sobota, 17 czerwca 2023

11 - Pozwól mu odejść (cz.1)

 

 Rozdział 11

Pozwól mu odejść (cz.1)

Abigail

 

 

Tydzień później…

Nadszedł ten czas, kiedy nasze drogi, drogi życiowe Willa i moja, rozchodziły się, ale właściwie nie żegnaliśmy się.

Nie rozmawiałyśmy o tym i po prostu żyliśmy z dnia na dzień.

Było to o tyle oczywiste, że jeszcze mieliśmy się spotykać gdzieś w SLC, chociaż tego dnia przeprowadzałam się z powrotem do mojego pokoiku w domu mojej mamy, a Will znowu miał zamieszkać gdzieś tam w swoim mieszkaniu, w którym nigdy nie byłam.

Mieszkaliśmy ze sobą w tym bezpiecznym mieszkaniu przez ponad miesiąc, z czego przez połowę czasu byliśmy ze sobą jako para, naprawdę i w całości.

Nie żałowałam ani jednej sekundy.

Po wybudzeniu się Anie ze śpiączki mieliśmy z Willem do tego dnia jeszcze tydzień dla siebie, żyjąc razem, kochając się i oboje wykorzystaliśmy ten czas co do minuty, bo oczekiwaliśmy tego, co stało się dzisiaj właściwie w każdej chwili.

Nawet mieliśmy nadzieję, że stanie się to szybciej, niż faktycznie się stało.

Nadzieję, bo to nie było nic złego.

Tylko dla nas… cóż, było.

Nasz seks był intensywny, jakbyśmy pragnęli zrobić to na zapas, chociaż wydawało się, że oboje po prostu nie myśleliśmy o przyszłości.

Dopadaliśmy do siebie nawzajem, całowaliśmy się łapczywie, zdzieraliśmy z siebie ubrania, kiedy tylko mieliśmy okazję znaleźć się sami przez dłużej niż godzinę w bezpiecznym mieszkaniu, chociaż nigdy nie dotykaliśmy się w jakikolwiek sposób poza nim.

Publicznie byliśmy w relacji ochroniarz/ochraniana, niczym znajomi, którzy lubią się, ale nic ponad to.

Wieczorami, kiedy szykowaliśmy się do snu, zaczęłam chodzić po domu w sukienkach lub koszulkach Willa bez bielizny, by miał dostęp do mojej kobiecości, co wykorzystywał wielokrotnie w bardzo satysfakcjonujący sposób.

Dwa dni temu „wróciłam z podróży” i zadzwoniłam zarówno do Jacka jak i do Abla, by powiedzieć im, że się spotkamy.

Podobno obaj tak bardzo tęsknili za mną, że Will obiecał to Billy’emu.

Miałam wątpliwości co do tego mojego powrotu, bo nadal potrzebowali wszystkich mężczyzn, jakich mieli do ochrony Anie, ale Will powiedział mi, że pomagali mu kumple Davida i Filipa, więc miałabym ochronę Wolfa.

Nadal, cóż, miałam wyrzuty sumienia.

Odwlekałam wyjście z domu, aż poszłam na spotkanie z chłopcami, ale uparłam się i nie poszłam jeszcze do szkoły.

Przynajmniej o tyle krócej musieli mnie pilnować.

Bowiem nasze zniecierpliwienie tym, co się działo najbardziej dotyczyło faktu zagrożenia Anie, która leżała w szpitalnej, publicznej sali, kiedy ja tu byłam bezpieczna i moim jedynym ograniczeniem była konieczność siedzenia w mieszkaniu.

Wolałam robić moje zadania szkolne przez Internet lub inaczej bez wychodzenia z domu, niż w każdej chwili mieć świadomość, że ktoś zajmował się moim bezpieczeństwem, podczas gdy Anie nie miała wystarczająco dużo facetów do obrony.

Billy pracował, Will szukał Lucasa, więc w każdej chwili, w dzień i w nocy, ktoś musiał być przy Anie w szpitalu.

Nie wiedziałam, jak to wyglądało, nie rozmawiałam z moją siostrą, bo nie mogłam się ruszyć z tego bezpiecznego mieszkania, a to, co miałam jej do powiedzenia, nie nadawało się na rozmowę telefoniczną.

Zresztą, cóż, być może nigdy nie powiem Anie tego, co się działo między mną a Willem, bo nie umiałabym o tym mówić.

Nie powiedziałam Anie nigdy wcześniej o moich problemach z chłopcami w liceum, a mówienie o tym dorosłym mężczyźnie, którego kochałam z wzajemnością, w ogóle nie wchodziło w rachubę.

Nie, nie, nie, nigdy, przenigdy nie powiem Anie o tym, kogo kochałam.

Po prostu brałam wszystko, co mogłam mieć.

Więc żyliśmy we dwoje w tej szczęśliwej bańce.

Ale tego dnia przed lunchem Will zadzwonił, żebym spakowała wszystkie moje rzeczy, bo właśnie w szpitalu przyłapali Lucy na próbie zabicia Anie za pomocą jakiegoś leku, który chciała wpuścić jej do kroplówki.

O, Boże!

Moja jedna siostra chciała zabić drugą z jakiegoś całkiem błahego, niezrozumiałego powodu i została za to aresztowana.

Prawie się przewróciłam na tę nowinę, tak zakręciło mi się w głowie, chociaż przecież spodziewałam się, że Lucy zechce zrobić coś bardzo złego.

Ale morderstwo?!

Z tym wszystkim, co się działo, po telefonie od Willa byłam rozdarta wewnętrznie i nie wiedziałam, czy miałam się cieszyć, czy też raczej rozpaczać.

Na początku byłam wręcz roztrzęsiona, ale później przemyślałam to wszystko, ułożyłam to sobie w głowie i postanowiłam „płynąć z falą”.

Bo naprawdę dobre było to, że moja kochana Anie wreszcie była bezpieczna i mogła wrócić do swojego domu, do męża i Jacka.

Wiedziałam, że wzdychała za tym.

Jack będzie miał swoją rodzinę, za którą tak bardzo już się stęsknił.

Lucy została zneutralizowana i przestała zagrażać nie tylko Anie i mnie, ale też wszystkim tym, których oszukiwała i okradała razem z innymi z jej szajki.

Złe było to, że Lucy okazała się naprawdę zła, bo przestało chodzić tylko o jej chęć do lekkiego życia na cudzy koszt.

Moja średnia siostra szła do celu po trupach, a w tym przypadku miała zamiar iść po trupie… swojej siostry!

A przy tym wszystkim bardzo złe było jeszcze i to, że ja musiałam rozstać się z Willem, chociaż to było złe tylko dla Willa i dla mnie.

Nie miałam co do tego złudzeń.

Starałam się sobie to wytłumaczyć tak długo, aż w końcu udało mi się.

Musiałam pamiętać o tym, co było najważniejsze, a najważniejszym dla mnie na całym świecie był Will.

Mój Jedyny.

Powinnam być dla niego wsparciem, bo, skoro dla mnie to było takie trudne, dla niego też było, a on już w swoim życiu stracił jedną kobietę, z którą miał nadzieję mieć rodzinę.

Stracił wtedy też nadzieję.

Nie mogłam dać mu rodziny, jeszcze nie teraz, ale mogłam dać mu nadzieję, a przy okazji zyskać taką dla siebie.

Nie planując przyszłości, mogłam dać nadzieję na przyszłość i coś jednak zaplanować.

Tak właśnie po raz drugi w życiu miałam plan.

Dlatego właśnie kiedy Will przyjechał do domu, nie rzuciłam się w jego stronę z powitaniem, z żalem ani w żaden inny sposób.

Zresztą nigdy tego nie robiłam.

Zawsze zostawiałam mu wybór.

Byłam spokojna, opanowana, stonowana, pogodna, otwarta na jego propozycje, dostępna i chętna na to, cokolwiek on by zaproponował, ale nie narzucałam mu się, nie miałam o nic pretensji, nie wywoływałam w nim poczucia obowiązku ani poczucia winy.

Chciałam dać mu wolność.

Kiedy w zamku drzwi wejściowych zachrobotał klucz, dając mi znać, że Will wrócił do domu, byłam w kuchni przy blacie i przygotowywałam dla nas kolację, jak robiłam to co wieczór.

Chciałam o niego zadbać.

Miałam na patelni na włączonej kuchence już zbrązowiałe mielone mięso wołowe z cebulką, uformowane w burgery, które się dopiekały i wyjmowałam z paczki, którą wyjęłam z szafki nad zlewem, bułki z sezamem.

Zamarłam w swoich czynnościach, spojrzałam na drzwi, w których stanął właśnie mój-nie-mój mężczyzna i na moich ustach pojawił się niezależny od mojej woli, powitalny uśmiech.

Kochałam go.

- Hej - zawołałam cicho.

- Hej - wymruczał równie cicho Will, odwracając się w bok i przełączając alarm na panelu przy drzwiach.

Nie odeszłam od blatu kuchni, gdzie wyjęłam już dla nas talerze, na których położyłam przekrojone bułki do burgerów, tylko ruszyłam po napoje dla nas w stronę lodówki, mówiąc po drodze - Zaraz będzie kolacja. Umyj ręce.

Nie napomknęłam mu ani słówka o tym, że nie byłam jeszcze spakowana, że przez pół dnia obawiałam się tego momentu, kiedy powie mi, że musimy opuścić to mieszkanie.

Również przed sobą udawałam, że to był zwykły dzień.

- Abigail! - Will nagle cichym głosem zawołał mnie tak, jak wołał mnie czule i jak wołał tylko mnie, ale tym razem to było coś więcej.

Zamarłam.

Powoli odwróciłam się do niego przodem i nie otworzyłam lodówki, kiedy moje ręce zawisły w pół drogi, bo nagle, patrząc na wyraz jego twarzy, zrozumiałam, że coś się stało.

Mój Mężczyzna chciał mi powiedzieć coś ważnego.

- Lucas jeszcze nie został przez nas schwytany. Umknął nam. Chodzi na wolności i jest groźny - spokojnie, ale jakby ostrożnie poinformował mnie Will, idąc w moją stronę - Mamy tylko Lucy. Zmiana planów. Hannah już wróciła ze szpitala do ich domu, ale jest objęta dodatkową ochroną. Ty nie możesz wrócić do siebie.

Zagapiłam się na niego, wciągnęłam powietrze do płuc, a potem powoli wypuściłam je przez nos, bo nie wiedziałam, jak się z tym czułam.

Albo może raczej było mi źle, bo czułam się dobrze.

O, Boże, czy to było bardzo złe, chore, że byłam z tego powodu szczęśliwa?

Czy czyniło to ze mnie złą osobę?

- J-ja… - zająknęłam się, kiedy Will nie dodał niczego więcej, ale nadal do mnie podchodził, a wyraz jego twarzy się zmienił.

Zamknęłam buzię.

Będąc o krok ode mnie, mężczyzna wyciągnął prawą rękę, złapał mnie nią za szyję i przyciągnął do siebie tak gwałtownie, że uderzyłam w jego ciało, a Will objął mocno tył mojej głowy, przyciągając mnie do siebie lewą ręką na mojej talii, kiedy pochylił się te kilka centymetrów, jakie nas dzieliły i pocałował mnie.

Była w tym desperacja i nerwowość, których nie rozumiałam.

To był gwałtowny, mokry, namiętny i bardzo głęboki pocałunek, od którego zmiękły mi nogi, kobiecość spłynęła sokami i zapulsowała w oczekiwaniu na wypełnienie, jakie wiedziałam, że Will mógł mi dać.

Oderwał usta od moich warg, ale mnie nie puścił, a wtedy dotarło do mnie, że nadal był ubrany w swoje motocyklowe buty, czarną, ocieplaną, skórzaną kurtkę i szalik, chociaż po wejściu do mieszkania rozpiął jej suwak.

Kurtka rozchyliła się i moje ramiona gdzieś po drodze, w trakcie naszego pocałunku, owinęły pod nią jego żebra, a pięści zacisnęły się na jego swetrze.

Dyszałam ciężko, patrząc na jego twarz i dopiero zaczęłam zauważać, więc zrozumiałam to, że ten mężczyzna po prostu się o mnie bał.

To było to złe, co się działo i było to widoczne w wyrazie jego twarzy.

Czuł coś do mnie i bał się, że coś mogło mi się stać, a on nie mógłby, nie zdążyłby mnie obronić.

Will ochronnie przyciągnął moją głowę jedną dłonią do swojej piersi, z palcami rozłożonymi szeroko w moich włosach, a moje ciało drugą ręką, którą miał ułożoną w górze moich ramion.

Byłam przyciśnięta do jego silnej, gorącej klatki piersiowej i czułam się tam dobrze, bezpiecznie.

- Abi! - westchnął Will, po czym zaczął się jąkać chrapliwie - Ja… Nie mogę… Ja nie potrafię… Nie powinienem był…

To było do niego takie niepodobne, że przyszło mi do głowy, że Will może i był bardzo mądry, wszystko wiedział, ale nadal był niemądry w sprawach uczuć i tego, jak to jest w relacjach między ludźmi.

To nie było zaskakujące po tym wszystkim, co opowiedział mi o swoim małżeństwie ani po tym, że wiedziałam, że był najmłodszym bratem.

Nie miał kto nauczyć go rozmawiać, a jego praca temu nie sprzyjała.

Pamiętaj, Abi - przyszły mi na myśl słowa mojej Anie, która znała się na ludziach jak nikt inny, kogo znałam - najważniejsza jest rozmowa. Musisz mówić, co czujesz.

Kiedy nadal milczałam, myśląc i chłonąc bliskość Willa, on oddychał z trudem, jakby dopiero co przebiegł czterdziestokilometrowy maraton, a potem znowu zaczął mówić.

- Nie umiem się od ciebie oderwać - jego głos nie brzmiał właściwie, ale nie odrywałam głowy od jego klatki piersiowej, by mógł skończyć - Powinienem był oddać cię pod opiekę komuś innemu, ale nie mogłem. Kocham cię. Zauroczyłaś mnie właściwie od pierwszego spojrzenia.

Na to ostatnie wyznanie moje serce prawie jednocześnie podskoczyło z radości i skurczyło się z bólu.

Nie mogliśmy tego mieć.

- Jeśli kogoś kochasz… - szepnęłam w jego sweter refleksyjnie i ledwo słyszalnie - pozwól mu odejść. Jeśli do ciebie wróci, to znaczy, że też cię kocha.

Poczułam, że ramiona Willa zacisnęły się wokół mnie konwulsyjnie, ale już wiedziałam, co musiałam zrobić.

To miało być trudne, ale musiałam być silna dla siebie i dla tego mężczyzny, którego kochałam.

Zacisnęłam usta, wyprostowałam się w ramionach tego niezwykłego mężczyzny, który nie umiał poradzić sobie z tym, co się działo między nami i postanowiłam, że to ja będę tą, która zadecyduje, co robić.

Musiałam mu pomóc przez to przejść.

Dlatego złapałam jego dłoń, kiedy wykręciłam się z jego objęć, odwróciłam się w stronę krzesła, które stało niedaleko nas przy stoliku podręcznym i pociągnęłam tam Willa za sobą.

Po drodze wyłączyłam kuchenkę pod patelnią, na której robiłam burgery na naszą kolację, żeby się nie spaliły.

Pchnęłam Willa na krzesło i tylko trochę zaniepokoiło mnie to, że był taki bezwolny, jak nie on, całkowicie poddający się moim niewerbalnym rozkazom.

Usiadłam okrakiem na kolanach mężczyzny i patrzyłam uważnie na swoje dłonie, kiedy przeciągnęłam kurtkę w dół jego ramion, a potem rozwiązałam z jego szyi szalik, by jedno i drugie rzucić na podłogę obok nas.

Dopiero później objęłam jedną dłonią jego włosy, przeciągając nią od jego skroni na kark i patrząc przez ten cały czas w oczy Willa.

Trzymał ręce na moich biodrach i wpatrywał się we mnie z napiętym, zbolałym wyrazem twarzy.

Złapałam drugą ręką jego ramię, a potem przyciągnęłam go do siebie, by jego twarz schowała się w mojej szyi.

Zwykle to on dawał mi moc przetrwania.

Teraz ja musiałam dać ją jemu.

Owinął oboma ramionami moją talię i ścisnął mnie tak strasznie mocno, że aż prawie straciłam dech, desperacko, jakby bał się mnie stracić, więc na sekundę zacisnęłam oczy, zbierając całą moją siłę.

Chciałam mu powiedzieć, że nigdy mnie nie straci.

Chciałam mu wyznać, że go kochałam.

Nie mogłam.

Nie pomogłabym mu tym.

Moja metryka była przeciwko nam, podobnie jak kilka innych spraw.

- Will… - powiedziałam cicho i delikatnie, wciąż trzymając jego twarz w mojej szyi, by nie patrzeć mu w oczy - nie możemy być razem.

Poczułam, jak szczupłe, wysportowane ciało tego wspaniałego mężczyzny pode mną zesztywniało, ale nie poruszyło się.

- Nie możemy się ujawnić, nie możemy nikomu powiedzieć, jak bardzo jesteśmy razem, że się kochamy, bo, jak tu zamieszkaliśmy, byłam niepełnoletnia - tłumaczyłam mu nadal tym samym cichym, łagodnym głosem - Miałbyś przez to kłopoty. Zniszczyłabym cię.

Poczułam, jak płuca Willa rozszerzyły się i napiął mięśnie pleców, jakby chciał się wyprostować i unieść głowę.

Pozwoliłam mu na to, przenosząc dłonie na jego ramiona, kiedy jego dłonie przesunęły się i objęły moje pośladki.

Był skupiony, poważny, ale skryty.

Patrzyłam mu prosto w piękne, teraz całkiem czarne oczy i starałam się być bardzo wyciszona, kiedy kontynuowałam.

- Te wszystkie wolontariaty, zajęcia dodatkowe, koła zainteresowań, prace… - wyznałam mu - To moje staranie się o jak najlepsze oceny i przygotowanie do egzaminów mają na celu jedno. Chcę w przyszłym roku starać się o stypendium na U of U.

Przez twarz Willa przebiegł prawie radosny błysk zrozumienia i aprobaty, ale ja nie skończyłam, bo nie powiedziałam mu, o co mi chodziło.

- Za kilka miesięcy, w czerwcu, skończę liceum. Potem, jeśli mi się uda, w sierpniu zacznę naukę w college’u…

- Na pewno ci się uda - mruknął z przekonaniem Will.

Lekko się uśmiechnęłam.

Wierzył we mnie i to było miłe.

-  Dzięki - szepnęłam - Ale chodzi mi o to, że ty masz do dokończenia swoje sprawy. Musisz pojechać do Phoenix. Masz tam pracę i rodzinę.

Poczułam się pewniej, kiedy znalazłam logiczne argumenty.

- Jesteś ode mnie starszy o piętnaście lat - pełniejszym głosem przypomniałam mu coś, co sam mi wyznał kilka dni wcześniej, kiedy zadręczał się, że nie powinien był odbierać mi dziewictwa - Ludzie by nie zrozumieli. Zniszczyliby cię.

Will zacisnął wargi i przeniósł wzrok na moje ramię.

- Will - szepnęłam i nachyliłam się, by złapać jego wzrok - Poczekajmy, poczekajmy dwa… lub może nawet trzy lata - poprosiłam, kiedy mi się to udało - Skończę dwadzieścia jeden lat. Będę na ostatnim roku college’u. Ty uporządkujesz swoje sprawy. Jeśli nadal będziemy czuli to, co czujemy teraz, spotkamy się znowu.

Nie podobało mu się to.

Widziałam to jak na dłoni.

Mnie też się to nie podobało, ale mogłabym z tym żyć.

Miałam nadzieję, że oboje moglibyśmy żyć z nadzieją na przyszłe spotkanie.

Will nie lubił tego odwlekania.

Ale poddał się przynajmniej na tę chwilę, trochę niechętnie skinął głową i mogliśmy przejść do naszego wieczoru.

Oboje odpuściliśmy.

Zjedliśmy kolację, posprzątaliśmy, a potem robiliśmy wszystko, by mieć co pamiętać przez nadchodzące miesiące.

Tej nocy kochaliśmy się powoli i czule.

Leżąc w naszym łóżku, pieściliśmy wzajemnie nasze ciała, dotykając się wszędzie, całując się i liżąc.

Zaczęło się od tego, że wzięliśmy prysznic oddzielnie, bo ja jeszcze sprzątałam w kuchni, kiedy Will poszedł się umyć po dniu, który spędził w różnych pomieszczeniach i na spotkaniach z różnymi ludźmi, a potem on odpowiadał na wiadomości, jakie w tym czasie dostał, a ja zmyłam z siebie zapach farb i rozpuszczalników.

Później położyłam się i nago czekałam na niego w łóżku, aż przyszedł do mnie do sypialni, zamknąwszy najpierw drzwi, ustawiwszy alarm i sprawdziwszy wszystkie okna, jak robił to co wieczór.

Rozebrał się, stojąc przed łóżkiem i nie spuszczając wzroku z mojego ciała, bo leżałam bez ubrania na pościeli i patrzyłam na jego ruchy coraz to bardziej gorącym wzrokiem.

Zanim dołączył do mnie, zaczęłam gładzić się po piersiach, po brzuchu, a następnie między nogami, co przerwał, kiedy wszedł kolanem na materac między moimi nogami i zaczął całować je, warcząc przy tym - Ręce nad głowę, Abi.

Wypełniłam to polecenie, kładąc się na plecach z rozchylonymi nogami, między którymi był i zajęczałam.

Will ujął jedną moją nogę w dłonie, całował ją ku górze, a potem to samo zrobił z drugą, aż obie ułożył sobie na biodrach, kiedy zaczął całować mój brzuch.

Doszedł pocałunkami do moich piersi, kiedy nie wytrzymałam i zaczęłam je oddawać, a moje ręce same powędrowały do jego ramion.

Na szczęście nie protestował.

Od tego momentu zaczęła się nasza walka zapaśnicza, w której każde z nas starało się zdobyć więcej centymetrów skóry drugiego do wycałowania.

Żadne z nas nie przegrało.

Oboje wygraliśmy.

Tej nocy oboje osiągnęliśmy nasze szczyty przynajmniej po kilka razy.

*****

CDN.


1 komentarz: