Dobre zakończenie
złego dnia (cz.2)
Podczas
drogi mama, szczęśliwie, nie odzywała się do mnie.
W
szpitalu od razu zostałyśmy skierowane, a potem wpuszczone przez pielęgniarkę
do odpowiedniej sali po tym, jak przebrałyśmy się w jednorazowe ubrania
ochronne.
Nie
poznałam mojej siostry.
Wiedziałam,
że była opuchnięta, bo już to przeżyłyśmy, ale nie spodziewałam się tego.
W
przeciętym gardle Anie tkwiła rura, dzięki której moja siostra oddychała, bo
nadal miała zatkane przez opuchliznę drogi oddechowe.
W
jej ręce wbity był wenflon, do którego były podłączone dwie wiszące na stojaku
torebki z płynami, które kapały przez rurki do jej żyły.
Jej
usta były zamknięte i sine, a oczu prawie nie było widać zza jej opuchniętych
policzków.
A
na dodatek miała nierówno, krótko obcięte włosy, przez co ich resztki sterczały
w różne strony.
Nie
podeszłam do łóżka.
Wystarczyło,
że mama rzuciła się tam na kolana, by zakryć twarz dłońmi i głośno szlochać z
litanią żali, które wyrzucała z siebie na swój
temat.
Nie
mogłam tego słuchać, ale nie odeszłam.
Stałam
i milczałam.
Nie
byłam w stanie nawet powtórzyć tego, o co prosił mnie Jack.
Tkwiłam
tam nieruchoma, niczego nie słysząca, zapatrzona tylko w kołdrę, okrywająca
zniekształcone ciało mojej dobrej, kochanej, najstarszej siostry.
Nie
wiedziałam później, jak dotarłyśmy do wyjścia ze szpitala, jakim cudem dojechałyśmy
do domu bez wypadku, w jaki sposób mama namówiła Evę, by została na lunchu w naszym
domu.
Ocknęłam
się, kiedy byłyśmy w kuchni, ładowałyśmy sałatkę gyros na talerze z pitami, by
je potem zanieść na stół dla każdego, kto był u nas na lunchu.
Ocuciło
mnie wspomnienie tego, że gdzieś tam w samochodzie zaparkowanym na ulicy był
pilnujący mnie i jeżdżący za mną po mieście Wolf, że Will pracował z
mężczyznami nad zapewnieniem nam bezpieczeństwa i żaden z nich nie miał niczego
dobrego na ten lunch.
Przeprosiłam
dwie kobiety, które pracowały ze mną w kuchni, poszłam do mojego pokoju i
wyjęłam telefon, by wybrać numer do Wolfa.
-
Co tam, mała? - przywitał mnie po pierwszym dzwonku.
-
Hej - zagaiłam niepewnie - Jesteś głodny?
-
Jestem - odparł szybko i bez namysłu.
-
Mam gyros z pitą, ale nie wiem jak ci to dać - powiedziałam mu i usłyszałam
ciszę.
-
Wolf? - zaniepokojona zawołałam do
słuchawki.
-
Dzięki, mała - powiedział do mnie cicho - …ale chyba to nie najlepszy pomysł,
żebyś mnie tu karmiła.
-
Ochraniasz mnie od kilku godzin… - wyjaśniłam łagodnie - to mogę zrobić choćby
tyle. Tylko nie wiem jak.
Wolf
westchnął.
-
Długo ci tam zejdzie? - zapytał zamiast odpowiedzieć.
-
Już niedługo - mruknęłam z niechęcią - Może z godzinę.
-
To spakuj mi to - powiedział znowu swobodnym tonem - Zjem, jak Will cię
dobierze.
-
Dobrze - wymamrotałam, bo ucieszyłam się na myśl, że Will mnie odbierze - Na razie, Wolf.
-
Na razie - mruknął chłopak na pożegnanie i rozłączył się, zanim zdążyłam coś
dodać.
Był
bardzo miły i łatwo mi się z nim rozmawiało.
Nadal,
bywały doprawdy dziwne te ich, tych wszystkich facetów, różne odzywki i
zachowania.
Nie
miałam jednak ani siły, ani ochoty myśleć o tym w tym momencie, więc
odpuściłam, tylko zajęłam się przebraniem się z powrotem w dżinsy i bluzę, którą
miałam na sobie rano.
Kiedy
wróciłam do kuchni, jedzenie było nałożone na talerze, więc wyjęłam dwa
plastikowe pojemniki na catering, jakie mama zawsze trzymała na wszelki wypadek
w szafce i nałożyłam do nich duże porcje sałatki z potężną zawartością kurczaka
każda.
Mama
nie odezwała się na ten temat, bo przecież tego mnie uczyła, żeby karmić różne
osoby w ten sposób, a Eva popatrzyła na to i uśmiechnęła się lekko, podając mi
po dwie pity do każdego pojemnika, zapakowane w papierowe torebki śniadaniowe,
za co byłam jej wdzięczna.
Usiedliśmy
z talerzami przy stole w naszej jadalni, zjedliśmy, kiedy młodsze dzieci trochę
rozmawiały i śmiały się, a my we trzy głównie milczałyśmy, podobnie jak Jack i
Matt.
Potem
Eva zapakowała swoje dzieci do swojego SUV’a a z nimi Jacka, bo miał u niej
poczekać na Billy’ego, a my z mamą sprzątnęłyśmy ze stołu, czekając na telefon
od taty.
Kiedy
telefon zadzwonił, mama poszła, by go odebrać, a ja kończyłam sprzątanie w
kuchni, jednocześnie rozmawiając trochę z Ablem i zaganiając go do pomocy, żeby
jej nie przeszkadzał.
A
potem mama przyniosła mi telefon, mówiąc, że tata chciał porozmawiać ze mną na
osobności, więc odeszłam do swojego pokoju.
Nie
było to coś wyjątkowego, bo tata zawsze chciał rozmawiać z nami, jeśli byliśmy
w domu, jak dzwonił, ale zwykle nie przeszkadzało nam to, że byliśmy w swoim
towarzystwie.
Tym
razem zdenerwowałam się też, bo nie chciałam przy nim stracić kontroli i
rozpłakać się z nadmiaru emocji, które czułam.
-
Hej tatku - powiedziałam, starając się brzmieć swobodnie.
-
Abi, Kwiatuszku - usłyszałam zmartwiony głos taty - Mama mówiła, że z Anie jest
bardzo źle.
-
Jest spuchnięta, jak poprzednio - powiedziałam ostrożnie - Ale jest w śpiączce
i jeszcze nie wiadomo, jak będzie dalej.
Usłyszałam,
że tata westchnął i wiedziałam, że było mu ciężko, ale nic nie mogłam dla niego
zrobić.
-
Abi, a co z tym mieszkaniem - zagadnął tata na inny temat - Jak ci tam? Z kim
mieszkasz?
-
Cóż - zaczęłam ostrożnie, bo nie chciałam kłamać, ale wiedziałam, że tacie nie
spodoba się prawda - Mieszkanie jest przygotowane dla czterech kobiet, ale na
razie jestem w nim sama.
-
Jak to sama? - tata najwyraźniej się zdenerwował.
-
To znaczy z agentem, który mnie ochrania, ale on mieszka w innym pokoju -
wyjaśniłam nie przedstawiając wszystkich szczegółów.
-
Mieszkasz z mężczyzną? - tata zapytał
z niedowierzaniem i bólem w głosie, więc poczułam się winna i musiałam mu to
wyjaśnić.
-
To nie tak! - prawie krzyknęłam - Mieszkam sama, a on mnie ochrania. Tylko to. Prawie się nie widujemy -
naciągnęłam rzeczywistość.
-
Dobrze - westchnął tata - …ufam ci.
Zamknęłam
oczy i rozluźniłam się.
Mogłam
rozmawiać z tatą o wszystkim, ale nie chciałam mówić mu, co czułam do Willa,
jak czułam się przy tym mężczyźnie i czego pragnęłam.
Zresztą
o tym nie chciałam mówić nikomu, bo
sama przed sobą to ukrywałam, skoro wiedziałam, że nie mogłam Willa na to
narażać.
Byłam
niepełnoletnia i w świetle prawa to on
byłby winien, gdybym przekonała go choćby tylko do dotyku.
Nie
zamierzałam go nawet przytulać.
Nie
rozmawialiśmy z tatą długo, a potem również krótko rozmawiałam z mamą, bo
chciałam już wracać do miejsca, które dziwnym zrządzeniem losu stało się tym,
co miałam ochotę nazywać domem.
Wiedziałam,
że działo się tak ze względu na obecność tam Willa.
Wszystko
odbyło się dokładnie tak, jak poprzedniego dnia.
Wypracowaliśmy
pewną rutynę.
Kiedy
dojechaliśmy do domu weszłam do mieszkania tak samo, jak zrobiłam to dzień
wcześniej i stanęłam pośrodku salonu jak dzień wcześniej.
Zawieszona
w bezruchu.
Will
podszedł do mnie od tyłu, delikatnie dotknął palcami jednej dłoni dołu moich
pleców i to dało mi siłę, by poruszać się i żyć.
On
dawał mi siłę.
-
Mam dla ciebie lunch - powiedziałam mu, odwracając się i uśmiechnęłam się
słabym, nieszczerym uśmieszkiem, który był właściwie tylko wykrzywieniem warg,
grymasem - Chociaż już trochę późno na lunch.
Odwróciłam
się podczas tego do niego całkiem przodem, by spojrzeć mu w oczy i zobaczyć, że
były zmartwione i czujne.
-
Pewnie nie miałeś czasu nic zjeść - dodałam ciepło.
-
Nie bardzo - mruknął.
Skinęłam
głową i poszłam w stronę blatu kuchennego, gdzie Will zdążył odłożyć torbę z
pojemnikiem, który przywiozłam dla niego od mamy.
Drugą
taką zostawiłam Wolfowi przy kole mojego samochodu, kiedy się rozstawaliśmy, za
co mi podziękował szerokim, głupkowatym, wyszczerzonym uśmiechem.
Sałatka
gyros nie wymagała odgrzewania, ale, żeby Will miał poczucie domowego posiłku,
przełożyłam ją na talerz, położyłam obok niej pity, które włożyłam na pół
minuty do mikrofalówki i postawiłam talerz na podręcznym stoliku.
-
Usiądź - powiedziałam, podnosząc głowę i zobaczyłam, że był już blisko,
przyglądając się moim poczynaniom, ale nie bezczynnie.
Kiedy
nakładałam jedzenie na talerz, Will podszedł do lodówki, wyjął z niej piwo i
napój, z szafki szklankę i stał przy stoliku, trzymając to wszystko w rękach.
-
Ty nie jesz? - zapytał mnie, więc pokręciłam głową i odparłam - Ja już jadłam u
mamy. Razem z Evą i jej dziećmi zjedliśmy to samo wcześniej. Wzięłam dla ciebie
i dla Wolfa w pojemniki, bo wiedziałam, ze nie miałeś czasu.
-
Dzięki - mruknął Will, usiadł i odkręcił butelkę z piwem - To przynajmniej się
napij - dodał.
-
Nie piję piwa - powiedziałam i zobaczyłam jego uśmieszek, kiedy odparł - Tego ci nie proponowałem.
No
tak, miał dla mnie napój i szklankę.
Usiadłam,
nalałam do szklanki trochę pomarańczowego Arizona Orangeade, oparłam się
plecami o oparcie krzesła i patrzyłam z przyjemnością, jak Will zajadał ze
smakiem gyros, który dla niego przywiozłam.
Opychał
się!
Will
podniósł oczy, nie przestając poruszać widelcem i ustami, a potem wypchnął
przez sałatkę - No, co. Pyszne. Byłem głodny.
-
Wiem - szepnęłam i nadal patrzyłam, tym razem w pewien sposób rozczulona, bo
właśnie tak mogłoby to dla mnie wyglądać.
Dbanie
o mojego mężczyznę.
Nie
byłam taka, jak Ewa i Anie.
Nigdy
nie pragnęłam mieć czegoś takiego dla siebie, ale z Willem byłbym na to gotowa,
przyjęłabym nawet siedzenie w domu, gotowanie, sprzątanie i inne takie
obowiązki, razem z wychowywaniem dzieci, jeśli to byłby z nim.
Ale
nie mogło być.
Ta
myśl mnie otrzeźwiła.
Nie
mogłam tak myśleć, bo to nie było właściwe i bezpieczne dla Willa.
Gdyby
ktokolwiek pomyślał, że był dla mnie tym, czym był, gdybyśmy w jakikolwiek
sposób zrealizowali to, czego pragnęłam, Will byłby narażony na posądzenie o
wykorzystanie mnie, bo to ja byłam
niepełnoletnia.
Brakowało
mi dokładnie ośmiu dni, bym ukończyła osiemnaście lat i przekroczyła tę
barierę, a to było coś, na co mogłam poczekać.
Dlatego
Will jadł swój spóźniony lunch, a ja zaczęłam planować nasze popołudnie.
-
Powinnam zrobić tą prezentację - zaczęłam niechętnie - Ale najpierw chciałabym
trochę pomalować.
Will
spojrzał mi w oczy i wyprostował się.
Gyros
już zniknął, jedna pita też, a teraz kończył drugą, popijając ją piwem z
butelki, kiedy patrzyłam na to niewidzącym wzrokiem.
-
Nie będzie ci przeszkadzało? - zapytałam, ale nie byłam pewna, czy Will
wiedział, z czym to się wiązało.
-
Nie - powiedział jednak zdecydowanie.
-
Rozstawię wszystko w swoim pokoju - zapewniłam go - Zamknę drzwi i może otworzę
okno - spojrzałam na niego pytająco - Mogę?
-
Tak - odparł Will, marszcząc brwi, więc wiedziałam, że nie wiedział z czym to
się wiązało.
-
Zapach jest dość… intensywny -
wyjaśniłam.
-
Wiem - rzucił Will, ale nadal marszczył brwi w niezrozumieniu - Wiem jak pachną
farby i rozpuszczalniki.
Och,
więc wiedział.
-
Nadal nie wiem, czemu się tak tłumaczysz - powiedział tonem wymagającym
wyjaśnień.
-
Cóż… - zaczęłam - Lucy… Ona nie lubiła…
Na
twarzy Willa pojawił się wyraz zrozumienia, a ja przypomniałam sobie, że był
przy tym, jak Lucy potraktowała moje rzeczy, po ślubie Anie, więc wiedział to,
jaka była.
Nie
dodałam nic więcej i nie musiałam.
Will
wstał, zgarnął swój talerz do zlewu, umył go i odłożył na osączarkę, kiedy ja
siedziałam i patrzyłam na to, mając na pewno otwarte ze zdumienia usta.
Sam
umył swój talerz, mimo że byłam tuż obok i nic nie robiłam.
Ten
facet był idealny.
Następne
kilka godzin spędziłam zamknięta w swoim pokoju, malując na zamówienie obrus w
dynie, pomarańczowe kwiaty, żółte i zielone liście, a potem wyszłam stamtąd po
namoczeniu pędzli w małym słoiczku, który wygrzebałam wcześniej ze śmieci.
Byłam
zrelaksowana i spokojna.
Dokładnie
tego potrzebowałam po tym ciężkim dniu.
Kiedy
weszłam do salonu, przekonałam się, że Will też pracował, chociaż jego praca
była najwidoczniej w formie papierowej i komputerowej.
Papierowa
była w formie małych i dużych notatek i zdjęć, rozłożonych na stoliku do kawy i
kanapie dookoła.
Na
kolanach Willa był otwarty laptop, na którym coś pisał, zerkając na papiery,
walające się dookoła.
Kiedy
weszłam tam, podniósł wzrok i zamrugał, jakbym obudziła go ze snu.
-
Już - zapytał, odstawiając laptop na papiery leżące na stoliku.
Skinęłam
głową, nadal w swojej mgiełce relaksu i zadowolenia.
-
Masz ochotę na kawę i ciastko? - zapytał Will, wstając z kanapy i zgarniając
papiery, a ja przekrzywiłam głowę ze zdumienia i otworzyłam szerzej oczy, bo
nie mieliśmy żadnych ciastek.
-
Jak pracowałaś… - wyjaśnił Will, zauważając moje zdziwienie - pojechałem do
cukierni i kupiłem kilka ciastek. I jeszcze bułki drożdżowe. Co chcesz? -
ponownie zadał mi pytanie, ale tym razem podszedł do blatu kuchni i włączył gaz
pod czajnikiem, sprawdzając poprzednio, czy była w nim woda.
Wyjął
z szafki dwa kubki i postawił je na blacie, a potem wyjął z innej szafki puszkę
kawy rozpuszczalnej, z szuflady łyżeczkę i zaczął nasypywać kawę do kubków.
Patrzyłam
bez słowa, jak się krzątał, a potem ruszyłam się, by wyjąć z lodówki śmietankę
waniliową, którą widziałam tam wcześniej.
-
Ty też chcesz? - spytałam Willa, pokazując mu karton.
-
Tak - mruknął, zajęty teraz wyjmowaniem z tekturowego opakowania ciastek i
bułek na talerzyk, który wyjął wcześniej z szafki nad kuchenką.
Podziwiałam
to, jak sprawnie poruszał się po kuchni, ale też dotarło do mnie, że nigdy nie
zapytałam go, czy aktualnie był w związku z jakąś kobietą.
Założyłam,
że nie był, ale taki wspaniały, troskliwy, przystojny mężczyzna, musiał mieć powodzenie u kobiet, więc na
pewno jakaś się znalazła.
Nie myśl o tym, Abi -
skarciłam się w myślach.
Co
prawda Will opowiedział mi o tym, że miał kiedyś żonę, ale mógł mieć kolejną
kobietę i nie wiedziałabym o tym.
Mogłam
powiedzieć, że nie miałam do tego prawa.
Usiedliśmy
na krzesłach, nasze kubki z kawą postawiliśmy na stoliku, gdzie Will umieścił
też talerzyk z przekąską, zjedliśmy i rozmawialiśmy.
A
kiedy skończyliśmy, Will zaproponował, że pomoże mi w przygotowaniu prezentacji
na historię.
Zajęło
nam to dwie godziny, ale po tym już umiałabym zrobić taką prezentację sama, bez
pomocy, więc poczułam naprawdę dużo satysfakcji.
A
oprócz tego pracowałam, siedząc tuż obok Willa, ramię przy ramieniu, czując
jego męski zapach, gorące i silne ciało i to było niezwykle ekscytujące.
Podniecające!
Kiedy
to też dokończyliśmy, postanowiłam przygotować kolację i to na ciepło, więc
przeszłam do kuchni, by przejrzeć szafki i lodówkę.
Mieliśmy
różnego rodzaju makarony, mielone mięso, pomidory w puszce i sery, więc
zdecydowałam się na spaghetti bolognese.
Mięso
się podsmażało, kiedy kroiłam cebulę i marchewkę na sos, a Will w tym czasie
porządkował swoje papiery, które zostawił na niechlujnej stercie, jak postanowił
mi pomóc w prezentacji.
Jak
już wrzuciłam na patelnię wszystkie składniki, przykręciłam ogień, żeby sos dusił
się to powoli i poszłam do swojego pokoju, by sprawdzić efekty mojej pracy na
płótnie.
Były
zadowalające, ale zdecydowałam, że muszę następnego dnia wprowadzić pewne
poprawki, więc zostawiłam je rozwieszone na biurku.
Resztę
wieczoru spędziliśmy niespiesznie, odpoczywając i leniuchując, ale też
niezobowiązująco rozmawiając, oglądając jakiś przypadkowy film w telewizji, po
prostu będąc razem.
Wydawało
się, że to było dobre zakończenie tego złego dnia, ale po przyszykowania się do
snu w łazience, kiedy przebrałam się już w piżamę, umyłam zęby i zrobiłam
wszystko inne, co potrzebowałam, pożegnałam się z Willem krótkim Dobranoc, zamknęłam drzwi mojej
sypialni, położyłam się w łóżku, zgasiłam światło i przykryłam kołdrą, a wtedy
zalały mnie niechciane obrazy ze szpitala i wspomnienia rozmów z tatą i mamą.
Całe
zło tego dnia wróciło do mnie i uderzyło we mnie jak obuch.
Poleżałam
przez pół godziny, próbując zasnąć, wyciszyć się, ale ponownie poczułam się
samotna z Willem, będącym tak blisko, co było dla mnie absurdalne i wręcz śmieszne.
Jakoś
wiedziałam, nawet nie znając go dobrze, że z Willem nigdy nie byłabym samotna,
bo on na to by nie pozwolił.
Dlatego
wstałam z łóżka, zła na siebie i na swój egoizm, jak lunatyczka poszłam szukać
swojego narkotyku.
Wyszłam
ze swojego pokoju i zatrzymałam się na korytarzu.
Mieszkanie
było ciemne, ciche, spokojne.
Podeszłam
do drzwi drugiej sypialni, nacisnęłam klamkę i otworzyłam je.
I
wtedy przypomniało mi się, że miałam chronić Willa przed sobą, przed tym, o co
go mogliby oskarżyć, jeśli ktokolwiek dowiedziałby się, że spędziliśmy razem
choćby chwilę w takich okolicznościach.
Zatrzymałam
się i zawahałam, bo wiedziałam, że powinnam się wycofać, dopóki było to
możliwe.
-
Abigail? - rozległ się głos Willa.
To
jego śpiewne wołanie nagle rozproszyło moje wątpliwości.
-
Tak. Ja… - szepnęłam - Nie mogę spać - dodałam, a potem mówiłam szybko - Czy
mogę się z tobą na chwilę położyć? Tylko na chwilę. Nie dotknę cię. Przysięgam.
-
Dobrze - mruknął Will, przerywając mój słowotok - Chodź tu.
Zobaczyłam
w ciemnościach sypialni jego cień, kiedy odrzucił kołdrę i wskazał brodą swoje
łóżko, ale znowu się zawahałam.
Jeśli
miałam go nie dotykać, potrzebowałam drugiej kołdry i poduszki, więc gwałtownie
odwróciłam się i pobiegłam do swojej sypialni, by zgarnąć z łóżka moją pościel
i wrócić do Willa.
Byłam
szybka, bo byłam szczęśliwa, że się
zgodził.
Dlatego,
zanim Will zdołał wyjść z szoku po moim wybiegnięciu z jego sypialni, ja już
wbiegłam z powrotem, trzymając kołdrę i poduszkę, by rzucić je na jego łóżko,
wspiąć się za nimi, rozłożyć je i wyciągnąć się pod nimi.
Will
powoli ułożył się na boku, położył pod głowę zgiętą rękę, oparł się na dłoni i patrzył
na mnie z góry, kiedy ja leżałam frontem do niego, z głową na swojej poduszce i
uspakajałam się po biegu.
-
Dzięki - szepnęłam - Wróciło do mnie to, co działo się w ciągu dnia.
-
Racja - mruknął Will.
Ne
odzywaliśmy się przez długa chwilę po tym, jak Will położył głowę na zgiętym
łokciu i wydawało mi się, że zasypiał, kiedy się odezwał.
-
Może nie powinnaś była jechać do tego szpitala.
-
Nie - zająknęłam się - Ja… widzisz, poprzednio Anie też była spuchnięta.
-
Poprzednio? - spytał Will.
-
Jak Ewa została zgwałcona - wyjaśniłam, bo stwierdziłam, że Will jako agent FBI
i tak wszystko już wiedział - Anie dostała rękawiczki lateksowe w szpitalu,
kiedy ją odwiedzała i dostała takiej samej reakcji anafilaktycznej.
Milczałam
przez kilka sekund, a potem dodałam szeptem - Widziałam ją wtedy, więc
wiedziałam teraz, że musiała być opuchnięta.
Przełknęłam
ciężko ślinę, zanim dokończyłam - Tylko teraz… miała tę rurkę w gardle i nie była przytomna.
O
to chodziło, że Anie była całkowicie nieprzytomna nie jak śpiąca, ale w śpiączce, a to była szalona różnica.
-
Będzie dobrze - powiedział łagodnie Will, a wtedy pomyślałam, że nie musiało być dobrze i nagle pod
powiekami zebrały mi się łzy, które wstrzymywałam od kiedy dowiedziałam się o
tym ataku na moją kochaną siostrę.
Zamrugałam
gwałtownie, bo nie chciałam płakać.
Will
był taki dobry i pozwolił mi leżeć w swoim łóżku, więc nie chciałam go
wykorzystywać.
Musiał
wyczuć, co się ze mną działo lub usłyszeć to w moim oddechu, bo wyciągnął rękę
i dotknął moich włosów.
-
Możesz płakać - powiedział łagodnie.
Potrząsnęłam
głową.
-
Nie mogę - powiedziałam zatkanym głosem - Nie powinno mnie tu w ogóle być. Nie
powinnam cię narażać na pomówienia. Jestem niepełnoletnia, jestem twoją pracą,
pewnie kogoś masz, a ja…
-
Ciśś - zaszeleścił uspokajająco Will - To nie ma znaczenia. Nie mam nikogo.
Możesz tu leżeć. Nie robimy niczego złego. Nie narażasz mnie na żadne
pomówienia.
Zamilkłam,
bo musiałam przetrawić to, co właśnie powiedział, ale dziwnym trafem,
usłyszałam tylko Nie mam nikogo.
Opowiadał
mi o swojej rodzinie, więc nie chodziło o takiego nikogo, ale mówił o kobiecie,
a to wprawiło mnie w cudowny nastrój i uszczęśliwiło
mnie.
Tak
bardzo, że zrelaksowałam się i powoli, powoli odprężyłam, aż… zasnęłam.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń