Abigail
Tydzień później…
Nadszedł
ten czas, kiedy nasze drogi, drogi życiowe Willa i moja, rozchodziły się, ale
właściwie nie żegnaliśmy się.
Nie
rozmawiałyśmy o tym i po prostu żyliśmy z dnia na dzień.
Było
to o tyle oczywiste, że jeszcze mieliśmy się spotykać gdzieś w SLC, chociaż tego
dnia przeprowadzałam się z powrotem do mojego pokoiku w domu mojej mamy, a Will
znowu miał zamieszkać gdzieś tam w swoim mieszkaniu, w którym nigdy nie byłam.
Mieszkaliśmy
ze sobą w tym bezpiecznym mieszkaniu przez ponad miesiąc, z czego przez połowę
czasu byliśmy ze sobą jako para, naprawdę i w całości.
Nie
żałowałam ani jednej sekundy.
Po
wybudzeniu się Anie ze śpiączki mieliśmy z Willem do tego dnia jeszcze tydzień
dla siebie, żyjąc razem, kochając się i oboje wykorzystaliśmy ten czas co do
minuty, bo oczekiwaliśmy tego, co stało się dzisiaj właściwie w każdej chwili.
Nawet
mieliśmy nadzieję, że stanie się to szybciej, niż faktycznie się stało.
Nadzieję,
bo to nie było nic złego.
Tylko
dla nas… cóż, było.
Nasz
seks był intensywny, jakbyśmy pragnęli zrobić to na zapas, chociaż wydawało
się, że oboje po prostu nie myśleliśmy o przyszłości.
Dopadaliśmy
do siebie nawzajem, całowaliśmy się łapczywie, zdzieraliśmy z siebie ubrania,
kiedy tylko mieliśmy okazję znaleźć się sami przez dłużej niż godzinę w
bezpiecznym mieszkaniu, chociaż nigdy nie dotykaliśmy się w jakikolwiek sposób poza nim.
Publicznie
byliśmy w relacji ochroniarz/ochraniana, niczym znajomi, którzy lubią się, ale
nic ponad to.
Wieczorami,
kiedy szykowaliśmy się do snu, zaczęłam chodzić po domu w sukienkach lub koszulkach Willa bez bielizny, by miał dostęp
do mojej kobiecości, co wykorzystywał wielokrotnie w bardzo satysfakcjonujący
sposób.
Dwa
dni temu „wróciłam z podróży” i zadzwoniłam zarówno do Jacka jak i do Abla, by
powiedzieć im, że się spotkamy.
Podobno
obaj tak bardzo tęsknili za mną, że Will obiecał to Billy’emu.
Miałam
wątpliwości co do tego mojego powrotu, bo nadal potrzebowali wszystkich
mężczyzn, jakich mieli do ochrony Anie, ale Will powiedział mi, że pomagali mu
kumple Davida i Filipa, więc miałabym ochronę Wolfa.
Nadal,
cóż, miałam wyrzuty sumienia.
Odwlekałam
wyjście z domu, aż poszłam na
spotkanie z chłopcami, ale uparłam się i nie poszłam jeszcze do szkoły.
Przynajmniej
o tyle krócej musieli mnie pilnować.
Bowiem
nasze zniecierpliwienie tym, co się działo najbardziej dotyczyło faktu
zagrożenia Anie, która leżała w szpitalnej, publicznej sali, kiedy ja tu byłam
bezpieczna i moim jedynym ograniczeniem była konieczność siedzenia w
mieszkaniu.
Wolałam
robić moje zadania szkolne przez Internet lub inaczej bez wychodzenia z domu,
niż w każdej chwili mieć świadomość, że ktoś zajmował się moim bezpieczeństwem,
podczas gdy Anie nie miała wystarczająco dużo facetów do obrony.
Billy
pracował, Will szukał Lucasa, więc w każdej chwili, w dzień i w nocy, ktoś
musiał być przy Anie w szpitalu.
Nie
wiedziałam, jak to wyglądało, nie rozmawiałam z moją siostrą, bo nie mogłam się
ruszyć z tego bezpiecznego mieszkania, a to, co miałam jej do powiedzenia, nie
nadawało się na rozmowę telefoniczną.
Zresztą,
cóż, być może nigdy nie powiem Anie tego, co się działo między mną a Willem, bo
nie umiałabym o tym mówić.
Nie
powiedziałam Anie nigdy wcześniej o moich problemach z chłopcami w liceum, a
mówienie o tym dorosłym mężczyźnie, którego kochałam z wzajemnością, w ogóle
nie wchodziło w rachubę.
Nie,
nie, nie, nigdy, przenigdy nie powiem Anie o tym, kogo kochałam.
Po
prostu brałam wszystko, co mogłam mieć.
Więc
żyliśmy we dwoje w tej szczęśliwej bańce.
Ale
tego dnia przed lunchem Will zadzwonił, żebym spakowała wszystkie moje rzeczy,
bo właśnie w szpitalu przyłapali Lucy na próbie zabicia Anie za pomocą jakiegoś
leku, który chciała wpuścić jej do kroplówki.
O,
Boże!
Moja
jedna siostra chciała zabić drugą z jakiegoś całkiem błahego, niezrozumiałego
powodu i została za to aresztowana.
Prawie
się przewróciłam na tę nowinę, tak zakręciło mi się w głowie, chociaż przecież spodziewałam się, że Lucy zechce zrobić
coś bardzo złego.
Ale
morderstwo?!
Z
tym wszystkim, co się działo, po telefonie od Willa byłam rozdarta wewnętrznie
i nie wiedziałam, czy miałam się cieszyć, czy też raczej rozpaczać.
Na
początku byłam wręcz roztrzęsiona, ale później przemyślałam to wszystko,
ułożyłam to sobie w głowie i postanowiłam „płynąć z falą”.
Bo
naprawdę dobre było to, że moja
kochana Anie wreszcie była bezpieczna i mogła wrócić do swojego domu, do męża i
Jacka.
Wiedziałam,
że wzdychała za tym.
Jack
będzie miał swoją rodzinę, za którą tak bardzo już się stęsknił.
Lucy
została zneutralizowana i przestała zagrażać nie tylko Anie i mnie, ale też
wszystkim tym, których oszukiwała i okradała razem z innymi z jej szajki.
Złe
było to, że Lucy okazała się naprawdę zła,
bo przestało chodzić tylko o jej chęć do lekkiego życia na cudzy koszt.
Moja
średnia siostra szła do celu po trupach, a w tym przypadku miała zamiar iść po
trupie… swojej siostry!
A
przy tym wszystkim bardzo złe było
jeszcze i to, że ja musiałam rozstać się z Willem, chociaż to było złe tylko
dla Willa i dla mnie.
Nie
miałam co do tego złudzeń.
Starałam
się sobie to wytłumaczyć tak długo, aż w końcu udało mi się.
Musiałam
pamiętać o tym, co było najważniejsze, a najważniejszym dla mnie na całym
świecie był Will.
Mój
Jedyny.
Powinnam
być dla niego wsparciem, bo, skoro dla mnie to było takie trudne, dla niego też
było, a on już w swoim życiu stracił jedną kobietę, z którą miał nadzieję mieć
rodzinę.
Stracił
wtedy też nadzieję.
Nie
mogłam dać mu rodziny, jeszcze nie teraz, ale mogłam dać mu nadzieję, a przy
okazji zyskać taką dla siebie.
Nie
planując przyszłości, mogłam dać nadzieję
na przyszłość i coś jednak zaplanować.
Tak
właśnie po raz drugi w życiu miałam plan.
Dlatego
właśnie kiedy Will przyjechał do domu, nie rzuciłam się w jego stronę z
powitaniem, z żalem ani w żaden inny sposób.
Zresztą
nigdy tego nie robiłam.
Zawsze
zostawiałam mu wybór.
Byłam
spokojna, opanowana, stonowana, pogodna, otwarta na jego propozycje, dostępna i
chętna na to, cokolwiek on by zaproponował, ale nie narzucałam mu się, nie
miałam o nic pretensji, nie wywoływałam w nim poczucia obowiązku ani poczucia
winy.
Chciałam
dać mu wolność.
Kiedy
w zamku drzwi wejściowych zachrobotał klucz, dając mi znać, że Will wrócił do
domu, byłam w kuchni przy blacie i przygotowywałam dla nas kolację, jak robiłam
to co wieczór.
Chciałam
o niego zadbać.
Miałam
na patelni na włączonej kuchence już zbrązowiałe mielone mięso wołowe z
cebulką, uformowane w burgery, które się dopiekały i wyjmowałam z paczki, którą
wyjęłam z szafki nad zlewem, bułki z sezamem.
Zamarłam
w swoich czynnościach, spojrzałam na drzwi, w których stanął właśnie mój-nie-mój
mężczyzna i na moich ustach pojawił się niezależny od mojej woli, powitalny
uśmiech.
Kochałam
go.
-
Hej - zawołałam cicho.
-
Hej - wymruczał równie cicho Will, odwracając się w bok i przełączając alarm na
panelu przy drzwiach.
Nie
odeszłam od blatu kuchni, gdzie wyjęłam już dla nas talerze, na których
położyłam przekrojone bułki do burgerów, tylko ruszyłam po napoje dla nas w
stronę lodówki, mówiąc po drodze - Zaraz będzie kolacja. Umyj ręce.
Nie
napomknęłam mu ani słówka o tym, że nie byłam jeszcze spakowana, że przez pół
dnia obawiałam się tego momentu, kiedy powie mi, że musimy opuścić to
mieszkanie.
Również
przed sobą udawałam, że to był zwykły dzień.
-
Abigail! - Will nagle cichym głosem zawołał
mnie tak, jak wołał mnie czule i jak wołał tylko mnie, ale tym razem to było
coś więcej.
Zamarłam.
Powoli
odwróciłam się do niego przodem i nie otworzyłam lodówki, kiedy moje ręce
zawisły w pół drogi, bo nagle, patrząc na wyraz jego twarzy, zrozumiałam, że
coś się stało.
Mój
Mężczyzna chciał mi powiedzieć coś ważnego.
-
Lucas jeszcze nie został przez nas schwytany. Umknął nam. Chodzi na wolności i
jest groźny - spokojnie, ale jakby ostrożnie poinformował mnie Will, idąc w
moją stronę - Mamy tylko Lucy. Zmiana planów. Hannah już wróciła ze szpitala do
ich domu, ale jest objęta dodatkową ochroną. Ty nie możesz wrócić do siebie.
Zagapiłam
się na niego, wciągnęłam powietrze do płuc, a potem powoli wypuściłam je przez
nos, bo nie wiedziałam, jak się z tym czułam.
Albo
może raczej było mi źle, bo czułam się dobrze.
O,
Boże, czy to było bardzo złe, chore, że byłam z tego powodu szczęśliwa?
Czy
czyniło to ze mnie złą osobę?
-
J-ja… - zająknęłam się, kiedy Will nie dodał niczego więcej, ale nadal do mnie
podchodził, a wyraz jego twarzy się zmienił.
Zamknęłam
buzię.
Będąc
o krok ode mnie, mężczyzna wyciągnął prawą rękę, złapał mnie nią za szyję i
przyciągnął do siebie tak gwałtownie, że uderzyłam w jego ciało, a Will objął
mocno tył mojej głowy, przyciągając mnie do siebie lewą ręką na mojej talii,
kiedy pochylił się te kilka centymetrów, jakie nas dzieliły i pocałował mnie.
Była
w tym desperacja i nerwowość, których nie rozumiałam.
To
był gwałtowny, mokry, namiętny i bardzo głęboki pocałunek, od którego zmiękły
mi nogi, kobiecość spłynęła sokami i zapulsowała w oczekiwaniu na wypełnienie,
jakie wiedziałam, że Will mógł mi dać.
Oderwał
usta od moich warg, ale mnie nie puścił, a wtedy dotarło do mnie, że nadal był
ubrany w swoje motocyklowe buty, czarną, ocieplaną, skórzaną kurtkę i szalik,
chociaż po wejściu do mieszkania rozpiął jej suwak.
Kurtka
rozchyliła się i moje ramiona gdzieś po drodze, w trakcie naszego pocałunku,
owinęły pod nią jego żebra, a pięści zacisnęły się na jego swetrze.
Dyszałam
ciężko, patrząc na jego twarz i dopiero zaczęłam zauważać, więc zrozumiałam to,
że ten mężczyzna po prostu się o mnie bał.
To
było to złe, co się działo i było to widoczne
w wyrazie jego twarzy.
Czuł
coś do mnie i bał się, że coś mogło mi się stać, a on nie mógłby, nie zdążyłby
mnie obronić.
Will
ochronnie przyciągnął moją głowę jedną dłonią do swojej piersi, z palcami
rozłożonymi szeroko w moich włosach, a moje ciało drugą ręką, którą miał
ułożoną w górze moich ramion.
Byłam
przyciśnięta do jego silnej, gorącej klatki piersiowej i czułam się tam dobrze, bezpiecznie.
-
Abi! - westchnął Will, po czym zaczął
się jąkać chrapliwie - Ja… Nie mogę… Ja nie potrafię… Nie powinienem był…
To
było do niego takie niepodobne, że przyszło mi do głowy, że Will może i był
bardzo mądry, wszystko wiedział, ale nadal był niemądry w sprawach uczuć i tego, jak to jest w relacjach między
ludźmi.
To
nie było zaskakujące po tym wszystkim, co opowiedział mi o swoim małżeństwie
ani po tym, że wiedziałam, że był najmłodszym bratem.
Nie
miał kto nauczyć go rozmawiać, a jego praca temu nie sprzyjała.
Pamiętaj, Abi
- przyszły mi na myśl słowa mojej Anie, która znała się na ludziach jak nikt
inny, kogo znałam - najważniejsza jest
rozmowa. Musisz mówić, co czujesz.
Kiedy
nadal milczałam, myśląc i chłonąc bliskość Willa, on oddychał z trudem, jakby dopiero
co przebiegł czterdziestokilometrowy maraton, a potem znowu zaczął mówić.
-
Nie umiem się od ciebie oderwać - jego głos nie brzmiał właściwie, ale nie
odrywałam głowy od jego klatki piersiowej, by mógł skończyć - Powinienem był oddać
cię pod opiekę komuś innemu, ale nie mogłem. Kocham cię. Zauroczyłaś mnie właściwie od pierwszego spojrzenia.
Na
to ostatnie wyznanie moje serce prawie jednocześnie podskoczyło z radości i
skurczyło się z bólu.
Nie
mogliśmy tego mieć.
-
Jeśli kogoś kochasz… - szepnęłam w jego sweter refleksyjnie i ledwo słyszalnie
- pozwól mu odejść. Jeśli do ciebie wróci, to znaczy, że też cię kocha.
Poczułam,
że ramiona Willa zacisnęły się wokół mnie konwulsyjnie, ale już wiedziałam, co
musiałam zrobić.
To
miało być trudne, ale musiałam być
silna dla siebie i dla tego mężczyzny, którego kochałam.
Zacisnęłam
usta, wyprostowałam się w ramionach tego niezwykłego mężczyzny, który nie umiał
poradzić sobie z tym, co się działo między nami i postanowiłam, że to ja będę tą, która zadecyduje, co robić.
Musiałam
mu pomóc przez to przejść.
Dlatego
złapałam jego dłoń, kiedy wykręciłam się z jego objęć, odwróciłam się w stronę
krzesła, które stało niedaleko nas przy stoliku podręcznym i pociągnęłam tam Willa
za sobą.
Po
drodze wyłączyłam kuchenkę pod patelnią, na której robiłam burgery na naszą
kolację, żeby się nie spaliły.
Pchnęłam
Willa na krzesło i tylko trochę zaniepokoiło mnie to, że był taki bezwolny, jak nie on, całkowicie poddający
się moim niewerbalnym rozkazom.
Usiadłam
okrakiem na kolanach mężczyzny i patrzyłam uważnie na swoje dłonie, kiedy
przeciągnęłam kurtkę w dół jego ramion, a potem rozwiązałam z jego szyi szalik,
by jedno i drugie rzucić na podłogę obok nas.
Dopiero
później objęłam jedną dłonią jego włosy, przeciągając nią od jego skroni na
kark i patrząc przez ten cały czas w oczy Willa.
Trzymał
ręce na moich biodrach i wpatrywał się we mnie z napiętym, zbolałym wyrazem
twarzy.
Złapałam
drugą ręką jego ramię, a potem przyciągnęłam go do siebie, by jego twarz
schowała się w mojej szyi.
Zwykle
to on dawał mi moc przetrwania.
Teraz
ja musiałam dać ją jemu.
Owinął
oboma ramionami moją talię i ścisnął mnie tak strasznie mocno, że aż prawie
straciłam dech, desperacko, jakby bał się mnie stracić, więc na sekundę
zacisnęłam oczy, zbierając całą moją siłę.
Chciałam
mu powiedzieć, że nigdy mnie nie straci.
Chciałam
mu wyznać, że go kochałam.
Nie
mogłam.
Nie
pomogłabym mu tym.
Moja
metryka była przeciwko nam, podobnie jak kilka innych spraw.
-
Will… - powiedziałam cicho i delikatnie, wciąż trzymając jego twarz w mojej szyi,
by nie patrzeć mu w oczy - nie możemy być razem.
Poczułam,
jak szczupłe, wysportowane ciało tego wspaniałego mężczyzny pode mną
zesztywniało, ale nie poruszyło się.
-
Nie możemy się ujawnić, nie możemy nikomu
powiedzieć, jak bardzo jesteśmy
razem, że się kochamy, bo, jak tu zamieszkaliśmy, byłam niepełnoletnia -
tłumaczyłam mu nadal tym samym cichym, łagodnym głosem - Miałbyś przez to
kłopoty. Zniszczyłabym cię.
Poczułam,
jak płuca Willa rozszerzyły się i napiął mięśnie pleców, jakby chciał się wyprostować
i unieść głowę.
Pozwoliłam
mu na to, przenosząc dłonie na jego ramiona, kiedy jego dłonie przesunęły się i
objęły moje pośladki.
Był
skupiony, poważny, ale skryty.
Patrzyłam
mu prosto w piękne, teraz całkiem czarne oczy i starałam się być bardzo wyciszona,
kiedy kontynuowałam.
-
Te wszystkie wolontariaty, zajęcia dodatkowe, koła zainteresowań, prace… -
wyznałam mu - To moje staranie się o jak najlepsze oceny i przygotowanie do
egzaminów mają na celu jedno. Chcę w przyszłym roku starać się o stypendium na
U of U.
Przez
twarz Willa przebiegł prawie radosny błysk zrozumienia i aprobaty, ale ja nie
skończyłam, bo nie powiedziałam mu, o co mi chodziło.
-
Za kilka miesięcy, w czerwcu, skończę liceum. Potem, jeśli mi się uda, w
sierpniu zacznę naukę w college’u…
-
Na pewno ci się uda - mruknął z przekonaniem Will.
Lekko
się uśmiechnęłam.
Wierzył
we mnie i to było miłe.
- Dzięki - szepnęłam - Ale chodzi mi o to, że
ty masz do dokończenia swoje sprawy.
Musisz pojechać do Phoenix. Masz tam pracę i rodzinę.
Poczułam
się pewniej, kiedy znalazłam logiczne argumenty.
-
Jesteś ode mnie starszy o piętnaście lat - pełniejszym głosem przypomniałam mu
coś, co sam mi wyznał kilka dni wcześniej, kiedy zadręczał się, że nie powinien
był odbierać mi dziewictwa - Ludzie by nie zrozumieli. Zniszczyliby cię.
Will
zacisnął wargi i przeniósł wzrok na moje ramię.
-
Will - szepnęłam i nachyliłam się, by złapać jego wzrok - Poczekajmy, poczekajmy dwa… lub może nawet trzy lata - poprosiłam, kiedy mi się to udało - Skończę dwadzieścia
jeden lat. Będę na ostatnim roku college’u. Ty uporządkujesz swoje sprawy.
Jeśli nadal będziemy czuli to, co czujemy teraz, spotkamy się znowu.
Nie
podobało mu się to.
Widziałam
to jak na dłoni.
Mnie
też się to nie podobało, ale mogłabym z tym żyć.
Miałam
nadzieję, że oboje moglibyśmy żyć z
nadzieją na przyszłe spotkanie.
Will
nie lubił tego odwlekania.
Ale
poddał się przynajmniej na tę chwilę, trochę niechętnie skinął głową i mogliśmy
przejść do naszego wieczoru.
Oboje
odpuściliśmy.
Zjedliśmy
kolację, posprzątaliśmy, a potem robiliśmy wszystko, by mieć co pamiętać przez
nadchodzące miesiące.
Tej
nocy kochaliśmy się powoli i czule.
Leżąc
w naszym łóżku, pieściliśmy wzajemnie nasze ciała, dotykając się wszędzie,
całując się i liżąc.
Zaczęło
się od tego, że wzięliśmy prysznic oddzielnie, bo ja jeszcze sprzątałam w
kuchni, kiedy Will poszedł się umyć po dniu, który spędził w różnych
pomieszczeniach i na spotkaniach z różnymi ludźmi, a potem on odpowiadał na
wiadomości, jakie w tym czasie dostał, a ja zmyłam z siebie zapach farb i
rozpuszczalników.
Później
położyłam się i nago czekałam na niego w łóżku, aż przyszedł do mnie do
sypialni, zamknąwszy najpierw drzwi, ustawiwszy alarm i sprawdziwszy wszystkie
okna, jak robił to co wieczór.
Rozebrał
się, stojąc przed łóżkiem i nie spuszczając wzroku z mojego ciała, bo leżałam bez
ubrania na pościeli i patrzyłam na
jego ruchy coraz to bardziej gorącym wzrokiem.
Zanim
dołączył do mnie, zaczęłam gładzić się po piersiach, po brzuchu, a następnie
między nogami, co przerwał, kiedy wszedł kolanem na materac między moimi nogami
i zaczął całować je, warcząc przy tym - Ręce nad głowę, Abi.
Wypełniłam
to polecenie, kładąc się na plecach z rozchylonymi nogami, między którymi był i
zajęczałam.
Will
ujął jedną moją nogę w dłonie, całował ją ku górze, a potem to samo zrobił z
drugą, aż obie ułożył sobie na biodrach, kiedy zaczął całować mój brzuch.
Doszedł
pocałunkami do moich piersi, kiedy nie wytrzymałam i zaczęłam je oddawać, a
moje ręce same powędrowały do jego ramion.
Na
szczęście nie protestował.
Od
tego momentu zaczęła się nasza walka zapaśnicza, w której każde z nas starało
się zdobyć więcej centymetrów skóry drugiego do wycałowania.
Żadne
z nas nie przegrało.
Oboje
wygraliśmy.
Tej
nocy oboje osiągnęliśmy nasze szczyty przynajmniej po kilka razy.
*****
CDN.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń