niedziela, 28 maja 2023

5 - Szary, ponury dzień (cz.1)

 

Rozdział 5

 Szary, ponury dzień (cz.1)

Abigail

 

 

Dwa tygodnie później…

Ten dzień był inny, chociaż wydawał się być taki sam, jak były wszystkie dni pierwszej połowy sierpnia od dnia ślubu Anie i Billy’ego.

Był szary, ponury i przygnębiający, chociaż letni, więc niby świeciło pełne słońce i było ciepło, a wręcz gorąco.

To tylko ja się tak dziwnie czułam.

Nieswojo.

A minione kilkanaście dni było jednocześnie spokojniejsze, niż poprzednie trzy tygodnie i bardziej szalone niż te z początku lipca.

Alek dość szybko sprzedał wszystkie torby, jakie do tej pory wyprodukowałam, chociaż dowiedziałam się, że na razie kupiły je głównie jego przyjaciółki dla siebie lub dla kogoś od siebie.

Na przykład Eva kupiła dwie dla siebie i jedną w prezencie dla swojej przyjaciółki z Denver, Sophie kupiła jedną dla siebie, a dwie różne dla swojej bratowej i dla bratanicy, Maggie kupiła również dwie dla siebie, a jedną dla jakiegoś swojego przyjaciela, a Alice kupiła ich chyba z pięć, a może i więcej.

Przy okazji zrobiły mi reklamę, więc już zjawiały się w butiku kobiety, które pytały o nie, ale Alek zadecydował, że powinniśmy wydrukować ulotki reklamowe i powiedział mi, że w nie zainwestuje, bo miał podobno niezły zysk ze sprzedaży tych moich toreb, ale to ja miałam zaprojektować taką ulotkę i z tym miałam problem.

Myślałam nad tym już od kilku dni przed ślubem Anie, od kiedy Alek mi o tym wspomniał i niczego nie wymyśliłam.

A właśnie mijała połowa sierpnia i wkrótce miałam wrócić do szkoły.

Jeździłam jeszcze wciąż na letnie lekcje, chociaż to był już drugi kurs i nie musiałam tam uczęszczać, ale po prostu mi się to podobało.

Oprócz tego nie dokończyłam jeszcze mojego wolontariatu i w ten piątek miałam mieć ostatnie zajęcia z dziećmi w Liberty Park, a już wiedziałam, że tego będzie mi bardzo brakowało, bo to była super zabawa.

Jo już całkiem przeprowadziła się razem ze swoją rodziną, a w ostatnią sobotę byłam u niej na mini-imprezie pożegnalnej.

„Mini”, bo oprócz mnie był jeszcze na niej tylko Joe, który musiał się zwolnić na tę okazję u swojego taty, bo był tak rozchwytywany przez jego klientów, że pracował po kilkanaście godzin dziennie.

I wcale mnie to nie dziwiło.

Wręcz przeciwnie, byłam zachwycona tym, że tak szybko mój przyjaciel został doceniony przez ludzi, którzy mogliby sądzić, że młody człowiek nie będzie nadawał się do takiej pracy.

Z Willem przez ten czas spotkałam się tylko dwa razy i myślałam o tym, że chyba nie trochę unikał, chociaż był dorosły, więc mógł po prostu pracować.

Rozmawialiśmy dosyć dużo, chyba całkiem swobodnie, ale nie powiedział mi niczego o swojej rodzinie ani o pracy, więc właściwie go nie poznałam.

Nie znałam go.

Nie wiedziałam niczego istotnego o nim ani o jego życiu i to nie było nic dziwnego, bo byliśmy tylko znajomymi, nawet nie przyjaciółmi.

A jednak, kiedy go nie było blisko mnie, czułam jakbym była tylko w połowie, bo to on był tym, który był całą resztą mnie.

Nie powiedziałam tego na głos.

Nigdy mu się nie przyznałam, a tym bardziej nie powiedziałam tego nikomu innemu, ale znałam dźwięk silnika jego motocykla i to znałam go znacznie dłużej niż od tego dnia, kiedy się poznaliśmy, kiedy rozmawialiśmy ze sobą.

To był ten sam motocykl, który przejeżdżał czasem naszą ulicą, który widywałam czasem, kiedy wracałam ze szkoły do domu, albo słyszałam go przez okno mojego pokoju późnym wieczorem.

Myślałam, że mieszkał gdzieś niedaleko.

Ale teraz okno mojego nowego pokoju wychodziło na tylnie podwórko, więc zostałam pozbawiona możliwości słyszenia go późnym wieczorem lub nawet nocą, kiedy wracałby do swojego domu, gdziekolwiek on był.

Po raz pierwszy po tamtych wydarzeniach po weselu Anie mieliśmy kontakt, kiedy to ja napisałam do niego SMS’a zaraz następnego dnia po naszym poznaniu się.

Hej, tu Abi. Dzięki za pomoc wczoraj - napisałam grzecznościowo, głównie po to, żeby dać mu znać, że pamiętałam.

Kiedy nie dostałam od razu odpowiedzi, byłam rozczarowana.

Nie ma za co - odpisał po jakiejś godzinie, co było dużą ulgą, bo odpisał.

Masz czas jutro na przejażdżkę? - zapytał po następnej godzinie, kiedy już prawie straciłam nadzieję, że w ogóle o to zapyta, więc podskoczyłam z radości.

To był poniedziałek, byłam w domu po moich lekcjach i nie miałam co robić, skoro dzień wcześniej Alek i Sam przyjechali po mnie w porze lunchu, żebyśmy sprzątnęli dekoracje w kościele i sali po weselu Anie i Billy’ego i tam zjedli to, co mama, Eva i Helena zostawiły dla nas w lodówkach.

Trochę Anie zabrała do ich nowego domu, a część Billy zawiózł do FS 13, by poczęstować swoich kolegów i podziękować im za wspólnie spędzony czas, ale i tak zostało aż za dużo jedzenia, więc po konsultacji telefonicznej z mamą, zapakowałam resztki i wmusiłam je Alekowi i Samowi.

Ale już było posprzątane, kolejne torby były naszykowane do sprzedaży, a ja nie miałam co robić.

Mam jutro lekcje w szkole letniej - napisałam Willowi, kliknęłam wyślij SMS i natychmiast tego pożałowałam.

Nic o mnie nie wiedział, a nie chciałam, by uważał mnie za głupią gąskę, która musi uczyć się latem, by nadążyć za klasą.

Z drugiej strony nie chciałam mu przez telefon wyjaśniać moich planów na przyszłość, bo napisanie o nich było dla mnie jakby ich zapeszeniem.

Szczęśliwie, Will nie drążył tego, tylko odpisał - Do której?

Odetchnęłam z ulgą i natychmiast opisałam:

Do jedenastej trzydzieści.

Będę czekał przed szkołą.

Wpatrywałam się w tę odpowiedź dobre trzydzieści sekund, bo byłam z jednej strony zaskoczona, a z drugiej zachwycona.

Zaskoczenie poskutkowało moją odpowiedzią - Wiesz gdzie?

Na co Will odpisał natychmiast - Nie, ale mi napiszesz.

Oczywiście, że tak.

Dobrze - napisałam i natychmiast w następnym SMS-ie dodałam nazwę i adres mojej szkoły.

Włóż dżinsy i pełne buty - dostałam jako następne i pomyślałam, że nie wpadło by mi to do głowy, a przecież było oczywiste.

W sukience raczej czułabym się niekomfortowo, jadąc na motocyklu, chociaż podobno niektóre kobiety tak jeździły, a nawet, jak słyszałam, w mini, ale nie wiedziałam, dlaczego sandałki nie były odpowiednie.

Cóż, on wiedział lepiej.

Okej - odpisałam, a potem dostałam jeszcze - Do zobaczenia, a wtedy moje serce podskoczyło.

Tak!

Miałam go zobaczyć i miałam po raz pierwszy w życiu jechać motocyklem.

Z Willem.

Wysłałam emotikonkę machającej rączki na pożegnanie i do końca dnia szczerzyłam się  do wszystkich jak idiotka.

Następnego dnia wyszłam z domu w moich błękitnych, poprzecieranych na udach i postrzępionych nad kostkami dżinsach, w moich neonowo niebieskich, wysokich Conversach na stopach i byłam szczęśliwa, że nie musiałam się martwić o żadne pytania na ten temat, bo Lucy spała, a mama była zajęta w swoim pokoju, a po południu mama miała wyjść z domu, a Lucy miała być w pracy.

Pobiegłam na przystanek, wsiadłam do autobusu, pobiegłam do szkoły i ledwo mogłam usiedzieć na zajęciach, które okazały się łatwe i przyjemne, co przyjęłam z ulgą, bo wiedziałam, że tego dnia nie mogłabym się skupić.

A kiedy wyszłam ze szkoły jako jedna z pierwszych, bo zerwałam się z krzesełka i wprost wybiegłam z sali przed wszystkimi, kiedy nadszedł na to czas, zobaczyłam przy krawężniku naprzeciwko schodów wejściowych czarnego Harleya i uśmiechnęłam się od ucha do ucha.

Will czekał tam na mnie, oparty swoim super seksownym tyłkiem o czarne siedzenie motocykla, wygięty w stronę kierownicy i patrzący na mnie z ukosa z lekko przechyloną głową.

Był jeszcze przystojniejszy, niż to zapamiętałam.

A do tego taki męski, taki ciemny i taki… „niegrzeczny”.

I to mężczyzna, a nie chłopiec.

Kiedy ruszyłam w jego stronę, odwrócił twarz do mnie przodem i zobaczyłam, że jego oczy były skryte za czarnymi okularami.

Miał na sobie czarny t-shirt, czarne dżinsy, czarne motocyklowe buty, a przez motocykl przerzucona była skórzana, czarna kurtka.

Przebiegałam przez chodnik, trawnik, ulicę, rozejrzawszy się w prawo i lewo, by upewnić się, że nic nie nadjeżdżało, a wtedy Will wyprostował się od siedzenia i stał tam na rozstawionych szeroko nogach, kiedy zbliżałam się do niego spokojnym, równym krokiem.

Wiedziałam, że zachowywałam się trochę dziwnie, zbyt dorośle, ale moja wewnętrzna radość wypłynęła dzień wcześniej, kiedy się ze mną umówił i wypływała ze mnie wciąż przez całą noc, kiedy wyobrażałam sobie nasze spotkanie, więc kiedy do niego doszło, byłam już spokojna i opanowana.

- Hej - powiedziałam trochę zdyszana, kiedy wreszcie zatrzymałam się naprzeciwko niego.

- Hej - mruknął, po czym wykręcił ciało, chwycił kurtkę z siedzenia motocykla i przekonałam się, że były tam dwie skórzane, czarne kurtki.

Jedna, oczywiście, jego, którą już znałam, a druga mniejsza, wyglądająca na damską, była tą, którą właśnie wtedy mi podał, mówiąc:

- Załóż, powietrze w czasie jazdy bywa ostre.

- T-to… - zacięłam się i przełknęłam ślinę, kiedy ze szczęśliwością uzmysłowiłam sobie, że pomyślał o mnie, dbał o mnie - …to dla mnie? - dokończyłam cicho i na wydechu, a on tylko skinął głową z lekkim uśmieszkiem igrającym mu na ustach.

Rzadko ktoś o mnie tak dbał, od kiedy nie było taty.

Zawahałam się, bo nie wiedziałam, co miałam począć z uczuciami, które mnie opanowały, ale potem wyciągnęłam drżącą rękę, wzięłam od niego kurtkę, opuściłam głowę i pochyliłam się, by odłożyć na trawę moją torbę z podręcznikiem i zeszytem, ale Will szybko wyjął ją z mojej ręki, więc podniosłam głowę i zobaczyłam, że zdążył już zarzucić swoją kurtkę na ramiona.

Odszedł jeden krok, otworzył pokrywę w tylnej części motocykla i przekonałam się, że były tam dwa kufry po obu bokach zderzaka tylnego koła.

Will schował moją torbę do jednego z nich, a wyjął skądś drugi kask, bo jeden widziałam przez cały czas i wiedziałam, że należał do Willa, bo go widziałam już wcześniej, kiedy był u mnie.

Zdążyłam założyć kurtkę, którą miał dla mnie, kiedy się odwrócił.

Oburącz poprawiałam właśnie swoje włosy, by nie były pod, a na kurtce, kiedy dziwnie zamarł w połowie ruchu, który wykonywał.

Nie analizowałam tego, bo przepełniało mnie zbyt wiele uczuć.

Samych dobrych.

Kurtka była super: czarna, miękka, typu ramoneska, miała z przodu ukośny, metalowy, błyszczący suwak, na który ją zapięłam i wyciągnęłam rękę, by wziąć od Willa kask.

Czułam się trochę niepewnie, bo nigdy nie miałam na sobie kurtki skórzanej ani żadnej innej tak obcisłej i nie wiedziałam, jak się wkłada kask.

Ale wyraz twarzy Willa, nawet skrytej w połowie za okularami przeciwsłonecznymi, nadal mówił mi, że mu się to podobało.

Zanim jednak mogłam to przyswoić, Will wyciągnął obie ręce, ujął kask, który mi wcześniej podał i nałożył go na moją głowę, by potem wyprostować ją i patrzeć uważnie, na paski, które zapinał mi pod brodą.

- Wygodnie? - zapytał mnie, a ja mogłam tylko skinąć głową w odpowiedzi, bo jego opiekuńczość i bliskość wpłynęły na mnie w takim stopniu, że zapomniałam, jak się mówi.

Will założył swój kask, odsunął się, odwrócił, przerzucił nogę nad motocyklem i, oglądając się na mnie, powiedział:

- Wsiadaj.

Znowu się zawahałam i poczułam, że spociły mi się dłonie, kiedy uświadomiłam sobie, że nie wiedziałam, jak miałam to zrobić, ale Will ponownie się mną zaopiekował i powiedział mi.

- Musisz okraczyć siedzenie, więc najprościej postawić lewą nogę o tu… - brodą wskazał mi miejsce tuż przy motocyklu - a teraz prawą nogę przenieś nad siodełkiem.

Kiedy to zrobiłam, Will powiedział - A teraz postaw stopy na tych podstawkach… - wskazał brodą na jeden z takich po lewej stronie motocykla - I mocno mnie złap - dodał, kiedy to wykonałam.

To było najtrudniejsze.

Początkowo o prostu położyłam dłonie na jego żebrach po bokach jego ciała, ale schwycił mnie za obie swoimi obiema dłońmi i przyciągnął mnie blisko do siebie, żebym mogła objąć go całkiem w pasie.

- Jak ruszymy może szarpnąć i zlecisz - powiedział - Trzymaj się mocno.

Trzymałam się, byłam blisko, bardzo blisko, a to wszystko oznaczało, że czułam jego oszałamiający, męski zapach.

- Zasuń owiewkę - dodał, zapinając czarne, skórzane rękawiczki, które zdążył włożyć na dłonie, co też uznałam na seksowne.

Zasunęłam dłonią tą szybkę, którą miał z przodu kask, ponownie owinęłam ręce wokół Willa, by mocno się go trzymać, kiedy uruchomił silnik i pokręcił czymś przy kierownicy, po czym motocykl zaryczał.

Poczułam radosne podniecenie, a potem ruszyliśmy.

Nigdy nie czułam czegoś podobnego.

Jazda motocyklem była czymś, co było trudne do opisania.

Byłam wolna, nie miałam żadnych problemów, trosk, codziennych spraw do załatwienia, a kiedy chwilami jechaliśmy bardzo szybko, byłam swobodnym, nieskrępowanym ptakiem, frunącym przed siebie bez celu przez przestworza.

Kiedy jechaliśmy wolniej, chłonęłam widoki, jakie nas otaczały, napawając się szybko przemijającymi krajobrazami, bo Will zawiózł nas w góry, zatrzymał się na małym, przydrożnym parkingu, a potem zawrócił.

A bliskość silnego, ciepłego, twardego ciała Willa dawała mi poczucie bezpieczeństwa, więc mogłam czuć się wolna.

Nic mnie nie ograniczało.

Między nogami miałam moc silnika, który drżał i wibrował, mówiąc do mnie o tym, że zawsze da mi siłę, jakiej bym potrzebowała do wyrwania się z codziennej rutyny.

Nasza cudowna przejażdżka nie trwała długo, bo jechaliśmy może z pół godziny w jedną stronę, a oprócz tego siedzieliśmy w barze kanapkowym na lunchu, rozmawialiśmy i znowu jechaliśmy, ale to było najlepsze parę godzin, jakie spędziłam w całym moim dotychczasowym życiu.

Nigdy tego nie zapomnę.

Kurtkę oddałam Willowi, chociaż z żalem, ale pomyślałam sobie, że nie powinnam jej mieć w domu, bo w którymś momencie mama, Anie lub, co gorsza, Lucy mogły ją zobaczyć i musiałabym się gęsto tłumaczyć.

Zapewne nawet bym ja straciła.

- Jest twoja - powiedział Will, kiedy ją zdjęłam i mu oddałam, a jego mina wskazywała, że wolałby, żebym ją zatrzymała, ale nie mogłam.

- Lepiej ją weź… - odparłam - i przywieź mi, jak znowu będziemy jechali.

Will uśmiechnął się na to i miałam wtedy wrażenie, że podobała mu się myśl, że mieliśmy jeszcze kiedyś razem jechać na jego motocyklu.

Jak mi się podobała.

 ###

CDN.



1 komentarz: