Rozdział 17
Abigail
Nie
wiedziałam, jaka była pora dnia lub nocy, bo moja sala nawet nie miała okna na
zewnątrz, a jedynie takie na korytarz.
Obudziłam
się ponad godzinę temu i do tej pory leżałam cicho, z otwartymi oczami, bez
ruchu, samotnie w szpitalnej sali, na szpitalnym łóżku między monitorami i
innymi urządzeniami, do których byłam podłączona kablami i rurkami, oczekując,
że zjawi się ktoś, kto powie mi, co właściwie się wydarzyło, myśląc, a
jednocześnie odpoczywając i zbierając siły.
Przez
moją głowę przelatywały bolesne wspomnienia ostatniego tygodnia i powtarzająca
się przez te wszystkie dni myśl: Will,
gdzie jesteś?
Nie
było go, byłam sama.
Kiedy
zrozumiałam, że zostałam porwana, początkowo chciałam uciekać, chciałam w jakiś,
jakikolwiek sposób uwolnić się od
tego.
Ale
bardzo szybko zrozumiałam, że nie miałam na to najmniejszej szansy głównie
przez to, że przez większość czasu byłam nieprzytomna, naćpana czymś i nawet
nie miałam siły, by podnieść rękę.
A
na dodatek stale byłam pilnowana, nawet jak nie widziałam pilnujących.
Kilka
razy częściowo wybudzałam się w drewnianej skrzyni, która może i nie była
szczelnie zamknięta, ale klaustrofobicznie ciasna i nie mogłabym z niej wyjść
nawet wtedy, gdybym nie była nafaszerowana jakimś świństwem.
Pięć
razy budziłam się do końca w różnych ciemnych, zatęchłych, brudnych
pomieszczeniach, by usłyszeć, że miałam pół godziny na szybką toaletę i skąpe jedzenie,
zanim na nowo wstrzykiwano mi domięśniowo narkotyk, po którym zasypiałam na
kolejne godziny.
Wiedziałam,
że musiało to być raz na dobę albo niewiele częściej, bo bardzo schudłam w tym
czasie, co widziałam po tym, że moja sukienka, w której byłam u Ryana kilka dni
wcześniej, wręcz wisiała na mnie,
kiedy obudziłam się w tamtej piwnicy.
Miałam
też otarcia, bez wątpienia, chociaż ich nie oglądałam, odleżyny na plecach i
odciski od zapięć stanika i od gumki brudnych majtek.
Dlatego
uznałam, że na tym wszystkim minęło co najmniej pięć dni albo może nawet sześć,
lub siedem.
Zawsze
po obudzeniu towarzyszyła mi ta sama drobna, ciemnowłosa, przestraszona
dziewczyna, która nie tylko ani razu nie odezwała się do mnie, a nawet nie patrzyła
w moją stronę.
Nie
wiedziałam, co jej się przytrafiło, ale wyglądała gorzej niż ja.
Była
też o wiele bardziej apatyczna niż ja.
Jakby
zrezygnowana.
Za
każdym razem, w każdej z tych małych, okropnie zaniedbanych łazienek, starałam
się trochę umyć i już w drugiej znalazłam odrobinę mydła i mały, ale dość
czysty ręcznik, bym mogła to zrobić.
Ona
nigdy tego nie zrobiła, a przynajmniej nie przy mnie.
Dlatego
właśnie nie zrobiłam niczego, by się
uwolnić, a moje myśli stopniowo stawały się coraz bardziej ponure,
zrezygnowane, ciemne.
Jakby
wypłynął ze mnie cały kolor.
Ostatnie
trzy lata były trudne, ale podtrzymywała mnie nadzieja na zobaczenie Willa, a
teraz ta nadzieja, a raczej jej resztki, bo po moich dwudziestych pierwszych
urodzinach mało jej zostało, pękła niczym bańka mydlana.
Po
prostu trwałam tak, zrezygnowana, zawieszona, biorąca jeden dzień naraz, ale
nie oglądająca ich, nie uczestnicząca w tym, co działo się dookoła, nie dająca
niczego innym, bo nie było innych.
Wszystko
otaczające mnie było niczym zły sen, niczym najgorszy senny koszmar na jawie, a
wydarzenia dochodziły do mnie przez mgłę.
A
za szóstym razem było całkowicie inaczej i wcale, ani odrobinę, nie lepiej.
Wręcz
przeciwnie.
Obudziłyśmy
się, jak zwykle się budziłyśmy, leżąc na materacach położonych na cementowej
podłodze w piwnicy, o czym świadczyło nie tylko to, że było ciemno i
śmierdziało stęchlizną, ale również to, że było zimno jak w chłodni, a nie jak
w pokoju zimą.
Znałam
różnicę.
Po
obudzeniu się nie usłyszałam zwykłego Masz
pół godziny, co powinno było mnie zaniepokoić.
Leżałam
przez chwilę, dochodząc do siebie, aż w końcu podniosłam się niepewnie najpierw
na łokciu, a potem do siadu, by spojrzeć na smutną dziewczynę.
Ona
też obudziła się i leżała tam na wznak, rozglądając się zdezorientowana, więc
nie tylko ja nie wiedziałam, co się działo.
Wstałam,
poszłam do toalety i zrobiłam to, co potrzebowałam zrobić, a kiedy wróciłam do
pokoju, do toalety poszła dziewczyna.
Jak
to bywało, była tam krócej ode mnie, więc wciąż stałam po środku pokoju, kiedy
wróciła.
Kiedy
tylko weszła do pomieszczenia, w którym były nasze materace, drzwiami, jak
podejrzewałam, z korytarza, weszło czterech rosłych mężczyzn i obie
automatycznie cofnęłyśmy się pod samą ścianę, bo obie byłyśmy tak samo
wystraszone.
Faceci
byli dobrze zbudowani, ale nie przystojni, a zwłaszcza jeden z nich był brzydki, ale nie podobało mi się przede
wszystkim to, jaki mieli wyraz twarzy.
Obleśny.
Kiedy
jeden z nich, wyglądający na przywódcę, zrobił krok w naszą stronę, lekko
zbliżyłyśmy się do siebie, pochylając się tułowiami, a jego wargi na to
wykrzywiły się i wyglądał jeszcze bardziej paskudnie i… strasznie.
-
Jesteście tu nie bez powodu - powiedział niskim, chrapliwym głosem -
Przejdziecie trening tego, co was czeka u waszego właściciela.
Właściciela?
Porwano
nas dla kogoś, żeby nas sprzedać?
Moje
przerażenie zaczęło rosnąć w zastraszającym tempie, więc zatrzęsłam się, a
potem mój oddech przyspieszył, kiedy poczułam, że oddech mojej towarzyszki
niedoli całkiem zamarł.
Pozostali
trzej faceci, będący nadal naprzeciwko nas, zaczęli się rozbierać, na co
otworzyłam szeroko oczy.
-
Jedna z was jest dziewicą i taka ma pozostać - usłyszałam złowrogi głos tego
samego faceta, który odzywał się przedtem i wstrzymałam oddech, a jednocześnie
moje ciało zesztywniało.
Może
to było egoistyczne, ale miałam nadzieję, że mówił o mnie, że nie wiedzieli, że
byłam z Willem i zostawią mnie w spokoju.
Ale
potem naszła mnie refleksja i przeniknął mnie wstyd, który spowodował wręcz
ból, bo uświadomiłam sobie, że jeśli nie ja
to ona.
Mieli
skrzywdzić tę dziewczynę smutną z nieznanego mi powodu.
-
To nie znaczy, że się nie zabawimy - szepnął facet, nachylając się w moją stronę
tułowiem, a wtedy podniosłam na niego wzrok, który miałam wbity w podłogę,
odkąd tamci zaczęli zdejmować ubrania.
Teraz
byli już w samych slipkach, a na moje spojrzenie gwałtownie je zerwali, wszyscy
naraz, jakby wykonywali jakąś komendę.
Wciągnęłam
powietrze ze strachu, widząc ich penisy w pełnej gotowości, wyskakujące
jednocześnie z majtek, kiedy dziewczyna obok mnie zatrzęsła się tak mocno, że
prawie upadła na podłogę.
Ten
najbrzydszy gwałtownie chwycił ją za ramię i brutalnie pociągnął w stronę jej materaca.
Rzucił
ją tam i zdarł z niej ubranie, prawie całkowicie je rozdzierając.
To,
co działo się później, chciałabym wymazać z pamięci, ale nigdy, przenigdy nie udałoby mi się to, bo to
było okrutne!
Nie
zwracając uwagi na jej protesty, na jęki i okrzyki bólu, na jej łzy, gwałcili
ją na tym materacu najpierw pojedynczo, a potem we dwóch, we trzech, a ten,
którego słusznie uznałam za przywódcę, trzymał moją brodę palcami i siłą unosił
mi twarz ilekroć próbowałam się odwrócić.
-
Patrz i ucz się - mówił do mnie raz za razem.
Kiedy
spróbowałam zamknąć oczy, powiedział, warcząc wrednie - Patrz i ucz się, bo obetnę jej ucho. Nie potrzebuje go, żeby ją
pieprzyć. Ma być dziwką dla wszystkich strażników w pałacu waszego nowego właściciela,
więc niech trenuje, a ty będziesz zabawką dla niego, jego zwierzątkiem, więc
ucz się, jak możesz służyć swemu panu.
Po
pierwszym gwałcie, kiedy ten brzydki facet odszedł spomiędzy nóg smutnej
dziewczyny, przywódca rozkazał mi się rozebrać do naga.
Wciąż
groził tamtej, że zrobi jej gorszą krzywdę, niż już to robili, więc bez
protestu, chociaż ze wstydem, rozebrałam się.
Okazało
się, że miał dla mnie przygotowane „zabawki”.
Jedną
z nich były kocie uszka na opasce, jaką czasem widziałam u małych dziewczynek
na włosach, a drugą był puszysty, biały ogonek.
-
Uklęknij na czterech - rozkazał mi, wskazując brodą na podłogę.
Wykonałam polecenie powoli, z oporami i
niepewnie, ale bez słowa protestu, a kiedy byłam w odpowiedniej pozycji,
podszedł do mnie od tyłu i chwycił moje pośladki.
Nigdy
w życiu tak się nie wstydziłam, jak wtedy.
Dwóch
z tamtych facetów patrzyło na mnie, trzymając penisy w zaciśniętych palcach,
poruszając nimi, więc wiedziałam, że ich to podniecało, a trzeci nie zwracał na
nas uwagi, tylko nieprzerwanie brutalnie gwałcił smutną dziewczynę, która cicho
płakała.
Poczułam
chłód między pośladkami, dotyk na odbycie, a potem nagle, bez ostrzeżenia, w
moją pupę boleśnie wsunęło się coś
zimnego, chyba metal.
Zacisnęłam
pośladki, na co zostałam w nie uderzona i podskoczyłam.
Przywódca
podszedł do mnie od przodu, uniósł moją brodę palcami i założył mi na włosy
opaskę z uszkami.
Potem
przyjrzał się mi, wyjął z kieszeni spodni kredkę, chyba taką do oczu i wciąż
jedną ręką trzymając moją brodę, drugą namalował mi kreski jako wąsy,
przeciągając kredką po moich policzkach długimi, sprawnymi ruchami.
Nie
do końca docierało do mnie to wszystko, bo, prawdę mówiąc nic do mnie nie
docierało.
Byłam
jakby nie w swoim ciele, poza nim.
Nagle
zrozumiałam, co mogła przeżywać Anie, kiedy została zgwałcona, chociaż przecież
tak naprawdę mnie nikt nie gwałcił.
To
było równie złe jak gwałt, bo byłam poniżona,
totalnie upokorzona.
Wykorzystana.
Na
koniec ten, który wciąż się mną zajmował, objął moją szyję i poczułam, że coś
zapinał, a kiedy się odsunął zrozumiałam, że byłam zwierzątkiem, bo miałam na sobie obrożę!
To
było straszne.
Trwało
to przez jakiś czas, ale nie rejestrowałam tego.
-
Kici, kici, kici - usłyszałam na moim tyłkiem, a potem ten sam głos zawołał -
Spójrz tu koteczku.
Odwróciłam
więc głowę i zobaczyłam telefon w jego ręce, po czym domyśliłam się, że zrobił
mi zdjęcie, a potem przesuwał kciukami po ekranie, prawdopodobnie do kogoś je
wysyłając.
No,
tak, byłam zleceniem.
Nie
chciałam o tym myśleć, nie chciałam niczego widzieć, słyszeć ani czuć.
Czułam
się całkowicie upodlona.
Klęczałam
tam na podłodze, zmuszona, nie chcąc, patrzyłam, jak smutną dziewczynę gwałciło
jednocześnie trzech facetów, co chwile wyduszając z niej jęk lub okrzyk bólu i
tylko powtarzałam w myślach: Gdzie jesteś
Will? Czemu mnie opuściłeś?
Zrobiono
mi jeszcze jedno zdjęcie, a potem jeszcze jedno.
-
Teraz nasza kotka zliże grzecznie śmietankę - nagle powiedział tamten ich przywódca,
a kiedy nie drgnęłam, boleśnie złapał mnie za włosy, na siłę przyciągnął do ciała
smutnej dziewczyny, więc podeszłam tam na czworakach i zobaczyłam spermę na jej
brzuchu i kobiecości.
Moja
twarz znalazła się bardzo blisko jej skóry, kiedy do pomieszczenia wszedł
kolejny facet i warknął - Szef wydał rozkaz, by ta została nietknięta.
-
Przecież jej nie tykamy - zarechotał ktoś za moimi plecami, ale nacisk na moją
głowę osłabł, więc odsunęłam się od smutnej dziewczyny.
Jednak
to, co powiedział piąty facet, ten, którego nawet nie widziałam, poskutkowało
bardziej, niż tylko moim uwolnieniem, bo faceci zaczęli się zbierać do wyjścia,
zakładając na siebie ubrania, które był porozrzucane po podłodze.
Z
mojej pupy, szyi i włosów zniknęły „zabawki”.
Smutna
dziewczyna się nie poruszyła, chociaż oczy miała otwarte i płynęły z nich łzy,
więc wiedziałam, że żyła.
A
potem zostałyśmy same.
Czułam
wstręt do siebie z kilku powodów.
Jednym
był oczywisty z faktu, że zostałam wystawiona naga na ich widok i bawili się
moim ciałem, a drugim, wcale nie mniej przygnębiającym był ten, że nie zrobiłam
nic, by uchronić współtowarzyszkę
mojej niedoli od takiego okropnego potraktowania.
Nie,
żebym miała taką możliwość.
Ale
pomimo to starałam się to naprawić, bo czułam się winna.
Nakłoniłam
ją, by wstała ze swojego śmierdzącego materaca i pomogłam jej pójść pod prysznic,
gdzie zostawiłam ją, gdy szorowała swoje ciało mydłem do czerwoności, płacząc
cicho, ale nieprzerwanie i gdzie zostawiłam ją na dobre kilkanaście minut, by wrócić
do pokoju i ubrać się w moje ubrania, zanim zdecydowałam się wejść do niej,
zakręcić wodę i delikatnie ją stamtąd wyprowadzić, owijając ją naszymi dwoma
małymi ręcznikami.
Nie
przejmowałam się tym, że sama byłam brudna i miałam ochotę szorować się tak,
jak ona się przed chwilą szorowała.
Pomogłam
jej się ubrać w te same, co miała na sobie wcześniej, podarte ubrania,
posadziłam ja na moim materacu i usiadłam obok.
A
wtedy nad naszymi głowami rozpętało się piekło.
To
nawet było śmieszne.
Piekło
rozpętało się w piekle, bo tam właśnie byłyśmy.
Do
naszej piwnicy wpadł jeden z facetów, którzy byli u nas wcześniej, spojrzał na
smutną dziewczynę, zwrócił wzrok na mnie, złapał mnie za rękę, podniósł do
stania i przyciągnął do swojego frontu plecami, jakby się mną przed czymś
zasłaniał.
Dwie
sekundy później do piwnicy wpadł człowiek w czarnym stroju, kamizelce
kuloodpornej z napisem FBI i w kominiarce na głowie.
Na
jego widok jednocześnie poczułam ulgę, radość i strach.
Dopiero
wtedy dotarło do mnie, że miałam być żywą tarczą dla tamtego gwałciciela, a
skoro było tam FBI to mógł być i Will.
Nagle
to było jedyne, co się liczyło.
Nie
czułam strachu, nie czułam wstydu, tylko czekałam, że zaraz przez drzwi wkroczy
Will i ocali mnie przed tym, cokolwiek miał zamiar zrobić mi ten facet za moimi
plecami.
Dlatego
nie zauważyłam momentu, kiedy mężczyźni zaczęli się przepychać, a jeden z nich
szarpnął ręką drugiego, przez co pistolet gwałciciela, który był tuż przy moim
boku, wystrzelił.
Huk
był niesamowity, ale pokonał go krzyk, a właściwie pisk.
Nie
mój.
Nie
poczułam bólu, ale zdumienie, dezorientację, bo ogarnęła mnie niemoc, mgła, a
potem ciemność.
Obudziłam
się w szpitalnym łóżku.
Nie
wiedziałam, ile czasu upłynęło od chwili mojego omdlenia.
Myśląc
o tym wszystkim przez strasznie długą,
przygnębiająco samotną, niepotrzebnie
cichą godzinę, czułam się coraz gorzej.
Nie
fizycznie, bo przez wkłucie, jakie miałam w zgięciu prawej ręki, płynęły mi do
żyły jakieś leki, a jednym z nich był prawdopodobnie przeciwbólowy, ale
psychicznie, bo narastało we mnie poczucie winy, osamotnienia i bezużyteczności.
Wreszcie
do mojej sali weszła lekarka, a za nią pielęgniarka.
-
Och - powiedziała lekarka - Obudziła się pani.
Nie
przytaknęłam, bo nie musiałam potwierdzać oczywistego.
-
Jestem doktor Ada Orbansky - przedstawiła się lekarka.
Była
młoda, chociaż mogła mieć te trzydzieści lat, dość ładna, ciemnowłosa,
ciemnooka, a co ważniejsze, sympatyczna i chyba szczera.
-
Abigail - odchrząknęłam i przedstawiłam jej się - Jestem Abigail Sensible.
Proszę mi mówić Abi.
-
Tak, wiem - zaskoczyła mnie - Powiedziano nam. Jest tam ktoś, kto panią zna i
trochę nam opowiedział. Mamy też dostęp do twojej karty z ubezpieczalni.
Byłam
tak zaskoczona, że otworzyłam usta i zagapiłam się na nią.
To
niemożliwe!
Czyżby…
-
Masz przestrzelony mięsień prawego uda - poinformowała mnie doktor Ada, nie
czekając na moją reakcję - Zeszyliśmy to i będzie dobrze, ale po zagojeniu tego
będzie potrzebna rehabilitacja. Straciłaś trochę krwi, jesteś niedożywiona i
osłabiona. Toksykologia nie wyszła tragicznie, ale też nie do końca dobrze. Coś
ci wstrzyknięto jakiś czas temu.
-
Wiem - szepnęłam - Kilka razy przez ostatnie kilka dni.
-
No, tak - westchnęła lekarka - To by wiele wyjaśniało.
Przez
chwilę wszystkie trzy milczałyśmy, ale one były zajęte, bo odczytywały coś z
ekranów, wpisywały do karty pacjenta na podkładce, którą pielęgniarka wyjęła z
ramy łóżka, pielęgniarka pokazywała lekarce jakieś dane, więc tylko ja nie
miałam nic do roboty.
Leżałam
tam i cierpliwie czekałam na werdykt.
-
Dobrze, Abi - powiedziała w końcu lekarka - Myślę, że możesz jeszcze dzisiaj
wracać do domu.
Co
takiego? Ale jak?
-
Zabiorą cię do samolotu - poinformowała mnie - Odstawią cię do rodziny.
Zamrugałam
gwałtownie, bo nie pomyślałam o tym, a teraz była bardzo wdzięczna, że ktoś
pomyślał.
Przecież
na pewno bardzo się martwili o mnie.
Zanim
się obejrzałam, zostałam znowu sama, ale tym razem moje myśli wypełnione były
powrotem do domu.
*****
Dwie godziny później…
Siedziałam
na wygodnym, rozkładanym siedzeniu jak na moje oko luksusowego samolotu typu Cessna, który był mały, kilkunastoosobowy
i nie miał z boku żadnych napisów, ale z tyłu miał wydzieloną część, która była
starannie zamknięta.
I
tak nie mogłabym tam wejść, nawet jakbym chciała, bo nie mogłam zbyt sprawnie chodzić,
chociaż w szpitalu zaopatrzono mnie w dwie wygodne, dopasowane dla mnie kule.
Leżały
na dalszym siedzeniu i nie mogłam ich dosięgnąć.
Dostałam
również komplet nowych ubrań, w które pomogła mi się przebrać pielęgniarka
zaraz po tym, jak pomogła mi się wykąpać pod prysznicem i umyć głowę, a potem
wysuszyć włosy.
Nie
dostałam do ręki żadnych dokumentów, nie powiedziano mi zaleceń co do
postępowania z moją raną, a usłyszałam tylko od doktor Ady Orbansky, że „ktoś
się mną zajmie w podróży” i „on wie wszystko, co potrzeba”.
Miałam
się dowiedzieć, kim był niewiadomy on.
To
wszystko było bardzo tajemnicze i
trochę mnie denerwowało, ale byłam już bardzo zmęczona.
Po
długich chwilach kolejnych badań, rozmów, kąpieli i przebierania w szpitalu, przywieziono
mnie tu ambulansem pod opieką pielęgniarki, która pomogła mi ze wszystkim,
chociaż nie wchodziła na pokład samolotu.
To
od niej dowiedziałam się, że należał do FBI.
Powiedziała
mi również, że tamta droga dziewczyna była w o wiele gorszym stanie niż ja i
została w szpitalu, bo była pod wpływem środków uspokajających, nasennych,
antybiotyków i innych, czego już mi nie powiedziano.
I
tak jej nie znałam.
Ale
przecież i ona miała tam, na północy, kogoś, kto martwił się o nią, kto ją
kochał i czekał na jej powrót, więc trochę
o niej myślałam.
Przez
ostatnie godziny jednak myślałam głównie o mojej rodzinie, o ich zamartwianiu
się, o tym ile powinnam powiedzieć najbardziej Anie i tacie, ale też Jackowi,
bo był bystry i na pewno coś już wiedział, by nie martwić ich nadmiernie, ale
wyznać im prawdę.
Mama
też nie mogła wiedzieć wszystkiego o tym, co się ze mną działo, a może nawet
powinna wiedzieć o wiele mniej niż oni, bo jej psychika była przecież taka
delikatna.
Moim
przyjaciółkom, przyjaciołom mogłam wyznać nieco więcej prawdy, ale też nie
byłam pewna, czy kiedykolwiek będę gotowa przyznać się, jaka byłam słaba i
żałosna.
-
Wszystko dobrze? - przerwał moje ponure myśli miły, młody steward, który pomógł
mi wcześniej wsiąść na pokład, zająć miejsce w fotelu, przypiął mnie pasem
bezpieczeństwa, pomógł mi dopasować go, ale zapowiedział, że rozłoży fotel do
spania dopiero, kiedy wystartujemy - Jeszcze przez chwilę musimy zaczekać. Potrzebuje
pani czegoś?
Pokręciłam
głową z lekkim uśmiechem.
-
Nie, dziękuję - szepnęłam, a później oparłam tył głowy o zagłówek, by przymknąć
oczy i odpoczywać.
W
szpitalu dali mi jedzenie i picie, wstrzyknęli mi leki przeciwbólowe, które
miały działać jeszcze przez kilka godzin, więc naprawdę nie potrzebowałam
niczego poza odpoczynkiem i czułam się dość dobrze, jak na mój stan.
Poczułam,
że steward odszedł i zostałam sama z moimi myślami.
Kiedy
czekałam kolejne długie minuty zapięta pasem do siedzenia w tym luksusowym
samolocie, częściowo unieruchomiona, powieki mi opadły, stopniowo rozluźniłam
się i zaczęłam zasypiać, a wtedy coś mi kazało otworzyć oczy i spojrzeć przez
okienko, gdzie zobaczyłam rękaw skórzanej kurtki mężczyzny, wchodzącego na
schodki, który wydał mi się ekscytujący.
Z
niewiadomego mi powodu poczułam podniecenie, zdenerwowanie, wyprostowałam plecy,
uniosłam głowę i wbiłam wzrok w drzwi.
Mężczyzna,
który wszedł do samolotu był ciemny, zarośnięty na twarzy niechlujnym, czarnym
zarostem, miał długie, czarne włosy spięte w kucyk, był ubrany w czarną,
skórzaną kurtkę i patrzył tylko na mnie.
I
był mój.
-
Will - szepnęłam drżącym głosem.
A
Will stanowczym, zdecydowanym, ale niespiesznym krokiem szedł w moją stronę
przejściem między fotelami i zatrzymał się dopiero dwa kroki ode mnie.
-
Miałaś być bezpieczna w domu, Abi - powiedział z takim absurdalnym zarzutem w
głosie, że rozpłakałam się, jak nie płakałam od dzieciństwa i wyciągnęłam do
niego ręce.
-
Will, proszę - zaszlochałam przy tym
i wyciągnęłam do niego obie ręce, ale nie musiałam błagać, bo sam do mnie
przyszedł.
Uklęknął
na jednym kolanie przy moim fotelu, rozpiął mój pas i objął mnie ramionami tak,
że przysunęłam się do niego całym ciałem.
Jakimś
cudem dokładnie wiedział, jak mnie złapać, by nie urazić mojej rannej nogi, a
nadal przylegałam do niego całym tułowiem, kiedy moja twarz była schowana w jego
szyi.
Ale
to był Will, a Will wiedział wszystko.
Płakałam
tak przez chwilę, czując się jak mała zrozpaczona dziewczynka w bezpiecznych
objęciach ukochanego i odpoczywałam.
Kilka
minut później usłyszeliśmy chrząknięcie i oderwaliśmy się od siebie.
Pociągnęłam
nosem, wytarłam oczy czubkami palców i odwróciłam głowę, by nie pokazać się
nikomu obcemu w takim żałosnym stanie.
Nikt
jednak do nas nie podszedł.
Will
usiadł w fotelu obok mnie, a kilku mężczyzn na fotelach, które były przed nami,
a każdy miał mnóstwo miejsca na nogi i rozłożenie fotela do pozycji leżącej.
Nikt
nie usiadł w pojedynczym fotelu po drugiej stronie przejścia obok nas i
pomyślałam sobie, że Will to wszystko ustawił.
Rozkazywał im?
Był
ich przywódcą?
O,
Boże, jak ja go nie doceniałam!
Spojrzałam
w jego kierunku i na mojej twarzy chyba było widoczne uwielbienie, które
czułam, bo zapinał się co prawda i lokował w fotelu, ale odwrócił wzrok w moją
stronę i spojrzał na mnie z czułością.
-
Zaraz wystartujemy - mruknął do mnie, a ja skinęłam głową, patrzyłam na niego i
nie byłam zdolna do wyduszenia z siebie choćby jednego słowa.
Ale
nie mogłam odwrócić wzroku nawet na sekundę, jakbym bała się, że Will rozwieje
się w powietrzu, zniknie jak marzenie senne.
Kiedy
wreszcie ogłoszono nam, że mogliśmy rozpiąć pasy, Will zrobił to ze swoim,
potem z moim, a potem delikatnie, jakbym była ze szkła, wciągnął mnie na swoje
kolana.
-
Słoneczniku - mruknął mi we włosy, kiedy byłam już wtulona bezpiecznie w jego
ramiona - Tak mi przykro, że nie mogłem być przy tobie.
Moje
ramiona wokół niego zacisnęły się spazmatycznie, bo pamiętałam moje rozżalenie,
że nie przyjechał.
-
Pracowałem pod przykrywką - Will nadal mruczał, wyjaśniając mi, co się stało -
Musiałem to dokończyć.
-
Ale już jesteś - szepnęłam, uspokajając jego i siebie jednocześnie, bo był.
Will
westchnął i przycisnął mnie mocniej do siebie, a potem cichym, stonowanym,
spokojnym głosem zaczął mówić, zmieniając mój świat i dając mi za dużo informacji.
Nie
wszystko z tego chciałam wiedzieć, ale on najwidoczniej uznał, że powinnam
wiedzieć wszystko.
*****
Wiliam
To
była jego Abigail, jego Słonecznik, więc Will mówił jej wszystko, co musiała
wiedzieć, żeby zrozumieć, ale nadal nie mówił wszystkiego.
Niektórych
rzeczy nie mógł powiedzieć, bo były tajne.
Inne
przemilczał, bo były zbyt drastyczne.
Jego
Abigail była mądra, dojrzała, dobra,
wyrozumiała i kochała go.
Ale
powiedział jej w telegraficznym skrócie tylko tak dużo, żeby zrozumiała, że nie był dobrym człowiekiem.
-
…będąc już w gangu robiłem to, co oni robili, żeby zabezpieczyć przemyt - mówił
zduszonym, suchym głosem, który, jak się postarał, nie odzwierciedlał
buzujących w nim emocji - …zabijałem, biłem, torturowałem, oszukiwałem.
Bo
chciał, żeby miała wybór.
Opowiedział
jej wszystko, bez wnikania w szczegóły, mówiąc dobre dwadzieścia minut, kiedy
wciąż leżała w jego ramionach, oparta biodrem o jego kolana, a ranną nogę
trzymając na swoim fotelu.
-
Więc widzisz, Kwiatuszku - zaczął kończyć głuchym głosem, wręcz szczęśliwy, że
nadal miała twarz wtuloną w jego szyję i nie mogła widzieć udręki w jego oczach
- Nie jestem dobrym człowiekiem. Dlatego wahałem się, czy w ogóle do
ciebie przyjechać. Ale umówiliśmy się, że damy sobie prawdę.
Zamilkł
i czekał na wyrok.
-
Więc dajesz mi prawdę - szepnęła Abigail, nie poruszając się.
-
Tak - szepnął Will, a jego serce się ścisnęło, bo pomyślał, że to było to.
To
był jego koniec, skoro Abi zrozumiała, że nie był dobrym człowiekiem, że nie
był dobry dla niej, nie wystarczająco.
-
Robiłeś to, żeby rozbić tamten gang - bardziej stwierdziła niż zapytała
dziewczyna w jego ramionach, a on nie mógł zaprzeczyć.
-
Tak - przyznał jej rację - …i nie tylko - dodał.
-
Nie tylko? - Abigail wreszcie podniosła głowę, by na niego spojrzeć.
Will
wiedział, że jego współpracownicy, jego szef, ci, którzy siedzieli przed nimi,
nasłuchiwali, więc nie mógł przekroczyć pewnej granicy, ale nadal mógł jej trochę powiedzieć.
-
To była cała sieć - wyjawił, patrząc jej w oczy.
-
Poznałeś Marka? - zadała następne pytanie, które świadczyło o tym, że dużo
wiedziała, była mądra i powiązała wiele faktów.
-
Marka? - Will grał na zwłokę, a jednocześnie usilnie starał się nie spojrzeć na towarzyszących im
facetów, którzy właśnie zamarli.
-
Marka Taylora - dodała Abigail - Porwali go w prawie identyczny sposób, jak
mnie, mnie też więzili w skrzyni i faszerowali jakimś świństwem przez kilka dni
- na jej wyjaśnienie Will nie powstrzymał się i rzucił okiem na widoczne na
oparciu fotela przed nimi ramię szefa, który zesztywniał i było to widać.
Nie
wiedzieli tego, co Abi przeżyła, ile wiedziała i to była jego wina, bo nie pozwolił jej przesłuchać, nie chcąc dodawać jej
zdenerwowania.
Powinien
był wiedzieć lepiej, przecież znał ją.
Jego
Abigail była dojrzała, mądra i słuchała
innych.
I
tak, skojarzyła fakty.
A
teraz jej ciało napięło się, jakby chciała się odwrócić, ale zrezygnowała, więc
Will wiedział też, że zauważyła jego spojrzenie.
Kiedy
ponownie spojrzał jej w oczy, jej twarz była napięta, a potem delikatnie
skinęła głową i rozluźniła się.
Odpuściła,
bo domyśliła się, że tamci słuchali.
-
Zrobiłam coś złego - po krótkim
milczeniu wyjawiła mu Abi napiętym szeptem, a Will zamarł z zaskoczenia.
-
Trzy miesiące po twoim wyjeździe - mówiła cicho, a w jej głosie wciąż brzmiało
napięcie i skrucha - …kusiłam pewnego faceta. Flirtowałam z nim.
Kusiłam? Flirtowałam?
- Will prawie parsknął śmiechem na myśl o tym, bo nie wyobrażał sobie swojej Abigail
kuszącej kogokolwiek i w jakikolwiek sposób z kimś flirtującej.
Powstrzymała
go od uśmiechu powaga na jej twarzy i wyraz bólu, jaki przemknął przez jej
oczy.
-
Poszłam z nim na Sylwestra - wyjawiła mu, a on nie przyznał się, że to wiedział - …chodziliśmy na randki.
Ale to nie było to i poprosiłam go, żebyśmy zostali przyjaciółmi. Nie przyjął
tego dobrze. Przeze mnie potem zranił
inną kobietę. Lisa była dziewczyną Marka. Teraz jest jego żoną.
To
Will również wiedział.
Był
w SCL jeszcze nawet pół roku później, na rozdaniu świadectw w liceum Abigail,
ale nie zamierzał jej tego mówić.
Jeszcze
nie teraz, a na pewno nie przy swoim szefie.
Pamiętał,
jak się czuł, kiedy patrzył na swojego Słonecznika, stojącego na scenie w tej
pieprzonej, brzydkiej jak cholera, czarnej todze.
Potem
widział ja na trawniku kampusu, w otoczeniu rodziny, obok jej ciężarnej
siostry, kiedy Abi zdjęła togę i była ubrana w piękną, żółtą sukienkę.
Jego
słońce, jego kwiaty, jego życie, jego Słonecznik.
Tylko
że wtedy nie jego.
Nie
powinien był wtedy tam być, ale nie mógł się powstrzymać, żeby ją zobaczyć,
chociaż zrobił to w sekrecie, więc jechał motocyklem przez trzy stany przez
cały dzień i noc bez przystanku, żeby nikt go nie namierzył.
-
Abi - mruknął Will, obejmując bok jej twarzy - To nie była twoja wina. Ty nawet
nie umiesz nikogo kusić.
Zaczerwieniła
się i burknęła - Taaa - zniżając brodę do szyi, ale nie zabrała rąk z jego
ramion.
Will
uśmiechnął się.
-
Ten facet po prostu jest dupkiem - mruknął wyjaśniająco.
-
Ale dawałam mu fałszywą nadzieję… - zaczęła Abi, a potem urwała, by wciągnąć drżący
oddech, więc przycisnął ją mocniej do siebie.
-
Sam sobie robił nadzieję - mruknął Will z niechęcią do tego faceta, który nie
potrafił być mężczyzną - Nie zwracał uwagi na znaki. Przecież nie kazałaś mu
się całować - Abigail zesztywniała, a potem pokręciła gwałtownie głową - Nie
deklarowałaś miłości - jej twarz stała się buraczana, a potem zamrugała
gwałtownie i Will zastanowił się, co takiego się stało między nią a tamtym
dupkiem, że tak to przeżywała.
-
Nie mogłam - szepnęła w końcu - Ja nadal… - spojrzała na niego w taki sposób,
że wiedział.
Will
zamarł.
Kochała
go?
Nigdy
tego nie powiedziała, ale zawsze to czuł, chociaż w tej chwili nie był tego
pewien, bo minęło przecież tak dużo czasu.
Milczeli
przez kilka sekund i tylko patrzyli na siebie, niewerbalnie mówiąc sobie
więcej, niż powiedzieli kiedykolwiek słowami.
A
potem coś się zmieniło.
Abigail
westchnęła, nabrała powietrza, wstrzymała oddech i wyglądało na to, że chciała
coś dodać.
Will
czekał cierpliwie.
-
Dowiedziałam się również, że to przeze
mnie mama stała się taką egoistką, myślącą tylko o sobie - Abi już nie
patrzyła mu w oczy, tylko na jego brodę, a Will pomyślał Jakim cudem? - Przez moją chorobę mama odsunęła się od rodziny,
zaczęła mieć depresję, a potem przez to Lucy stała się taka, jaka była.
Kurwa!
-
Co?! - warknął Will i wiedział, że
powinien milczeć, ale nie wytrzymał.
-
J-ja… - nagle zająknęła się Abigail, zamilkła, spojrzała w jego oczy i Will
zobaczył, że się bała.
Przestraszył
ją, a jego dziewczyna przeżyła wystarczająco dużo.
-
Przepraszam - mruknął - To nie twoja wina, Abigail. Twoja mama była dorosła, kiedy to się stało. Miała pomoc twojego taty. Mogła szukać pomocy u psychologa w
szpitalu. Cokolwiek. Ale nie może
tego zwalać na ciebie.
-
To nie ona - mruknęła Abi.
Will
zmarszczył brwi, nie rozumiejąc.
-
Mama tego nie zwala na mnie. Anie powiedziała mi to, kiedy powiedziałam jej, że
chcę się wyprowadzić od mamy - wyrzuciła z siebie, nadal mówiąc półgłosem - Wiesz,
że ona zawsze chce wszystkich bronić. Ale ja zrozumiałam wtedy…
Will
ponownie nie wytrzymał i przerwał jej.
-
Wymyśliłaś sobie, że to przez ciebie
- powiedział twardo, a wtedy Abi popatrzyła na niego i w jej oczach zalśniły
łzy.
Wtedy
Will dowiedział się, że było coś więcej, co ją dręczyło, bo gwałtownie zmieniła
temat.
-
A ta dziewczyna - dodała zduszonym tonem, a jej głos podniósł się o oktawę,
kiedy było słychać łzy w jej głosie - Tam w piwnicy. Ona… nie pomogłam jej - krople popłynęły po jej policzkach, ale
przynajmniej przestała mówić.
Brała
wszystko do siebie.
Całe
zło świata.
Bardzo
dużo płakała, a on nigdy wcześniej nie widział, żeby w ogóle płakała.
Musiała
być wyczerpana psychicznie, a on dokładał jej zmartwień.
-
Zwątpiłam w ciebie - wydukała w końcu i Will wreszcie zrozumiał.
Próbowała
być silna, dzielna i zasłużyć sobie na jego pochwałę, na to, by był z niej
dumny, ale on nie wracał.
Miał
być z nią już od pewnego czasu, a nawet nie zadzwonił, nie wrócił na jej
dwudzieste pierwsze urodziny, nie dał jej znaku, że pamiętał.
Zawiódł
ją.
To
była jego wina, że Abigail się
załamywała.
-
Abigail - szepnął śpiewnie, czule,
jak szeptał dawniej, i dłonią przyciągnął jej twarz do swojego ramienia - Nie
możesz brać zła całego świata na swoje barki. Jesteś, jaka jesteś. Nasycasz
świat kolorami. Jesteś światłem. Ale ludzie są różni. Nie radzą sobie, bywają
źli, nie pomożesz wszystkim. Nie obronisz.
Podziałało
i łzy przestały płynąć.
-
To ja obiecałem wrócić i nie wróciłem
- kontynuował, a kiedy próbowała zaprzeczyć, nie dał sobie przerwać - Tak.
Wiem, że byłem zajęty. Ale nadal to trochę moja
wina. Dlatego, proszę, odpuść.
Zrelaksowała
się na jego klatce piersiowej i Will poczuł się znowu spokojny, jakby trzymał
cały świat w swoich rękach.
-
No, widzisz - szepnęła nagle Abi, nie podnosząc głowy - To działa również w
twoim przypadku.
-
Co? - zapytał cichym pomrukiem, marszcząc brwi i przyciskając brodę do jej
włosów.
-
Musisz czasem zrobić coś złego, żeby zrobić coś dobrego - dziewczyna wyjaśniła
cicho - Ludzie są różni - zacytowała
go - Ale tych złych trzeba zabić, pobić lub oszukać. Zrobiłeś to. I dlatego
pokonałeś ich. I obroniłeś mnie. A
poza tym, nie przewidzisz wszystkiego. Ty
też nie możesz brać na swoje barki zła
całego świata.
Will
milczał przez chwilę, przetrawiając jej słowa.
-
Oboje mamy swoje demony - podsumował w końcu ich rozmowę.
-
Tak - szepnęła, dotykając palcami do jego zarośniętej brody - I możemy razem z nimi walczyć.
Mogli.
Will
nagle zaczął wierzyć, że to było
możliwe.
Mogli
walczyć ze swoimi demonami ramię w ramię.
Abigail
była mądra, dzielna i pomogłaby mu w tej walce, a on wreszcie uwierzył, ze mógł
pomóc jej w walce z jej demonami.
Aż
do tej chwili nie wiedział, że ona również je miała.
Może
jeszcze jakieś kryła w swoim umyśle.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń