piątek, 19 maja 2023

1 - Plotka rośnie (cz.1)

 

Rozdział 1

Plotka rośnie (cz.1)

Abigail

 

 

Obecnie…

- Kurwa, mała, tylko ten jeden raz - jęknął Tony, prawie doprowadzając mnie do szału z wściekłości - No, proszę cię. Pojedziemy do mnie. Mam wolną chatę. Z nim mogłaś, a ze mną nie chcesz?

Tony był bardzo wysoki, dobrze ubrany i wysportowany, a jego starannie przystrzyżone, ciemne włosy były starannie ułożone, nad czym spędzał chyba codziennie więcej czasu niż ja nad swoją fryzurą.

Był przystojny i wiedział o tym, ale to nie było to, co spowodowało, że „chodziłam” z nim.

Byliśmy po zajęciach, zaparkował przy krawężniku i siedziałam obok niego na skórzanym, brązowym siedzeniu pasażera w jego wypielęgnowanym, chociaż starym Mustangu w kolorze rdzy z płomieniami wymalowanymi na nadkolach.

Tak, wiedziałam co to nadkola, bo właśnie  temat malunków na nich Anthony Ferros, mój obecny „chłopak”, zagadał do mnie, kiedy zaczepił mnie kilkanaście dni temu, co było tak oryginalnym podrywem, że zgodziłam się z nim siedzieć na stołówce podczas lunchu oraz pozwoliłam mu się odwozić do domu po lekcjach.

Trwało to już jakiś czas, ale do tej pory nigdy nie dawał mi powodów, bym to zakończyła, bo tylko rozmawialiśmy.

Zwykle był całkiem miły i zabawny, chociaż niezbyt mądry.

A tego dnia chciał ode mnie zbyt wiele i robił to w niemiły sposób, po którym miałam ochotę go uderzyć.

I tak byłam wściekła tego dnia ogólnie na facetów, ale on totalnie przeginał.

Byłam ubrana w zwykły, biały t-shirt i swoją szarą, plisowaną spódnicę, w którą przebrałam się wychodząc ze szkoły, by mama i Anie nie wiedziały, że w czasie lekcji chodziłam ubrana w ogrodniczki lub dżinsy.

Na kolanach trzymałam swoją wypchaną książkami i zeszytami torbę z grubego płótna, którą uszyła dla mnie mama, a ja wymalowałam ją w kwiaty.

Taką samą torbę zrobiłam dla Anie w ubiegłym roku, chociaż jej była o ponad połowę mniejsza, miała podszewkę, wszytą przegrodę i zapięcie na duży guzik, bo miała służyć mojej siostrze jako torebka.

Natomiast na Gwiazdkę dla mamy, Lucy i Anie pomalowałam kupione przeze mnie w sklepie z artykułami dla rękodzieła, proste, płócienne, białe torby na zakupy, każdą w inny wzór, więc mamie dałam taką w witraż, Lucy taką w kwiaty, a Anie w motyle.

Anie była jedyną, która pokazywała, że podobały jej się moje torby i używała ich, więc na jej urodziny w marcu wykonałam dla niej jeszcze jedną taką na zakupy, a pomalowałam ją tym razem w tulipany.

Nosiła w niej prace swoich uczniów.

Mieszkając od roku w jednym pokoju z Lucy nie miałam możliwości malowania, bo przeszkadzał jej „smród” farby, jak to nazywała, więc była trochę sfrustrowana brakiem możliwości uwolnienia nagromadzonych we mnie emocji.

Czasem tylko realizowałam się na tylnym tarasie naszego domu.

Więc moje życie, życie w naszym nowym, małym domu nie było łatwe, a teraz doszły do tego plotki na mój temat, które krążyły po szkole.

Nie chodziło o to, żebym się przejmowała tym, co mówili o mnie inni, ale przekładało się to jakość mojego życia tam.

Właśnie tego dnia dowiedziałam się od „życzliwych” koleżanek, że Stanley, mój pierwszy i jedyny długotrwały chłopak, opowiadał wszystkim dookoła, jak to niby pieprzył mnie kilka razy w różnych miejscach w szkole i poza nią, bo byłam „napalona”.

Miałam ochotę gryźć i kopać z frustracji.

- Tony, nie! - warknęłam więc ze złością i szarpnięciem otworzyłam drzwi jego samochodu, odpinając drugą ręką pas, by natychmiast wyskoczyć na trawnik, przylegający do krawężnika, przy którym staliśmy.

Anthony właśnie odwiózł mnie ze szkoły do domu, a właściwie przecznicę wcześniej, bo nie chciałam żeby ktoś mnie z nim widział, a kiedy zaparkował, chciałam go pożegnać, ale inaczej niż on.

Tony chciał pożegnać mnie pocałunkiem.

Nigdy dotąd nie chciał mnie pocałować, a ja do tego nie dążyłam.

Tym razem mu uległam.

Pozwoliłam mu się pocałować po raz pierwszy i już wiedziałam, że po raz ostatni, bo przy tym ohydnie wepchnął mi swój język do gardła i jedną swoją rękę wsunął pod moją bluzkę na żebrach, wyciągając ją z mojej spódnicy.

Nie przejmował się przy tym moją ręką, odpychającą go i zasłaniającą mnie.

A kiedy odsunęłam go od siebie, a właściwie odepchnęłam, oburzona jego zachowaniem, powiedział, żebym nie udawała cnotki, bo Stanley opowiedział chłopakom, jak to niby mnie pieprzył.

Tak się wyraził.

Dosłownie!

O ile w szkole puściłam mimo uszu docinki na ten temat, bo to były tylko pogaduszki złośliwych suk-cheerleaderek, to tym razem mnie to dotknęło.

Nie mogłam nic poradzić na brudne plotki, jakie rozpuścił na mój temat Stan.

Kiedy Poulina, przywódczyni tych zdzir, w szatni po WF’ie syczała w moją stronę ze złośliwym uśmieszkiem, jaką to byłam udawaną cnotką-niewydymką, a w rzeczywistości bardziej puszczalską od niej, odwróciłam się na pięcie i wyszłam z kamienną twarzą, by później powiedzieć tylko tym, którzy chcieli wiedzieć, że Stan zmyślał.

Reszta nie chciała słuchać, więc mnie nie obchodziła.

Cokolwiek próbowałabym im odpowiedzieć, zawsze byłoby to słowo starszego chłopaka, studenta college’u, przeciwko mojemu, drugoklasistce, to jedynie mogło pogorszyć sprawę.

Ale fakt, że po tym, co Stanley na mnie wygadywał, inni chłopcy w szkole pomyśleli, że mogli dobrać się do moich majtek, bo Stan już „przetarł im drogę”, nie był w porządku.

Ale, ponownie, nie mogłam na to nic począć.

Byłam dziewicą i nie mogłam tego udowodnić inaczej, jak oddając swoje dziewictwo, a przecież nie zamierzałam tego zrobić.

Więc tylko otworzyłam z rozmachem drzwi starego Mustanga, jakim jeździł Tony, wyrzuciłam nogi z niego na zewnątrz i wyskoczyłam na trawnik, słysząc za sobą rozpinanie pasa i otwieranie drzwi po stronie kierowcy.

Byłam szczęśliwa, że swoją torbę z książkami, zeszytami i spodniami na zmianę miałam przewieszoną na skos przez ramię i na biodrze, więc nie musiałam jej trzymać.

Nie zwlekałam z odejściem od auta, ale Tony i tak był szybszy, więc obiegł maskę i znalazł się przy mnie, zanim dotarłam do chodnika.

- Abi - jęknął chłopak, łapiąc mnie mocno palcami za przedramię - …no daj spokój. Przecież ci nie ubędzie.

- Nie! - krzyknęłam ze złością i próbowałam go wyminąć, bo nie zamierzałam mu niczego wyjaśniać ani się tłumaczyć.

Nie przed nim.

Nie udało mi się uciec.

Anthony złapał tym razem za mój nadgarstek, szarpnął mną całą i odwrócił mnie przodem do siebie, więc wpadłam na jego klatkę piersiową.

Drugą dłonią otoczył mój kark pod włosami, przyciągnął do siebie moją twarz i ponownie próbował mnie pocałować.

Palant!

Szarpnęłam się, wepchnęłam przedramię lewej ręki między nas, a prawą wzięłam szeroki zamach.

Jednocześnie odepchnęłam go i uderzyłam jego szczękę otwartą dłonią.

W chwili, kiedy moja ręka zetknęła się z jego policzkiem, zabolało i to mocno, więc dowiedziałam się, że zrobiłam to źle.

- Nie dotykaj mnie! - krzyknęłam przy tym prosto w jego twarz.

A potem odwróciłam się do niego plecami i biegiem rzuciłam się do ucieczki w stronę mojego domu.

Szczęśliwie, Anthony mnie nie gonił.

Pomyślałam sobie, że następnego dnia jeszcze o nim usłyszę lub usłyszę coś od niego, ale chwilowo słyszałam tylko dudnienie krwi w uszach.

Z wściekłości chciałam płakać.

Ulicą przejechał jakiś motocykl, co normalnie zwróciłoby moją uwagę, bo uwielbiałam motocykle i bardzo chciałam się kiedyś takim przejechać, ale tym razem nawet nie zerknęłam w tamtą stronę.

Wściekła i rozżalona szłam do domu energicznym krokiem, patrząc pilnie pod swoje nogi i z frustracją myślałam o tym, że nawet nie miałam z kim porozmawiać, poradzić się.

Moja najstarsza siostra, opiekuńcza i pomocna Anie była bardzo zapracowana, więc wracała do domu późno i potem siedziała nad pracami uczniów lub przygotowaniem lekcji na następny dzień.

Mama zajmowała się Ablem, a zresztą nie lubiłam się jej zwierzać, bo jej zwykły komentarz brzmiał „ustąp”.

Przecież ci nie ubędzie…

Okropne.

A na dodatek ani jednej, ani drugiej z nich nigdy nie przyznałabym się, że chodziło o chłopaków, że pozwoliłam się jakiemuś pocałować, albo obejmować podczas lunchu w stołówce szkolnej.

Kiedy dotarłam do domu, Abel już wrócił z przedszkola, w którym spędzał kilka godzin cztery razy w tygodniu i wiedziałam, że odwiozła go pani Peperson, bo mieszkała niedaleko nas i woziła tam swoją córkę.

Było mi wstyd, że ją wykorzystywałyśmy w ten sposób, ale żadna z nas nie miała samochodu, więc nie mogłam zaproponować jej zmiany, kiedy na przykład ja zawiozłabym oboje dzieciaków do przedszkola.

Mama jednak nie chciała słyszeć o tym, że mogłabym kupić samochód.

Nie nalegałam na to zbyt mocno, chociaż miałam swoje pieniądze, bo zarabiałam od tego roku szkolnego, pracując w weekendy w Mac Donald’s, a mama i Anie zabroniły mi oddawać zarobione pieniądze do budżetu domowego.

Nie miałam kieszonkowego, ale całość moich zarobków zostawała dla mnie, więc z tego powodu sama sobie kupowałam między innymi ubrania i pomoce do szkoły, co miało ten plus, że kupiłam sobie spodnie, o których mama i Anie nie wiedziały, a które nosiłam tylko w szkole i prałam, kiedy przychodziła moja kolej na pranie.

Nadal mogłabym odłożyć trochę, by kupić sobie samochód.

Zdałam swój egzamin na prawo jazdy już rok temu i na dodatek egzaminator chwalił moje umiejętności, ale od tamtej pory nie ćwiczyłam jazdy, bo wcześniej zdarzało mi się jeździć ze Stanem, który pozwalał mi prowadzić swój samochód, a teraz nie miałam z kim.

Co przypomniało mi o Stanley’u, Anthony’m, jego podłych insynuacjach, plotkach i zacisnęłam zęby ze złości.

Weszłam do domu, zdjęłam buty, a potem na boso poszłam do kuchni, by przygotować sobie przekąskę przed powrotem Anie z pracy i przed naszą kolacją.

Po posprzątaniu kuchni, zamknęłam się w pokoju moim i Lucy, ale byłam bardzo szczęśliwa z faktu, że jej nie było.

Mogłam spokojnie pomyśleć o tym wszystkim, co mnie spotkało, skoro mama była zajęta szyciem, a Abel bawił się koło niej.

Niestety, plotka rośnie rozchodząc się.

Dlatego konsekwencje tego, co wymyślił i powiedział Stan, miały mnie dotknąć jeszcze o wiele później.

*****

Tydzień później

Jechałam autobusem szkolnym i zamknęłam oczy, by odciąć się od widoków i towarzystwa, które mnie otaczało.

Przez cały miniony dobry tydzień nie musiałam korzystać z tej formy transportu w drodze do szkoły.

Rano następnego dnia po tej awanturze wstałam, jak zwykle, obudzona przez mój budzik o wpół do siódmej rano, ale kiedy już przygotowałam się do wyjścia i weszłam do kuchni na śniadanie, zostałam zaskoczona przez Anie.

- Och, Abi, Słonko. Przepraszam - powiedziała do mnie, kiedy mnie zobaczyła, stojąc przy kuchence i, najwidoczniej, szykując sobie coś do jedzenia na ciepło - Nie miałam wczoraj okazji cię uprzedzić. Opiekuję się samochodem chorego znajomego, więc przez kilka następnych dni będę cię odwoziła do szkoły.

- Naprawdę? - westchnęłam z zachwytem, bo nie cierpiałam dojeżdżania autobusem szkolnym, ale też trochę niedowierzałam, bo to było coś naprawdę niespotykanego, że Anie miała do dyspozycji samochód.

- Naprawdę - przytaknęła moja siostra z lekkim uśmiechem - Oli o wszystkim wie, bo to jeden ze strażaków - dodała szybko, by wyjaśnić - Pracuje w FS 13. Już rozmawiałam z mamą i zgodziła się na to wszystko.

W jej tonie było coś dziwnego, jakby chciała coś ukryć, ale ja też coś ukrywałam, więc nie drążyłam.

Anie i mama nie wiedziały, że przez poprzedni trochę-ponad-tydzień nie jeździłam autobusem szkolnym, tylko z Tony’m.

A po naszej kłótni nie zabrałby mnie tego dnia, a ja też za nic w świecie nie wsiadłabym do jego Mustanga, więc propozycja Anie była mi bardzo na rękę.

- Okej - powiedziałam z uśmiechem - Mam więc kilka minut więcej na śniadanie!

Anie skinęła głową, ale była jakaś rozproszona.

Pomarudziłam trochę nad miską płatków, dopiłam sok, sprawdziłam, czy wszystkie potrzebne książki znajdowały się w mojej torbie i wyszłyśmy z domu po pożegnaniu z mamą i Ablem.

Na podjeździe naszego domu stał obcy pojazd.

Samochód był niesamowity, bardzo męski, czarny, lśniący i zadbany.

Był to pickup Forda F-150 Custom, który był może nie najnowszy, ale bardzo czysty zarówno na zewnątrz jak i w środku, a pachniał środkami do pielęgnacji skóry i mężczyzną do tego stopnia, że aż zapadłam się w fotel pasażera z zachwytu.

- Wspaniały samochód - westchnęłam, kiedy rozsiadłam się i rozejrzałam po wnętrzu - Taki czysty i zadbany.

Jednocześnie jednak zauważyłam, że był to model przynajmniej sprzed dziesięciu lat, bo nie był uruchamiany systemem keyless, ale z kluczyka, który właśnie Anie włożyła do stacyjki.

Kolejnym moim spostrzeżeniem było to, że ten pickup był automatem, bo mustang Tony’ego był manualny, przez co kilkanaście dni obserwowałam zafascynowana, jak chłopak zmieniał biegi dźwignią, czego nie umiałam robić, bo uczyłam się jeździć na automatach.

- Tak - powiedziała krótko Anie, a po tym zacisnęła dziwnie wargi i zamilkła.

Anie zapięła pasy, spojrzała na mnie, by sprawdzić, czy ja miałam zapięte swoje, a potem uruchomiła silnik.

- Abi - moja najstarsza siostra zaczęła z wahaniem w głosie, jak czasem zaczynała, kiedy nie była pewna, czy nie miała urazić uczuć osoby, do której się zwracała, a jednocześnie wycofywała się z naszego podjazdu, a potem włączała się do małego ruchu na naszej ulicy - Nie sądzę, żebym mogła cię również odebrać po szkole, bo mam coś do załatwienia. Wrócisz autobusem?

Wstrzymałam westchnienie.

To było zbyt piękne, by mogło być prawdziwe do końca.

- Tak, kochanie - odpowiedziałam delikatnie i spojrzałam na nią z drogi przed nami, w którą się wpatrywałam przez przednią szybę - Nie ma sprawy.

- Przepraszam - powiedziała Anie - Zawiodłam cię.

Poczułam jej spojrzenie, ale kiedy zwróciłam wzrok w jej stronę, już patrzyła z powrotem na drogę przed nami.

- Nie o to chodzi - powiedziałam do niej już bardziej pogodnym głosem, bo przecież miałam przynajmniej podwózkę rano - Po prostu, uh - westchnęłam i wykrzywiłam się - …nie lubię jeździć szkolnym autobusem.

- Och, tak - mruknęła Anie ze zrozumieniem w głosie - Ja też nie ich lubiłam. Nie sądzę, żeby się zmieniły od moich czasów.

Zobaczyłam jak na jej twarz wypłynął chyba mimowolny, zabawny wyraz lekkiego obrzydzenia i wzgardy dla tego środka komunikacji, ale przecież od „jej czasów” minęły zaledwie cztery lata.

- Tak - odparłam i postarałam się rozładować atmosferę - Nadal śmierdzi, prycha i jest pełen głupkowatych nastolatków.

Nie powiedziałam dupków, bo przy mojej Anie nigdy nie używałam wulgaryzmów, chociaż zdarzało mi się tak mówić w szkole przy koleżankach i kolegach.

Nie powiedziałam również, co Anie z pewnością wiedziała, że jeżdżących autobusem uważano za nieudaczników i biedaków, których nie było stać na choćby złom za stówę.

Ale to, co powiedziałam, wystarczyło, bo moja siostra się uśmiechnęła.

Lubiłam, jak się uśmiechała.

Piękniała przy tym w taki cudowny sposób.

- Bardzo chory jest ten twój znajomy? - zapytałam z ciekawością, bo to mogło mieć wpływ na to, jak długo będę dowożona do szkoły tym pickupem.

- Miał operację na wyrostek robaczkowy - powiedziała Anie, a ja się zdziwiłam, bo nie podejrzewałabym, że miała kiedy zaopiekować się kimś do tego stopnia, by to wiedzieć - Jest w szpitalu od wczorajszego wieczoru. Zawiozłam go tam po spotkaniu z rodzicami uczniów, zadzwoniliśmy do Oli’ego, więc to on kazał mi wziąć ten samochód. Żeby nie stał przez tydzień na parkingu.

Och, więc tydzień.

Nie było to bardzo długo, ale z drugiej strony za niecały miesiąc kończył się rok szkolny, zaczynały się wakacje, więc po tym miałabym przed sobą tylko dwa tygodnie jeżdżenia autobusem.

Nie zapowiadało się bardzo źle.

W październiku miałam skończyć osiemnaście lat, więc może do tego czasu odłożyłabym wystarczająco dużo, żebym mogła namówić tatę, by pozwolił mamie zgodzić się na to, żebym kupiła sobie jakiś mały samochód.

Anie odwoziła mnie tym pickupem Forda do szkoły przez cały tydzień, a ja lubiłam patrzeć, jak prowadziła, bo za kółkiem była taka, jak ona zawsze bywała.

Spokojna, zdecydowana, ale cicha i uprzejma dla wszystkich.

Dużo przez ten czas rozmawiałyśmy, więc opowiedziałam mojej starszej, opiekuńczej, mądrej siostrze o Poulinie, jej docinkach od moim adresem (chociaż nie powiedziałam, że chodziło o chłopaka), o tym, że w szkole byli ludzie, którzy rozpuszczali plotki na mój temat.

I chociaż nie powiedziałam jej, o co chodziło, co tak właściwie mówili i dlaczego mnie to dotykało, Anie wspierała mnie, mówiła jak mogłabym zareagować, co można by zrobić, jeśli nie chciałam reagować, a wolałam unikać tych osób, które plotkowały.

Tęskniłam za taką swobodną rozmową z moją Anie.

Zawsze słuchała tego, co miałam do powiedzenia.

Była bardzo mądra, znała się na ludziach, a jednocześnie zawsze umiała znaleźć dobrą stronę każdej sytuacji.

W moim przypadku miało tym być to, że dowiedziałam się, kto z moich koleżanek i kolegów był godny zaufania, nie słuchał plotek i ich nie powtarzał.

Bowiem kiedy weszłam do stołówki na lunch tego dnia po moim incydencie z Tony’m, Poulina złapała mnie na końcu kolejki.

Byłam ubrana w ogrodniczki i flanelową koszulę, a włosy miałam upięte w niechlujny kok z tyłu głowy, bo robiliśmy dekorację na przedstawienie na koniec roku, miałam na tacy dwie kanapki, jogurt, dwa jabłka i wodę niegazowaną w butelce i właśnie odchodziłam od kasy, kiedy zastąpiła mi drogę.

- Taka brzydka, ubrana w szmaty, więc pozwala chłopakom zamoczyć kutasa - syknęła pogardą w moją stronę, kierując swoje słowa bez wątpienia do jej przybocznych, które chodziły za nią krok w krok.

Przystanęłam, spojrzałam na nią zdezorientowana, chociaż powinnam już wiedzieć lepiej i nie dawać się jej prowokować.

Kiedy to sobie przypomniałam, zaczęłam się wpatrywać, wyciągając najlepsze kolory z mojej wyobraźni, by odciąć się od niej i jej słów.

- Co się tak gapisz, zdziro? - jej ton odpowiadał jej wykrzywionej podle twarzy - Wszyscy już znają twój popieprzony przepis na popularność.

Nie wiedziałam, o co jej chodziło, ale wyszłam z zamrożenia, milcząco podeszłam do stolika na tace, odstawiłam tam swoją, zdjęłam z niej kanapki i resztę rzeczy, a potem zerknęłam na nią.

- Lina, co… - zaczęłam ostrożnie.

Nienawidziła tego spieszczenia i wiedziałam o tym, ale nie zrobiłam tego celowo, bo wymsknęło mi się ono bezwiednie.

Żachnęła się, rzuciła głową, a ja uznałam, że nie powinnam zniżać się do jej poziomu, więc zacisnęłam usta i ruszyłam w kierunku wyjścia ze stołówki.

- Tony już opowiedział wszystkim, jak cię wczoraj zerżnął, więc możesz spodziewać się kolejki - głośno bełkotała Poulina za moimi plecami, a ja prawie potknęłam się z zaskoczenia, ale nie zatrzymałam.

Wcześniej już widziałam Anthony’ego, jak siedział rozparty na krzesełku za jednym ze stolików, był otoczony wianuszkiem wdzięcznych słuchaczy, którzy mieli wypieki na twarzach, więc wierzyłam jej.

Ten popaprany gnojek szafował moją godnością, opowiadając, że mnie zaliczył, żeby dorobić sobie złotą odznakę wygranego lowelasa.

Nie słuchałam dłużej Liny, bo zobaczyłam w drzwiach zmartwioną twarz mojej przyjaciółki, młodszej o dwa lata, a chodzącej do klasy niżej Jo.

To dla niej kupiłam jedną z kanapek.

Jo była bardzo szczupła, wręcz chuda i wyższa ode mnie o dobre dziesięć centymetrów, ale tak się garbiła, że prawie nie było tego widać.

Poszłam w jej stronę, postanawiając nie pokazywać po sobie złości, żalu i rozczarowania tym, że Tony okazał się takim palantem.

Takim samym jak był Stan.

Jo patrzyła na mnie z troską w swoich jasnych, szaro niebieskich oczach, więc tylko minęłam ją bez słowa, kiedy skierowałyśmy się korytarzem do sali widowiskowej, by tam dalej robić dekoracje do przedstawienia.

- Więc, jakie to kolory? - zapytała mnie Jo dziwnie swobodnym tonem, więc wiedziałam, że chciała zmienić tok moich myśli.

Skręcałyśmy właśnie do bocznego korytarza, by dojść do sali widowiskowej, więc nie wiedziałam, o co jej chodziło.

- Co? - spytałam i spojrzałam na nią.

Patrzyła na mnie, jak zawsze przyjaźnie, ale tym razem z troską.

- Jakie kolory otoczyły Linę? - zapytała mnie niby-żartobliwym tonem.

Och, no tak, wiedziała.

Jo znała mój zwyczaj otaczania ludzi kolorami, kiedy nie chciałam słyszeć tego, co do mnie mówili.

- Hmmm, myślę, że ugier jasny - zaczęłam wymyślać z małym uśmieszkiem - może khaki, ochra... Definitywnie brąz, beż, szary - dokończyłam i usłyszałam cichy chichot mojej przyjaciółki.

- Fuj! - wykrzyknęła w końcu - Rzygi!

Obie uśmiechnęłyśmy się krzywo, chociaż żadna z nas nie miała ochoty na pełen śmiech, więc nie roześmiałyśmy się.

Znałyśmy się jednak doskonale, więc wiedziałam, że jej wyobraźnia natychmiast przetworzyła to, co jej powiedziałam i ten perfekcyjnie obraz zgadzał się z tym, co właśnie czułam.

Dlatego ostatecznie humor przeważył.

Weszłyśmy w drzwi sali widowiskowej, chichocząc głupkowato, więc Joe nawet nie odczuł tego, co stało się w stołówce.

Ale to nie minęło.

Po przeżyciu tego dnia, konieczności przejścia następnego, a potem jeszcze jednego w oczekiwaniu, zanim wreszcie plotki w szkole by się wyciszyły, postanowiłam, że nie będę już nigdy pozwalać żadnemu z chłopaków z mojej szkoły na siadanie w moim sąsiedztwie podczas lunchu, na dotykanie mnie na korytarzach czy gdziekolwiek indziej w szkole.

Nienawidziłam nastolatków.

Moi rówieśnicy, a nawet tacy o dwa lata starsi, byli do bani.

Mój tata był od mojej mamy starszy o sześć lat, a Oli o siedem lat straszy od Heleny i to uznałam za wyznacznik tego, o ile straszy od dziewczyny powinien być chłopak, żeby był poważniejszy, godny zaufania i zdolny do dojrzałych relacji.

Dotyczyło to również mężczyzn i kobiet.

A na dodatek rozpaczliwie potrzebowałam kogoś, na kim mogłabym się oprzeć, chociaż jeszcze nie odczuwałam tej części „rozpaczliwie”.

To miało dopiero nadejść.

*****

1 komentarz: