Rozdział 7
Byłaś taka dzielna (cz.1)
Wiliam
Kurwa mać!
Will
był cholernie wściekły na siebie za zlekceważenie Lucasa i Lucy Scammer’ów, bo
przecież wiedział, że dzień wcześniej zapuszkowali prawie całą szajkę, ale tę
dwójkę zostawili na wolności.
Lucas
im po prostu umknął wraz z jednym z jego kumpli, ale Lucy zostawili wolną z
premedytacją.
Po
pierwsze, dowody na jej przestępstwa był niejasne i do podważenia, a chcieli ją
mieć za kratkami na dobre.
Po
drugie, to ona mogła być tą, która doprowadziłaby ich do Lucasa.
Obserwowali
ją.
Ale
wydawało się, że całkowicie spieprzyli sprawę, skoro Hannah Brown została tego
wieczoru zaatakowana.
Kiedy
Will zobaczył przerażoną minę Abigail, był na siebie tak wściekły, że miał
ochotę coś rozpieprzyć, ale ćwiczona przez niego przez lata kontrola agresji
teraz się przydała.
Ta
wystraszona, młoda i niewinna dziewczyna potrzebowała go, potrzebowała jego wsparcia,
ale też potrzebowała schronienia i Will zamierzał jej to wszystko dać.
Tego
wieczoru, kiedy, będąc u niej, usłyszał o ataku na jej siostrę, nie wyszedł od
razu, chociaż bardzo chciał, bo potrzebował się dowiedzieć, co z innymi
kobietami i co się właściwie stało.
Ale
Abigail przylgnęła do niego, jak tylko poczuła jego dłoń na swoim ciele, więc
praktycznie natychmiast, jak do niej wszedł przez okno, bo wtedy już rozmawiała
przez telefon z Evą Spark i usłyszała złe wieści.
Potrzebowała
go.
Nie
puścił jej, kiedy skończyła rozmowę i odwróciła się do niego przodem, bezradnie
wpatrując się w swój telefon, ale objął ją również drugą ręką i przyciągnął do
siebie, a Abi oparła się o jego ciało całym ciężarem, opadając czołem na jego
pierś.
Dlatego
Will po prostu tkwił przy tej dziewczynie, której chciał dać wszystko, ale mógł
tylko zapewnić bezpieczeństwo i nawet w tym zawiódł.
-
A-Anie… - Abi oddychała płytko, jąkając się spazmatycznie - Anie została… za-za-zaatakowana.
Nie… ja.. ja nie zdążyłam jej… os-os-ostrzec - jej głos był taki słaby, bezradny.
-
Ciśś - Will uspokoił ją, odwrócił ich w stronę jej łóżka, położył ją na
plecach, a potem wszedł tam za nią i znowu objął ją ramionami, przyciągając
blisko, by jej twarz była schowana w jego szyi.
Gładził
ją po plecach i szeptał - To nie
twoja wina. Nie twoja. Moja.
Milczał
przez chwilę, aż dotarło do niego, że to była właśnie ta jedyna, najprawdziwsza
prawda.
To
była wyłącznie jego wina, bo to on
wskazał tamtym Hannah, jako znajomą jego i może innych agentów, więc Lucy i
Lucas po jego głupim zachowaniu przed kościołem po ich ślubie mogli pomyśleć,
że to najstarsza z sióstr była informatorką.
-
Mogłem wcześniej coś zrobić - Will mówił do dziewczyny w swoich ramionach, ale
trochę do siebie - Mogłem…
-
Nie - Abi szarpnęła się, poderwała głowę tak szybko, że prawie uderzyła czołem
w jego brodę, ale zdążył się cofnąć i patrzył na nią ze zdziwieniem - To nie
jest twoja wina. To oni. To wszystko
przez nich.
-
Tak - szepnął w końcu i, chociaż w to nie wierzył, trochę się odprężył, bo
zadziałało.
Abi
przestała myśleć o tym, co ona mogła
zrobić i czy ona zawiniła.
Leżał
tak przez jakiś czas, przytulał ją, chłonął jej bliskość, ale też układał w
głowie plan na najbliższe dni.
-
Nie mogę dzisiaj z tobą zostać, no… najwyżej pół godziny - powiedział
zdecydowanie i poczuł, że przestała oddychać, więc nie pomyślała w ogóle o tym,
że mógłby być z nią dłużej, chociaż wiedział,
że potrzebowała go tam - Muszę się wszystkiego dowiedzieć. Dowiedzieć się, co
się stało, co wie policja, co z innymi kobietami.
Poczuł,
że skinęła głową, nie odrywając skroni od jego szyi.
-
Jutro masz imprezę, na którą pewnie chciałabyś pójść - odsunął się lekko, by na
nią spojrzeć i zobaczył, ze skupiła wzrok na punkcie poza nim - Te urodziny u
Sparków. Musisz też porozmawiać z mamą. Najlepiej rano.
-
Eva prosiła - Abi zaczęła cicho, więc Will się spiął w oczekiwaniu na to, co
chciała powiedzieć - …żebym rano pojechała do domu Anie i wzięła jakieś rzeczy
dla Jacka, bo Billy był w szpitalu z Anie. Nie wiem, co to znaczy. To znaczy… -
wzięła głęboki wdech - Nie wiem na jak długo Jack miałby tam zostać. U Evy. Ja…
-
Dobrze, Słonko - mruknął Will - Jutro rano zadzwonię i powiem ci czego się
dowiedziałem, okej?
Abi
skinęła głową nerwowo.
-
Wcześnie rano - uściślił Will.
-
Dziękuję - szepnęła Abi i rozluźniła się w jego ramionach.
Kurwa,
nie powinno mu być z tym tak dobrze, bo nie
było dobrze.
Ale
lubił mieć ją w ramionach.
Will
czuł się jak gówno, bo wiedział, że coś spieprzył, skoro był odpowiedzialny za
bezpieczeństwo tych kobiet i zawiódł, ale jednocześnie czuł się wspaniale, bo
podobało mu się to, że Abi tak ufnie się do niego tuliła i czuła się z nim
bezpiecznie.
O
reszcie mógł pomyśleć jutro.
*****
Abigail
Dobę później…
Stałam
w salonie mieszkania, które Will określił jako „bezpieczne” i rozglądałam się,
kiedy on poszedł do samochodu po resztę naszych toreb.
Powinnam
się trochę rozejrzeć po moim nowym lokum, ale byłam półprzytomna, bo prawie nie
spałam poprzedniej nocy, a od szóstej byłam praktycznie przez cały czas na
nogach.
Byłam
wyczerpana, ale nie zmęczona
fizycznie, tylko psychicznie tym wszystkim, co się działo.
Wpół
do siódmej rano zadzwonił do mnie Will, a ja odebrałam po pierwszym dzwonku, bo
czuwałam i czekałam na jakiekolwiek informacje.
-
Tak? - westchnęłam do słuchawki na powitanie.
-
Abigail - usłyszałam od niego i to wystarczyło, żebym poczuła się lepiej, ale
natychmiast Will przekazał mi szereg bardzo złych
nowin.
To,
jak mi je powiedział, świadczyło o tym, że we mnie ufał, wierzył w moją siłę,
ale też o tym, że nie miał czasu na przewlekanie tego.
-
Hannah została napadnięta wczoraj, jak wracała od lekarza - powiedział bez wahania i szybko - Nie pobili jej, ale…
hmmm… zgwałcili - dodał Will trochę
ostrożniej, po czym zamilkł na sekundę - Jak się z tym czujesz? Mam przyjechać?
- zapytał zaniepokojonym tonem.
Musiał
usłyszeć, co się ze mną działo, bo faktycznie mój oddech nie był właściwy, ale
pomyślałam, że był zajęty.
Pilnie
pracował, żeby zapewnić mi bezpieczeństwo, żeby zadbać o inne kobiety, żeby
zamknąć tych złych, którzy zarażali innym, więc ja musiałam być dzielna i pomóc
mu.
Niezależnie
od tego, co tkwiło mi w gardle, wyprostowałam plecy i na krótko zamknęłam oczy,
zanim mogłam się skupić.
-
Nie - powiedziałam przez zaciśniętą krtań, zbierając wreszcie całą swoją siłę -
Nie przyjeżdżaj. Pracujesz - dodałam
łagodnie - …a ja dam sobie radę.
-
Racja - powiedział cicho, a po krótkim wahaniu dodał - Jeden z nich użył
prezerwatywy. Hannah wpadła we wstrząs anafi…
-
Anafilaktyczny - dokończyłam szeptem razem z nim, bo znałam to, słyszałam o tym
i wiedziałam, czym to groziło.
Anie
była uczulona na lateks, więc kontakt z prezerwatywą musiał spowodować u niej
silną reakcję, która mogła się skończyć nawet jej śmiercią, jeśli nie
otrzymałaby szybkiej pomocy.
-
Zadzwoniła na numer alarmowy - powiedział Will, chyba domyślając się, jaki był mój
największy strach - Dostała szybką pomoc i trafiła do szpitala.
Usłyszałam
przy tym wszystkim jedno małe ale,
więc czekałam na ciąg dalszy i nie pomyliłam się.
-
Abi - powiedział Will trochę ciszej, łagodniej i jakby pochylał się nad
telefonem - Ona była w ciąży. Prawdopodobnie straci dziecko.
-
O! - jęknęłam z żalem i bólem, który
mnie ogarnął tak gwałtownie, że nie zapanowałam nad tym, chociaż chciałabym
zapanować, bo nie chciałam go martwić.
-
Słonko… - mruknął Will, jakby bardzo żałował, że nie było go blisko, by mnie
przytulić tak, jak przytulał mnie poprzedniego wieczoru, a ja też tego bardzo
chciałam, ale przecież był zajęty.
-
Nie! - powiedziałam drżącym głosem -
Już dobrze. Mam się dobrze.
-
Musisz powiedzieć swojej mamie - powiedział mi Will coś, czego bardzo się
bałam, ale wiedziałam, że musiałam to zrobić.
-
Tak - powiedziałam, a mój głos nadal nie brzmiał silnie i właściwie.
-
Powiedz jej tyle, ile uznasz, że musisz - poinstruował mnie Will, a ja byłam za
to wdzięczna, bo naprawdę potrzebowałam jego siły i mądrości - Ale, wiesz,
Hannah jest w śpiączce, i tak nie będzie z nią kontaktu, więc odwiedzanie jej
jest bez sensu.
Och,
nie spodziewałam się tego, ale tym
razem udało mi się opanować jęk bólu, żeby nie martwić tego troskliwego
mężczyzny.
-
Racja - szepnęłam tylko.
-
Poza tym jest opuchnięta - Will kontynuował nieświadome wbijanie mi noży w
serce, bo pamiętałam - Nie wygląda
ładnie, więc może twoja mama nie powinna jej oglądać.
Tego
powinnam się spodziewać po poprzednim razie, kiedy Anie miała takie uczulenie,
bo widziałam ją kilka dni po kontakcie z rękawiczkami lateksowymi w szpitalu,
gdzie odwiedzała Ewę.
Jej
twarz była ponad dwa razy większa niż zwykle, dziwnie napięta, zniekształcona i
lśniąca, i z trudem oddychała.
-
Tak bardzo żałuję, że nie mogę do ciebie przyjechać… - westchnął Will - ale
mamy dużo pracy.
Chciał
do mnie przyjechać i to spowodowało, że nagle zrobiło mi się słodko i lekko, a
wszelki ból się zabliźnił.
Milczeliśmy
przez kilka sekund, aż dostałam od niego coś następnego bardzo dobrego.
-
Jak to dobrze, że jesteś taka dojrzała i poukładana - powiedział mi najlepszą
rzecz, jaką mogłam usłyszeć - Jesteś taka dzielna, że mi to bardzo pomaga
radzić sobie z całą resztą.
-
Dziękuję - wyszeptałam jednocześnie szczęśliwa i zawstydzona.
-
Sama prawda, Słonko - powiedział poważnie Will.
A
potem zmienił temat.
-
Ale porozmawiam z Olim, może z Davidem i ustalimy jak cię przenieść do
bezpiecznego mieszkania i chronić na co dzień - powiedział tonem nieznoszącym
sprzeciwu, jakby to było już postanowione, ale ja też miałam w tej swoje
zdanie.
-
Nie mogę zostawić całego mojego życia… - zaczęłam.
-
Jak nie zostawisz, możesz nie mieć
życia - przerwał mi i to był argument, bijący wszystkie moje na głowę.
Miał
rację.
Oczywiście,
że miał rację we wszystkim, oprócz tego jednego, bo ja nie byłam tak silna, jak
twierdził.
Ale
nie mogłam się z nim sprzeczać przez telefon, więc powiedziałam tylko -
Porozmawiamy później.
Usłyszałam,
jak ciężko westchnął, a potem, cóż, musieliśmy, więc pożegnaliśmy się,
przygotowałam się na mój dzień i poszłam do kuchni, by zacząć szykować
śniadanie dla mamy, mnie i Abla.
Rozmowa
z mamą była o wiele trudniejsza niż z Willem, bo starałam się ją przeprowadzić
spokojnie ze względu na mojego małego brata, który malował wtedy z pasją na
stoliku do kawy w salonie, ale mama uparła się, by zrobić z tego dramat.
Nie
powiedziałam jej wszystkiego, bo nie wspomniałam o tym, że Anie była w ciąży i
straciła dziecko, ale przekazałam jej, że Eva zadzwoniła do mnie poprzedniego
wieczoru, że nie mogłyśmy pojechać do Anie, co, oba, mama przyjęła bardzo źle.
Poczuła
się wykluczona, pominięta.
Postanowiłam
zostawić to Oli’emu, który miał na nią prawie tak samo silny wpływ jak nasz
tata i odpuściłam.
Nie
miałam siły, by się z nią mocować słownie i emocjonalnie.
Po
sprzątnięciu kuchni po śniadaniu poszłam do swojego pokoju, by zadzwonić do Evy
i ustalić, co miałam wziąć z domu Anie dla Jacka, a przy okazji dowiedziałam
się, że Billy opuścił szpital, ale nie było z nim kontaktu.
Zebrałam
się jak najszybciej dałam radę i wyszłam na podjazd, by pójść do swojego Sonica,
żeby pojechać i wypełnić moje obowiązki.
Tam
napotkałam na niespodziankę, o której Will chyba zapomniał mi wspomnieć, kiedy
rozmawialiśmy przez telefon.
Miałam
ochroniarza.
Był
to chłopak wyglądający na mojego równolatka, ale, kiedy z nim później zamieniałam
dwa słowa, przyznał, że miał dwadzieścia trzy lata.
Miał
brązowe, proste, krótkie włosy, był biały, nieco wyższy od Willa i był
uśmiechnięty w taki pewien siebie sposób, w jaki bywali chłopcy z drużyny
footballu.
Przyszedł ze swojego samochodu, który stał
zaparkowany przy krawężniku naszej uliczki, do mnie przez bok podjazdu naszego
domu, kiedy tylko wyszłam przez drzwi wejściowe do garażu, który Anie kazała mi
uprzątnąć tygodnie temu, zaraz następnego dnia po kupnie przeze mnie samochodu,
bym parkowała go wewnątrz, skoro go miałyśmy.
Miała
rację, że to było rozsądne, ale jeszcze rozsądniejsze byłoby, gdybym mogła
wchodzić do garażu bezpośrednio z domu, a tego nie zdążyłam dokonać, bo drzwi
do niego były całkowicie zastawione.
Młody
mężczyzna wszedł za mną do garażu, czym mnie trochę przestraszył, ale szybko
wyjaśnił sytuację i powiedział, że miał na imię Barney, ale stanowczo zabronił
mi tak się do siebie zwracać, bo, jak powiedział, nienawidził tego imienia.
Zapewne
słusznie.
Miałam
mówić do niego Wolf, ale chciałam zapytać Willa, czy ze mnie nie żartował, bo
to wydawało mi się trochę na wyrost.
Nie
wyglądał na wilka[1].
Powiedział
mi, że miał za mną jechać do sklepu i gdziekolwiek miałam jechać, więc wsiadłam
do Sonica, zapięłam pasy, uruchomiłam silnik i wyjechałam na drogę, a on w tej
samej chwili ostrożnie wrócił do swojego chevroleta i ruszył za mną.
Kiedy
jechaliśmy, uruchomiłam listę kontaktów na pokładowym komputerze, ciesząc się,
że go miałam i wybrałam numer Willa.
Odebrał
po trzecim dzwonku.
-
Abigail?
A
mnie znowu zrobiło się tak przyjemnie ciepło, jak robiło się zawsze, kiedy to od
niego słyszałam.
-
Will… - odezwałam się - czy to prawda, że mam ochroniarza, który będzie za mną
jeździł?
-
Tak, Słonko - odparł mężczyzna, który miał
co robić, ale zajmował się również moim bezpieczeństwem.
-
Ma na imię Barney? - spytałam, żeby się upewnić.
-
Powiedział ci? - usłyszałam cichy śmiech Willa.
-
Ale kazał na siebie mówić Wolf - potwierdzałam dalej.
-
Tak - odparł Will - …to jego nazwisko.
-
Och - westchnęłam.
To
wszystko wyjaśniało.
-
Nie przeszkadzam ci - powiedziałam - Jadę do domu Anie. Potem do sklepu. A
potem zobaczę, co będę musiała zrobić.
-
Dobrze, Słonko - powiedział Will łagodnym głosem, a następnie zadał mi to
pytanie, które ponownie potwierdziło, że dbał o mnie - Jak rozmowa z mamą?
Westchnęłam.
-
Nie było łatwo - przyznałam - Ale to już za mną.
-
Tak - mruknął Will - Pogadamy później - zakończył to, a ja wiedziałam, że nie
był sam i pracował, więc rzuciłam tylko - Później - i usłyszałam sygnał
rozłączenia.
Dojechałam
do domu Anie dość szybko, wysiadłam, zobaczyłam, że Wolf zaparkował niedaleko,
zadzwoniłam i przekonałam się, że Billy’ego nie było w domu.
Weszłam,
otworzywszy drzwi swoim kluczem, pobiegłam po schodach do pokoju Jacka,
złapałam jego plecak, który zwykle zabierał na nocowanie poza domem i
doskoczyłam do jego szafy, by wrzucić do niego piżamę, koszulkę, spodenki na
zmianę, a potem przeszłam do komody, by zgarnąć kilka par skarpet i majtek.
Po
namyśle dorzuciłam do tego wszystkiego jeszcze tenisówki i dodatkową koszulkę,
gdyby postanowili z Mattem i Bertem rozegrać jakiś mecz na imprezie u Davie’go.
Poszłam
do kuchni Anie i znalazłam paczkę, którą tam ukryła, a w której był prezent dla
trzylatka.
W
oddzielną torbę natomiast spakowałam strój wyjściowy, który, jak wiedziałam,
Anie przyszykowała dla Jacka na to przyjęcie.
Kiedy
już wszystko było spakowane, poczułam nagłą słabość.
Zacisnęłam
pięści, liczyłam oddechy, aż opanowałam ją.
Nie
mogłam się rozpłakać.
Nie
wtedy, kiedy Jack liczył na mnie, bo Anie nie mogła z nim być, a Billy zniknął
Bóg wie gdzie.
Wyprostowałam
ramiona, uniosłam głowę i złapałam spakowane torby, by ruszyć do drzwi
wyjściowych, przejść przez nie, zamknąć je i zabezpieczyć, postępując z ich
alarmem tak, jak nauczyła mnie Anie, kiedy przychodziłam do niech, by pobyć z
Jackiem.
Na
parkingu skinęłam głową Wolfowi, wsiadłam do swojego Sonica, a potem
przeparkowałam go, by mieć go bliżej, kiedy poszłam do Aleka i Sama.
Im
też, podobnie jak mojej mamie, musiałam opowiedzieć to, czego dowiedziałam się
o Anie, ale nie musiałam się obawiać ich reakcji.
Obaj
widzieli już dużo, wiele przeżyli i nie histeryzowali pusto, kiedy widzieli, że
potrzebowałam ich siły.
Poczułam
jednak, ze nadużywałam cierpliwości Wolfa, więc przeprosiłam chłopaków i
pojechałam do Evy.
Reszta
soboty minęła mi jak we śnie, albo może jak w koszmarze sennym.
Byłam
na przyjęciu urodzinowym wśród ludzi, którzy byli przyjaciółmi Anie, nie moimi,
chociaż przyjęli mnie bardzo ciepło i starali się mną opiekować.
Byłam
tam dla Jacka.
Zadzwoniłam
do Willa i powiedziałam mu, że zamierzałam tam spędzić kilka godzin, więc
zwolnił Wolfa, bo był tam Jimmy, a wkrótce później dotarł też David, a jemu
chyba Will ufał najbardziej.
Zresztą,
ja też mu ufałam jako drugiemu po Willu w kwestii bezpieczeństwa.
Po
południu natomiast, kiedy wszyscy zaczęli się rozchodzić do domów i Davie
wyglądał na zmęczonego nadmiarem emocji, Will zadzwonił do mnie i powiedział mi
przez telefon, że przyjedzie po mnie do domu Evy.
I
przyjechał.
Czekałam
na niego i byłam już wtedy po rozmowie z Jackiem, który był bardzo smutny, bo
Billy nie dotarł na imprezę i nie odezwał się.
Pocieszaliśmy
go z Evą, mówiąc mu, że zapewne jego brat był w szpitalu, przy Anie, ale po
minie Jimmy’ego i Davida widziałam, że nie mieli na to zbytnich nadziei.
Coś
złego działo się z moim szwagrem.
Obawiałam
się, że chodziło tu o złamane serce.
Ale
Jack był w towarzystwie, które mogło mu pomóc przynajmniej w rozprawieniu się z
aktami rasizmu, z jakimi spotykał się czasem w szkole lub na ulicy czy w
sklepie, bo było to kilkoro dzieci bardzo różnych i bardzo różnie
doświadczonych przez los.
Davie
i Matt byli bardzo podobni do Jimmy’ego, ale tylko Davie miał od początku
szczęśliwe dzieciństwo.
Z
tego, co się dowiedziałam, Matt przez pierwsze osiem lat swojego życia mieszkał
ze swoją mamą, córką Jimmy’ego, która zrobiła z niego popychadło, służącego,
zajmującego się sprzątaniem i praniem dla niej i jego młodszej, przyrodniej
siostry[2].
Natomiast
Bert i Maria mieli urodę latynoską, chociaż Bert miał kilka cech po swojej
mamie, która była jasną, niebieskooką blondynką, bardzo zgrabną pomimo tego, że
była właśnie w kolejnej ciąży.
Dowiedziałam
się przez te kilka tygodni znajomości z tą grupą, a zwłaszcza z Alekiem, że
Alice wychowywała na początku Berta sama, a z Eddiem, jej obecnym mężem,
poznali się dopiero, kiedy Bert miał jakieś dziesięć, jedenaście lat i obecnie
Bert był przybranym synem Eddiego, zresztą bardzo do niego podobnym.
Maria
miała gorzej, bo jej cała rodzina nie żyła.
Jimmy
uratował ją jako czterolatkę z pożaru, w którym zginęła ciocia Marii, a po tym
wydarzeniu Eva i Jimmy ją przysposobili.
Ania
i Filip natomiast przyprowadzili ze sobą Johnny’ego, który, podobnie ja Jack, był
Mulatem.
Dowiedziałam
się, bo Filip się z tym nie krył, że zarówno on, jak i chłopiec, którego
przywieźli, wychowywali się w rodzinie tymczasowej u kobiety, którą nazywali
„cioteczką Thelmą”.
Johnny
miał podobno bardzo ciężkie życie, zanim dostał się pod opiekę systemu i miał
niezwykłe szczęście, że trafił do domu cioteczki.
Wszystkie
dzieci, włącznie z tymi, które nie były naznaczone traumą, były bardzo
grzeczne, radosne, ale jakieś takie zbyt spokojne.
Obserwowałam,
jak bawili się, rysowali, nawet grali na trawie w piłkę, ale wszystko w
wyznaczonych granicach i pod kontrolą.
Ich
własną kontrolą, bo z dorosłych nikt nie chciał ich nadmiernie hamować.
[1] Wolf -
ang. wilk
[2] Na
więcej szczegółów z życia Matta, Jimmy’ego i Evy zapraszam do 1 części
„Przyjaciół” https://www.wattpad.com/story/318783605-eva-nowe-%C5%BCycie
Dziękuję
OdpowiedzUsuń