poniedziałek, 3 lipca 2023

17 - Walczyć z demonami

 

Rozdział 17

Walczyć z demonami

Abigail

 

 

Nie wiedziałam, jaka była pora dnia lub nocy, bo moja sala nawet nie miała okna na zewnątrz, a jedynie takie na korytarz.

Obudziłam się ponad godzinę temu i do tej pory leżałam cicho, z otwartymi oczami, bez ruchu, samotnie w szpitalnej sali, na szpitalnym łóżku między monitorami i innymi urządzeniami, do których byłam podłączona kablami i rurkami, oczekując, że zjawi się ktoś, kto powie mi, co właściwie się wydarzyło, myśląc, a jednocześnie odpoczywając i zbierając siły.

Przez moją głowę przelatywały bolesne wspomnienia ostatniego tygodnia i powtarzająca się przez te wszystkie dni myśl: Will, gdzie jesteś?

Nie było go, byłam sama.

Kiedy zrozumiałam, że zostałam porwana, początkowo chciałam uciekać, chciałam w jakiś, jakikolwiek sposób uwolnić się od tego.

Ale bardzo szybko zrozumiałam, że nie miałam na to najmniejszej szansy głównie przez to, że przez większość czasu byłam nieprzytomna, naćpana czymś i nawet nie miałam siły, by podnieść rękę.

A na dodatek stale byłam pilnowana, nawet jak nie widziałam pilnujących.

Kilka razy częściowo wybudzałam się w drewnianej skrzyni, która może i nie była szczelnie zamknięta, ale klaustrofobicznie ciasna i nie mogłabym z niej wyjść nawet wtedy, gdybym nie była nafaszerowana jakimś świństwem.

Pięć razy budziłam się do końca w różnych ciemnych, zatęchłych, brudnych pomieszczeniach, by usłyszeć, że miałam pół godziny na szybką toaletę i skąpe jedzenie, zanim na nowo wstrzykiwano mi domięśniowo narkotyk, po którym zasypiałam na kolejne godziny.

Wiedziałam, że musiało to być raz na dobę albo niewiele częściej, bo bardzo schudłam w tym czasie, co widziałam po tym, że moja sukienka, w której byłam u Ryana kilka dni wcześniej, wręcz wisiała na mnie, kiedy obudziłam się w tamtej piwnicy.

Miałam też otarcia, bez wątpienia, chociaż ich nie oglądałam, odleżyny na plecach i odciski od zapięć stanika i od gumki brudnych majtek.

Dlatego uznałam, że na tym wszystkim minęło co najmniej pięć dni albo może nawet sześć, lub siedem.

Zawsze po obudzeniu towarzyszyła mi ta sama drobna, ciemnowłosa, przestraszona dziewczyna, która nie tylko ani razu nie odezwała się do mnie, a nawet nie patrzyła w moją stronę.

Nie wiedziałam, co jej się przytrafiło, ale wyglądała gorzej niż ja.

Była też o wiele bardziej apatyczna niż ja.

Jakby zrezygnowana.

Za każdym razem, w każdej z tych małych, okropnie zaniedbanych łazienek, starałam się trochę umyć i już w drugiej znalazłam odrobinę mydła i mały, ale dość czysty ręcznik, bym mogła to zrobić.

Ona nigdy tego nie zrobiła, a przynajmniej nie przy mnie.

Dlatego właśnie nie zrobiłam niczego, by się uwolnić, a moje myśli stopniowo stawały się coraz bardziej ponure, zrezygnowane, ciemne.

Jakby wypłynął ze mnie cały kolor.

Ostatnie trzy lata były trudne, ale podtrzymywała mnie nadzieja na zobaczenie Willa, a teraz ta nadzieja, a raczej jej resztki, bo po moich dwudziestych pierwszych urodzinach mało jej zostało, pękła niczym bańka mydlana.

Po prostu trwałam tak, zrezygnowana, zawieszona, biorąca jeden dzień naraz, ale nie oglądająca ich, nie uczestnicząca w tym, co działo się dookoła, nie dająca niczego innym, bo nie było innych.

Wszystko otaczające mnie było niczym zły sen, niczym najgorszy senny koszmar na jawie, a wydarzenia dochodziły do mnie przez mgłę.

A za szóstym razem było całkowicie inaczej i wcale, ani odrobinę, nie lepiej.

Wręcz przeciwnie.

Obudziłyśmy się, jak zwykle się budziłyśmy, leżąc na materacach położonych na cementowej podłodze w piwnicy, o czym świadczyło nie tylko to, że było ciemno i śmierdziało stęchlizną, ale również to, że było zimno jak w chłodni, a nie jak w pokoju zimą.

Znałam różnicę.

Po obudzeniu się nie usłyszałam zwykłego Masz pół godziny, co powinno było mnie zaniepokoić.

Leżałam przez chwilę, dochodząc do siebie, aż w końcu podniosłam się niepewnie najpierw na łokciu, a potem do siadu, by spojrzeć na smutną dziewczynę.

Ona też obudziła się i leżała tam na wznak, rozglądając się zdezorientowana, więc nie tylko ja nie wiedziałam, co się działo.

Wstałam, poszłam do toalety i zrobiłam to, co potrzebowałam zrobić, a kiedy wróciłam do pokoju, do toalety poszła dziewczyna.

Jak to bywało, była tam krócej ode mnie, więc wciąż stałam po środku pokoju, kiedy wróciła.

Kiedy tylko weszła do pomieszczenia, w którym były nasze materace, drzwiami, jak podejrzewałam, z korytarza, weszło czterech rosłych mężczyzn i obie automatycznie cofnęłyśmy się pod samą ścianę, bo obie byłyśmy tak samo wystraszone.

Faceci byli dobrze zbudowani, ale nie przystojni, a zwłaszcza jeden z nich był brzydki, ale nie podobało mi się przede wszystkim to, jaki mieli wyraz twarzy.

Obleśny.

Kiedy jeden z nich, wyglądający na przywódcę, zrobił krok w naszą stronę, lekko zbliżyłyśmy się do siebie, pochylając się tułowiami, a jego wargi na to wykrzywiły się i wyglądał jeszcze bardziej paskudnie i… strasznie.

- Jesteście tu nie bez powodu - powiedział niskim, chrapliwym głosem - Przejdziecie trening tego, co was czeka u waszego właściciela.

Właściciela?

Porwano nas dla kogoś, żeby nas sprzedać?

Moje przerażenie zaczęło rosnąć w zastraszającym tempie, więc zatrzęsłam się, a potem mój oddech przyspieszył, kiedy poczułam, że oddech mojej towarzyszki niedoli całkiem zamarł.

Pozostali trzej faceci, będący nadal naprzeciwko nas, zaczęli się rozbierać, na co otworzyłam szeroko oczy.

- Jedna z was jest dziewicą i taka ma pozostać - usłyszałam złowrogi głos tego samego faceta, który odzywał się przedtem i wstrzymałam oddech, a jednocześnie moje ciało zesztywniało.

Może to było egoistyczne, ale miałam nadzieję, że mówił o mnie, że nie wiedzieli, że byłam z Willem i zostawią mnie w spokoju.

Ale potem naszła mnie refleksja i przeniknął mnie wstyd, który spowodował wręcz ból, bo uświadomiłam sobie, że jeśli nie ja to ona.

Mieli skrzywdzić tę dziewczynę smutną z nieznanego mi powodu.

- To nie znaczy, że się nie zabawimy - szepnął facet, nachylając się w moją stronę tułowiem, a wtedy podniosłam na niego wzrok, który miałam wbity w podłogę, odkąd tamci zaczęli zdejmować ubrania.

Teraz byli już w samych slipkach, a na moje spojrzenie gwałtownie je zerwali, wszyscy naraz, jakby wykonywali jakąś komendę.

Wciągnęłam powietrze ze strachu, widząc ich penisy w pełnej gotowości, wyskakujące jednocześnie z majtek, kiedy dziewczyna obok mnie zatrzęsła się tak mocno, że prawie upadła na podłogę.

Ten najbrzydszy gwałtownie chwycił ją za ramię i brutalnie pociągnął w stronę jej materaca.

Rzucił ją tam i zdarł z niej ubranie, prawie całkowicie je rozdzierając.

To, co działo się później, chciałabym wymazać z pamięci, ale nigdy, przenigdy nie udałoby mi się to, bo to było okrutne!

Nie zwracając uwagi na jej protesty, na jęki i okrzyki bólu, na jej łzy, gwałcili ją na tym materacu najpierw pojedynczo, a potem we dwóch, we trzech, a ten, którego słusznie uznałam za przywódcę, trzymał moją brodę palcami i siłą unosił mi twarz ilekroć próbowałam się odwrócić.

- Patrz i ucz się - mówił do mnie raz za razem.

Kiedy spróbowałam zamknąć oczy, powiedział, warcząc wrednie - Patrz i ucz się, bo obetnę jej ucho. Nie potrzebuje go, żeby ją pieprzyć. Ma być dziwką dla wszystkich strażników w pałacu waszego nowego właściciela, więc niech trenuje, a ty będziesz zabawką dla niego, jego zwierzątkiem, więc ucz się, jak możesz służyć swemu panu.

Po pierwszym gwałcie, kiedy ten brzydki facet odszedł spomiędzy nóg smutnej dziewczyny, przywódca rozkazał mi się rozebrać do naga.

Wciąż groził tamtej, że zrobi jej gorszą krzywdę, niż już to robili, więc bez protestu, chociaż ze wstydem, rozebrałam się.

Okazało się, że miał dla mnie przygotowane „zabawki”.

Jedną z nich były kocie uszka na opasce, jaką czasem widziałam u małych dziewczynek na włosach, a drugą był puszysty, biały ogonek.

- Uklęknij na czterech - rozkazał mi, wskazując brodą na podłogę.

 Wykonałam polecenie powoli, z oporami i niepewnie, ale bez słowa protestu, a kiedy byłam w odpowiedniej pozycji, podszedł do mnie od tyłu i chwycił moje pośladki.

Nigdy w życiu tak się nie wstydziłam, jak wtedy.

Dwóch z tamtych facetów patrzyło na mnie, trzymając penisy w zaciśniętych palcach, poruszając nimi, więc wiedziałam, że ich to podniecało, a trzeci nie zwracał na nas uwagi, tylko nieprzerwanie brutalnie gwałcił smutną dziewczynę, która cicho płakała.

Poczułam chłód między pośladkami, dotyk na odbycie, a potem nagle, bez ostrzeżenia, w moją pupę boleśnie wsunęło się coś zimnego, chyba metal.

Zacisnęłam pośladki, na co zostałam w nie uderzona i podskoczyłam.

Przywódca podszedł do mnie od przodu, uniósł moją brodę palcami i założył mi na włosy opaskę z uszkami.

Potem przyjrzał się mi, wyjął z kieszeni spodni kredkę, chyba taką do oczu i wciąż jedną ręką trzymając moją brodę, drugą namalował mi kreski jako wąsy, przeciągając kredką po moich policzkach długimi, sprawnymi ruchami.

Nie do końca docierało do mnie to wszystko, bo, prawdę mówiąc nic do mnie nie docierało.

Byłam jakby nie w swoim ciele, poza nim.

Nagle zrozumiałam, co mogła przeżywać Anie, kiedy została zgwałcona, chociaż przecież tak naprawdę mnie nikt nie gwałcił.

To było równie złe jak gwałt, bo byłam poniżona, totalnie upokorzona.

Wykorzystana.

Na koniec ten, który wciąż się mną zajmował, objął moją szyję i poczułam, że coś zapinał, a kiedy się odsunął zrozumiałam, że byłam zwierzątkiem, bo miałam na sobie obrożę!

To było straszne.

Trwało to przez jakiś czas, ale nie rejestrowałam tego.

- Kici, kici, kici - usłyszałam na moim tyłkiem, a potem ten sam głos zawołał - Spójrz tu koteczku.

Odwróciłam więc głowę i zobaczyłam telefon w jego ręce, po czym domyśliłam się, że zrobił mi zdjęcie, a potem przesuwał kciukami po ekranie, prawdopodobnie do kogoś je wysyłając.

No, tak, byłam zleceniem.

Nie chciałam o tym myśleć, nie chciałam niczego widzieć, słyszeć ani czuć.

Czułam się całkowicie upodlona.

Klęczałam tam na podłodze, zmuszona, nie chcąc, patrzyłam, jak smutną dziewczynę gwałciło jednocześnie trzech facetów, co chwile wyduszając z niej jęk lub okrzyk bólu i tylko powtarzałam w myślach: Gdzie jesteś Will? Czemu mnie opuściłeś?

Zrobiono mi jeszcze jedno zdjęcie, a potem jeszcze jedno.

- Teraz nasza kotka zliże grzecznie śmietankę - nagle powiedział tamten ich przywódca, a kiedy nie drgnęłam, boleśnie złapał mnie za włosy, na siłę przyciągnął do ciała smutnej dziewczyny, więc podeszłam tam na czworakach i zobaczyłam spermę na jej brzuchu i kobiecości.

Moja twarz znalazła się bardzo blisko jej skóry, kiedy do pomieszczenia wszedł kolejny facet i warknął - Szef wydał rozkaz, by ta została nietknięta.

- Przecież jej nie tykamy - zarechotał ktoś za moimi plecami, ale nacisk na moją głowę osłabł, więc odsunęłam się od smutnej dziewczyny.

Jednak to, co powiedział piąty facet, ten, którego nawet nie widziałam, poskutkowało bardziej, niż tylko moim uwolnieniem, bo faceci zaczęli się zbierać do wyjścia, zakładając na siebie ubrania, które był porozrzucane po podłodze.

Z mojej pupy, szyi i włosów zniknęły „zabawki”.

Smutna dziewczyna się nie poruszyła, chociaż oczy miała otwarte i płynęły z nich łzy, więc wiedziałam, że żyła.

A potem zostałyśmy same.

Czułam wstręt do siebie z kilku powodów.

Jednym był oczywisty z faktu, że zostałam wystawiona naga na ich widok i bawili się moim ciałem, a drugim, wcale nie mniej przygnębiającym był ten, że nie zrobiłam nic, by uchronić współtowarzyszkę mojej niedoli od takiego okropnego potraktowania.

Nie, żebym miała taką możliwość.

Ale pomimo to starałam się to naprawić, bo czułam się winna.

Nakłoniłam ją, by wstała ze swojego śmierdzącego materaca i pomogłam jej pójść pod prysznic, gdzie zostawiłam ją, gdy szorowała swoje ciało mydłem do czerwoności, płacząc cicho, ale nieprzerwanie i gdzie zostawiłam ją na dobre kilkanaście minut, by wrócić do pokoju i ubrać się w moje ubrania, zanim zdecydowałam się wejść do niej, zakręcić wodę i delikatnie ją stamtąd wyprowadzić, owijając ją naszymi dwoma małymi ręcznikami.

Nie przejmowałam się tym, że sama byłam brudna i miałam ochotę szorować się tak, jak ona się przed chwilą szorowała.

Pomogłam jej się ubrać w te same, co miała na sobie wcześniej, podarte ubrania, posadziłam ja na moim materacu i usiadłam obok.

A wtedy nad naszymi głowami rozpętało się piekło.

To nawet było śmieszne.

Piekło rozpętało się w piekle, bo tam właśnie byłyśmy.

Do naszej piwnicy wpadł jeden z facetów, którzy byli u nas wcześniej, spojrzał na smutną dziewczynę, zwrócił wzrok na mnie, złapał mnie za rękę, podniósł do stania i przyciągnął do swojego frontu plecami, jakby się mną przed czymś zasłaniał.

Dwie sekundy później do piwnicy wpadł człowiek w czarnym stroju, kamizelce kuloodpornej z napisem FBI i w kominiarce na głowie.

Na jego widok jednocześnie poczułam ulgę, radość i strach.

Dopiero wtedy dotarło do mnie, że miałam być żywą tarczą dla tamtego gwałciciela, a skoro było tam FBI to mógł być i Will.

Nagle to było jedyne, co się liczyło.

Nie czułam strachu, nie czułam wstydu, tylko czekałam, że zaraz przez drzwi wkroczy Will i ocali mnie przed tym, cokolwiek miał zamiar zrobić mi ten facet za moimi plecami.

Dlatego nie zauważyłam momentu, kiedy mężczyźni zaczęli się przepychać, a jeden z nich szarpnął ręką drugiego, przez co pistolet gwałciciela, który był tuż przy moim boku, wystrzelił.

Huk był niesamowity, ale pokonał go krzyk, a właściwie pisk.

Nie mój.

Nie poczułam bólu, ale zdumienie, dezorientację, bo ogarnęła mnie niemoc, mgła, a potem ciemność.

Obudziłam się w szpitalnym łóżku.

Nie wiedziałam, ile czasu upłynęło od chwili mojego omdlenia.

Myśląc o tym wszystkim przez strasznie długą, przygnębiająco samotną, niepotrzebnie cichą godzinę, czułam się coraz gorzej.

Nie fizycznie, bo przez wkłucie, jakie miałam w zgięciu prawej ręki, płynęły mi do żyły jakieś leki, a jednym z nich był prawdopodobnie przeciwbólowy, ale psychicznie, bo narastało we mnie poczucie winy, osamotnienia i bezużyteczności.

Wreszcie do mojej sali weszła lekarka, a za nią pielęgniarka.

- Och - powiedziała lekarka - Obudziła się pani.

Nie przytaknęłam, bo nie musiałam potwierdzać oczywistego.

- Jestem doktor Ada Orbansky - przedstawiła się lekarka.

Była młoda, chociaż mogła mieć te trzydzieści lat, dość ładna, ciemnowłosa, ciemnooka, a co ważniejsze, sympatyczna i chyba szczera.

- Abigail - odchrząknęłam i przedstawiłam jej się - Jestem Abigail Sensible. Proszę mi mówić Abi.

- Tak, wiem - zaskoczyła mnie - Powiedziano nam. Jest tam ktoś, kto panią zna i trochę nam opowiedział. Mamy też dostęp do twojej karty z ubezpieczalni.

Byłam tak zaskoczona, że otworzyłam usta i zagapiłam się na nią.

To niemożliwe!

Czyżby

- Masz przestrzelony mięsień prawego uda - poinformowała mnie doktor Ada, nie czekając na moją reakcję - Zeszyliśmy to i będzie dobrze, ale po zagojeniu tego będzie potrzebna rehabilitacja. Straciłaś trochę krwi, jesteś niedożywiona i osłabiona. Toksykologia nie wyszła tragicznie, ale też nie do końca dobrze. Coś ci wstrzyknięto jakiś czas temu.

- Wiem - szepnęłam - Kilka razy przez ostatnie kilka dni.

- No, tak - westchnęła lekarka - To by wiele wyjaśniało.

Przez chwilę wszystkie trzy milczałyśmy, ale one były zajęte, bo odczytywały coś z ekranów, wpisywały do karty pacjenta na podkładce, którą pielęgniarka wyjęła z ramy łóżka, pielęgniarka pokazywała lekarce jakieś dane, więc tylko ja nie miałam nic do roboty.

Leżałam tam i cierpliwie czekałam na werdykt.

- Dobrze, Abi - powiedziała w końcu lekarka - Myślę, że możesz jeszcze dzisiaj wracać do domu.

Co takiego? Ale jak?

- Zabiorą cię do samolotu - poinformowała mnie - Odstawią cię do rodziny.

Zamrugałam gwałtownie, bo nie pomyślałam o tym, a teraz była bardzo wdzięczna, że ktoś pomyślał.

Przecież na pewno bardzo się martwili o mnie.

Zanim się obejrzałam, zostałam znowu sama, ale tym razem moje myśli wypełnione były powrotem do domu.

*****

Dwie godziny później…

Siedziałam na wygodnym, rozkładanym siedzeniu jak na moje oko luksusowego samolotu typu Cessna, który był mały, kilkunastoosobowy i nie miał z boku żadnych napisów, ale z tyłu miał wydzieloną część, która była starannie zamknięta.

I tak nie mogłabym tam wejść, nawet jakbym chciała, bo nie mogłam zbyt sprawnie chodzić, chociaż w szpitalu zaopatrzono mnie w dwie wygodne, dopasowane dla mnie kule.

Leżały na dalszym siedzeniu i nie mogłam ich dosięgnąć.

Dostałam również komplet nowych ubrań, w które pomogła mi się przebrać pielęgniarka zaraz po tym, jak pomogła mi się wykąpać pod prysznicem i umyć głowę, a potem wysuszyć włosy.

Nie dostałam do ręki żadnych dokumentów, nie powiedziano mi zaleceń co do postępowania z moją raną, a usłyszałam tylko od doktor Ady Orbansky, że „ktoś się mną zajmie w podróży” i „on wie wszystko, co potrzeba”.

Miałam się dowiedzieć, kim był niewiadomy on.

To wszystko było bardzo tajemnicze i trochę mnie denerwowało, ale byłam już bardzo zmęczona.

Po długich chwilach kolejnych badań, rozmów, kąpieli i przebierania w szpitalu, przywieziono mnie tu ambulansem pod opieką pielęgniarki, która pomogła mi ze wszystkim, chociaż nie wchodziła na pokład samolotu.

To od niej dowiedziałam się, że należał do FBI.

Powiedziała mi również, że tamta droga dziewczyna była w o wiele gorszym stanie niż ja i została w szpitalu, bo była pod wpływem środków uspokajających, nasennych, antybiotyków i innych, czego już mi nie powiedziano.

I tak jej nie znałam.

Ale przecież i ona miała tam, na północy, kogoś, kto martwił się o nią, kto ją kochał i czekał na jej powrót, więc trochę o niej myślałam.

Przez ostatnie godziny jednak myślałam głównie o mojej rodzinie, o ich zamartwianiu się, o tym ile powinnam powiedzieć najbardziej Anie i tacie, ale też Jackowi, bo był bystry i na pewno coś już wiedział, by nie martwić ich nadmiernie, ale wyznać im prawdę.

Mama też nie mogła wiedzieć wszystkiego o tym, co się ze mną działo, a może nawet powinna wiedzieć o wiele mniej niż oni, bo jej psychika była przecież taka delikatna.

Moim przyjaciółkom, przyjaciołom mogłam wyznać nieco więcej prawdy, ale też nie byłam pewna, czy kiedykolwiek będę gotowa przyznać się, jaka byłam słaba i żałosna.

- Wszystko dobrze? - przerwał moje ponure myśli miły, młody steward, który pomógł mi wcześniej wsiąść na pokład, zająć miejsce w fotelu, przypiął mnie pasem bezpieczeństwa, pomógł mi dopasować go, ale zapowiedział, że rozłoży fotel do spania dopiero, kiedy wystartujemy - Jeszcze przez chwilę musimy zaczekać. Potrzebuje pani czegoś?

Pokręciłam głową z lekkim uśmiechem.

- Nie, dziękuję - szepnęłam, a później oparłam tył głowy o zagłówek, by przymknąć oczy i odpoczywać.

W szpitalu dali mi jedzenie i picie, wstrzyknęli mi leki przeciwbólowe, które miały działać jeszcze przez kilka godzin, więc naprawdę nie potrzebowałam niczego poza odpoczynkiem i czułam się dość dobrze, jak na mój stan.

Poczułam, że steward odszedł i zostałam sama z moimi myślami.

Kiedy czekałam kolejne długie minuty zapięta pasem do siedzenia w tym luksusowym samolocie, częściowo unieruchomiona, powieki mi opadły, stopniowo rozluźniłam się i zaczęłam zasypiać, a wtedy coś mi kazało otworzyć oczy i spojrzeć przez okienko, gdzie zobaczyłam rękaw skórzanej kurtki mężczyzny, wchodzącego na schodki, który wydał mi się ekscytujący.

Z niewiadomego mi powodu poczułam podniecenie, zdenerwowanie, wyprostowałam plecy, uniosłam głowę i wbiłam wzrok w drzwi.

Mężczyzna, który wszedł do samolotu był ciemny, zarośnięty na twarzy niechlujnym, czarnym zarostem, miał długie, czarne włosy spięte w kucyk, był ubrany w czarną, skórzaną kurtkę i patrzył tylko na mnie.

I był mój.

- Will - szepnęłam drżącym głosem.

A Will stanowczym, zdecydowanym, ale niespiesznym krokiem szedł w moją stronę przejściem między fotelami i zatrzymał się dopiero dwa kroki ode mnie.

- Miałaś być bezpieczna w domu, Abi - powiedział z takim absurdalnym zarzutem w głosie, że rozpłakałam się, jak nie płakałam od dzieciństwa i wyciągnęłam do niego ręce.

- Will, proszę - zaszlochałam przy tym i wyciągnęłam do niego obie ręce, ale nie musiałam błagać, bo sam do mnie przyszedł.

Uklęknął na jednym kolanie przy moim fotelu, rozpiął mój pas i objął mnie ramionami tak, że przysunęłam się do niego całym ciałem.

Jakimś cudem dokładnie wiedział, jak mnie złapać, by nie urazić mojej rannej nogi, a nadal przylegałam do niego całym tułowiem, kiedy moja twarz była schowana w jego szyi.

Ale to był Will, a Will wiedział wszystko.

Płakałam tak przez chwilę, czując się jak mała zrozpaczona dziewczynka w bezpiecznych objęciach ukochanego i odpoczywałam.

Kilka minut później usłyszeliśmy chrząknięcie i oderwaliśmy się od siebie.

Pociągnęłam nosem, wytarłam oczy czubkami palców i odwróciłam głowę, by nie pokazać się nikomu obcemu w takim żałosnym stanie.

Nikt jednak do nas nie podszedł.

Will usiadł w fotelu obok mnie, a kilku mężczyzn na fotelach, które były przed nami, a każdy miał mnóstwo miejsca na nogi i rozłożenie fotela do pozycji leżącej.

Nikt nie usiadł w pojedynczym fotelu po drugiej stronie przejścia obok nas i pomyślałam sobie, że Will to wszystko ustawił.

Rozkazywał im?

Był ich przywódcą?

O, Boże, jak ja go nie doceniałam!

Spojrzałam w jego kierunku i na mojej twarzy chyba było widoczne uwielbienie, które czułam, bo zapinał się co prawda i lokował w fotelu, ale odwrócił wzrok w moją stronę i spojrzał na mnie z czułością.

- Zaraz wystartujemy - mruknął do mnie, a ja skinęłam głową, patrzyłam na niego i nie byłam zdolna do wyduszenia z siebie choćby jednego słowa.

Ale nie mogłam odwrócić wzroku nawet na sekundę, jakbym bała się, że Will rozwieje się w powietrzu, zniknie jak marzenie senne.

Kiedy wreszcie ogłoszono nam, że mogliśmy rozpiąć pasy, Will zrobił to ze swoim, potem z moim, a potem delikatnie, jakbym była ze szkła, wciągnął mnie na swoje kolana.

- Słoneczniku - mruknął mi we włosy, kiedy byłam już wtulona bezpiecznie w jego ramiona - Tak mi przykro, że nie mogłem być przy tobie.

Moje ramiona wokół niego zacisnęły się spazmatycznie, bo pamiętałam moje rozżalenie, że nie przyjechał.

- Pracowałem pod przykrywką - Will nadal mruczał, wyjaśniając mi, co się stało - Musiałem to dokończyć.

- Ale już jesteś - szepnęłam, uspokajając jego i siebie jednocześnie, bo był.

Will westchnął i przycisnął mnie mocniej do siebie, a potem cichym, stonowanym, spokojnym głosem zaczął mówić, zmieniając mój świat i dając mi za dużo informacji.

Nie wszystko z tego chciałam wiedzieć, ale on najwidoczniej uznał, że powinnam wiedzieć wszystko.

*****

Wiliam

To była jego Abigail, jego Słonecznik, więc Will mówił jej wszystko, co musiała wiedzieć, żeby zrozumieć, ale nadal nie mówił wszystkiego.

Niektórych rzeczy nie mógł powiedzieć, bo były tajne.

Inne przemilczał, bo były zbyt drastyczne.

Jego Abigail była mądra, dojrzała, dobra, wyrozumiała i kochała go.

Ale powiedział jej w telegraficznym skrócie tylko tak dużo, żeby zrozumiała, że nie był dobrym człowiekiem.

- …będąc już w gangu robiłem to, co oni robili, żeby zabezpieczyć przemyt - mówił zduszonym, suchym głosem, który, jak się postarał, nie odzwierciedlał buzujących w nim emocji - …zabijałem, biłem, torturowałem, oszukiwałem.

Bo chciał, żeby miała wybór.

Opowiedział jej wszystko, bez wnikania w szczegóły, mówiąc dobre dwadzieścia minut, kiedy wciąż leżała w jego ramionach, oparta biodrem o jego kolana, a ranną nogę trzymając na swoim fotelu.

- Więc widzisz, Kwiatuszku - zaczął kończyć głuchym głosem, wręcz szczęśliwy, że nadal miała twarz wtuloną w jego szyję i nie mogła widzieć udręki w jego oczach - Nie jestem dobrym człowiekiem. Dlatego wahałem się, czy w ogóle do ciebie przyjechać. Ale umówiliśmy się, że damy sobie prawdę.

Zamilkł i czekał na wyrok.

- Więc dajesz mi prawdę - szepnęła Abigail, nie poruszając się.

- Tak - szepnął Will, a jego serce się ścisnęło, bo pomyślał, że to było to.

To był jego koniec, skoro Abi zrozumiała, że nie był dobrym człowiekiem, że nie był dobry dla niej, nie wystarczająco.

- Robiłeś to, żeby rozbić tamten gang - bardziej stwierdziła niż zapytała dziewczyna w jego ramionach, a on nie mógł zaprzeczyć.

- Tak - przyznał jej rację - …i nie tylko - dodał.

- Nie tylko? - Abigail wreszcie podniosła głowę, by na niego spojrzeć.

Will wiedział, że jego współpracownicy, jego szef, ci, którzy siedzieli przed nimi, nasłuchiwali, więc nie mógł przekroczyć pewnej granicy, ale nadal mógł jej trochę powiedzieć.

- To była cała sieć - wyjawił, patrząc jej w oczy.

- Poznałeś Marka? - zadała następne pytanie, które świadczyło o tym, że dużo wiedziała, była mądra i powiązała wiele faktów.

- Marka? - Will grał na zwłokę, a jednocześnie usilnie starał się nie spojrzeć na towarzyszących im facetów, którzy właśnie zamarli.

- Marka Taylora - dodała Abigail - Porwali go w prawie identyczny sposób, jak mnie, mnie też więzili w skrzyni i faszerowali jakimś świństwem przez kilka dni - na jej wyjaśnienie Will nie powstrzymał się i rzucił okiem na widoczne na oparciu fotela przed nimi ramię szefa, który zesztywniał i było to widać.

Nie wiedzieli tego, co Abi przeżyła, ile wiedziała i to była jego wina, bo nie pozwolił jej przesłuchać, nie chcąc dodawać jej zdenerwowania.

Powinien był wiedzieć lepiej, przecież znał ją.

Jego Abigail była dojrzała, mądra i słuchała innych.

I tak, skojarzyła fakty.

A teraz jej ciało napięło się, jakby chciała się odwrócić, ale zrezygnowała, więc Will wiedział też, że zauważyła jego spojrzenie.

Kiedy ponownie spojrzał jej w oczy, jej twarz była napięta, a potem delikatnie skinęła głową i rozluźniła się.

Odpuściła, bo domyśliła się, że tamci słuchali.

- Zrobiłam coś złego - po krótkim milczeniu wyjawiła mu Abi napiętym szeptem, a Will zamarł z zaskoczenia.

- Trzy miesiące po twoim wyjeździe - mówiła cicho, a w jej głosie wciąż brzmiało napięcie i skrucha - …kusiłam pewnego faceta. Flirtowałam z nim.

Kusiłam? Flirtowałam? - Will prawie parsknął śmiechem na myśl o tym, bo nie wyobrażał sobie swojej Abigail kuszącej kogokolwiek i w jakikolwiek sposób z kimś flirtującej.

Powstrzymała go od uśmiechu powaga na jej twarzy i wyraz bólu, jaki przemknął przez jej oczy.

- Poszłam z nim na Sylwestra - wyjawiła mu, a on nie przyznał się, że to wiedział - …chodziliśmy na randki. Ale to nie było to i poprosiłam go, żebyśmy zostali przyjaciółmi. Nie przyjął tego dobrze. Przeze mnie potem zranił inną kobietę. Lisa była dziewczyną Marka. Teraz jest jego żoną.

To Will również wiedział.

Był w SCL jeszcze nawet pół roku później, na rozdaniu świadectw w liceum Abigail, ale nie zamierzał jej tego mówić.

Jeszcze nie teraz, a na pewno nie przy swoim szefie.

Pamiętał, jak się czuł, kiedy patrzył na swojego Słonecznika, stojącego na scenie w tej pieprzonej, brzydkiej jak cholera, czarnej todze.

Potem widział ja na trawniku kampusu, w otoczeniu rodziny, obok jej ciężarnej siostry, kiedy Abi zdjęła togę i była ubrana w piękną, żółtą sukienkę.

Jego słońce, jego kwiaty, jego życie, jego Słonecznik.

Tylko że wtedy nie jego.

Nie powinien był wtedy tam być, ale nie mógł się powstrzymać, żeby ją zobaczyć, chociaż zrobił to w sekrecie, więc jechał motocyklem przez trzy stany przez cały dzień i noc bez przystanku, żeby nikt go nie namierzył.

- Abi - mruknął Will, obejmując bok jej twarzy - To nie była twoja wina. Ty nawet nie umiesz nikogo kusić.

Zaczerwieniła się i burknęła - Taaa - zniżając brodę do szyi, ale nie zabrała rąk z jego ramion.

Will uśmiechnął się.

- Ten facet po prostu jest dupkiem - mruknął wyjaśniająco.

- Ale dawałam mu fałszywą nadzieję… - zaczęła Abi, a potem urwała, by wciągnąć drżący oddech, więc przycisnął ją mocniej do siebie.

- Sam sobie robił nadzieję - mruknął Will z niechęcią do tego faceta, który nie potrafił być mężczyzną - Nie zwracał uwagi na znaki. Przecież nie kazałaś mu się całować - Abigail zesztywniała, a potem pokręciła gwałtownie głową - Nie deklarowałaś miłości - jej twarz stała się buraczana, a potem zamrugała gwałtownie i Will zastanowił się, co takiego się stało między nią a tamtym dupkiem, że tak to przeżywała.

- Nie mogłam - szepnęła w końcu - Ja nadal… - spojrzała na niego w taki sposób, że wiedział.

Will zamarł.

Kochała go?

Nigdy tego nie powiedziała, ale zawsze to czuł, chociaż w tej chwili nie był tego pewien, bo minęło przecież tak dużo czasu.

Milczeli przez kilka sekund i tylko patrzyli na siebie, niewerbalnie mówiąc sobie więcej, niż powiedzieli kiedykolwiek słowami.

A potem coś się zmieniło.

Abigail westchnęła, nabrała powietrza, wstrzymała oddech i wyglądało na to, że chciała coś dodać.

Will czekał cierpliwie.

- Dowiedziałam się również, że to przeze mnie mama stała się taką egoistką, myślącą tylko o sobie - Abi już nie patrzyła mu w oczy, tylko na jego brodę, a Will pomyślał Jakim cudem? - Przez moją chorobę mama odsunęła się od rodziny, zaczęła mieć depresję, a potem przez to Lucy stała się taka, jaka była.

Kurwa!

- Co?! - warknął Will i wiedział, że powinien milczeć, ale nie wytrzymał.

- J-ja… - nagle zająknęła się Abigail, zamilkła, spojrzała w jego oczy i Will zobaczył, że się bała.

Przestraszył ją, a jego dziewczyna przeżyła wystarczająco dużo.

- Przepraszam - mruknął - To nie twoja wina, Abigail. Twoja mama była dorosła, kiedy to się stało. Miała pomoc twojego taty. Mogła szukać pomocy u psychologa w szpitalu. Cokolwiek. Ale nie może tego zwalać na ciebie.

- To nie ona - mruknęła Abi.

Will zmarszczył brwi, nie rozumiejąc.

- Mama tego nie zwala na mnie. Anie powiedziała mi to, kiedy powiedziałam jej, że chcę się wyprowadzić od mamy - wyrzuciła z siebie, nadal mówiąc półgłosem - Wiesz, że ona zawsze chce wszystkich bronić. Ale ja zrozumiałam wtedy…

Will ponownie nie wytrzymał i przerwał jej.

- Wymyśliłaś sobie, że to przez ciebie - powiedział twardo, a wtedy Abi popatrzyła na niego i w jej oczach zalśniły łzy.

Wtedy Will dowiedział się, że było coś więcej, co ją dręczyło, bo gwałtownie zmieniła temat.

- A ta dziewczyna - dodała zduszonym tonem, a jej głos podniósł się o oktawę, kiedy było słychać łzy w jej głosie - Tam w piwnicy. Ona… nie pomogłam jej - krople popłynęły po jej policzkach, ale przynajmniej przestała mówić.

Brała wszystko do siebie.

Całe zło świata.

Bardzo dużo płakała, a on nigdy wcześniej nie widział, żeby w ogóle płakała.

Musiała być wyczerpana psychicznie, a on dokładał jej zmartwień.

- Zwątpiłam w ciebie - wydukała w końcu i Will wreszcie zrozumiał.

Próbowała być silna, dzielna i zasłużyć sobie na jego pochwałę, na to, by był z niej dumny, ale on nie wracał.

Miał być z nią już od pewnego czasu, a nawet nie zadzwonił, nie wrócił na jej dwudzieste pierwsze urodziny, nie dał jej znaku, że pamiętał.

Zawiódł ją.

To była jego wina, że Abigail się załamywała.

- Abigail - szepnął śpiewnie, czule, jak szeptał dawniej, i dłonią przyciągnął jej twarz do swojego ramienia - Nie możesz brać zła całego świata na swoje barki. Jesteś, jaka jesteś. Nasycasz świat kolorami. Jesteś światłem. Ale ludzie są różni. Nie radzą sobie, bywają źli, nie pomożesz wszystkim. Nie obronisz.

Podziałało i łzy przestały płynąć.

- To ja obiecałem wrócić i nie wróciłem - kontynuował, a kiedy próbowała zaprzeczyć, nie dał sobie przerwać - Tak. Wiem, że byłem zajęty. Ale nadal to trochę moja wina. Dlatego, proszę, odpuść.

Zrelaksowała się na jego klatce piersiowej i Will poczuł się znowu spokojny, jakby trzymał cały świat w swoich rękach.

- No, widzisz - szepnęła nagle Abi, nie podnosząc głowy - To działa również w twoim przypadku.

- Co? - zapytał cichym pomrukiem, marszcząc brwi i przyciskając brodę do jej włosów.

- Musisz czasem zrobić coś złego, żeby zrobić coś dobrego - dziewczyna wyjaśniła cicho - Ludzie są różni - zacytowała go - Ale tych złych trzeba zabić, pobić lub oszukać. Zrobiłeś to. I dlatego pokonałeś ich. I obroniłeś mnie. A poza tym, nie przewidzisz wszystkiego. Ty też nie możesz brać na swoje barki zła całego świata.

Will milczał przez chwilę, przetrawiając jej słowa.

- Oboje mamy swoje demony - podsumował w końcu ich rozmowę.

- Tak - szepnęła, dotykając palcami do jego zarośniętej brody - I możemy razem z nimi walczyć.

Mogli.

Will nagle zaczął wierzyć, że to było możliwe.

Mogli walczyć ze swoimi demonami ramię w ramię.

Abigail była mądra, dzielna i pomogłaby mu w tej walce, a on wreszcie uwierzył, ze mógł pomóc jej w walce z jej demonami.

Aż do tej chwili nie wiedział, że ona również je miała.

Może jeszcze jakieś kryła w swoim umyśle.

 

1 komentarz: