sobota, 15 lipca 2023

21 - Czego nie wiesz, to cię nie zaboli

 

Rozdział 21

Czego nie wiesz, to cię nie zaboli

Wiliam

 

 

Ponad tydzień później…

Will siedział na małym, prostym, granatowym fotelu w niebieskiej, jasnej poczekalni przed gabinetem Ariel Pedington i czekał na zakończenie przez Abi jej trzeciej sesji terapeutycznej.

Jego nogi były szeroko rozstawione, łokcie oparte na kolanach, dłonie złączone przed nim, a głowa zwieszona.

Patrząc niewidzącym wzrokiem w podłogę, Will myślał o kłopotach, jakie mieli, jakie on miał, a jego ciało pozostawało w bezruchu wyłącznie dlatego, że je do tego zmuszał.

Wszystko w nim wrzało.

Nowy tydzień nie przyniósł rozwiązania starych problemów i Will nadal nie wiedział, jak mógłby zapewnić Abigail bezpieczeństwo, zwłaszcza nie mówiąc jej wszystkiego.

Zaczął pracę u Marka, chociaż na razie wciągał się tylko w ich system i stopniowo poznawał zatrudnionych przez niego ludzi.

Ale to oznaczało, że musiał wychodzić z domu prawie codziennie na dwie do czterech godzin, a często wtedy Abi zostawała sama.

Dlatego Will postanowił wprowadzić w sprawę Ryana, przyjaciela Abi, a stało się tak również dlatego, że dowiedział się, czym zajmował się ten facet.

Mark był dokładny, więc sprawdził ich wszystkich.

Praca tego faceta nie była bezpośrednio związana ze służbami, nie była też tajna, więc nie wiedzieli, Will ani Mark, dlaczego właściwie Abigail nigdy o tym nie mówiła, chociaż z drugiej strony uznali, że może po prostu nie wiedziała.

Dla niej były ważniejsze cechy charakteru niż to, czym się ktoś zajmował, a tamten prawdopodobnie się nie chwalił.

Co było zrozumiałe.

- Ryan - zaprosił pewnego dnia Will, kiedy kobiety zajęły się przygotowaniem przekąsek w kuchni, dobrotliwie i żartobliwie odganiając Abi na krzesło - Możemy pogadać?

Facet nie odpowiedział, ale po prostu podszedł do Willa, opierającego się biodrami o parapet okna w salonie.

Tak zachowałby się każdy z tych, z którymi Will obecnie pracował i to się zgadzało z ich informacjami.

Ryan Maintaining, bo tak brzmiało nazwisko faceta, miał dwadzieścia dziewięć lat i od pół roku był najmłodszym w historii nowym zastępcą szefa ochrony lotniska w SLC, co czyniło go jak najbardziej odpowiednim do wtajemniczenia w ich mały problem.

Will doskonale znał ten nawyk, tę palącą potrzebę zatajenia wszystkiego, którą musiał przełamać, by wciągnąć tego obcego mężczyznę w swoje sprawy, a właściwie w sprawy kobiety, którą kochał.

Nie mówił jej wszystkiego, bo nie chciał jej martwić, skoro i tak każdej nocy budziła się z krzykiem, bo miała koszmary.

Nie potrzebowała bać się każdej osoby, która przychodziła do ich sklepu.

Wyznawał w tym przypadku dewizę: Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, albo inaczej, bardziej pasujące w tym przypadku: Czego nie wiesz, to cię nie zaboli.

Abigail była bardzo dzielna, była też mądra i w końcu wszystkiego się domyśli, ale potrzebowała spokoju i Will zamierzał jej to dać.

Przynajmniej na chwilę.

- Potrzebuję twojej pomocy - powiedział cicho do Ryana, kiedy ten podszedł do niego, stanął frontem do kobiet i znaleźli się poza zasięgiem ich słuchu.

Ryan skinął głową pytająco, a Will spojrzał szybko, by się przekonać, że kobiety zebrane przy kuchni były zajęte, roześmiane i nie zwracały na nich uwagi.

- Wiesz o siostrze Abigail? - Will zapytał Ryana, a tamten zmarszczył brwi.

- Której? - odpowiedział pytaniem, co było dość dobre, bo oznaczało, że facet był wprowadzony.

- Lucy Scammer - uszczegółowił Will.

Ryan skinął głową i dodał - Trochę.

- Abigail nie jest bezpieczna - zdradził Will, a Ryan spiął się i odwrócił do niego całkiem przodem, skupiając na nim całą swoją uwagę.

- Tamta coś kombinuje? - Zapytał, mając bez wątpienia na myśli Lucy.

Will zdradził mu kilka informacji z tych, jakie posiadali, chociaż nie wszystkie, a tylko tyle, by podkreślić, jak bardzo Abi potrzebowała ochrony.

W firmie Marka Taylora pracowali na stałe Czołg, As i Big Ben, którzy byli bezpośrednimi ochroniarzami chociażby z racji ich masy, ale pomagali dorywczo Cichy, czyli Filip oraz Driver, czyli Marty.

Wszyscy byli kumplami z dawnych czasów i w ich grupie był David, a może również Jimmy, ale w to Will nie wnikał.

Na razie pracował z tamtymi i nie pytał ich o przeszłość i koneksje, bo to nie było ważne w tym momencie.

Ważne było coś innego.

Cichy, komputerowiec, pracował dorywczo w ich wywiadzie, a Driver, prowadzący warsztat samochodowy, miał jakieś dawne kontakty z różnymi typkami spod ciemnej gwiazdy.

Kontakty, o jakich Will wolał nie słyszeć, ale które po cichu wykorzystywali.

Dzięki tym kontaktom i umiejętnościom hackerskim Cichego, Mark i Will zdobyli nieco więcej informacji, niż miał Will, kiedy odchodził z FBI.

Ale właśnie o tym na razie nie chciał mówić Ryanowi.

- Nie wiemy dokładnie - stwierdził Will, a potem przeszedł do prośby, jaką miał do Ryana - Muszę czasem wyjść, jak nie ma nikogo w domu. Czasem będę musiał wyjechać, albo zostać gdzieś na noc. Potrzebowałbym, żebyś tu się kręcił. Nic więcej. Przynajmniej do czasu, aż Abi będzie bardziej na chodzie.

Mówił szybko, cicho i napiętym tonem, wpatrując się intensywnie w stojącego przed nim mężczyznę.

Wszystkim co widział, było równie silne skupienie i powaga.

Ryanowi zależało na Abi, była jego przyjaciółką, więc przejął się i zamierzał pomóc Willowi zarówno w zapewnieniu jej bezpieczeństwa, jak i w zapewnieniu jej spokoju ducha.

Umówili się na jego częste wizyty pod nieobecność innych przyjaciół Abi, wymienili się numerami telefonów i w ogóle dogadali.

Dzięki pieprzonemu Chrystusowi.

Kolejnym punktem, jaki odhaczył Will na swojej liście, było zadbanie o zdrowie fizyczne jego dziewczyny, a to stało się dwa dni temu, kiedy podczas wizyty kontrolnej w VAMC dowiedzieli się, że rany goiły się dobrze, można było zdjąć szwy i rozpocząć bardziej intensywną rehabilitację.

Dlatego byli umówieni na masaże i ćwiczenia trzy razy w tygodniu.

Abigail przez większość dnia nie nosiła opatrunków.

Psychoterapia też pomagała w ustabilizowaniu zdrowia Abi, więc tego też Will pilnował, wożąc ją na wizyty do gabinetu Arii, jak kazała się nazywać psychoterapeutka, a ze swojej strony zapewniał swojej kobiecie również rozproszenie i odprężenie innego typu.

Pierwszym była jej praca, bo Abigail malowała codziennie godzinę lub nieco dłużej rano i trochę krócej niż godzinę wieczorem.

W strefie wypoczynkowej jej salonu mieli porozwieszane torby i płótna w różnym stopniu wyschnięcia i utrwalania, a krawcowa, która dla niej szyła, dostała zamówienie na kolejne surowe.

Will pomagał jej w tym, jak mógł, przywożąc produkty od krawcowej, przenosząc i rozwieszając to, co Abi pomalowała i dając jej przestrzeń.

Sklep działał pełną parą ze względu na okres przedświąteczny i wyroby Abigail, podobnie jak innych, były sprzedawane „na pniu”.

Drugim sposobem na odprężenie była ich bliskość, a właściwie ten jej rodzaj, który, ze względu na ilość ludzi w domu, Abigail i Will mogli realizować tylko w swoim apartamencie.

Przez kilka kolejnych dni nie dane było im nic więcej niż pieszczoty, ale były to pieszczoty tak intensywne, że Will nie żałował ani jednego razu.

Każdy był inny.

Pieścił ją ręką, ona pieściła jego, doprowadził się do orgazmu na jej oczach, a ona doprowadziła się do swojego na jego oczach.

Poznawali swoje ciała w każdym najmniejszym szczególe.

Znał jej każdą bliznę, każdy pieprzyk, każdą strefę erogenną.

A poprzedni wieczór, dzięki temu, że zamiast ortezy Abigail miała tylko stabilizator i większy zakres ruchów, doprowadził do ich zbliżenia, które po tylu latach tęsknoty był nawet bardziej intensywny i cholernie o wiele lepszy niż ich pierwszy raz.

Leżeli w jej łóżku przy zapalonym świetle już po tym, jak Will masował okolice jej rany maścią i starał się rozluźnić mięśnie jej uda.

Nie poszedł się umyć, wciąż leżał wzdłuż jej nóg, między nimi, kiedy przejechał palcami po skórze z okolicy rany na wewnętrzną stronę jej prawego uda, a Abi zapraszająco rozchyliła kolana, więc nie wytrzymał.

Musiał ją mieć.

Pochylił się i musnął wargami jej skórę, na co zadrżała i seksownie wciągnęła powietrze.

- Wiliam - mruknęła niskim z podniecenia głosem, a Will się uśmiechnął.

Lubił to, jak szybko się podniecała.

- Tak, kochanie? - zapytał, udając nieświadomego tego, co się z nią działo.

- Dotknij mnie, proszę - zamruczała, poruszając niecierpliwie biodrami.

- Gdzie? - zapytał niby naiwnie, przesuwając jednak dłoń bliżej jej cipki.

- Tak! - Abi mruknęła z zachwytem, a jej biodra znowu zatańczyły.

Will postanowił się trochę z nią podroczyć, więc przesunął palce po jej udzie aż do złączenia nóg, a potem chuchnął tam, by przenieść dłoń na jej brzuch.

- Wiliam - tym razem Abi jęknęła z frustracją - Proszę, dotknij mnie.

- Gdzie, Abigail? - spytał Will i ponownie przysunął usta do jej cipki - Tutaj? - dmuchnął, a kiedy wyjęczała - Tak - nie miał nagle ochoty na dręczenie jej i przeniósł dłoń dokładnie tam, gdzie nawet z odległości czuł jej pulsowanie i tęsknotę za jego dotykiem.

- Och! - krzyknęła z rozkoszy jego dziewczyna, a Will pomyślał, że to było cholernie podniecające, że była tak niewinna i naiwna z tą jej nieumiejętnością mówienia o seksie i swoich potrzebach.

Wydawało mu się kiedyś, że była bardziej odważna, ale może po prostu była bardziej zdesperowana, bo mieli mało czasu.

Tego nie wiedział.

- Wiliam, potrzebuję cię …w środku - nagle Will usłyszał od Abi dokładnie to, czego pragnął i o czym myślał w tej chwili.

- Twoje… słowo… jest… dla mnie… rozkazem - przerywając sobie kolejnymi pocałunkami, wymruczał słowa w skórę kolejno na jej brzuchu i mostku, przesuwając się wyżej, by później podnieść się, uklęknąć między jej nogami i zdjąć swoje spodnie od piżamy.

Abigail leżała przed nim w krótkich spodenkach, kusej koszulce od swojej piżamy i patrzyła na niego zamglonym wzrokiem, a potem nagle jej oczy się rozszerzyły jakby ze strachu.

- Will - szepnęła Abi - O, nie.

- Co się stało? - Will zapytał i napiął wszystkie mięśnie na myśl, że jego dziewczyna przypomniała sobie sceny z tamtej piwnicy lub coś równie złego.

- Nie możemy - Abigail nadal szeptała.

Will zmarszczył brwi i patrzył na nią bez ruchu.

- Ja… - Abi zagryzła na chwilę bok dolnej wargi, zanim dokończyła - przez tydzień nie brałam tabletek, a potem nie byłam u lekarza, więc…

Will zrozumiał.

Nie wróciła do regulacji płodności przez tabletki antykoncepcyjne, które brała od lat, więc potrzebowali innego zabezpieczenia.

Zszedł z łóżka, poszedł do swojej torby i sięgnął do jej bocznej kieszeni, gdzie, jak pamiętał, powinien mieć jeszcze jakieś prezerwatywy.

Will wrócił do swojej dziewczyny do łóżka, ale już wiedział, że kiedyś będą musieli poważnie porozmawiać.

Nie chciał o tym myśleć, nie wtedy, kiedy jego dziewczyna leżała tam i czekała na niego.

Jego dziewczyna.

Tylko jego.

Pieszcząc jej ciało, przesuwając dłonie i usta tak, że jej koszulka wędrowała coraz wyżej, by zniknąć przerzucona przez jej ramiona, Will myślał o tym, jak cholernie podniecająca była świadomość tego, że czekała z tym na niego.

Ssał jej sutki, nie mogąc się nasycić, jak nie dotykał i nie ssał żadnej kobiety przez ponad trzy lata, pieścił jej ciało i czuł jak się rozpalali.

Will przeczuwał jednak, że jego mądra Abigail mogła się domyślić, że miał jakieś kobiety przez te trzy lata, a nie wiedział, jak jego dziewczyna zareagowałaby na to.

Wolałby utrzymywać ją w nieświadomości, bo to nie był powód do dumy, nawet jeśli wynikało to z jego pracy.

Spróbował taktyki zagadania jej.

- Mogę ją użyć? - zapytał, podnosząc pakiecik - Nie jesteś uczulona?

- Nie - Abigail odpowiedziała bez wahania, więc Will wszedł na kolanach ponownie między jej nogi, usiadł na swoich piętach, rozdarł folijkę i wyjął gumkę.

- Chcę popatrzeć - poinformowała go Abi gorącym szeptem, a kiedy Will uniósł głowę, zobaczył, że podniosła górną część ciała i oparła się na łokciach, a jej wzrok był wbity w jego ręce.

W jednej dłoni trzymał kutasa, a w drugiej prezerwatywę.

Przyłożył lateks do czubka żołędzi, dopasował, a potem zaczął powoli rozwijać gumkę, dbając, żeby jego dziewczyna wszystko dobrze widziała.

Słyszał jej ciężki oddech, więc wiedział, że ją to podniecało.

Kiedy gumka była rozwinięta do końca, poprawiona u nasady, a kutas wstrząśnięty, Will zajął się Abigail.

Złapał jej spodenki po obu stronach bioder i przeciągnął palcami, aż znalazły się na jej udach.

Później musiał zadbać, by nie podrażnić jej gojących się ran po kuli, ale kiedy spodenki wylądowały na podłodze, wrócił palcami i ustami do najsłodszej cipki na całym świecie.

To nie trwało długo, by Abigail wygięła się, jak nie powinna jeszcze się wyginać, biodrami w jego stronę, więc oderwał usta, podciągnął się, by jego twarz był na wysokości jej twarzy i, trzymając jej prawą nogę pod kolanem, zarzucił ją sobie na biodro.

Abi syknęła cicho.

- Boli? - Will zapytał, a jednocześnie zamarł ze strachu, że robił jej krzywdę.

Pokręciła głową, zanim mruknęła - Nie.

- Niech tu leży, ale nie napinaj jej - rozkazał Will.

Abi skinęła głową i patrzyła na niego, obserwując uważnie jego oczy, ale z rozchylonymi ustami, co świadczyło o jej podnieceniu.

- Złap kostkę prawej nogi ręką i ją tam podtrzymuj - rozkazał jeszcze Will, by mieć pewność, że Abi nie stanie się nic złego, bo sądził, że nie odczuwała właściwie bólu.

W jej krwi wrzała adrenalina, a może już też oksytocyna, więc mogła nie czuć, ale wykonała jego polecenie.

Sam odsunął się odrobinę, dokładnie tyle, by przesunąć dłonią między nimi, ująć kutasa i przeciągnąć czubkiem po wilgotnym wejściu, wywołując ciche westchnienie u kobiety, która była pod nim.

Cholernie żałował, że nie czuł tego w pełni przez pieprzoną gumę.

Naparł delikatnie, a wtedy oczy Abi otworzyły się szerzej, podobnie jak usta.

Wtedy pchnął, a Abi sapnęła z rozkoszy, jej wargi utworzyły O, którego z siebie nie wydała, więc wysunął się i pchnął ponownie.

Jego krew zawrzała.

I już nie było odwrotu.

Narzucił rytm, którego jego ciało pragnęło, do którego dążył, za którym tęsknił przez te wszystkie miesiące, każdego dnia wspominając jej gorącą, mokrą ciasnotę, która właśnie tak gościnnie go otaczała.

To, co robił z Ritą było jak uwalnianie frustracji w czasie masturbacji i było nieporównywalne z tym, co czuł z Abigail.

To było dokładnie to, czego potrzebował do prawdziwego życia i czucia.

Bo seks bez miłości jest jak jedzenie bez przypraw.

Najesz się, ale nie poczujesz smaku.

Wspinali się na swoje szczyty jednocześnie i robili to szybko, Will nie stracił kontaktu wzrokowego z Abi ani przez sekundę.

Widział jej zatracenie się w tym, co robili równie mocne jak jego własne.

Kochał ją.

Kochała go.

Zamierzał zrobić wszystko, co był w stanie zrobić, by była z nim już zawsze.

Ich spełnienie było wybuchowe, gwałtowne, długie i satysfakcjonujące tym bardziej, ze osiągnęli je jednocześnie, a jego cudowna Abigail przed swoim ostrzegła go, jęcząc Wiliam prawie w jego usta, zanim jej oczy się zamgliły, jej wargi się wygięły, a potem powieki zatrzepotały.

Kiedy schodzili ze swoich szczytów, Will dysząc ciężko, opierał się wciąż na łokciach, by nie zgnieść jej, ale w końcu musiał zadbać o swoją dziewczynę.

Wygiął jedną rękę, złapał jej prawe kolano i delikatnie ułożył je na prześcieradle wzdłuż swojego ciała, a jednocześnie ostrożnie wyciągał się z jej gorącej, nabrzmiałej cipki.

Kiedy już całkiem wyszedł, Abi sapnęła cicho i opuściła brodę, jakby chciała sprawdzić, czy wszystko było w porządku.

Było.

Will zgiął się, sięgnął lewą ręką i przytrzymał prezerwatywę, żeby się nie zsunęła i nie rozlała, a potem zaczął się podnosić.

- Zaraz wracam - poinformował dziewczynę.

Złapała kołdrę, która przez cały czas leżała obok nich i przyciągnęła ją do swojego brzucha, a kiedy Will wrócił z łazienki do łóżka, Abi już spała.

Ułożył swoją dziewczynę na swoim ciele, jak robił to codziennie odkąd do niej wrócił, przykrył ich, sięgnął do lampki na stoliku nocnym i zgasił światło.

Nie rozmawiali.

Jego rozmyślania przerwała Aria, wychylając głowę przez uchylone drzwi jej gabinetu, by powiedzieć - Will, wejdź, proszę. Jesteś potrzebny.

Will poderwał się z fotela natychmiast po pierwszym dźwięku, jaki doszedł od strony tamtych drzwi, bo do końca sesji zostało jeszcze kilka minut, więc nie powinien niczego słyszeć.

Stało się coś złego, a on tego nie lubił.

Poprzednie sesje zostawiły Abigail rozdrażnioną i niespokojną, ale nie było to bardzo złe, a Aria ostrzegła ich, zwracając się szczególnie do Willa, że zwłaszcza na początku Abi może być bardziej nerwowa, potrzebować szczególnej uwagi, żeby zapewnić jej spokój w domu i więcej rozmowy lub ciszy.

Miało to zależeć od jego dziewczyny, więc Will ją obserwował.

Wszedł do gabinetu i znalazł tam Abi skuloną na szarej, prostej, miękkiej kanapie, z kolanami podciągniętymi do piersi, a piętami na siedzisku.

Obejmowała ramionami swoje nogi, wtulała w nie twarz, a kiedy podniosła głowę, Will zobaczył, że płakała.

Podszedł do niej szybko, usiadł obok, delikatnie ją objął i pozwolił, żeby wtuliła się w jego ciało, wciągając ją na swoje kolana, kiedy wyciągnęła do niego ręce i zarzuciła je na jego szyję.

Mając swoje szczęście na swoich kolanach, Will podniósł głowę, żeby pytająco spojrzeć na Arię.

- Dochodziliśmy do tego, dlaczego Abi czuje się winna… - wyjaśniła psychoterapeutka - i zaczęła opowiadać o wydarzeniach w tamtej piwnicy. Bo jak mówiliśmy wcześniej, Abigail nie czuje się zgwałcona - na to stwierdzenie Arii Will przytaknął, bo to już wiedział.

Rozmawiali o tym po poprzedniej sesji.

Uprawiali swobodny seks, a Abigail ani razu nie wróciła w żaden sposób do tego, że tamci faceci ją widzieli, dotykali, bawili się nią.

Może więc się nie bawili.

Może tylko ten pieprzony Crazy rozebrał ją, a potem założył jej zabawki, by zrobić te kilka zdjęć.

- Ale w pewnym momencie, mówiąc o gwałcie na tamtej dziewczynie, zaczęła powtarzać „to moja wina” - kontynuowała Aria - …a kiedy zapytałam, o co chodziło, zaczęła płakać, a ja nie mogłam jej pomóc, bo wołała tylko ciebie, więc cię zaprosiłam tu, żebyś mi pomógł ją uspokoić. Może ty wiesz, o co chodzi.

Will opuścił brodę na czubek włosów swojej dziewczyny i pomyślał o tym wszystkim, co mówili sobie wcześniej.

- Abigail - łagodnie i cicho zawołał jej imię tak, jak to oboje lubili - …to nie twoja wina! Nie mogłaś jej uratować - powtórzył to, co mówił jej już wcześniej - Tam było czterech dorosłych, silnych mężczyzn. Chcieli jej zrobić większą krzywdę. Odciąć jej ucho. Nie mogłaś nic zrobić, bo byłoby jeszcze gorzej.

Słuchał, jak oddech jego Słonecznika się uspokajał i wiedział, że było tam coś więcej, więc chciał, żeby Aria też to wiedziała i mogła pomóc.

- Nic wcześniej nie było twoją winą. Ani z twoją rodziną, ani z Ewą, ani z tamtą kobietą w piwnicy. Twoja mama była dorosła, jak zachorowałaś - powtarzał jej swoje dawniejsze słowa - Nie szukała pomocy. To nie była twoja wina, że tak się później zachowywała, że nie umiała sobie poradzić.

Abi przycisnęła policzek do jego klatki piersiowej, więc Will wiedział, że słuchała.

Zobaczył też, że Aria wyprostowała się, bo to było dokładnie to, czego potrzebowała, żeby dalej pracować nad skrzywioną psychiką jego dziewczyny.

- Lucy nie stała się taka, jaka się stała dlatego, że ty zachorowałaś - Will ciągnął dalej - Ona po prostu taka była. Przecież ani Ewa, ani Hannah nie stały się złe, bo ty byłaś chora.

Pogładził delikatnie plecy dziewczyny skulonej na jego kolanach.

- To wszystko nie była twoja wina - szeptał do niej, a trochę do siebie - Jesteś dobra, mądra i zdolna. Nasycasz świat kolorami, chcesz wszystkim pomóc. To nie była twoja wina, że tamta została zgwałcona. Rozumiesz, Abigail?

Wreszcie Abi skinęła głową na jego klatce piersiowej i Will odetchnął.

- Abi… - Aria miękko zawołała jej imię, by zwrócić na siebie jej uwagę, a kiedy dziewczyna lekko odwróciła głowę w jej stronę mówiła dalej - na dzisiaj skończymy. Odpocznij. Masz wsparcie. Skorzystaj z niego. Ale mam prośbę. Jeśli coś ci się śni, zapisuj to. Wszystko jedno czy to wyda ci się złe, dobre, dziwaczne. Zapisuj i przynieś na nasze następne spotkanie. Przepracujemy to. Dobrze? Zrobisz to dla mnie?

Kiedy Abigail potwierdził ponownym skinieniem głowy, Aria spojrzała na Willa i mówiła do niego cicho, ale bardziej stanowczo.

- Przejdziecie do tamtego pomieszczenia - odwróciła się na bok i pokazała inne drzwi - Tam też jest fotel, kanapa. Możecie posiedzieć jak długo potrzebujecie. Na następne spotkanie zapraszam według grafiku.

Will skinął głową, bo nie było nic do dodania.

Mieli harmonogram spotkań na najbliższe trzy tygodnie, więc tylko musieli kupić notes do zapisywania snów Abi.

Podniósł się z kanapy ze swoją dziewczyną w ramionach, a Aria podniosła się ze swojego fotela, podeszła do odpowiednich drzwi i otworzyła je przed nimi.

- Do widzenia - powiedziała z lekkim uśmiechem.

- Do widzenia - wyszeptała Abi, a Will mruknął tylko - Taaa.

Wyszli i drzwi się za nimi zamknęły, a Will skierował się do stojącej tam kanapy, gdzie usiadł, ponownie układając swój skarb na swoich kolanach i przytulając ją do swojego ciała.

Siedzieli w ciszy jakieś dziesięć minut, aż oddech Abi całkiem się uspokoił.

W końcu wyprostowała się, przetarła ręką oczy i spojrzała na Willa.

Wyraz jej twarzy już był spokojny i czuły.

- Dziękuję - szepnęła - …za to że jesteś.

- Nie ma za co - mruknął Will - To ja dziękuję.

- Możemy wracać do domu? - spytała, a Will poczuł, że jego usta ułożyły się w uśmiech, bo pytała.

Dla niego to ona była domem, więc było mu wszystko jedno, gdzie by miał ją zawieźć, ale rozumiał jej pytanie.

- Tak, Słoneczniku - powiedział łagodnie - Możemy jechać do domu.

*****

Kilka dni później…

Will był na spotkaniu zespołu ochroniarzy Marka, gdzie omawiali nowe zlecenie, które Mark przyjął na grudzień.

Chodziło o jakąś grupę VIP’ów, która miała zjechać do Aspen na czas przerwy świątecznej, więc należało wszystko przygotować na ich zamieszkanie w jednym z tamtejszych domów.

Will dostał polecenie sprawdzenia kilku osób, które byłyby ewentualnym zagrożeniem dla każdego z nich i planował małe spotkanie z kilkoma facetami w tej sprawie, kiedy zadzwonił jego telefon, a jednocześnie telefon Marka.

Will wyjął swój telefon z tylnej kieszeni spodni i spojrzał na wyświetlacz, by dowiedzieć się, że dzwoniła Abigail.

Natychmiast wszedł na najwyższy poziom gotowości, bo jego kobieta nigdy pod żadnym pozorem nie zadzwoniłby w czasie jego spotkania.

- Abi? - odebrał napiętym tonem.

- Will - jego dziewczyna była przestraszona i prawie płakała - Włączył się alarm w domku z piecami i chciałam iść go wyłączyć, ale Ryan powiedział, żeby nie iść i on poszedł, i kazał mi zamknąć drzwi na klucz i uruchomić alarm, i ja usłyszałam strzał, i… Will tak się boję!

Kurwa!

Abi mówiła jednym ciągiem, nie nabierając powietrza, a ostatnie słowa brzmiały piskliwie, jakby miała się rozpłakać.

Will spojrzał na Marka, zobaczył, że on również patrzył na niego, skinął głową i rozłączył się z tym, z kim rozmawiał.

Will rzucił do swojej dziewczyny:

- Abi, nie rozłączaj się. zaraz tam będę. Siedź z dala od okien i nie rozłączaj się. Okej?

- Okej - usłyszał jej szept i serce mu się ścisnęło.

Prawie na początku, kiedy z nią zamieszkał, namówił ich wszystkich na zamontowanie w oknach rolet i na zasłanianie ich jak tylko robiło się na tyle ciemno, że zapalali światło w pomieszczeniu.

Teraz dziękował Chrystusowi za te pieprzone rolety.

Abigail nie była widziana z dworu.

- Dzwonił Filip. Uruchomili przycisk paniki na panelu alarmu - Mark poinformował Willa, idąc w stronę drzwi.

 Will odetchnął z odrobiną ulgi, bo to oznaczało, że policja została zawiadomiona i powinna niedługo być na miejscu.

- Abi powiedziała, że Ryan wyszedł na dwór i że słyszała strzał - poinformował swojego obecnego pracodawcę.

Co jakiś czas rzucał słowo uspokojenia do Abi, zagadywał ją, ale zdążył zarzucić na ramiona kurtkę, wyjść do samochodu i ruszyć w stronę Słonecznika.

Mark jechał tuż za nim.

Kiedy dwadzieścia minut później zaparkowali na ulicy niedaleko domu i sklepu Abi, policja już tam była i właśnie podjeżdżała tam karetka.

Kurwa!

Ktoś został ranny.

Will wybiegł z samochodu, zostawiając go otwartego przy krawężniku, pobiegł do Słonecznika, krzycząc po drodze, że tam mieszkał, żeby otaczający dom policjanci go przepuścili.

Mógł przejść dopiero po tym, jak za taśmą stanął David, który najwidoczniej nadjechał nieco wcześniej i dał znak jednemu z funkcjonariuszy, żeby pozwolił mu wejść do domu.

To było oczywiste, że Cichy zawiadomił nie tylko Marka, ale też i Davida, więc teraz wszyscy trzej byli na miejscu, by ich wspierać.

Kiedy Will wpadł do salonu i zobaczył Abigail, która siedziała tam w towarzystwie policjanta, spisującego zeznania, podszedł do niej usiadł obok niej na kanapie i wziął ją w swoje ramiona.

Na wyjaśnienia nadejdzie czas później.

Siedzieli tak, Will słuchał, jak Abigail mówiła, jaka była kolejność zdarzeń, a Mark i David rozmawiali z innymi obecnymi detektywami, by dowiedzieć się, co się właściwie stało.

Okazało się, że Ryan najpierw zadzwonił pod dziewięćset jedenaście, kazał Abi usiąść na podłodze, a dopiero potem wyszedł na tylny dziedziniec, tam oberwał w głowę łopatą i to jego karetka zabrała do szpitala.

Natomiast napastnik, lub może raczej jeden z napastników, został postrzelony przez Ryana i zginął na miejscu.

Koroner jeszcze nie przyjechał.

W domku z piecami nic się nie stało, piece nie ucierpiały, nie było pożaru ani nic, napastnicy tylko wybili szybę, żeby kogoś wywabić z domu, więc dobrze się stało, że był tam Ryan, który wiedział, co robić.

Kiedy wszystko się uspokoiło, karetka odjechała, a oni usiedli w kilka osób, by sobie coś wyjaśnić.

Taktyka Czego nie wiesz, to cię nie zaboli właśnie przestała się sprawdzać.

Szczęśliwie nie było w domu nikogo ze wspólników-przyjaciół Abigail, więc siedzieli w salonie tylko w towarzystwie facetów.

Abigail czuła się chyba trochę nieswojo, ale Will nie zamierzał kazać im wychodzić, skoro on mógł potrzebować wsparcia, kiedy wszystko wreszcie powie swojej dziewczynie.

Usiedli we dwójkę na kanapie, a Will był zwrócony częściowo w jej stronę, gotowy na prawdę, kiedy zaczęła mówić.

- Jak włączył się alarm, ja… - Abigail brzmiała na zdenerwowaną i rozkojarzoną.

Jakby zaraz miała się rozpłakać.

- To przeze mnie! - nagle straciła opanowanie, jęknęła i łzy zalały jej twarz - To moja wina, że Ryan został uderzony. Ja go tam posłałam, bo…

- Nie! - Will złapał jej obie dłonie i swoje ręce i uścisnął wystarczająco mocno, by spojrzała na niego, a kiedy patrzył prosto w jej oczy mówił dalej - Ryan pracuje w ochronie lotniska - zobaczył, jak jej oczy i usta otworzyły się szeroko, więc wiedział, że nie wiedziała - Wiedział co robić. Nie poszedłby tam, jakby nie myślał, że będzie dobrze.

- Al-le - zająknęła się Abi, mrugając przy tym gwałtownie i wyglądając bezradnie, jak nie ona - To ja mu powiedziałam, że tam są piece i mógł być pożar. To przeze mnie…

- Dobrze zrobiłaś - powiedział Will, a w tej samej chwili do ich wymiany zdań wtrącił się David.

- Abigail - powiedział, kucając obok kanapy, tuż przy kolanach kobiety, opierając się swobodnie łokciami o swoje kolana, a dłonie zwieszając między swoimi rozstawionymi udami - …ufasz nam?

Abi skinęła głową, przenosząc wzrok z Willa na Davida i z powrotem.

- Popatrz na mnie - David poprosił ją łagodnie, chociaż był dużym facetem i jego głos był niski, huczący, więc nie wyglądał łagodnie - Uważasz, że nie wiemy, jakie podejmujemy ryzyko?

Abi pokręciła głową, patrząc już tylko na Davida, który nie zmienił pozycji.

- My wszyscy… - kumpel machnął ręką, wskazując na zgromadzonych facetów - jesteśmy profesjonalistami. Znamy ryzyko. Ryan jest jednym z nas. To nie była twoja wina. Tak?

Abigail spojrzała na Willa, a skurcz, jaki przebiegł po jej twarzy powiedział im, że nie do końca była przekonana.

- Tamci to nie są dobrzy ludzie - mówił David - Sądzę, że Will jest ci winien wyjaśnienia - David spojrzał na Willa i ten zobaczył w jego oczach oskarżenie.

Najwidoczniej tylko on uważał, że ukrywanie prawdy przed jego dziewczyną było dobrym pomysłem.

- Musimy jechać do szpitala, żeby być przy Ryanie - powiedział Mark, podchodząc bliżej - Wy tu sobie wyjaśnijcie. Ale David ma rację. To nie była twoja wina, Abi.

- Powiem tylko… - kontynuował David - to, co dawno temu powiedziała mi Maggie. To nie są ludzie. To potwory. Jak musisz czasem podjąć decyzję, zrobić coś, żeby zneutralizować potwora, to robisz to i dobry człowiek jest bezpieczny. Ryan to wiedział. Ty jesteś dobrym człowiekiem, który miał być bezpieczny. Rozumiesz?

Abi powoli skinęła głową, a faceci, nie zwlekając, pożegnali się, a potem szybko zebrali, by pojechać do szpitala, do rannego kumpla.

Will został ze swoją dziewczyną, która wyrywała się z nimi, ale też chciała się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodziło.

Więc najpierw musieli porozmawiać.

- Will? - Abi skupiła jego uwagę na sobie, ale on nie wiedział, jak zacząć.

- Chcesz herbaty albo coś? - zapytał, odwlekając to, co miał powiedzieć.

Abigail patrzyła wprost na niego.

- Nie, ja… - przerwała, rzuciła - O co chodziło Davidowi? - po czym znowu zagryzła dolną wargę i Will wiedział, że nie miał wyboru.

Musiał jej to dać.

Westchnął, wrócił na kanapę, skąd wcześniej wstał, by odprowadzić kumpli, usiadł obok swojej kobiety i objął ją ramieniem, a ona na szczęście, nie odepchnęła go, ale wtuliła się, więc miał ją blisko, kiedy zaczął mówić.

- Wiesz, że Lucy i Lucas działali w szajce oszustów? - zaczął od czegoś, co było wiadome wszystkim, ale Abi była zaskoczona, bo nie wiedziała, nie mogła wiedzieć, w jaki sposób to było związane z najnowszymi wydarzeniami.

Skinęła głową powoli, nie odrywając od niego wzroku i najwyraźniej intensywnie myśląc.

- To nie była jakaś tam szajka - oznajmił Will - To była grupa bardzo dobrze zorganizowana i działająca dla mafii, więc mieli powiązania z kimś ważniejszym, ale przez to byli od niego zależni.

Abi zesztywniała i patrzyła na Willa w szoku.

- Ten facet nazywa się Lucius Tores, jest, był przywódcą mafii w Kolorado… - kontynuował Will - i jego również zamknęliśmy. Siedzi w więzieniu stanowym podobnie jak Lucy i jeszcze długo z niego nie wyjdzie.

Abi ponownie skinęła głową i było widać, jak próbowała połączyć wszystkie fakty, jakie znała, w jedną logiczną całość.

- Kiedy rozpracowaliśmy tamtych przemytników, wiesz… tam, w Nowym Meksyku, i uwolniliśmy ciebie i tamtą kobietę - mówił Will i obserwował, jak przez twarz Abi przebiegł skurcz bólu - …powiedziałaś nam w samolocie, że Crazy wysyłał do kogoś wasze zdjęcia.

Abi otworzyła szerzej oczy.

- Sprawdziliśmy to. Wiemy do kogo - kontynuował Will - Zdjęcia i filmy poszły do Lucy. Pieniądze za was zostały przesłane do Toresa.

- Co?! - zabrzmiało to piskliwie, a Abi przyłożyła dłoń do ust i zamrugała, kiedy nowa porcja łez spłynęła po jej policzkach.

A już nie płakała.

Kurwa!

Will przeklął w myślach pieprzoną siostrę swojej kobiety i jej męża.

Przyciągnął swojego Słonecznika na swoje kolana, owinął ją ramionami, przytulił mocno do siebie i ciągnął dalej.

- Lucy i Lucas byli mu winni masę kasy, bo żyli mocno ponad stan - wyjaśnił jej - To dlatego Lucy sprzedała swojego syna.

Will nie powiedział jej i postanowił, że nigdy nie powie nikomu z rodziny Sensible, jeśli nie będzie musiał, że syn Lucy nie był adoptowany, ale został sprzedany na „części zastępcze” do przeszczepów.

Już go nie było.

To byłoby zbyt okrutne i miał nadzieję, że nigdy się tego nie dowiedzą.

- Przykro mi Słoneczniku, ale to twoja siostra cię wystawiła - szepnął na końcu - Powiedziała, że jesteś dziewicą i mogą za ciebie dostać więcej kasy. A tamta dziewczyna, kobieta, była córką wuja Lucasa. Niedawno wyszła za mąż. Jej męża zabili na jej oczach, na ulicy, jak wracali z przyjęcia.

- O, Boże! - Abigail jęknęła i mocniej przycisnęła dłoń do ust, kiedy zaszlochała.

- To nie wszystko - westchnął Will - Lucy nie żyje - oznajmił, a Abi na te słowa wyprostowała się i patrzyła w oczy Willa z szokiem wymalowanym na twarzy - Tak. Znaleziono ją wczoraj wieczorem. Twoi rodzice jeszcze nie wiedzą. Ja wiem od godziny. Podejrzewamy, że Lucius Tores zniecierpliwił się, ale nie ma dowodów, że to on. Pilnowaliśmy cię, więc nie mogli cię dostać.

Will zacisnął na chwilę wargi.

- Nie wiemy, co będzie dalej - powiedział, nadal utrzymując z nią kontakt wzrokowy - Jeszcze przez jakiś czas będziesz miała ochronę.

- Ale ja… - zająknęła się dziewczyna, a Will wiedział, o co jej chodziło.

- Tak - skinął głową - pamiętam, że wracasz do na studia.

- Więc co zamierzasz? - Abi zmarszczyła brwi.

- Rozmawiałem z Markiem - wyjawił - Będę z tobą przez cały dzień.

- Jak to? - głos Abigail trochę się uniósł za zdenerwowania i Will to rozumiał.

Nie będzie łatwo, ale coś musi wymyślić.

- To tylko na jakiś czas - rzucił pospiesznie - Zanim nie upewnimy się, że już jesteś bezpieczna.

- Will - przerwała mu - Przecież nie możesz za mną chodzić. Masz pracę, swoje życie. A ja…

- Ty jesteś moim życiem - Will wtrącił stanowczo i Abigail zamilkła, a jej twarz złagodniała.

- Przepraszam, że ci nie powiedziałem - dodał ciszej, po czym dokończył szeptem swoją wymówką - Sądziłem, że będzie ci łatwiej żyć. Niewiedza czasem daje spokój, a ty miałaś dość na głowie.

- Kocham cię Wiliam - powiedziała nagle Abigail z taką mocą, że zabrakło mu tchu, bo wiedział, że była w tym cała miłość, jaką właśnie czuła.

Może wcześniej się mylił, sądząc, że niewiedza jej pomagała, ale teraz wiedział, że była mu za to wdzięczna, więc było warto.


 

1 komentarz: