niedziela, 4 czerwca 2023

7 - Byłaś taka dzielna (cz.1)

 

Rozdział 7

Byłaś taka dzielna (cz.1)

Wiliam


 (Jak kogoś ominęło, zaznaczam, że wyjątkowo dzisiaj rano a nie wczoraj wieczorem wrzuciłam cz. 2 rozdziału 6)

 #####

Kurwa mać!

Will był cholernie wściekły na siebie za zlekceważenie Lucasa i Lucy Scammer’ów, bo przecież wiedział, że dzień wcześniej zapuszkowali prawie całą szajkę, ale tę dwójkę zostawili na wolności.

Lucas im po prostu umknął wraz z jednym z jego kumpli, ale Lucy zostawili wolną z premedytacją.

Po pierwsze, dowody na jej przestępstwa był niejasne i do podważenia, a chcieli ją mieć za kratkami na dobre.

Po drugie, to ona mogła być tą, która doprowadziłaby ich do Lucasa.

Obserwowali ją.

Ale wydawało się, że całkowicie spieprzyli sprawę, skoro Hannah Brown została tego wieczoru zaatakowana.

Kiedy Will zobaczył przerażoną minę Abigail, był na siebie tak wściekły, że miał ochotę coś rozpieprzyć, ale ćwiczona przez niego przez lata kontrola agresji teraz się przydała.

Ta wystraszona, młoda i niewinna dziewczyna potrzebowała go, potrzebowała jego wsparcia, ale też potrzebowała schronienia i Will zamierzał jej to wszystko dać.

Tego wieczoru, kiedy, będąc u niej, usłyszał o ataku na jej siostrę, nie wyszedł od razu, chociaż bardzo chciał, bo potrzebował się dowiedzieć, co z innymi kobietami i co się właściwie stało.

Ale Abigail przylgnęła do niego, jak tylko poczuła jego dłoń na swoim ciele, więc praktycznie natychmiast, jak do niej wszedł przez okno, bo wtedy już rozmawiała przez telefon z Evą Spark i usłyszała złe wieści.

Potrzebowała go.

Nie puścił jej, kiedy skończyła rozmowę i odwróciła się do niego przodem, bezradnie wpatrując się w swój telefon, ale objął ją również drugą ręką i przyciągnął do siebie, a Abi oparła się o jego ciało całym ciężarem, opadając czołem na jego pierś.

Dlatego Will po prostu tkwił przy tej dziewczynie, której chciał dać wszystko, ale mógł tylko zapewnić bezpieczeństwo i nawet w tym zawiódł.

- A-Anie… - Abi oddychała płytko, jąkając się spazmatycznie - Anie została… za-za-zaatakowana. Nie… ja.. ja nie zdążyłam jej… os-os-ostrzec - jej głos był taki słaby, bezradny.

- Ciśś - Will uspokoił ją, odwrócił ich w stronę jej łóżka, położył ją na plecach, a potem wszedł tam za nią i znowu objął ją ramionami, przyciągając blisko, by jej twarz była schowana w jego szyi.

Gładził ją po plecach i szeptał - To nie twoja wina. Nie twoja. Moja.

Milczał przez chwilę, aż dotarło do niego, że to była właśnie ta jedyna, najprawdziwsza prawda.

To była wyłącznie jego wina, bo to on wskazał tamtym Hannah, jako znajomą jego i może innych agentów, więc Lucy i Lucas po jego głupim zachowaniu przed kościołem po ich ślubie mogli pomyśleć, że to najstarsza z sióstr była informatorką.

- Mogłem wcześniej coś zrobić - Will mówił do dziewczyny w swoich ramionach, ale trochę do siebie - Mogłem…

- Nie - Abi szarpnęła się, poderwała głowę tak szybko, że prawie uderzyła czołem w jego brodę, ale zdążył się cofnąć i patrzył na nią ze zdziwieniem - To nie jest twoja wina. To oni. To wszystko przez nich.

- Tak - szepnął w końcu i, chociaż w to nie wierzył, trochę się odprężył, bo zadziałało.

Abi przestała myśleć o tym, co ona mogła zrobić i czy ona zawiniła.

Leżał tak przez jakiś czas, przytulał ją, chłonął jej bliskość, ale też układał w głowie plan na najbliższe dni.

- Nie mogę dzisiaj z tobą zostać, no… najwyżej pół godziny - powiedział zdecydowanie i poczuł, że przestała oddychać, więc nie pomyślała w ogóle o tym, że mógłby być z nią dłużej, chociaż wiedział, że potrzebowała go tam - Muszę się wszystkiego dowiedzieć. Dowiedzieć się, co się stało, co wie policja, co z innymi kobietami.

Poczuł, że skinęła głową, nie odrywając skroni od jego szyi.

- Jutro masz imprezę, na którą pewnie chciałabyś pójść - odsunął się lekko, by na nią spojrzeć i zobaczył, ze skupiła wzrok na punkcie poza nim - Te urodziny u Sparków. Musisz też porozmawiać z mamą. Najlepiej rano.

- Eva prosiła - Abi zaczęła cicho, więc Will się spiął w oczekiwaniu na to, co chciała powiedzieć - …żebym rano pojechała do domu Anie i wzięła jakieś rzeczy dla Jacka, bo Billy był w szpitalu z Anie. Nie wiem, co to znaczy. To znaczy… - wzięła głęboki wdech - Nie wiem na jak długo Jack miałby tam zostać. U Evy. Ja…

- Dobrze, Słonko - mruknął Will - Jutro rano zadzwonię i powiem ci czego się dowiedziałem, okej?

Abi skinęła głową nerwowo.

- Wcześnie rano - uściślił Will.

- Dziękuję - szepnęła Abi i rozluźniła się w jego ramionach.

Kurwa, nie powinno mu być z tym tak dobrze, bo nie było dobrze.

Ale lubił mieć ją w ramionach.

Will czuł się jak gówno, bo wiedział, że coś spieprzył, skoro był odpowiedzialny za bezpieczeństwo tych kobiet i zawiódł, ale jednocześnie czuł się wspaniale, bo podobało mu się to, że Abi tak ufnie się do niego tuliła i czuła się z nim bezpiecznie.

O reszcie mógł pomyśleć jutro.

*****

Abigail

Dobę później…

Stałam w salonie mieszkania, które Will określił jako „bezpieczne” i rozglądałam się, kiedy on poszedł do samochodu po resztę naszych toreb.

Powinnam się trochę rozejrzeć po moim nowym lokum, ale byłam półprzytomna, bo prawie nie spałam poprzedniej nocy, a od szóstej byłam praktycznie przez cały czas na nogach.

Byłam wyczerpana, ale nie zmęczona fizycznie, tylko psychicznie tym wszystkim, co się działo.

Wpół do siódmej rano zadzwonił do mnie Will, a ja odebrałam po pierwszym dzwonku, bo czuwałam i czekałam na jakiekolwiek informacje.

- Tak? - westchnęłam do słuchawki na powitanie.

- Abigail - usłyszałam od niego i to wystarczyło, żebym poczuła się lepiej, ale natychmiast Will przekazał mi szereg bardzo złych nowin.

To, jak mi je powiedział, świadczyło o tym, że we mnie ufał, wierzył w moją siłę, ale też o tym, że nie miał czasu na przewlekanie tego.

- Hannah została napadnięta wczoraj, jak wracała od lekarza - powiedział bez wahania i szybko - Nie pobili jej, ale… hmmm… zgwałcili - dodał Will trochę ostrożniej, po czym zamilkł na sekundę - Jak się z tym czujesz? Mam przyjechać? - zapytał zaniepokojonym tonem.

Musiał usłyszeć, co się ze mną działo, bo faktycznie mój oddech nie był właściwy, ale pomyślałam, że był zajęty.

Pilnie pracował, żeby zapewnić mi bezpieczeństwo, żeby zadbać o inne kobiety, żeby zamknąć tych złych, którzy zarażali innym, więc ja musiałam być dzielna i pomóc mu.

Niezależnie od tego, co tkwiło mi w gardle, wyprostowałam plecy i na krótko zamknęłam oczy, zanim mogłam się skupić.

- Nie - powiedziałam przez zaciśniętą krtań, zbierając wreszcie całą swoją siłę - Nie przyjeżdżaj. Pracujesz - dodałam łagodnie - …a ja dam sobie radę.

- Racja - powiedział cicho, a po krótkim wahaniu dodał - Jeden z nich użył prezerwatywy. Hannah wpadła we wstrząs anafi…

- Anafilaktyczny - dokończyłam szeptem razem z nim, bo znałam to, słyszałam o tym i wiedziałam, czym to groziło.

Anie była uczulona na lateks, więc kontakt z prezerwatywą musiał spowodować u niej silną reakcję, która mogła się skończyć nawet jej śmiercią, jeśli nie otrzymałaby szybkiej pomocy.

- Zadzwoniła na numer alarmowy - powiedział Will, chyba domyślając się, jaki był mój największy strach - Dostała szybką pomoc i trafiła do szpitala.

Usłyszałam przy tym wszystkim jedno małe ale, więc czekałam na ciąg dalszy i nie pomyliłam się.

- Abi - powiedział Will trochę ciszej, łagodniej i jakby pochylał się nad telefonem - Ona była w ciąży. Prawdopodobnie straci dziecko.

- O! - jęknęłam z żalem i bólem, który mnie ogarnął tak gwałtownie, że nie zapanowałam nad tym, chociaż chciałabym zapanować, bo nie chciałam go martwić.

- Słonko… - mruknął Will, jakby bardzo żałował, że nie było go blisko, by mnie przytulić tak, jak przytulał mnie poprzedniego wieczoru, a ja też tego bardzo chciałam, ale przecież był zajęty.

- Nie! - powiedziałam drżącym głosem - Już dobrze. Mam się dobrze.

- Musisz powiedzieć swojej mamie - powiedział mi Will coś, czego bardzo się bałam, ale wiedziałam, że musiałam to zrobić.

- Tak - powiedziałam, a mój głos nadal nie brzmiał silnie i właściwie.

- Powiedz jej tyle, ile uznasz, że musisz - poinstruował mnie Will, a ja byłam za to wdzięczna, bo naprawdę potrzebowałam jego siły i mądrości - Ale, wiesz, Hannah jest w śpiączce, i tak nie będzie z nią kontaktu, więc odwiedzanie jej jest bez sensu.

Och, nie spodziewałam się tego, ale tym razem udało mi się opanować jęk bólu, żeby nie martwić tego troskliwego mężczyzny.

- Racja - szepnęłam tylko.

- Poza tym jest opuchnięta - Will kontynuował nieświadome wbijanie mi noży w serce, bo pamiętałam - Nie wygląda ładnie, więc może twoja mama nie powinna jej oglądać.

Tego powinnam się spodziewać po poprzednim razie, kiedy Anie miała takie uczulenie, bo widziałam ją kilka dni po kontakcie z rękawiczkami lateksowymi w szpitalu, gdzie odwiedzała Ewę.

Jej twarz była ponad dwa razy większa niż zwykle, dziwnie napięta, zniekształcona i lśniąca, i z trudem oddychała.

- Tak bardzo żałuję, że nie mogę do ciebie przyjechać… - westchnął Will - ale mamy dużo pracy.

Chciał do mnie przyjechać i to spowodowało, że nagle zrobiło mi się słodko i lekko, a wszelki ból się zabliźnił.

Milczeliśmy przez kilka sekund, aż dostałam od niego coś następnego bardzo dobrego.

- Jak to dobrze, że jesteś taka dojrzała i poukładana - powiedział mi najlepszą rzecz, jaką mogłam usłyszeć - Jesteś taka dzielna, że mi to bardzo pomaga radzić sobie z całą resztą.

- Dziękuję - wyszeptałam jednocześnie szczęśliwa i zawstydzona.

- Sama prawda, Słonko - powiedział poważnie Will.

A potem zmienił temat.

- Ale porozmawiam z Olim, może z Davidem i ustalimy jak cię przenieść do bezpiecznego mieszkania i chronić na co dzień - powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu, jakby to było już postanowione, ale ja też miałam w tej swoje zdanie.

- Nie mogę zostawić całego mojego życia… - zaczęłam.

- Jak nie zostawisz, możesz nie mieć życia - przerwał mi i to był argument, bijący wszystkie moje na głowę.

Miał rację.

Oczywiście, że miał rację we wszystkim, oprócz tego jednego, bo ja nie byłam tak silna, jak twierdził.

Ale nie mogłam się z nim sprzeczać przez telefon, więc powiedziałam tylko - Porozmawiamy później.

Usłyszałam, jak ciężko westchnął, a potem, cóż, musieliśmy, więc pożegnaliśmy się, przygotowałam się na mój dzień i poszłam do kuchni, by zacząć szykować śniadanie dla mamy, mnie i Abla.

Rozmowa z mamą była o wiele trudniejsza niż z Willem, bo starałam się ją przeprowadzić spokojnie ze względu na mojego małego brata, który malował wtedy z pasją na stoliku do kawy w salonie, ale mama uparła się, by zrobić z tego dramat.

Nie powiedziałam jej wszystkiego, bo nie wspomniałam o tym, że Anie była w ciąży i straciła dziecko, ale przekazałam jej, że Eva zadzwoniła do mnie poprzedniego wieczoru, że nie mogłyśmy pojechać do Anie, co, oba, mama przyjęła bardzo źle.

Poczuła się wykluczona, pominięta.

Postanowiłam zostawić to Oli’emu, który miał na nią prawie tak samo silny wpływ jak nasz tata i odpuściłam.

Nie miałam siły, by się z nią mocować słownie i emocjonalnie.

Po sprzątnięciu kuchni po śniadaniu poszłam do swojego pokoju, by zadzwonić do Evy i ustalić, co miałam wziąć z domu Anie dla Jacka, a przy okazji dowiedziałam się, że Billy opuścił szpital, ale nie było z nim kontaktu.

Zebrałam się jak najszybciej dałam radę i wyszłam na podjazd, by pójść do swojego Sonica, żeby pojechać i wypełnić moje obowiązki.

Tam napotkałam na niespodziankę, o której Will chyba zapomniał mi wspomnieć, kiedy rozmawialiśmy przez telefon.

Miałam ochroniarza.

Był to chłopak wyglądający na mojego równolatka, ale, kiedy z nim później zamieniałam dwa słowa, przyznał, że miał dwadzieścia trzy lata.

Miał brązowe, proste, krótkie włosy, był biały, nieco wyższy od Willa i był uśmiechnięty w taki pewien siebie sposób, w jaki bywali chłopcy z drużyny footballu.

 Przyszedł ze swojego samochodu, który stał zaparkowany przy krawężniku naszej uliczki, do mnie przez bok podjazdu naszego domu, kiedy tylko wyszłam przez drzwi wejściowe do garażu, który Anie kazała mi uprzątnąć tygodnie temu, zaraz następnego dnia po kupnie przeze mnie samochodu, bym parkowała go wewnątrz, skoro go miałyśmy.

Miała rację, że to było rozsądne, ale jeszcze rozsądniejsze byłoby, gdybym mogła wchodzić do garażu bezpośrednio z domu, a tego nie zdążyłam dokonać, bo drzwi do niego były całkowicie zastawione.

Młody mężczyzna wszedł za mną do garażu, czym mnie trochę przestraszył, ale szybko wyjaśnił sytuację i powiedział, że miał na imię Barney, ale stanowczo zabronił mi tak się do siebie zwracać, bo, jak powiedział, nienawidził tego imienia.

Zapewne słusznie.

Miałam mówić do niego Wolf, ale chciałam zapytać Willa, czy ze mnie nie żartował, bo to wydawało mi się trochę na wyrost.

Nie wyglądał na wilka[1].

Powiedział mi, że miał za mną jechać do sklepu i gdziekolwiek miałam jechać, więc wsiadłam do Sonica, zapięłam pasy, uruchomiłam silnik i wyjechałam na drogę, a on w tej samej chwili ostrożnie wrócił do swojego chevroleta i ruszył za mną.

Kiedy jechaliśmy, uruchomiłam listę kontaktów na pokładowym komputerze, ciesząc się, że go miałam i wybrałam numer Willa.

Odebrał po trzecim dzwonku.

- Abigail?

A mnie znowu zrobiło się tak przyjemnie ciepło, jak robiło się zawsze, kiedy to od niego słyszałam.

- Will… - odezwałam się - czy to prawda, że mam ochroniarza, który będzie za mną jeździł?

- Tak, Słonko - odparł mężczyzna, który miał co robić, ale zajmował się również moim bezpieczeństwem.

- Ma na imię Barney? - spytałam, żeby się upewnić.

- Powiedział ci? - usłyszałam cichy śmiech Willa.

- Ale kazał na siebie mówić Wolf - potwierdzałam dalej.

- Tak - odparł Will - …to jego nazwisko.

- Och - westchnęłam.

To wszystko wyjaśniało.

- Nie przeszkadzam ci - powiedziałam - Jadę do domu Anie. Potem do sklepu. A potem zobaczę, co będę musiała zrobić.

- Dobrze, Słonko - powiedział Will łagodnym głosem, a następnie zadał mi to pytanie, które ponownie potwierdziło, że dbał o mnie - Jak rozmowa z mamą?

Westchnęłam.

- Nie było łatwo - przyznałam - Ale to już za mną.

- Tak - mruknął Will - Pogadamy później - zakończył to, a ja wiedziałam, że nie był sam i pracował, więc rzuciłam tylko - Później - i usłyszałam sygnał rozłączenia.

Dojechałam do domu Anie dość szybko, wysiadłam, zobaczyłam, że Wolf zaparkował niedaleko, zadzwoniłam i przekonałam się, że Billy’ego nie było w domu.

Weszłam, otworzywszy drzwi swoim kluczem, pobiegłam po schodach do pokoju Jacka, złapałam jego plecak, który zwykle zabierał na nocowanie poza domem i doskoczyłam do jego szafy, by wrzucić do niego piżamę, koszulkę, spodenki na zmianę, a potem przeszłam do komody, by zgarnąć kilka par skarpet i majtek.

Po namyśle dorzuciłam do tego wszystkiego jeszcze tenisówki i dodatkową koszulkę, gdyby postanowili z Mattem i Bertem rozegrać jakiś mecz na imprezie u Davie’go.

Poszłam do kuchni Anie i znalazłam paczkę, którą tam ukryła, a w której był prezent dla trzylatka.

W oddzielną torbę natomiast spakowałam strój wyjściowy, który, jak wiedziałam, Anie przyszykowała dla Jacka na to przyjęcie.

Kiedy już wszystko było spakowane, poczułam nagłą słabość.

Zacisnęłam pięści, liczyłam oddechy, aż opanowałam ją.

Nie mogłam się rozpłakać.

Nie wtedy, kiedy Jack liczył na mnie, bo Anie nie mogła z nim być, a Billy zniknął Bóg wie gdzie.

Wyprostowałam ramiona, uniosłam głowę i złapałam spakowane torby, by ruszyć do drzwi wyjściowych, przejść przez nie, zamknąć je i zabezpieczyć, postępując z ich alarmem tak, jak nauczyła mnie Anie, kiedy przychodziłam do niech, by pobyć z Jackiem.

Na parkingu skinęłam głową Wolfowi, wsiadłam do swojego Sonica, a potem przeparkowałam go, by mieć go bliżej, kiedy poszłam do Aleka i Sama.

Im też, podobnie jak mojej mamie, musiałam opowiedzieć to, czego dowiedziałam się o Anie, ale nie musiałam się obawiać ich reakcji.

Obaj widzieli już dużo, wiele przeżyli i nie histeryzowali pusto, kiedy widzieli, że potrzebowałam ich siły.

Poczułam jednak, ze nadużywałam cierpliwości Wolfa, więc przeprosiłam chłopaków i pojechałam do Evy.

Reszta soboty minęła mi jak we śnie, albo może jak w koszmarze sennym.

Byłam na przyjęciu urodzinowym wśród ludzi, którzy byli przyjaciółmi Anie, nie moimi, chociaż przyjęli mnie bardzo ciepło i starali się mną opiekować.

Byłam tam dla Jacka.

Zadzwoniłam do Willa i powiedziałam mu, że zamierzałam tam spędzić kilka godzin, więc zwolnił Wolfa, bo był tam Jimmy, a wkrótce później dotarł też David, a jemu chyba Will ufał najbardziej.

Zresztą, ja też mu ufałam jako drugiemu po Willu w kwestii bezpieczeństwa.

Po południu natomiast, kiedy wszyscy zaczęli się rozchodzić do domów i Davie wyglądał na zmęczonego nadmiarem emocji, Will zadzwonił do mnie i powiedział mi przez telefon, że przyjedzie po mnie do domu Evy.

I przyjechał.

Czekałam na niego i byłam już wtedy po rozmowie z Jackiem, który był bardzo smutny, bo Billy nie dotarł na imprezę i nie odezwał się.

Pocieszaliśmy go z Evą, mówiąc mu, że zapewne jego brat był w szpitalu, przy Anie, ale po minie Jimmy’ego i Davida widziałam, że nie mieli na to zbytnich nadziei.

Coś złego działo się z moim szwagrem.

Obawiałam się, że chodziło tu o złamane serce.

Ale Jack był w towarzystwie, które mogło mu pomóc przynajmniej w rozprawieniu się z aktami rasizmu, z jakimi spotykał się czasem w szkole lub na ulicy czy w sklepie, bo było to kilkoro dzieci bardzo różnych i bardzo różnie doświadczonych przez los.

Davie i Matt byli bardzo podobni do Jimmy’ego, ale tylko Davie miał od początku szczęśliwe dzieciństwo.

Z tego, co się dowiedziałam, Matt przez pierwsze osiem lat swojego życia mieszkał ze swoją mamą, córką Jimmy’ego, która zrobiła z niego popychadło, służącego, zajmującego się sprzątaniem i praniem dla niej i jego młodszej, przyrodniej siostry[2].

Natomiast Bert i Maria mieli urodę latynoską, chociaż Bert miał kilka cech po swojej mamie, która była jasną, niebieskooką blondynką, bardzo zgrabną pomimo tego, że była właśnie w kolejnej ciąży.

Dowiedziałam się przez te kilka tygodni znajomości z tą grupą, a zwłaszcza z Alekiem, że Alice wychowywała na początku Berta sama, a z Eddiem, jej obecnym mężem, poznali się dopiero, kiedy Bert miał jakieś dziesięć, jedenaście lat i obecnie Bert był przybranym synem Eddiego, zresztą bardzo do niego podobnym.

Maria miała gorzej, bo jej cała rodzina nie żyła.

Jimmy uratował ją jako czterolatkę z pożaru, w którym zginęła ciocia Marii, a po tym wydarzeniu Eva i Jimmy ją przysposobili.

Ania i Filip natomiast przyprowadzili ze sobą Johnny’ego, który, podobnie ja Jack, był Mulatem.

Dowiedziałam się, bo Filip się z tym nie krył, że zarówno on, jak i chłopiec, którego przywieźli, wychowywali się w rodzinie tymczasowej u kobiety, którą nazywali „cioteczką Thelmą”.

Johnny miał podobno bardzo ciężkie życie, zanim dostał się pod opiekę systemu i miał niezwykłe szczęście, że trafił do domu cioteczki.

Wszystkie dzieci, włącznie z tymi, które nie były naznaczone traumą, były bardzo grzeczne, radosne, ale jakieś takie zbyt spokojne.

Obserwowałam, jak bawili się, rysowali, nawet grali na trawie w piłkę, ale wszystko w wyznaczonych granicach i pod kontrolą.

Ich własną kontrolą, bo z dorosłych nikt nie chciał ich nadmiernie hamować.

CDN.
#####

[1] Wolf - ang. wilk

[2] Na więcej szczegółów z życia Matta, Jimmy’ego i Evy zapraszam do 1 części „Przyjaciół” https://www.wattpad.com/story/318783605-eva-nowe-%C5%BCycie

1 komentarz: