Rozdział 5
Abigail
Dwa tygodnie później…
Ten
dzień był inny, chociaż wydawał się być taki sam, jak były wszystkie dni
pierwszej połowy sierpnia od dnia ślubu Anie i Billy’ego.
Był
szary, ponury i przygnębiający, chociaż letni, więc niby świeciło pełne słońce
i było ciepło, a wręcz gorąco.
To
tylko ja się tak dziwnie czułam.
Nieswojo.
A
minione kilkanaście dni było jednocześnie spokojniejsze, niż poprzednie trzy
tygodnie i bardziej szalone niż te z początku lipca.
Alek
dość szybko sprzedał wszystkie torby, jakie do tej pory wyprodukowałam, chociaż
dowiedziałam się, że na razie kupiły je głównie jego przyjaciółki dla siebie lub dla kogoś od siebie.
Na
przykład Eva kupiła dwie dla siebie i jedną w prezencie dla swojej przyjaciółki
z Denver, Sophie kupiła jedną dla siebie, a dwie różne dla swojej bratowej i
dla bratanicy, Maggie kupiła również dwie dla siebie, a jedną dla jakiegoś
swojego przyjaciela, a Alice kupiła ich chyba z pięć, a może i więcej.
Przy
okazji zrobiły mi reklamę, więc już zjawiały się w butiku kobiety, które pytały
o nie, ale Alek zadecydował, że powinniśmy wydrukować ulotki reklamowe i
powiedział mi, że w nie zainwestuje, bo miał podobno niezły zysk ze sprzedaży tych
moich toreb, ale to ja miałam zaprojektować taką ulotkę i z tym miałam problem.
Myślałam
nad tym już od kilku dni przed ślubem Anie, od kiedy Alek mi o tym wspomniał i
niczego nie wymyśliłam.
A
właśnie mijała połowa sierpnia i wkrótce miałam wrócić do szkoły.
Jeździłam
jeszcze wciąż na letnie lekcje, chociaż to był już drugi kurs i nie musiałam
tam uczęszczać, ale po prostu mi się to podobało.
Oprócz
tego nie dokończyłam jeszcze mojego wolontariatu i w ten piątek miałam mieć
ostatnie zajęcia z dziećmi w Liberty Park, a już wiedziałam, że tego będzie mi bardzo brakowało, bo to była super
zabawa.
Jo
już całkiem przeprowadziła się razem ze swoją rodziną, a w ostatnią sobotę
byłam u niej na mini-imprezie pożegnalnej.
„Mini”,
bo oprócz mnie był jeszcze na niej tylko Joe, który musiał się zwolnić na tę
okazję u swojego taty, bo był tak rozchwytywany przez jego klientów, że
pracował po kilkanaście godzin dziennie.
I
wcale mnie to nie dziwiło.
Wręcz
przeciwnie, byłam zachwycona tym, że
tak szybko mój przyjaciel został doceniony przez ludzi, którzy mogliby sądzić,
że młody człowiek nie będzie nadawał się do takiej pracy.
Z
Willem przez ten czas spotkałam się tylko dwa razy i myślałam o tym, że chyba
nie trochę unikał, chociaż był dorosły, więc mógł po prostu pracować.
Rozmawialiśmy
dosyć dużo, chyba całkiem swobodnie, ale nie powiedział mi niczego o swojej
rodzinie ani o pracy, więc właściwie go nie poznałam.
Nie
znałam go.
Nie
wiedziałam niczego istotnego o nim
ani o jego życiu i to nie było nic dziwnego, bo byliśmy tylko znajomymi, nawet
nie przyjaciółmi.
A
jednak, kiedy go nie było blisko mnie, czułam jakbym była tylko w połowie, bo
to on był tym, który był całą resztą mnie.
Nie
powiedziałam tego na głos.
Nigdy
mu się nie przyznałam, a tym bardziej nie powiedziałam tego nikomu innemu, ale
znałam dźwięk silnika jego motocykla i to znałam go znacznie dłużej niż od tego dnia, kiedy się poznaliśmy, kiedy
rozmawialiśmy ze sobą.
To
był ten sam motocykl, który
przejeżdżał czasem naszą ulicą, który widywałam czasem, kiedy wracałam ze
szkoły do domu, albo słyszałam go przez okno mojego pokoju późnym wieczorem.
Myślałam,
że mieszkał gdzieś niedaleko.
Ale
teraz okno mojego nowego pokoju
wychodziło na tylnie podwórko, więc zostałam pozbawiona możliwości słyszenia go
późnym wieczorem lub nawet nocą, kiedy wracałby do swojego domu, gdziekolwiek
on był.
Po
raz pierwszy po tamtych wydarzeniach po weselu Anie mieliśmy kontakt, kiedy to ja napisałam do niego SMS’a zaraz
następnego dnia po naszym poznaniu się.
Hej, tu Abi. Dzięki za
pomoc wczoraj - napisałam grzecznościowo, głównie po
to, żeby dać mu znać, że pamiętałam.
Kiedy
nie dostałam od razu odpowiedzi, byłam rozczarowana.
Nie ma za co
- odpisał po jakiejś godzinie, co było dużą ulgą, bo odpisał.
Masz czas jutro na
przejażdżkę? - zapytał po następnej godzinie, kiedy
już prawie straciłam nadzieję, że w ogóle o to zapyta, więc podskoczyłam z
radości.
To
był poniedziałek, byłam w domu po moich lekcjach i nie miałam co robić, skoro
dzień wcześniej Alek i Sam przyjechali po mnie w porze lunchu, żebyśmy
sprzątnęli dekoracje w kościele i sali po weselu Anie i Billy’ego i tam zjedli
to, co mama, Eva i Helena zostawiły dla nas w lodówkach.
Trochę
Anie zabrała do ich nowego domu, a część Billy zawiózł do FS 13, by poczęstować
swoich kolegów i podziękować im za wspólnie spędzony czas, ale i tak zostało aż
za dużo jedzenia, więc po konsultacji telefonicznej z mamą, zapakowałam resztki
i wmusiłam je Alekowi i Samowi.
Ale
już było posprzątane, kolejne torby były naszykowane do sprzedaży, a ja nie miałam co robić.
Mam jutro lekcje w szkole
letniej - napisałam Willowi, kliknęłam wyślij SMS i natychmiast tego pożałowałam.
Nic
o mnie nie wiedział, a nie chciałam, by uważał mnie za głupią gąskę, która musi
uczyć się latem, by nadążyć za klasą.
Z
drugiej strony nie chciałam mu przez
telefon wyjaśniać moich planów na przyszłość, bo napisanie o nich było dla
mnie jakby ich zapeszeniem.
Szczęśliwie,
Will nie drążył tego, tylko odpisał - Do
której?
Odetchnęłam
z ulgą i natychmiast opisałam:
Do jedenastej
trzydzieści.
Będę czekał przed szkołą.
Wpatrywałam
się w tę odpowiedź dobre trzydzieści sekund, bo byłam z jednej strony
zaskoczona, a z drugiej zachwycona.
Zaskoczenie
poskutkowało moją odpowiedzią - Wiesz
gdzie?
Na
co Will odpisał natychmiast - Nie, ale mi
napiszesz.
Oczywiście,
że tak.
Dobrze
- napisałam i natychmiast w następnym SMS-ie dodałam nazwę i adres mojej
szkoły.
Włóż dżinsy i pełne buty
- dostałam jako następne i pomyślałam, że nie wpadło by mi to do głowy, a
przecież było oczywiste.
W
sukience raczej czułabym się niekomfortowo, jadąc na motocyklu, chociaż podobno
niektóre kobiety tak jeździły, a nawet, jak słyszałam, w mini, ale nie
wiedziałam, dlaczego sandałki nie były odpowiednie.
Cóż,
on wiedział lepiej.
Okej
- odpisałam, a potem dostałam jeszcze - Do
zobaczenia, a wtedy moje serce podskoczyło.
Tak!
Miałam
go zobaczyć i miałam po raz pierwszy w życiu jechać motocyklem.
Z
Willem.
Wysłałam
emotikonkę machającej rączki na pożegnanie i do końca dnia szczerzyłam się do wszystkich jak idiotka.
Następnego
dnia wyszłam z domu w moich błękitnych, poprzecieranych na udach i
postrzępionych nad kostkami dżinsach, w moich neonowo niebieskich, wysokich
Conversach na stopach i byłam szczęśliwa, że nie musiałam się martwić o żadne
pytania na ten temat, bo Lucy spała, a mama była zajęta w swoim pokoju, a po
południu mama miała wyjść z domu, a Lucy miała być w pracy.
Pobiegłam
na przystanek, wsiadłam do autobusu, pobiegłam do szkoły i ledwo mogłam
usiedzieć na zajęciach, które okazały się łatwe i przyjemne, co przyjęłam z
ulgą, bo wiedziałam, że tego dnia nie mogłabym się skupić.
A
kiedy wyszłam ze szkoły jako jedna z pierwszych, bo zerwałam się z krzesełka i
wprost wybiegłam z sali przed
wszystkimi, kiedy nadszedł na to czas, zobaczyłam przy krawężniku naprzeciwko
schodów wejściowych czarnego Harleya i uśmiechnęłam się od ucha do ucha.
Will
czekał tam na mnie, oparty swoim super seksownym tyłkiem o czarne siedzenie
motocykla, wygięty w stronę kierownicy i patrzący na mnie z ukosa z lekko
przechyloną głową.
Był
jeszcze przystojniejszy, niż to zapamiętałam.
A
do tego taki męski, taki ciemny i taki…
„niegrzeczny”.
I
to mężczyzna, a nie chłopiec.
Kiedy
ruszyłam w jego stronę, odwrócił twarz do mnie przodem i zobaczyłam, że jego
oczy były skryte za czarnymi okularami.
Miał
na sobie czarny t-shirt, czarne dżinsy, czarne motocyklowe buty, a przez
motocykl przerzucona była skórzana, czarna kurtka.
Przebiegałam
przez chodnik, trawnik, ulicę, rozejrzawszy się w prawo i lewo, by upewnić się,
że nic nie nadjeżdżało, a wtedy Will wyprostował się od siedzenia i stał tam na
rozstawionych szeroko nogach, kiedy zbliżałam się do niego spokojnym, równym
krokiem.
Wiedziałam,
że zachowywałam się trochę dziwnie, zbyt dorośle, ale moja wewnętrzna radość
wypłynęła dzień wcześniej, kiedy się ze mną umówił i wypływała ze mnie wciąż przez
całą noc, kiedy wyobrażałam sobie nasze spotkanie, więc kiedy do niego doszło,
byłam już spokojna i opanowana.
-
Hej - powiedziałam trochę zdyszana, kiedy wreszcie zatrzymałam się naprzeciwko
niego.
-
Hej - mruknął, po czym wykręcił ciało, chwycił kurtkę z siedzenia motocykla i
przekonałam się, że były tam dwie
skórzane, czarne kurtki.
Jedna,
oczywiście, jego, którą już znałam, a druga mniejsza, wyglądająca na damską,
była tą, którą właśnie wtedy mi podał, mówiąc:
-
Załóż, powietrze w czasie jazdy bywa ostre.
-
T-to… - zacięłam się i przełknęłam ślinę, kiedy ze szczęśliwością uzmysłowiłam
sobie, że pomyślał o mnie, dbał o
mnie - …to dla mnie? - dokończyłam
cicho i na wydechu, a on tylko skinął głową z lekkim uśmieszkiem igrającym mu na
ustach.
Rzadko
ktoś o mnie tak dbał, od kiedy nie było taty.
Zawahałam
się, bo nie wiedziałam, co miałam począć z uczuciami, które mnie opanowały, ale
potem wyciągnęłam drżącą rękę, wzięłam od niego kurtkę, opuściłam głowę i
pochyliłam się, by odłożyć na trawę moją torbę z podręcznikiem i zeszytem, ale Will
szybko wyjął ją z mojej ręki, więc podniosłam głowę i zobaczyłam, że zdążył już
zarzucić swoją kurtkę na ramiona.
Odszedł
jeden krok, otworzył pokrywę w tylnej części motocykla i przekonałam się, że
były tam dwa kufry po obu bokach zderzaka tylnego koła.
Will
schował moją torbę do jednego z nich, a wyjął skądś drugi kask, bo jeden
widziałam przez cały czas i wiedziałam, że należał do Willa, bo go widziałam już
wcześniej, kiedy był u mnie.
Zdążyłam
założyć kurtkę, którą miał dla mnie, kiedy się odwrócił.
Oburącz
poprawiałam właśnie swoje włosy, by nie były pod, a na kurtce, kiedy
dziwnie zamarł w połowie ruchu, który wykonywał.
Nie
analizowałam tego, bo przepełniało mnie zbyt wiele uczuć.
Samych
dobrych.
Kurtka
była super: czarna, miękka, typu
ramoneska, miała z przodu ukośny, metalowy, błyszczący suwak, na który ją
zapięłam i wyciągnęłam rękę, by wziąć od Willa kask.
Czułam
się trochę niepewnie, bo nigdy nie miałam na sobie kurtki skórzanej ani żadnej
innej tak obcisłej i nie wiedziałam, jak się wkłada kask.
Ale
wyraz twarzy Willa, nawet skrytej w połowie za okularami przeciwsłonecznymi,
nadal mówił mi, że mu się to podobało.
Zanim
jednak mogłam to przyswoić, Will wyciągnął obie ręce, ujął kask, który mi
wcześniej podał i nałożył go na moją głowę, by potem wyprostować ją i patrzeć
uważnie, na paski, które zapinał mi pod brodą.
-
Wygodnie? - zapytał mnie, a ja mogłam tylko skinąć głową w odpowiedzi, bo jego
opiekuńczość i bliskość wpłynęły na mnie w takim stopniu, że zapomniałam, jak
się mówi.
Will
założył swój kask, odsunął się, odwrócił, przerzucił nogę nad motocyklem i,
oglądając się na mnie, powiedział:
-
Wsiadaj.
Znowu
się zawahałam i poczułam, że spociły mi się dłonie, kiedy uświadomiłam sobie,
że nie wiedziałam, jak miałam to zrobić, ale Will ponownie się mną zaopiekował
i powiedział mi.
-
Musisz okraczyć siedzenie, więc najprościej postawić lewą nogę o tu… - brodą
wskazał mi miejsce tuż przy motocyklu - a teraz prawą nogę przenieś nad
siodełkiem.
Kiedy
to zrobiłam, Will powiedział - A teraz postaw stopy na tych podstawkach… -
wskazał brodą na jeden z takich po lewej stronie motocykla - I mocno mnie złap
- dodał, kiedy to wykonałam.
To
było najtrudniejsze.
Początkowo
o prostu położyłam dłonie na jego żebrach po bokach jego ciała, ale schwycił
mnie za obie swoimi obiema dłońmi i przyciągnął mnie blisko do siebie, żebym
mogła objąć go całkiem w pasie.
-
Jak ruszymy może szarpnąć i zlecisz - powiedział - Trzymaj się mocno.
Trzymałam
się, byłam blisko, bardzo blisko, a to wszystko oznaczało, że czułam jego
oszałamiający, męski zapach.
-
Zasuń owiewkę - dodał, zapinając czarne, skórzane rękawiczki, które zdążył
włożyć na dłonie, co też uznałam na seksowne.
Zasunęłam
dłonią tą szybkę, którą miał z przodu kask, ponownie owinęłam ręce wokół Willa,
by mocno się go trzymać, kiedy uruchomił silnik i pokręcił czymś przy
kierownicy, po czym motocykl zaryczał.
Poczułam
radosne podniecenie, a potem ruszyliśmy.
Nigdy
nie czułam czegoś podobnego.
Jazda
motocyklem była czymś, co było trudne do opisania.
Byłam
wolna, nie miałam żadnych problemów,
trosk, codziennych spraw do załatwienia, a kiedy chwilami jechaliśmy bardzo
szybko, byłam swobodnym, nieskrępowanym ptakiem, frunącym przed siebie bez celu
przez przestworza.
Kiedy
jechaliśmy wolniej, chłonęłam widoki, jakie nas otaczały, napawając się szybko
przemijającymi krajobrazami, bo Will zawiózł nas w góry, zatrzymał się na
małym, przydrożnym parkingu, a potem zawrócił.
A
bliskość silnego, ciepłego, twardego ciała Willa dawała mi poczucie
bezpieczeństwa, więc mogłam czuć się
wolna.
Nic
mnie nie ograniczało.
Między
nogami miałam moc silnika, który drżał i wibrował, mówiąc do mnie o tym, że zawsze
da mi siłę, jakiej bym potrzebowała do wyrwania się z codziennej rutyny.
Nasza
cudowna przejażdżka nie trwała długo, bo jechaliśmy może z pół godziny w jedną
stronę, a oprócz tego siedzieliśmy w barze kanapkowym na lunchu, rozmawialiśmy
i znowu jechaliśmy, ale to było najlepsze parę godzin, jakie spędziłam w całym moim dotychczasowym życiu.
Nigdy
tego nie zapomnę.
Kurtkę
oddałam Willowi, chociaż z żalem, ale pomyślałam sobie, że nie powinnam jej
mieć w domu, bo w którymś momencie mama, Anie lub, co gorsza, Lucy mogły ją
zobaczyć i musiałabym się gęsto
tłumaczyć.
Zapewne
nawet bym ja straciła.
-
Jest twoja - powiedział Will, kiedy ją zdjęłam i mu oddałam, a jego mina
wskazywała, że wolałby, żebym ją zatrzymała, ale nie mogłam.
-
Lepiej ją weź… - odparłam - i przywieź mi, jak znowu będziemy jechali.
Will
uśmiechnął się na to i miałam wtedy wrażenie, że podobała mu się myśl, że
mieliśmy jeszcze kiedyś razem jechać na jego motocyklu.
Jak
mi się podobała.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń