Rozdział 1
Plotka rośnie (cz.1)
Abigail
Obecnie…
-
Kurwa, mała, tylko ten jeden raz -
jęknął Tony, prawie doprowadzając mnie do szału z wściekłości - No, proszę cię.
Pojedziemy do mnie. Mam wolną chatę. Z nim mogłaś, a ze mną nie chcesz?
Tony
był bardzo wysoki, dobrze ubrany i wysportowany, a jego starannie
przystrzyżone, ciemne włosy były starannie ułożone, nad czym spędzał chyba
codziennie więcej czasu niż ja nad swoją fryzurą.
Był
przystojny i wiedział o tym, ale to nie było to, co spowodowało, że „chodziłam”
z nim.
Byliśmy
po zajęciach, zaparkował przy krawężniku i siedziałam obok niego na skórzanym,
brązowym siedzeniu pasażera w jego wypielęgnowanym, chociaż starym Mustangu w
kolorze rdzy z płomieniami wymalowanymi na nadkolach.
Tak,
wiedziałam co to nadkola, bo
właśnie temat malunków na nich Anthony
Ferros, mój obecny „chłopak”, zagadał do mnie, kiedy zaczepił mnie kilkanaście dni
temu, co było tak oryginalnym podrywem, że zgodziłam się z nim siedzieć na
stołówce podczas lunchu oraz pozwoliłam mu się odwozić do domu po lekcjach.
Trwało
to już jakiś czas, ale do tej pory nigdy nie dawał mi powodów, bym to
zakończyła, bo tylko rozmawialiśmy.
Zwykle
był całkiem miły i zabawny, chociaż niezbyt mądry.
A
tego dnia chciał ode mnie zbyt wiele i robił to w niemiły sposób, po którym
miałam ochotę go uderzyć.
I
tak byłam wściekła tego dnia ogólnie na facetów, ale on totalnie przeginał.
Byłam
ubrana w zwykły, biały t-shirt i swoją szarą, plisowaną spódnicę, w którą
przebrałam się wychodząc ze szkoły, by mama i Anie nie wiedziały, że w czasie
lekcji chodziłam ubrana w ogrodniczki lub dżinsy.
Na
kolanach trzymałam swoją wypchaną książkami i zeszytami torbę z grubego płótna,
którą uszyła dla mnie mama, a ja wymalowałam ją w kwiaty.
Taką
samą torbę zrobiłam dla Anie w ubiegłym roku, chociaż jej była o ponad połowę
mniejsza, miała podszewkę, wszytą przegrodę i zapięcie na duży guzik, bo miała
służyć mojej siostrze jako torebka.
Natomiast
na Gwiazdkę dla mamy, Lucy i Anie pomalowałam kupione przeze mnie w sklepie z
artykułami dla rękodzieła, proste, płócienne, białe torby na zakupy, każdą w
inny wzór, więc mamie dałam taką w witraż, Lucy taką w kwiaty, a Anie w motyle.
Anie
była jedyną, która pokazywała, że podobały jej się moje torby i używała ich,
więc na jej urodziny w marcu wykonałam dla niej jeszcze jedną taką na zakupy, a
pomalowałam ją tym razem w tulipany.
Nosiła
w niej prace swoich uczniów.
Mieszkając
od roku w jednym pokoju z Lucy nie miałam możliwości malowania, bo przeszkadzał
jej „smród” farby, jak to nazywała, więc była trochę sfrustrowana brakiem
możliwości uwolnienia nagromadzonych we mnie emocji.
Czasem
tylko realizowałam się na tylnym tarasie naszego domu.
Więc
moje życie, życie w naszym nowym, małym domu nie było łatwe, a teraz doszły do
tego plotki na mój temat, które krążyły po szkole.
Nie
chodziło o to, żebym się przejmowała tym, co mówili o mnie inni, ale
przekładało się to jakość mojego życia tam.
Właśnie
tego dnia dowiedziałam się od „życzliwych” koleżanek, że Stanley, mój pierwszy
i jedyny długotrwały chłopak, opowiadał wszystkim dookoła, jak to niby pieprzył mnie kilka razy w różnych
miejscach w szkole i poza nią, bo byłam „napalona”.
Miałam
ochotę gryźć i kopać z frustracji.
-
Tony, nie! - warknęłam więc ze
złością i szarpnięciem otworzyłam drzwi jego samochodu, odpinając drugą ręką
pas, by natychmiast wyskoczyć na trawnik, przylegający do krawężnika, przy
którym staliśmy.
Anthony
właśnie odwiózł mnie ze szkoły do domu, a właściwie przecznicę wcześniej, bo
nie chciałam żeby ktoś mnie z nim widział, a kiedy zaparkował, chciałam go
pożegnać, ale inaczej niż on.
Tony
chciał pożegnać mnie pocałunkiem.
Nigdy
dotąd nie chciał mnie pocałować, a ja
do tego nie dążyłam.
Tym
razem mu uległam.
Pozwoliłam
mu się pocałować po raz pierwszy i już wiedziałam, że po raz ostatni, bo przy
tym ohydnie wepchnął mi swój język do
gardła i jedną swoją rękę wsunął pod moją bluzkę na żebrach, wyciągając ją z
mojej spódnicy.
Nie
przejmował się przy tym moją ręką,
odpychającą go i zasłaniającą mnie.
A
kiedy odsunęłam go od siebie, a właściwie odepchnęłam, oburzona jego
zachowaniem, powiedział, żebym nie udawała cnotki, bo Stanley opowiedział
chłopakom, jak to niby mnie pieprzył.
Tak
się wyraził.
Dosłownie!
O
ile w szkole puściłam mimo uszu docinki na ten temat, bo to były tylko
pogaduszki złośliwych suk-cheerleaderek, to tym razem mnie to dotknęło.
Nie
mogłam nic poradzić na brudne plotki,
jakie rozpuścił na mój temat Stan.
Kiedy
Poulina, przywódczyni tych zdzir, w
szatni po WF’ie syczała w moją stronę ze złośliwym uśmieszkiem, jaką to byłam
udawaną cnotką-niewydymką, a w rzeczywistości bardziej puszczalską od niej,
odwróciłam się na pięcie i wyszłam z kamienną twarzą, by później powiedzieć tylko
tym, którzy chcieli wiedzieć, że Stan
zmyślał.
Reszta
nie chciała słuchać, więc mnie nie obchodziła.
Cokolwiek
próbowałabym im odpowiedzieć, zawsze byłoby to słowo starszego chłopaka,
studenta college’u, przeciwko mojemu, drugoklasistce, to jedynie mogło
pogorszyć sprawę.
Ale
fakt, że po tym, co Stanley na mnie wygadywał, inni chłopcy w szkole pomyśleli,
że mogli dobrać się do moich majtek, bo Stan już „przetarł im drogę”, nie był w porządku.
Ale,
ponownie, nie mogłam na to nic począć.
Byłam
dziewicą i nie mogłam tego udowodnić inaczej, jak oddając swoje dziewictwo, a
przecież nie zamierzałam tego zrobić.
Więc
tylko otworzyłam z rozmachem drzwi starego Mustanga, jakim jeździł Tony,
wyrzuciłam nogi z niego na zewnątrz i wyskoczyłam na trawnik, słysząc za sobą rozpinanie
pasa i otwieranie drzwi po stronie kierowcy.
Byłam
szczęśliwa, że swoją torbę z książkami, zeszytami i spodniami na zmianę miałam
przewieszoną na skos przez ramię i na biodrze, więc nie musiałam jej trzymać.
Nie
zwlekałam z odejściem od auta, ale Tony i tak był szybszy, więc obiegł maskę i znalazł
się przy mnie, zanim dotarłam do chodnika.
-
Abi - jęknął chłopak, łapiąc mnie mocno palcami za przedramię - …no daj spokój.
Przecież ci nie ubędzie.
-
Nie! - krzyknęłam ze złością i
próbowałam go wyminąć, bo nie zamierzałam mu niczego wyjaśniać ani się
tłumaczyć.
Nie
przed nim.
Nie
udało mi się uciec.
Anthony
złapał tym razem za mój nadgarstek, szarpnął mną całą i odwrócił mnie przodem
do siebie, więc wpadłam na jego klatkę piersiową.
Drugą
dłonią otoczył mój kark pod włosami, przyciągnął do siebie moją twarz i ponownie
próbował mnie pocałować.
Palant!
Szarpnęłam
się, wepchnęłam przedramię lewej ręki między nas, a prawą wzięłam szeroki zamach.
Jednocześnie
odepchnęłam go i uderzyłam jego szczękę otwartą dłonią.
W
chwili, kiedy moja ręka zetknęła się z jego policzkiem, zabolało i to mocno,
więc dowiedziałam się, że zrobiłam to źle.
-
Nie dotykaj mnie! - krzyknęłam przy
tym prosto w jego twarz.
A
potem odwróciłam się do niego plecami i biegiem rzuciłam się do ucieczki w
stronę mojego domu.
Szczęśliwie,
Anthony mnie nie gonił.
Pomyślałam
sobie, że następnego dnia jeszcze o nim usłyszę lub usłyszę coś od niego, ale
chwilowo słyszałam tylko dudnienie krwi w uszach.
Z
wściekłości chciałam płakać.
Ulicą
przejechał jakiś motocykl, co normalnie zwróciłoby moją uwagę, bo uwielbiałam motocykle i bardzo chciałam się kiedyś takim
przejechać, ale tym razem nawet nie zerknęłam w tamtą stronę.
Wściekła
i rozżalona szłam do domu energicznym krokiem, patrząc pilnie pod swoje nogi i z
frustracją myślałam o tym, że nawet nie miałam z kim porozmawiać, poradzić się.
Moja
najstarsza siostra, opiekuńcza i pomocna Anie była bardzo zapracowana, więc
wracała do domu późno i potem siedziała nad pracami uczniów lub przygotowaniem
lekcji na następny dzień.
Mama
zajmowała się Ablem, a zresztą nie lubiłam się jej zwierzać, bo jej zwykły komentarz brzmiał „ustąp”.
Przecież ci nie ubędzie…
Okropne.
A
na dodatek ani jednej, ani drugiej z nich nigdy
nie przyznałabym się, że chodziło o chłopaków, że pozwoliłam się jakiemuś
pocałować, albo obejmować podczas lunchu w stołówce szkolnej.
Kiedy
dotarłam do domu, Abel już wrócił z przedszkola, w którym spędzał kilka godzin
cztery razy w tygodniu i wiedziałam, że odwiozła go pani Peperson, bo mieszkała
niedaleko nas i woziła tam swoją córkę.
Było
mi wstyd, że ją wykorzystywałyśmy w ten sposób, ale żadna z nas nie miała
samochodu, więc nie mogłam zaproponować jej zmiany, kiedy na przykład ja
zawiozłabym oboje dzieciaków do przedszkola.
Mama
jednak nie chciała słyszeć o tym, że mogłabym kupić samochód.
Nie
nalegałam na to zbyt mocno, chociaż miałam
swoje pieniądze, bo zarabiałam od tego roku szkolnego, pracując w weekendy w Mac
Donald’s, a mama i Anie zabroniły mi oddawać zarobione pieniądze do budżetu
domowego.
Nie
miałam kieszonkowego, ale całość moich zarobków zostawała dla mnie, więc z tego
powodu sama sobie kupowałam między innymi ubrania i pomoce do szkoły, co miało
ten plus, że kupiłam sobie spodnie, o których mama i Anie nie wiedziały, a
które nosiłam tylko w szkole i prałam, kiedy przychodziła moja kolej na pranie.
Nadal
mogłabym odłożyć trochę, by kupić sobie samochód.
Zdałam
swój egzamin na prawo jazdy już rok temu i na dodatek egzaminator chwalił moje
umiejętności, ale od tamtej pory nie ćwiczyłam jazdy, bo wcześniej zdarzało mi
się jeździć ze Stanem, który pozwalał mi prowadzić swój samochód, a teraz nie
miałam z kim.
Co
przypomniało mi o Stanley’u, Anthony’m, jego podłych insynuacjach, plotkach i
zacisnęłam zęby ze złości.
Weszłam
do domu, zdjęłam buty, a potem na boso poszłam do kuchni, by przygotować sobie
przekąskę przed powrotem Anie z pracy i przed naszą kolacją.
Po
posprzątaniu kuchni, zamknęłam się w pokoju moim i Lucy, ale byłam bardzo
szczęśliwa z faktu, że jej nie było.
Mogłam
spokojnie pomyśleć o tym wszystkim, co mnie spotkało, skoro mama była zajęta
szyciem, a Abel bawił się koło niej.
Niestety,
plotka rośnie rozchodząc się.
Dlatego
konsekwencje tego, co wymyślił i powiedział Stan, miały mnie dotknąć jeszcze o
wiele później.
*****
Tydzień później
Jechałam
autobusem szkolnym i zamknęłam oczy, by odciąć się od widoków i towarzystwa,
które mnie otaczało.
Przez
cały miniony dobry tydzień nie
musiałam korzystać z tej formy transportu w drodze do szkoły.
Rano
następnego dnia po tej awanturze wstałam, jak zwykle, obudzona przez mój budzik
o wpół do siódmej rano, ale kiedy już przygotowałam się do wyjścia i weszłam do
kuchni na śniadanie, zostałam zaskoczona przez Anie.
-
Och, Abi, Słonko. Przepraszam - powiedziała do mnie, kiedy mnie zobaczyła,
stojąc przy kuchence i, najwidoczniej, szykując sobie coś do jedzenia na ciepło
- Nie miałam wczoraj okazji cię uprzedzić. Opiekuję się samochodem chorego
znajomego, więc przez kilka następnych dni będę cię odwoziła do szkoły.
-
Naprawdę? - westchnęłam z zachwytem,
bo nie cierpiałam dojeżdżania autobusem szkolnym, ale też trochę
niedowierzałam, bo to było coś naprawdę niespotykanego, że Anie miała do
dyspozycji samochód.
-
Naprawdę - przytaknęła moja siostra z lekkim uśmiechem - Oli o wszystkim wie,
bo to jeden ze strażaków - dodała szybko, by wyjaśnić - Pracuje w FS 13. Już
rozmawiałam z mamą i zgodziła się na to wszystko.
W
jej tonie było coś dziwnego, jakby chciała coś ukryć, ale ja też coś ukrywałam,
więc nie drążyłam.
Anie
i mama nie wiedziały, że przez poprzedni trochę-ponad-tydzień nie jeździłam
autobusem szkolnym, tylko z Tony’m.
A
po naszej kłótni nie zabrałby mnie tego dnia, a ja też za nic w świecie nie
wsiadłabym do jego Mustanga, więc propozycja Anie była mi bardzo na rękę.
-
Okej - powiedziałam z uśmiechem - Mam więc kilka minut więcej na śniadanie!
Anie
skinęła głową, ale była jakaś rozproszona.
Pomarudziłam
trochę nad miską płatków, dopiłam sok, sprawdziłam, czy wszystkie potrzebne
książki znajdowały się w mojej torbie i wyszłyśmy z domu po pożegnaniu z mamą i
Ablem.
Na
podjeździe naszego domu stał obcy pojazd.
Samochód
był niesamowity, bardzo męski, czarny,
lśniący i zadbany.
Był
to pickup Forda F-150 Custom, który był może nie najnowszy, ale bardzo czysty
zarówno na zewnątrz jak i w środku, a pachniał środkami do pielęgnacji skóry i
mężczyzną do tego stopnia, że aż zapadłam się w fotel pasażera z zachwytu.
-
Wspaniały samochód - westchnęłam,
kiedy rozsiadłam się i rozejrzałam po wnętrzu - Taki czysty i zadbany.
Jednocześnie
jednak zauważyłam, że był to model przynajmniej sprzed dziesięciu lat, bo nie
był uruchamiany systemem keyless, ale z kluczyka, który właśnie Anie włożyła do
stacyjki.
Kolejnym
moim spostrzeżeniem było to, że ten pickup był automatem, bo mustang Tony’ego
był manualny, przez co kilkanaście dni obserwowałam zafascynowana, jak chłopak
zmieniał biegi dźwignią, czego nie umiałam robić, bo uczyłam się jeździć na
automatach.
-
Tak - powiedziała krótko Anie, a po tym zacisnęła dziwnie wargi i zamilkła.
Anie
zapięła pasy, spojrzała na mnie, by sprawdzić, czy ja miałam zapięte swoje, a
potem uruchomiła silnik.
-
Abi - moja najstarsza siostra zaczęła z wahaniem w głosie, jak czasem
zaczynała, kiedy nie była pewna, czy nie miała urazić uczuć osoby, do której
się zwracała, a jednocześnie wycofywała się z naszego podjazdu, a potem
włączała się do małego ruchu na naszej ulicy - Nie sądzę, żebym mogła cię
również odebrać po szkole, bo mam coś do załatwienia. Wrócisz autobusem?
Wstrzymałam
westchnienie.
To
było zbyt piękne, by mogło być prawdziwe do
końca.
-
Tak, kochanie - odpowiedziałam delikatnie i spojrzałam na nią z drogi przed
nami, w którą się wpatrywałam przez przednią szybę - Nie ma sprawy.
-
Przepraszam - powiedziała Anie - Zawiodłam cię.
Poczułam
jej spojrzenie, ale kiedy zwróciłam wzrok w jej stronę, już patrzyła z powrotem
na drogę przed nami.
-
Nie o to chodzi - powiedziałam do niej już bardziej pogodnym głosem, bo
przecież miałam przynajmniej podwózkę rano - Po prostu, uh - westchnęłam i
wykrzywiłam się - …nie lubię jeździć szkolnym autobusem.
-
Och, tak - mruknęła Anie ze zrozumieniem w głosie - Ja też nie ich lubiłam. Nie
sądzę, żeby się zmieniły od moich czasów.
Zobaczyłam
jak na jej twarz wypłynął chyba mimowolny, zabawny wyraz lekkiego obrzydzenia i
wzgardy dla tego środka komunikacji, ale przecież od „jej czasów” minęły
zaledwie cztery lata.
-
Tak - odparłam i postarałam się rozładować atmosferę - Nadal śmierdzi, prycha i
jest pełen głupkowatych nastolatków.
Nie
powiedziałam dupków, bo przy mojej Anie
nigdy nie używałam wulgaryzmów, chociaż zdarzało mi się tak mówić w szkole przy
koleżankach i kolegach.
Nie
powiedziałam również, co Anie z pewnością wiedziała, że jeżdżących autobusem
uważano za nieudaczników i biedaków, których nie było stać na choćby złom za
stówę.
Ale
to, co powiedziałam, wystarczyło, bo moja siostra się uśmiechnęła.
Lubiłam,
jak się uśmiechała.
Piękniała
przy tym w taki cudowny sposób.
-
Bardzo chory jest ten twój znajomy? - zapytałam z ciekawością, bo to mogło mieć
wpływ na to, jak długo będę dowożona do szkoły tym pickupem.
-
Miał operację na wyrostek robaczkowy - powiedziała Anie, a ja się zdziwiłam, bo
nie podejrzewałabym, że miała kiedy
zaopiekować się kimś do tego stopnia, by to wiedzieć - Jest w szpitalu od
wczorajszego wieczoru. Zawiozłam go tam po spotkaniu z rodzicami uczniów, zadzwoniliśmy
do Oli’ego, więc to on kazał mi wziąć ten samochód. Żeby nie stał przez tydzień
na parkingu.
Och,
więc tydzień.
Nie
było to bardzo długo, ale z drugiej strony za niecały miesiąc kończył się rok
szkolny, zaczynały się wakacje, więc po tym miałabym przed sobą tylko dwa
tygodnie jeżdżenia autobusem.
Nie
zapowiadało się bardzo źle.
W
październiku miałam skończyć osiemnaście lat, więc może do tego czasu
odłożyłabym wystarczająco dużo, żebym mogła namówić tatę, by pozwolił mamie
zgodzić się na to, żebym kupiła sobie jakiś mały samochód.
Anie
odwoziła mnie tym pickupem Forda do szkoły przez cały tydzień, a ja lubiłam
patrzeć, jak prowadziła, bo za kółkiem była taka, jak ona zawsze bywała.
Spokojna,
zdecydowana, ale cicha i uprzejma dla wszystkich.
Dużo
przez ten czas rozmawiałyśmy, więc opowiedziałam mojej starszej, opiekuńczej,
mądrej siostrze o Poulinie, jej docinkach od moim adresem (chociaż nie
powiedziałam, że chodziło o chłopaka), o tym, że w szkole byli ludzie, którzy rozpuszczali
plotki na mój temat.
I
chociaż nie powiedziałam jej, o co chodziło, co tak właściwie mówili i dlaczego
mnie to dotykało, Anie wspierała mnie, mówiła jak mogłabym zareagować, co można
by zrobić, jeśli nie chciałam reagować, a wolałam unikać tych osób, które
plotkowały.
Tęskniłam
za taką swobodną rozmową z moją Anie.
Zawsze
słuchała tego, co miałam do
powiedzenia.
Była
bardzo mądra, znała się na ludziach, a jednocześnie zawsze umiała znaleźć dobrą
stronę każdej sytuacji.
W
moim przypadku miało tym być to, że dowiedziałam się, kto z moich koleżanek i
kolegów był godny zaufania, nie słuchał plotek i ich nie powtarzał.
Bowiem
kiedy weszłam do stołówki na lunch tego dnia po moim incydencie z Tony’m,
Poulina złapała mnie na końcu kolejki.
Byłam
ubrana w ogrodniczki i flanelową koszulę, a włosy miałam upięte w niechlujny
kok z tyłu głowy, bo robiliśmy dekorację na przedstawienie na koniec roku,
miałam na tacy dwie kanapki, jogurt, dwa jabłka i wodę niegazowaną w butelce i
właśnie odchodziłam od kasy, kiedy zastąpiła mi drogę.
-
Taka brzydka, ubrana w szmaty, więc pozwala chłopakom zamoczyć kutasa - syknęła
pogardą w moją stronę, kierując swoje słowa bez wątpienia do jej przybocznych,
które chodziły za nią krok w krok.
Przystanęłam,
spojrzałam na nią zdezorientowana, chociaż powinnam już wiedzieć lepiej i nie
dawać się jej prowokować.
Kiedy
to sobie przypomniałam, zaczęłam się wpatrywać, wyciągając najlepsze kolory z
mojej wyobraźni, by odciąć się od niej i jej słów.
-
Co się tak gapisz, zdziro? - jej ton
odpowiadał jej wykrzywionej podle twarzy - Wszyscy już znają twój popieprzony przepis
na popularność.
Nie
wiedziałam, o co jej chodziło, ale wyszłam z zamrożenia, milcząco podeszłam do
stolika na tace, odstawiłam tam swoją, zdjęłam z niej kanapki i resztę rzeczy, a
potem zerknęłam na nią.
-
Lina, co… - zaczęłam ostrożnie.
Nienawidziła
tego spieszczenia i wiedziałam o tym, ale nie zrobiłam tego celowo, bo
wymsknęło mi się ono bezwiednie.
Żachnęła
się, rzuciła głową, a ja uznałam, że nie powinnam zniżać się do jej poziomu,
więc zacisnęłam usta i ruszyłam w kierunku wyjścia ze stołówki.
-
Tony już opowiedział wszystkim, jak cię wczoraj zerżnął, więc możesz spodziewać
się kolejki - głośno bełkotała Poulina za moimi plecami, a ja prawie potknęłam
się z zaskoczenia, ale nie zatrzymałam.
Wcześniej
już widziałam Anthony’ego, jak siedział rozparty na krzesełku za jednym ze
stolików, był otoczony wianuszkiem wdzięcznych słuchaczy, którzy mieli wypieki
na twarzach, więc wierzyłam jej.
Ten
popaprany gnojek szafował moją
godnością, opowiadając, że mnie zaliczył, żeby dorobić sobie złotą odznakę wygranego
lowelasa.
Nie
słuchałam dłużej Liny, bo zobaczyłam w drzwiach zmartwioną twarz mojej
przyjaciółki, młodszej o dwa lata, a chodzącej do klasy niżej Jo.
To
dla niej kupiłam jedną z kanapek.
Jo
była bardzo szczupła, wręcz chuda i wyższa ode mnie o dobre dziesięć
centymetrów, ale tak się garbiła, że prawie nie było tego widać.
Poszłam
w jej stronę, postanawiając nie pokazywać po sobie złości, żalu i rozczarowania
tym, że Tony okazał się takim palantem.
Takim
samym jak był Stan.
Jo
patrzyła na mnie z troską w swoich jasnych, szaro niebieskich oczach, więc
tylko minęłam ją bez słowa, kiedy skierowałyśmy się korytarzem do sali
widowiskowej, by tam dalej robić dekoracje do przedstawienia.
-
Więc, jakie to kolory? - zapytała mnie Jo dziwnie swobodnym tonem, więc
wiedziałam, że chciała zmienić tok moich myśli.
Skręcałyśmy
właśnie do bocznego korytarza, by dojść do sali widowiskowej, więc nie
wiedziałam, o co jej chodziło.
-
Co? - spytałam i spojrzałam na nią.
Patrzyła
na mnie, jak zawsze przyjaźnie, ale tym razem z troską.
-
Jakie kolory otoczyły Linę? - zapytała mnie niby-żartobliwym tonem.
Och,
no tak, wiedziała.
Jo
znała mój zwyczaj otaczania ludzi kolorami, kiedy nie chciałam słyszeć tego, co
do mnie mówili.
-
Hmmm, myślę, że ugier jasny - zaczęłam wymyślać z małym uśmieszkiem - może
khaki, ochra... Definitywnie brąz, beż, szary - dokończyłam i usłyszałam cichy
chichot mojej przyjaciółki.
-
Fuj! - wykrzyknęła w końcu - Rzygi!
Obie
uśmiechnęłyśmy się krzywo, chociaż żadna z nas nie miała ochoty na pełen śmiech,
więc nie roześmiałyśmy się.
Znałyśmy
się jednak doskonale, więc wiedziałam, że jej wyobraźnia natychmiast
przetworzyła to, co jej powiedziałam i ten perfekcyjnie obraz zgadzał się z
tym, co właśnie czułam.
Dlatego
ostatecznie humor przeważył.
Weszłyśmy
w drzwi sali widowiskowej, chichocząc głupkowato, więc Joe nawet nie odczuł
tego, co stało się w stołówce.
Ale
to nie minęło.
Po
przeżyciu tego dnia, konieczności przejścia następnego, a potem jeszcze jednego
w oczekiwaniu, zanim wreszcie plotki w szkole by się wyciszyły, postanowiłam, że
nie będę już nigdy pozwalać żadnemu z
chłopaków z mojej szkoły na siadanie w moim sąsiedztwie podczas lunchu, na dotykanie
mnie na korytarzach czy gdziekolwiek indziej w szkole.
Nienawidziłam
nastolatków.
Moi
rówieśnicy, a nawet tacy o dwa lata starsi, byli do bani.
Mój
tata był od mojej mamy starszy o sześć lat, a Oli o siedem lat straszy od
Heleny i to uznałam za wyznacznik tego, o ile straszy od dziewczyny powinien
być chłopak, żeby był poważniejszy, godny zaufania i zdolny do dojrzałych
relacji.
Dotyczyło
to również mężczyzn i kobiet.
A
na dodatek rozpaczliwie potrzebowałam kogoś, na kim mogłabym się oprzeć,
chociaż jeszcze nie odczuwałam tej części „rozpaczliwie”.
To
miało dopiero nadejść.
*****
Dziękuję
OdpowiedzUsuń