz usłyszę
najgorsze.
-
Mały miał niebieskie oczy i był jasnym blondynem z jasną karnacją, a przy moich
genach to niemożliwe. Okazało się, że miałem rację. Jak skonfrontowałem z Mandy
wyniki badań, zaczęła ze mnie szydzić, krzyczeć, że to była wyłącznie moja
wina, bo nigdy nie było mnie w domu, że chciała tylko trochę uczucia.
Ponownie
oddychałam płytko, by być jak najciszej mogłam, bo chciałam, żeby Will
opowiedział mi wszystko do końca.
-
Założyłem sprawę rozwodową i, na szczęście, wtrącił się mój tata i moi bracia.
W Phoenix, gdzie mieszkaliśmy, gdzie oni nadal mieszkają, nasza rodzina miała
kontakty, była znana, bo tata był tam detektywem przez wiele lat, a brat jest
nadal, więc jak usłyszeli, że chciałem rozwodu bez orzekania o winie,
zaprotestowali.
Will
przerwał na krótko, patrząc na mnie przez ten czas tak strasznie smutno i bez wyrazu, a potem podjął
swoją historię.
-
Byłem wtedy w dołku psychicznym. Nie dlatego, że miałem złamane serce, ale ucierpiało
moje ego i to bardzo. Chciałem jej zostawić wszystko i po prostu odejść. Ale mi
na to nie pozwolili i mieli rację. Mandy walczyła o pieniądze. Tylko o to.
Musiałem udowodnić jej zdradę, a miałem licznych świadków na to po tym, jak
ludzie dowiedzieli się, że nasza rodzina potrzebowała pomocy.
-
Och - szepnęłam nieświadomie, a Will
skinął głową.
-
Tak - powiedział - Okazało się, że zdradzała mnie praktycznie jeszcze przed
ślubem. Najgorsze dopiero nadeszło. Moja mama, jak usłyszała to wszystko,
zapadła na zdrowiu. Widzisz, pół roku wcześniej mój drugi brat, Vito, rozwiódł
się ze swoją żoną po zaledwie dwóch latach małżeństwa też dlatego, bo go
zdradzała. Nie mieliśmy szczęścia w miłości, ja i moi bracia. Tylko Vin miał. Pięć
lat temu moja mama zmarła na serce. Mój tata podążył za nią dwa lata później.
-
Och, Will - westchnęłam z żalem.
-
Więc sama rozumiesz, że w moim życiu nie ma zbyt wielu kolorów - podsumował
Will z przekąsem, a może raczej z goryczą - Dlatego byłem na początku taki
zafascynowany tym, że ty jesteś taka kolorowa, słoneczna - dodał po chwili
szeptem z takim uczuciem, że zamrugałam - Ale to sprawiło, że nie ufam zbytnio…
no… hmmm… wiesz, kobietom.
Nie
spodziewałam się takiego wyznania i nie spodziewałam się tego, że będzie mi z
tym tak dobrze.
Bo
zła część dotyczyła tego, że Willa życie było ciemne i ponure, a dobra dotyczyła
tego, że nie miał aktualnie żadnej kobiety i ja egoistycznie ucieszyłam się, bo
mógł być mój.
Leżąc
w ciemnej sypialni tego szczególnego dnia, otworzyłam oczy, by spojrzeć na jego
ocienioną twarz i pomyślałam, jakie cudowne było to, że mogłam to zrobić.
Bo
tego dnia kończyłam osiemnaście lat i przestawałam być niepełnoletnia.
Odpadało
nam jedno ograniczenie.
*****
Następnego dnia
wieczorem…
Moje
urodziny wypadły na piątek, więc byłam w nie normalnie w szkole na zajęciach,
chociaż już przed lekcjami miałam kilka miłych niespodzianek.
Pierwszą
było to, że Will pamiętał.
Natychmiast
po tym, jak otworzył oczy, leżąc naprzeciwko mnie w jego łóżku, wyciągnął rękę,
dotknął przeciągną delikatnie palcami z boku moich włosów i wyszeptał:
-
Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Kwiatuszku.
Pamiętał
nie tylko o moich urodzinach, co nie było dziwne, bo wiedział o mnie wszystko,
ale też pamiętał o tym, że lubiłam być tak nazywana.
A
ponieważ na dodatek mnie dotknął,
byłam oszołomiona ze szczęścia.
-
Dziękuję - udało mi się wydusić, a Will spojrzał na moją minę, na moje zaczerwienione
policzki i zabrał rękę.
Niestety.
Potem
nasz dzień był zwykły, jak bywały nasze dni przez ostatnie dwa tygodnie, czyli
pracowity.
Anie
nadal była w śpiączce, więc przebywała w szpitalu, co wiązało się z tym, że po
zajęciach czasem spędzałam godzinę, dwie lub więcej z Jackiem, gdy Billy był u
swojej żony, chociaż głównie młodym zajmowały się Eva i Helena, bo ja miałam
swoje zajęcia, a poza tym musiałam być przecież ze swoją ochroną, co mnie mocno
ograniczało.
Ja
byłam u Anie w szpitalu w ciągu tego całego trudnego, przykrego czasu jeszcze
tylko jeden raz, z mamą, co ponownie zostawiło we mnie niesmak, więc nigdy więcej
nie dałam się na to namówić.
Kiedy
bowiem tam byłyśmy, usiadłam na krześle przy łóżku mojej siostry, wzięłam jej
wydelikaconą przez nic-nierobienie, nieruchomą dłoń w swoje ręce i pocałowałam
jej palce.
Potem
wyciągnęłam dłoń do jej obciętych włosów i pogłaskałam jej skroń, bo wydawało
mi się, że jej powieki zadrżały.
-
Anie, Słonko - zaszeptałam jej do ucha - Tęsknimy za tobą. Obudź się lub
przynajmniej daj mi jakiś znak. Wróć do mnie, do Jacka, do Billy’ego.
Wydawało
mi się, że Anie wychodzi ponad krawędź snu, kiedy mama za moimi plecami nagle
zajęczała, zatrzepała rękoma i zaczęła zawodzić przenikliwym głosem zawodowej
płaczki - O, moja biedna córeczka! Co
ty teraz poczniesz. Moja kochana
Anie. Nie masz dziecka, ucięli ci włosy, zhańbili cię. Co ty zrobisz, jak twój
mąż uzna cię za brudną i niegodną…
-
Mamo! - syknęłam, podnosząc się z
krzesła i odwracając gwałtownie.
-
Cooo? - zajęczała mama - Przecież
mówię prawdę.
-
Billy kocha Anie i jej nie zostawi - syczałam nadal, ale mama
nie słuchała mnie, więc po prostu złapałam ją za ramię i wyciągnęłam z sali.
Byłam
taka wściekła, że musiałam się hamować, żeby nie dodać czegoś, czego później
bym żałowała dokładnie tak, jak po tym moim wybuchu już żałowałam każdego
słowa.
Wieczorem
tego dnia Will zauważył, co się ze mną dzieło, więc zapytałam go retorycznie -
Czy to źle, że prawie nienawidzę swoją matkę?
Nie
zapytał o nic więcej, niczego mi nie tłumaczył, ale też nie przytulił mnie,
jeszcze nie wtedy, bo chyba zrozumiał.
Will
najlepiej ze wszystkich ludzi na całym świecie wiedział, co przeżywałam,
chociaż nie znał całej mojej przeszłości.
Cóż,
mogłam się mylić, bo Will wiedział wszystko.
Ja
natomiast wiedziałam, że czuł to, co ja czułam do mojej mamy, kiedy traktowała
w ten sposób moją najstarszą, nieprzytomną siostrę, a jednocześnie tłumaczyła na
rozmaite sposoby wszelkie wybryki Lucy.
W
sobotę mama, Eva i Helena zorganizowały dla mnie przyjęcie urodzinowe, na
którym były wszystkie dzieci Evy, Oli i Jimmy, ale nie było Billy’ego i Jacka,
bo była też Lucy.
Nie
byłam zadowolona z tego, że urządziły dla mnie przyjęcie, chociaż starałam się
nie okazywać tego, bo nie mogłam być niewdzięczna, skoro Eva i Helena tak się
napracowały.
Nie
miałam złudzeń co do tego, że mama zrobiłaby cokolwiek bez nich, bo już od paru
lat nie miałam ani jednego prawdziwego
przyjęcia urodzinowego.
Nawet
mojej Słodkiej Szesnastki, chociaż akurat to było wytłumaczalne, skoro było
bezpośrednio po zajściach z Ewą.
Sama
nie miałam wtedy ochoty na świętowanie.
Kiedy
jednak wracałam z nim samochodem do domu i Will zapytał mnie tam Jak było?, odpowiedziałam
niby-żartobliwie To nie były najgorsze
moje urodziny i uśmiechnęłam się przy tym, chociaż był możliwe, że tylko
się skrzywiłam.
Will
spojrzał na mnie tak, jakby mu było żal, że tak było i wiedziałam, że wiedział,
które moje urodziny był najgorsze.
Ale
to był Will.
On
wiedział.
Potrafił
zdobyć każde informacje o każdym.
Ale
te urodziny naprawdę nie były moimi
najgorszymi, chociaż byłam przygnębiona obecnością nie-do-końca ulubionych
moich osób, które zasiadały przy urodzinowym stole.
Cieszyłam
się, że była Helena z Oli’m.
Lubiłam
ich, chociaż trochę neutralnie, bo Helena nie należała do kobiet, które dawały
się poznać, a ja nie lubiłam na nikogo naciskać, więc znałyśmy się tylko z
daleka, przy okazji.
Oli
był naszym opiekunem, który pomagał tacie, albo może bardziej mamie i Anie, po
naszej przeprowadzce do tego domu i po uwięzieniu taty.
Była
też Eva z Jimmym i dziećmi, co bardzo lubiłam, bo przy mojej mamie i z tym, co
teraz do niej czułam to właśnie Eva była dla mnie bardziej mamą.
Cieszyłam
się z obecności Matta, Marii i Davie’go bardziej ze względu na Abla niż ze
względu na mnie, bo mój brat przy nieobecności mojej i Anie miał teraz jeszcze
mniej kochających osób do spędzania z nim czasu w domu.
I
mocno tęsknił za Anie, co dawał upust w postaci małych napadów złości i
wyraźnego odsunięcia się od nas.
Nie
rozumiał, co się działo, bo był za mały.
Nie
mogłam go za to winić.
Ale
przy tamtym stole nie było Billy’ego, a co ważniejsze nie było Jacka, bo Billy
stanowczo zapowiedział, że nie będzie narażał brata na przebywanie w
towarzystwie Lucy.
Jego
też nie mogłam winić.
To
właśnie obecność tam Lucy była tym najgorszym, co mogło mi się przytrafić w
moje osiemnaste urodziny.
Właściwie
nie wiedziałam, czemu przyszła na zaproszenie mamy.
Normalnie
odpuściłaby to sobie, po prostu powiedziała Nie,
jak powiedziała Anie, kiedy ta poprosiła ja, by została jej druhną.
Zaskoczyła
chyba wszystkich, chociaż moją mamę raczej pozytywnie.
Mama
była szczęśliwa z powodu jej obecności.
Lucy
natomiast chwilami wyraźnie pokazywała, że przyszła wyłącznie po to, by zepsuć
moje urodziny i robiła to niewybrednymi komentarzami, które kierowała w stronę
Marii, mnie, a nawet Evy i Heleny.
Mama
nie reagowała.
Zaczęło
się to wszystko niewinnie i wyglądało dobrze całkiem długo, bo przyjechałam do
domu na godzinę przed zaproszonymi gośćmi, by pomóc mamie w przygotowaniu
stołu.
Zaparkowałam
swojego Sonica w naszym garażu, jak kazał mi zrobić Will, a Wolf cierpliwie jak
zawsze czekał na mnie w swoim samochodzie, zaparkowanym gdzieś dalej przy
krawężniku na ulicy.
Nie
rzucaliśmy się w oczy moim nie-mieszkaniem
w domu i moją ochroną.
A
poza tym niby przyjęcie było dla mnie, na moją cześć, ale nie mogłam zostawić
mamy samej z całą pracą, kiedy nie miała przy sobie Anie.
Na
Lucy w tej materii nie było można liczyć.
Dlatego
weszłam do domu i bez słowa, jedynie po powitaniu z Ablem krótkim Cześć, przeszłam do kuchni, gdzie mama
wręczyła mi deskę do krojenia, nożyk i miskę warzyw na sałatkę.
Cóż,
moja mama nie witała mnie specjalnie wylewnie.
Nigdy.
A
Abel ostatnio, jak mówiłam, miewał humorki.
Kilka
minut przed umówionym przyjęciem przyjechali Eva i Jimmy z dziećmi i zrobiło
się gwarno i wesoło, bo od progu złożyli mi życzenia i dali mi prezent, którego
jednak nie mogłam od razu rozpakować.
Zajęłam
się bowiem dziećmi, usadzając je na dywanie przed stolikiem do kawy, kanapą i
fotelem, by układały puzzle, kolorowały i bawiły się samochodzikami.
Maria
zajmował się Davie’m, ale Abel był tak podniecony gośćmi, że musiałam usiąść z
nim na podłodze i pokazać mu, jak się spokojnie bawić z innymi, a nie szaleć po
całym pomieszczeniu.
Eva
w tym czasie zajęła się pomocą mamie w kuchni, a Jimmy rozsiadł się wygodnie w
drugim fotelu, by patrzeć na nas z zadowoleniem z góry.
Matt
przez chwilę wahał się, gdzie zająć miejsca, bo chyba miał nadzieję, że
przyjedzie Jack, ale ostatecznie poszedł do kuchni, by pomóc swojej mamie i
mojej w nakrywaniu stołu.
Na
to wszystko weszła Lucy, za którą podążali Oli i Helena.
Lucy
od pewnego czasu wyraźnie okazywała Oli’emu niechęć, chociaż nie wiedziałam,
czemu tak się działo, bo mężczyzna bardzo nam pomagał i zawsze był cierpliwy i
wyrozumiały w stosunku do każdej z nas.
-
Mamo! - zaczęła Lucy powitanie od
krzyku, kiedy patrzyła w moją stronę z szyderczym uśmiechem, ale głowę miała
przegiętą w stronę kuchni - Mówiłaś, że ona dzisiaj kończy osiemnaście lat. A
ona… bawi… się… z DZIEĆMI!
Lucy
prawie dławiła się śmiechem, ale udawała, że robiła to żartobliwie i z
sympatią, więc starałam się tak to traktować, chociaż jej oczy błyszczały
złośliwie i nie było to miłe.
Oli
i Helena podeszli do mnie, po tym jak podniosłam się z podłogi i wyprostowałam,
by przywitać się z nimi.
Jimmy
podniósł się z fotela i przywitał z Heleną w tym samym czasie, więc nie stałam
tam sama, kiedy oboje składali mi życzenia urodzinowe.
Złośliwości
Lucy zostały rozproszone.
Rozpakowałam
też wówczas wszystkie prezenty, przy czym dziękowałam szczerze, głośno i
radośnie, oglądając książki o historii sztuki tradycyjnej Utah od Heleny,
przybory malarskie od mamy, piękny, barwny szal z kaszmiru indyjskiego w
kolorach czerwieni i miedzi od Evy i laurki od dzieci.
Wszystko
było zachwycające.
Podziękowałam
też Lucy za prezent od niej, a był to bon podarunkowy do H&M na dziesięć
dolarów.
-
Nie umiem trafić w twój dziwny gust -
stwierdziła moja siostra, wydymając wargi, jakby chciała podkreślić, że nie
zgadzała się z moim gustem.
Cóż,
ja z jej też się nie zgadzałam.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń