Rozdział 11
Pozwól mu odejść (cz.2)
*****
Przepraszam
Was, ale dzisiaj pożegnamy się z Willem
M.
*****
Dwie doby później…
Był
prawie środek nocy, kiedy na szafce nocnej Willa telefon zabrzmiał dziwnym
dźwiękiem, którego nie znałam.
Otworzyłam
oczy.
Obudziliśmy
się oboje, ale tylko Will natychmiast poderwał się do siadu, by odrzucić
kołdrę, natychmiast wstać, wyłączając po drodze alarm, złapać z podłogi spodnie
i resztę ubrania, które szybko wciągnął na siebie.
-
To z domu Hannah - wyjaśnił mi skrótowo, szykując się do wyjścia - Ktoś się tam
włamał i uruchomił alarm pułapkę, który zainstalował im Filip.
Byłam
wdzięczna, że Will mi to tłumaczył, ale nie musiał.
Ufałam
mu i pozostałym facetom, zajmującym się bezpieczeństwem Anie i moim, więc po
prostu kiwałam głową i zagryzałam wewnętrzną stronę boku wargi, zanim Will
pochylił się do mnie, leżącej w łóżku, musnął moje usta swoimi i wyszeptał - Na
razie, Słoneczniku.
Opadłam
na poduszkę, szepcząc w odpowiedzi - Na razie - i już go nie było.
Nasłuchiwałam
odgłosów dochodzących z salonu, kiedy chwytał kurtkę, buty, klucze, a potem
głosu zamykania drzwi i pikanie alarmu.
Poprzedniego
dnia byłam u Anie po Jacka, żeby zabrać go do szkoły i zobaczyłam moją starszą
siostrę, kiedy odprowadzała młodego do drzwi.
Wyglądała
na zmęczoną, wychudzoną, ale pogodną.
Nie
została zniszczona przez to, co jej zrobił nasz zły szwagier w parze z naszą porąbaną
średnią siostrą.
Nie
powiedziałam jej do końca prawdy o tym, co zamierzałam robić przez cały dzień,
ale nie skłamałam jej, bo nie musiałam.
Anie,
podobnie jak ja, rozumiała potrzebę ukrywania się w te niedobre dni, kiedy na
wolności chodził mężczyzna, który mógł nam zagrozić, więc raczej wolała
usłyszeć, że nie zamierzałam przesiadywać w szkole, a tym bardziej nie
zamierzałam jeździć do przyjaciół.
Dlatego
po teście, który miałam tego dnia do napisania w szkole, wróciłam do naszego
bezpiecznego mieszkania i mogłam z czystym sumieniem zająć się tym, czym
zajmowałam się dzień wcześniej.
Trochę
malowałam, trochę gotowałam, trochę się uczyłam.
Napisałam
krótki tekst, który miał rozwinąć jeden z redaktorów współpracujących z naszym
kołem historycznym i wysłałam go mailem.
Podrasowałam
moją prezentację.
A
potem przyjechał Will, który miał dla mnie o wiele więcej czasu, odkąd Lucy
wylądowała w areszcie.
Przez
kilkanaście godzin poprzedniego dnia i przez ponad połowę tego dnia, skoro Anie
z Billy’m mieli odwieźć Jacka do szkoły, zajmowaliśmy się tylko sobą, już bez
oporów pokazując sobie, jak bardzo się kochaliśmy i rozmawiając o naszych
planach na przyszłość.
Dowiedziałam
się, że Will miał w Phoenix tylko siostry i braci z rodzinami, bo jego była żona
zdradziła go i, jeszcze zanim się rozwiedli, miała syna z innym mężczyzną, więc
Will nie miał tam żadnej kobiety, do której chciałby wracać.
Ale
musiał wywiązać się z kontraktu w pracy.
Zresztą
tej pracy, w której musiał właśnie oddać pickupa, bo był służbowy, więc został
mu jego Harley jako jedyny środek transportu.
Dowiedziałam
się też, że Will lubił planować.
Nie
lubił natomiast naszego przymusowego rozstania tak bardzo, że już zaczął
planować przeniesienie się za rok lub dwa do SLC na stałe.
Nie
powiedziałam na ten temat ani słowa.
Podobało
mi się to, nawet bardzo mi się
podobało, ale ja bałam się planować.
Przyzwyczaiłam
się do życia jeden-dzień-na-raz i teraz, z nauką w college’u od nadchodzącego
roku szkolnego w wyraźnej perspektywie, miałam aż nadto planów na przyszłość.
Dlatego
dzwonek tego alarmu, który mógł oznaczać zarówno zranienie Anie jak i
zlikwidowanie Lucasa, oznaczał tylko, że miałam rację.
Nadchodziły
niezaplanowane zmiany.
*****
Kilkanaście godzin
później…
Właśnie
skończyło się moje życie razem z Willem.
Kiedy
nad ranem wrócił do mnie, do naszego łóżka, opowiedział mi, że Lucas został
zlikwidowany, czyli, jak sądziłam, zabity po tym, jak włamał się do domu Anie i
Billy’ego, kiedy on był w pracy na nocną zmianę.
Anie
zamknęła się w łazience z Jackiem, zadzwoniła na numer alarmowy i siedzieli tam
cicho, ale Lucas był zbyt wściekły lub za bardzo zdeterminowany, by się zemścić
i strzelił w drzwi łazienki, żeby się do niej dostać.
Will
powiedział mi, że policja przyjechała bardzo szybko, ale, niestety, Lucas zdążył
zranić Jacka.
Na
szczęście była to powierzchowna, niegroźna rana, ale i tak chyba mogłam wyobrazić
sobie, co czuła moja Anie, bo wiedziałam, że kochała tego chłopca nad życie,
skoro nawet ja go kochałam, chociaż był dla mnie tylko przyszywanym bratem i
przyjacielem.
Dla
Anie Jack był prawie jak jej własny, rodzony syn.
Po
tym, jak Will wrócił, przyszedł prosto do mnie, do naszego łóżka, nie
kochaliśmy się, a po prostu przespaliśmy się parę godzin, przytulając się
blisko, a potem spakowaliśmy się i byliśmy gotowi na opuszczenie bezpiecznego
mieszkania na stałe.
Oddałam
Willowi telefon na kartę.
Na
parkingu przed blokiem pożegnałam się z Wolfem, który przyjechał, by pomóc mi
się spakować i przeprowadzić.
A
potem pojechaliśmy we dwójkę z Willem do domu mojej mamy moim samochodem,
rozpakowałam się i poprosiłam Willa o ostatnią przyjemność, jaką mógł mi
sprawić.
Poprosiłam,
by zawiózł mnie do Anie swoim Harleyem.
Skorzystałam
z tego, że mama była zajęta i ubrałam się w strój, który kupiłam sobie
specjalnie na zimową przejażdżkę motocyklem z moim motocyklistą.
Pojechaliśmy
moim Sonic’iem do magazynu, gdzie Will go garażował, a potem wyruszyliśmy
najpierw do bloku, gdzie było mieszkanie Willa, kiedy ja jechałam swoim
samochodem, a Will Harleyem za mną.
Zostawiliśmy
tam Chevroleta, przesiadłam się na siedzenie motocykla za Willa i ruszyliśmy.
To
była czysta rozkosz, jechać na jego rumaku, kiedy byłam ubrana jak kobieta
motocyklisty, jakbym przynależała do niego, bo byłam przytulona bokiem głowy do
jego pleców, kiedy owijałam ramionami jego twardy brzuch.
Najpierw
jednak, zaraz po śniadaniu, byłam z Willem na posterunku policji, by złożyć
wyjaśnienia jako świadek w sprawie Lucy i Lucasa Scammer’ów.
Pojechaliśmy
tam we dwójkę, bo Will nie mógł być obecny przy moim przesłuchaniu, ale był
niedaleko, więc czułam jego wspierającą obecność przynajmniej za ścianą.
A
potem mogłam być wolna na jego
Harleyu, jak wiedziałam, że on czuł się wolny, kiedy na nim gnał przed siebie.
Jechaliśmy
bocznymi, spokojniejszymi ulicami SLC, niedaleko podnóża gór, więc wiedziałam,
że Will nie wybrał najkrótszej drogi od domu mojej mamy do domu Anie, jakby
wiedział, ile to dla mnie znaczyło lub jakby to dla niego znaczyło bardzo dużo.
Podejrzewałam
oba.
*****
Wiliam
Jechał
po prostu przed siebie, prowadząc swobodnie swojego Harleya, chociaż wiedział,
że mieli cel przed sobą, ale nie czuł tej samej wolności i euforii, jakie
zwykle czuł, kiedy jechał na swoim motocyklu.
Pierwsze
miejsca objechał bez kręcenia ulicami, bo były ważne i musieli to zrobić, a
było to między innymi spotkanie na posterunku policji, gdzie Abi musiała złożyć
zeznania uzupełniające, by mogli przymknąć Lucy na dobre.
Nie
chciał jej tam zostawiać samej z glinami, we wszystkim węszącymi kłamstwa i
spiski, co dawniej by rozumiał, ale nie tym razem, bo to była jego Abigail.
Zaraz
po obudzeniu się, zjedzeniu szybkiego śniadania, które wyjątkowo przygotował
Will i wypiciu kawy, Abi spakowała swoje rzeczy, Will pomógł jej znieść je na
dół na parking, gdzie czekał Wolf ze swoim pickupem, a później pojechali jej Chevroletem
do domu jej mamy, gdzie zostawiła sama swoje rzeczy, bo nie chciał tam się
pokazywać, żeby nie narobić jej kłopotu.
Potem
jednak Will dowiedział się od Abi, że jej mama była tak czymś zajęta, że nawet
nie spojrzała na to, w czym jej córka wychodziła z domu.
W
innej sytuacji by się wściekł na ten brak zainteresowania.
Stał
na chodniku po przeciwnej stronie jej ulicy, żeby nie rzucać się w oczy
sąsiadom i miał czas na przemyślenia,
które nie były komfortowe.
Piękna,
niewinna, słodka Abigail może i była od niego młodsza o piętnaście lat, ale
była dojrzalsza o dziesięć.
Will
doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że przez te kilka dni nie zachowywał się
jak odpowiedzialny, dorosły mężczyzna.
Jej
tamte niedawne słowa o trzech latach rozstania, o czekaniu, były mądre i
przemyślane, a świadczyły o tym, że chciała go chronić i o tym, że była pewna
jego i swoich uczuć.
To
Willa pieprzyło o wiele mocniej, niż kiedykolwiek chciałby to przyznać.
Jeśli kogoś kochasz
pozwól mu odejść - jej cicho wyszeptane słowa uderzyły
Willa z całą mocą, kiedy dotarło do niego, że Abigail ani razu nie powiedziała
mu wprost, że go kochała.
Owszem,
powtarzała, jak jej było z nim cudownie, jak kochała spać z nim, jak uwielbiała
jego ciało, jak lubiła budzić się obok niego.
Ale
nie Kocham cię.
Dlatego
musiał pozwolić jej odjeść na stałe.
Nie
chodziło o to, żeby zrobili sobie przerwę, kiedy ona czekałaby na niego, a on
czekałby, aż ona skończy dwadzieścia jeden lat i byliby pewni.
Przecież
w takim przypadku wystarczyłby jeden rok i też uzyskaliby tę pewność, chociaż
Will ją już miał.
Abigail
nie pójdzie dalej, nie spróbuje być szczęśliwa z kimś innym, jeśli będzie żyła
ze świadomością, że Will kiedyś wróci.
Musiał
ją uwolnić od siebie.
Całkowicie
i kompletnie.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń