czwartek, 8 czerwca 2023

8 - Dobre zakończenie złego dnia (cz.2)

 

 Rozdział 8

Dobre zakończenie złego dnia (cz.2)

 *****

Podczas drogi mama, szczęśliwie, nie odzywała się do mnie.

W szpitalu od razu zostałyśmy skierowane, a potem wpuszczone przez pielęgniarkę do odpowiedniej sali po tym, jak przebrałyśmy się w jednorazowe ubrania ochronne.

Nie poznałam mojej siostry.

Wiedziałam, że była opuchnięta, bo już to przeżyłyśmy, ale nie spodziewałam się tego.

W przeciętym gardle Anie tkwiła rura, dzięki której moja siostra oddychała, bo nadal miała zatkane przez opuchliznę drogi oddechowe.

W jej ręce wbity był wenflon, do którego były podłączone dwie wiszące na stojaku torebki z płynami, które kapały przez rurki do jej żyły.

Jej usta były zamknięte i sine, a oczu prawie nie było widać zza jej opuchniętych policzków.

A na dodatek miała nierówno, krótko obcięte włosy, przez co ich resztki sterczały w różne strony.

Nie podeszłam do łóżka.

Wystarczyło, że mama rzuciła się tam na kolana, by zakryć twarz dłońmi i głośno szlochać z litanią żali, które wyrzucała z siebie na swój temat.

Nie mogłam tego słuchać, ale nie odeszłam.

Stałam i milczałam.

Nie byłam w stanie nawet powtórzyć tego, o co prosił mnie Jack.

Tkwiłam tam nieruchoma, niczego nie słysząca, zapatrzona tylko w kołdrę, okrywająca zniekształcone ciało mojej dobrej, kochanej, najstarszej siostry.

Nie wiedziałam później, jak dotarłyśmy do wyjścia ze szpitala, jakim cudem dojechałyśmy do domu bez wypadku, w jaki sposób mama namówiła Evę, by została na lunchu w naszym domu.

Ocknęłam się, kiedy byłyśmy w kuchni, ładowałyśmy sałatkę gyros na talerze z pitami, by je potem zanieść na stół dla każdego, kto był u nas na lunchu.

Ocuciło mnie wspomnienie tego, że gdzieś tam w samochodzie zaparkowanym na ulicy był pilnujący mnie i jeżdżący za mną po mieście Wolf, że Will pracował z mężczyznami nad zapewnieniem nam bezpieczeństwa i żaden z nich nie miał niczego dobrego na ten lunch.

Przeprosiłam dwie kobiety, które pracowały ze mną w kuchni, poszłam do mojego pokoju i wyjęłam telefon, by wybrać numer do Wolfa.

- Co tam, mała? - przywitał mnie po pierwszym dzwonku.

- Hej - zagaiłam niepewnie - Jesteś głodny?

- Jestem - odparł szybko i bez namysłu.

- Mam gyros z pitą, ale nie wiem jak ci to dać - powiedziałam mu i usłyszałam ciszę.

- Wolf? - zaniepokojona zawołałam do słuchawki.

- Dzięki, mała - powiedział do mnie cicho - …ale chyba to nie najlepszy pomysł, żebyś mnie tu karmiła.

- Ochraniasz mnie od kilku godzin… - wyjaśniłam łagodnie - to mogę zrobić choćby tyle. Tylko nie wiem jak.

Wolf westchnął.

- Długo ci tam zejdzie? - zapytał zamiast odpowiedzieć.

- Już niedługo - mruknęłam z niechęcią - Może z godzinę.

- To spakuj mi to - powiedział znowu swobodnym tonem - Zjem, jak Will cię dobierze.

- Dobrze - wymamrotałam, bo ucieszyłam się na myśl, że Will mnie odbierze - Na razie, Wolf.

- Na razie - mruknął chłopak na pożegnanie i rozłączył się, zanim zdążyłam coś dodać.

Był bardzo miły i łatwo mi się z nim rozmawiało.

Nadal, bywały doprawdy dziwne te ich, tych wszystkich facetów, różne odzywki i zachowania.

Nie miałam jednak ani siły, ani ochoty myśleć o tym w tym momencie, więc odpuściłam, tylko zajęłam się przebraniem się z powrotem w dżinsy i bluzę, którą miałam na sobie rano.

Kiedy wróciłam do kuchni, jedzenie było nałożone na talerze, więc wyjęłam dwa plastikowe pojemniki na catering, jakie mama zawsze trzymała na wszelki wypadek w szafce i nałożyłam do nich duże porcje sałatki z potężną zawartością kurczaka każda.

Mama nie odezwała się na ten temat, bo przecież tego mnie uczyła, żeby karmić różne osoby w ten sposób, a Eva popatrzyła na to i uśmiechnęła się lekko, podając mi po dwie pity do każdego pojemnika, zapakowane w papierowe torebki śniadaniowe, za co byłam jej wdzięczna.

Usiedliśmy z talerzami przy stole w naszej jadalni, zjedliśmy, kiedy młodsze dzieci trochę rozmawiały i śmiały się, a my we trzy głównie milczałyśmy, podobnie jak Jack i Matt.

Potem Eva zapakowała swoje dzieci do swojego SUV’a a z nimi Jacka, bo miał u niej poczekać na Billy’ego, a my z mamą sprzątnęłyśmy ze stołu, czekając na telefon od taty.

Kiedy telefon zadzwonił, mama poszła, by go odebrać, a ja kończyłam sprzątanie w kuchni, jednocześnie rozmawiając trochę z Ablem i zaganiając go do pomocy, żeby jej nie przeszkadzał.

A potem mama przyniosła mi telefon, mówiąc, że tata chciał porozmawiać ze mną na osobności, więc odeszłam do swojego pokoju.

Nie było to coś wyjątkowego, bo tata zawsze chciał rozmawiać z nami, jeśli byliśmy w domu, jak dzwonił, ale zwykle nie przeszkadzało nam to, że byliśmy w swoim towarzystwie.

Tym razem zdenerwowałam się też, bo nie chciałam przy nim stracić kontroli i rozpłakać się z nadmiaru emocji, które czułam.

- Hej tatku - powiedziałam, starając się brzmieć swobodnie.

- Abi, Kwiatuszku - usłyszałam zmartwiony głos taty - Mama mówiła, że z Anie jest bardzo źle.

- Jest spuchnięta, jak poprzednio - powiedziałam ostrożnie - Ale jest w śpiączce i jeszcze nie wiadomo, jak będzie dalej.

Usłyszałam, że tata westchnął i wiedziałam, że było mu ciężko, ale nic nie mogłam dla niego zrobić.

- Abi, a co z tym mieszkaniem - zagadnął tata na inny temat - Jak ci tam? Z kim mieszkasz?

- Cóż - zaczęłam ostrożnie, bo nie chciałam kłamać, ale wiedziałam, że tacie nie spodoba się prawda - Mieszkanie jest przygotowane dla czterech kobiet, ale na razie jestem w nim sama.

- Jak to sama? - tata najwyraźniej się zdenerwował.

- To znaczy z agentem, który mnie ochrania, ale on mieszka w innym pokoju - wyjaśniłam nie przedstawiając wszystkich szczegółów.

- Mieszkasz z mężczyzną? - tata zapytał z niedowierzaniem i bólem w głosie, więc poczułam się winna i musiałam mu to wyjaśnić.

- To nie tak! - prawie krzyknęłam - Mieszkam sama, a on mnie ochrania. Tylko to. Prawie się nie widujemy - naciągnęłam rzeczywistość.

- Dobrze - westchnął tata - …ufam ci.

Zamknęłam oczy i rozluźniłam się.

Mogłam rozmawiać z tatą o wszystkim, ale nie chciałam mówić mu, co czułam do Willa, jak czułam się przy tym mężczyźnie i czego pragnęłam.

Zresztą o tym nie chciałam mówić nikomu, bo sama przed sobą to ukrywałam, skoro wiedziałam, że nie mogłam Willa na to narażać.

Byłam niepełnoletnia i w świetle prawa to on byłby winien, gdybym przekonała go choćby tylko do dotyku.

Nie zamierzałam go nawet przytulać.

Nie rozmawialiśmy z tatą długo, a potem również krótko rozmawiałam z mamą, bo chciałam już wracać do miejsca, które dziwnym zrządzeniem losu stało się tym, co miałam ochotę nazywać domem.

Wiedziałam, że działo się tak ze względu na obecność tam Willa.

Wszystko odbyło się dokładnie tak, jak poprzedniego dnia.

Wypracowaliśmy pewną rutynę.

Kiedy dojechaliśmy do domu weszłam do mieszkania tak samo, jak zrobiłam to dzień wcześniej i stanęłam pośrodku salonu jak dzień wcześniej.

Zawieszona w bezruchu.

Will podszedł do mnie od tyłu, delikatnie dotknął palcami jednej dłoni dołu moich pleców i to dało mi siłę, by poruszać się i żyć.

On dawał mi siłę.

- Mam dla ciebie lunch - powiedziałam mu, odwracając się i uśmiechnęłam się słabym, nieszczerym uśmieszkiem, który był właściwie tylko wykrzywieniem warg, grymasem - Chociaż już trochę późno na lunch.

Odwróciłam się podczas tego do niego całkiem przodem, by spojrzeć mu w oczy i zobaczyć, że były zmartwione i czujne.

- Pewnie nie miałeś czasu nic zjeść - dodałam ciepło.

- Nie bardzo - mruknął.

Skinęłam głową i poszłam w stronę blatu kuchennego, gdzie Will zdążył odłożyć torbę z pojemnikiem, który przywiozłam dla niego od mamy.

Drugą taką zostawiłam Wolfowi przy kole mojego samochodu, kiedy się rozstawaliśmy, za co mi podziękował szerokim, głupkowatym, wyszczerzonym uśmiechem.

Sałatka gyros nie wymagała odgrzewania, ale, żeby Will miał poczucie domowego posiłku, przełożyłam ją na talerz, położyłam obok niej pity, które włożyłam na pół minuty do mikrofalówki i postawiłam talerz na podręcznym stoliku.

- Usiądź - powiedziałam, podnosząc głowę i zobaczyłam, że był już blisko, przyglądając się moim poczynaniom, ale nie bezczynnie.

Kiedy nakładałam jedzenie na talerz, Will podszedł do lodówki, wyjął z niej piwo i napój, z szafki szklankę i stał przy stoliku, trzymając to wszystko w rękach.

- Ty nie jesz? - zapytał mnie, więc pokręciłam głową i odparłam - Ja już jadłam u mamy. Razem z Evą i jej dziećmi zjedliśmy to samo wcześniej. Wzięłam dla ciebie i dla Wolfa w pojemniki, bo wiedziałam, ze nie miałeś czasu.

- Dzięki - mruknął Will, usiadł i odkręcił butelkę z piwem - To przynajmniej się napij - dodał.

- Nie piję piwa - powiedziałam i zobaczyłam jego uśmieszek, kiedy odparł - Tego ci nie proponowałem.

No tak, miał dla mnie napój i szklankę.

Usiadłam, nalałam do szklanki trochę pomarańczowego Arizona Orangeade, oparłam się plecami o oparcie krzesła i patrzyłam z przyjemnością, jak Will zajadał ze smakiem gyros, który dla niego przywiozłam.

Opychał się!

Will podniósł oczy, nie przestając poruszać widelcem i ustami, a potem wypchnął przez sałatkę - No, co. Pyszne. Byłem głodny.

- Wiem - szepnęłam i nadal patrzyłam, tym razem w pewien sposób rozczulona, bo właśnie tak mogłoby to dla mnie wyglądać.

Dbanie o mojego mężczyznę.

Nie byłam taka, jak Ewa i Anie.

Nigdy nie pragnęłam mieć czegoś takiego dla siebie, ale z Willem byłbym na to gotowa, przyjęłabym nawet siedzenie w domu, gotowanie, sprzątanie i inne takie obowiązki, razem z wychowywaniem dzieci, jeśli to byłby z nim.

Ale nie mogło być.

Ta myśl mnie otrzeźwiła.

Nie mogłam tak myśleć, bo to nie było właściwe i bezpieczne dla Willa.

Gdyby ktokolwiek pomyślał, że był dla mnie tym, czym był, gdybyśmy w jakikolwiek sposób zrealizowali to, czego pragnęłam, Will byłby narażony na posądzenie o wykorzystanie mnie, bo to ja byłam niepełnoletnia.

Brakowało mi dokładnie ośmiu dni, bym ukończyła osiemnaście lat i przekroczyła tę barierę, a to było coś, na co mogłam poczekać.

Dlatego Will jadł swój spóźniony lunch, a ja zaczęłam planować nasze popołudnie.

- Powinnam zrobić tą prezentację - zaczęłam niechętnie - Ale najpierw chciałabym trochę pomalować.

Will spojrzał mi w oczy i wyprostował się.

Gyros już zniknął, jedna pita też, a teraz kończył drugą, popijając ją piwem z butelki, kiedy patrzyłam na to niewidzącym wzrokiem.

- Nie będzie ci przeszkadzało? - zapytałam, ale nie byłam pewna, czy Will wiedział, z czym to się wiązało.

- Nie - powiedział jednak zdecydowanie.

- Rozstawię wszystko w swoim pokoju - zapewniłam go - Zamknę drzwi i może otworzę okno - spojrzałam na niego pytająco - Mogę?

- Tak - odparł Will, marszcząc brwi, więc wiedziałam, że nie wiedział z czym to się wiązało.

- Zapach jest dość… intensywny - wyjaśniłam.

- Wiem - rzucił Will, ale nadal marszczył brwi w niezrozumieniu - Wiem jak pachną farby i rozpuszczalniki.

Och, więc wiedział.

- Nadal nie wiem, czemu się tak tłumaczysz - powiedział tonem wymagającym wyjaśnień.

- Cóż… - zaczęłam - Lucy… Ona nie lubiła…

Na twarzy Willa pojawił się wyraz zrozumienia, a ja przypomniałam sobie, że był przy tym, jak Lucy potraktowała moje rzeczy, po ślubie Anie, więc wiedział to, jaka była.

Nie dodałam nic więcej i nie musiałam.

Will wstał, zgarnął swój talerz do zlewu, umył go i odłożył na osączarkę, kiedy ja siedziałam i patrzyłam na to, mając na pewno otwarte ze zdumienia usta.

Sam umył swój talerz, mimo że byłam tuż obok i nic nie robiłam.

Ten facet był idealny.

Następne kilka godzin spędziłam zamknięta w swoim pokoju, malując na zamówienie obrus w dynie, pomarańczowe kwiaty, żółte i zielone liście, a potem wyszłam stamtąd po namoczeniu pędzli w małym słoiczku, który wygrzebałam wcześniej ze śmieci.

Byłam zrelaksowana i spokojna.

Dokładnie tego potrzebowałam po tym ciężkim dniu.

Kiedy weszłam do salonu, przekonałam się, że Will też pracował, chociaż jego praca była najwidoczniej w formie papierowej i komputerowej.

Papierowa była w formie małych i dużych notatek i zdjęć, rozłożonych na stoliku do kawy i kanapie dookoła.

Na kolanach Willa był otwarty laptop, na którym coś pisał, zerkając na papiery, walające się dookoła.

Kiedy weszłam tam, podniósł wzrok i zamrugał, jakbym obudziła go ze snu.

- Już - zapytał, odstawiając laptop na papiery leżące na stoliku.

Skinęłam głową, nadal w swojej mgiełce relaksu i zadowolenia.

- Masz ochotę na kawę i ciastko? - zapytał Will, wstając z kanapy i zgarniając papiery, a ja przekrzywiłam głowę ze zdumienia i otworzyłam szerzej oczy, bo nie mieliśmy żadnych ciastek.

- Jak pracowałaś… - wyjaśnił Will, zauważając moje zdziwienie - pojechałem do cukierni i kupiłem kilka ciastek. I jeszcze bułki drożdżowe. Co chcesz? - ponownie zadał mi pytanie, ale tym razem podszedł do blatu kuchni i włączył gaz pod czajnikiem, sprawdzając poprzednio, czy była w nim woda.

Wyjął z szafki dwa kubki i postawił je na blacie, a potem wyjął z innej szafki puszkę kawy rozpuszczalnej, z szuflady łyżeczkę i zaczął nasypywać kawę do kubków.

Patrzyłam bez słowa, jak się krzątał, a potem ruszyłam się, by wyjąć z lodówki śmietankę waniliową, którą widziałam tam wcześniej.

- Ty też chcesz? - spytałam Willa, pokazując mu karton.

- Tak - mruknął, zajęty teraz wyjmowaniem z tekturowego opakowania ciastek i bułek na talerzyk, który wyjął wcześniej z szafki nad kuchenką.

Podziwiałam to, jak sprawnie poruszał się po kuchni, ale też dotarło do mnie, że nigdy nie zapytałam go, czy aktualnie był w związku z jakąś kobietą.

Założyłam, że nie był, ale taki wspaniały, troskliwy, przystojny mężczyzna, musiał mieć powodzenie u kobiet, więc na pewno jakaś się znalazła.

Nie myśl o tym, Abi - skarciłam się w myślach.

Co prawda Will opowiedział mi o tym, że miał kiedyś żonę, ale mógł mieć kolejną kobietę i nie wiedziałabym o tym.

Mogłam powiedzieć, że nie miałam do tego prawa.

Usiedliśmy na krzesłach, nasze kubki z kawą postawiliśmy na stoliku, gdzie Will umieścił też talerzyk z przekąską, zjedliśmy i rozmawialiśmy.

A kiedy skończyliśmy, Will zaproponował, że pomoże mi w przygotowaniu prezentacji na historię.

Zajęło nam to dwie godziny, ale po tym już umiałabym zrobić taką prezentację sama, bez pomocy, więc poczułam naprawdę dużo satysfakcji.

A oprócz tego pracowałam, siedząc tuż obok Willa, ramię przy ramieniu, czując jego męski zapach, gorące i silne ciało i to było niezwykle ekscytujące.

Podniecające!

Kiedy to też dokończyliśmy, postanowiłam przygotować kolację i to na ciepło, więc przeszłam do kuchni, by przejrzeć szafki i lodówkę.

Mieliśmy różnego rodzaju makarony, mielone mięso, pomidory w puszce i sery, więc zdecydowałam się na spaghetti bolognese.

Mięso się podsmażało, kiedy kroiłam cebulę i marchewkę na sos, a Will w tym czasie porządkował swoje papiery, które zostawił na niechlujnej stercie, jak postanowił mi pomóc w prezentacji.

Jak już wrzuciłam na patelnię wszystkie składniki, przykręciłam ogień, żeby sos dusił się to powoli i poszłam do swojego pokoju, by sprawdzić efekty mojej pracy na płótnie.

Były zadowalające, ale zdecydowałam, że muszę następnego dnia wprowadzić pewne poprawki, więc zostawiłam je rozwieszone na biurku.

Resztę wieczoru spędziliśmy niespiesznie, odpoczywając i leniuchując, ale też niezobowiązująco rozmawiając, oglądając jakiś przypadkowy film w telewizji, po prostu będąc razem.

Wydawało się, że to było dobre zakończenie tego złego dnia, ale po przyszykowania się do snu w łazience, kiedy przebrałam się już w piżamę, umyłam zęby i zrobiłam wszystko inne, co potrzebowałam, pożegnałam się z Willem krótkim Dobranoc, zamknęłam drzwi mojej sypialni, położyłam się w łóżku, zgasiłam światło i przykryłam kołdrą, a wtedy zalały mnie niechciane obrazy ze szpitala i wspomnienia rozmów z tatą i mamą.

Całe zło tego dnia wróciło do mnie i uderzyło we mnie jak obuch.

Poleżałam przez pół godziny, próbując zasnąć, wyciszyć się, ale ponownie poczułam się samotna z Willem, będącym tak blisko, co było dla mnie absurdalne i wręcz śmieszne.

Jakoś wiedziałam, nawet nie znając go dobrze, że z Willem nigdy nie byłabym samotna, bo on na to by nie pozwolił.

Dlatego wstałam z łóżka, zła na siebie i na swój egoizm, jak lunatyczka poszłam szukać swojego narkotyku.

Wyszłam ze swojego pokoju i zatrzymałam się na korytarzu.

Mieszkanie było ciemne, ciche, spokojne.

Podeszłam do drzwi drugiej sypialni, nacisnęłam klamkę i otworzyłam je.

I wtedy przypomniało mi się, że miałam chronić Willa przed sobą, przed tym, o co go mogliby oskarżyć, jeśli ktokolwiek dowiedziałby się, że spędziliśmy razem choćby chwilę w takich okolicznościach.

Zatrzymałam się i zawahałam, bo wiedziałam, że powinnam się wycofać, dopóki było to możliwe.

- Abigail? - rozległ się głos Willa.

To jego śpiewne wołanie nagle rozproszyło moje wątpliwości.

- Tak. Ja… - szepnęłam - Nie mogę spać - dodałam, a potem mówiłam szybko - Czy mogę się z tobą na chwilę położyć? Tylko na chwilę. Nie dotknę cię. Przysięgam.

- Dobrze - mruknął Will, przerywając mój słowotok - Chodź tu.

Zobaczyłam w ciemnościach sypialni jego cień, kiedy odrzucił kołdrę i wskazał brodą swoje łóżko, ale znowu się zawahałam.

Jeśli miałam go nie dotykać, potrzebowałam drugiej kołdry i poduszki, więc gwałtownie odwróciłam się i pobiegłam do swojej sypialni, by zgarnąć z łóżka moją pościel i wrócić do Willa.

Byłam szybka, bo byłam szczęśliwa, że się zgodził.

Dlatego, zanim Will zdołał wyjść z szoku po moim wybiegnięciu z jego sypialni, ja już wbiegłam z powrotem, trzymając kołdrę i poduszkę, by rzucić je na jego łóżko, wspiąć się za nimi, rozłożyć je i wyciągnąć się pod nimi.

Will powoli ułożył się na boku, położył pod głowę zgiętą rękę, oparł się na dłoni i patrzył na mnie z góry, kiedy ja leżałam frontem do niego, z głową na swojej poduszce i uspakajałam się po biegu.

- Dzięki - szepnęłam - Wróciło do mnie to, co działo się w ciągu dnia.

- Racja - mruknął Will.

Ne odzywaliśmy się przez długa chwilę po tym, jak Will położył głowę na zgiętym łokciu i wydawało mi się, że zasypiał, kiedy się odezwał.

- Może nie powinnaś była jechać do tego szpitala.

- Nie - zająknęłam się - Ja… widzisz, poprzednio Anie też była spuchnięta.

- Poprzednio? - spytał Will.

- Jak Ewa została zgwałcona - wyjaśniłam, bo stwierdziłam, że Will jako agent FBI i tak wszystko już wiedział - Anie dostała rękawiczki lateksowe w szpitalu, kiedy ją odwiedzała i dostała takiej samej reakcji anafilaktycznej.

Milczałam przez kilka sekund, a potem dodałam szeptem - Widziałam ją wtedy, więc wiedziałam teraz, że musiała być opuchnięta.

Przełknęłam ciężko ślinę, zanim dokończyłam - Tylko teraz… miała tę rurkę w gardle i nie była przytomna.

O to chodziło, że Anie była całkowicie nieprzytomna nie jak śpiąca, ale w śpiączce, a to była szalona różnica.

- Będzie dobrze - powiedział łagodnie Will, a wtedy pomyślałam, że nie musiało być dobrze i nagle pod powiekami zebrały mi się łzy, które wstrzymywałam od kiedy dowiedziałam się o tym ataku na moją kochaną siostrę.

Zamrugałam gwałtownie, bo nie chciałam płakać.

Will był taki dobry i pozwolił mi leżeć w swoim łóżku, więc nie chciałam go wykorzystywać.

Musiał wyczuć, co się ze mną działo lub usłyszeć to w moim oddechu, bo wyciągnął rękę i dotknął moich włosów.

- Możesz płakać - powiedział łagodnie.

Potrząsnęłam głową.

- Nie mogę - powiedziałam zatkanym głosem - Nie powinno mnie tu w ogóle być. Nie powinnam cię narażać na pomówienia. Jestem niepełnoletnia, jestem twoją pracą, pewnie kogoś masz, a ja…

- Ciśś - zaszeleścił uspokajająco Will - To nie ma znaczenia. Nie mam nikogo. Możesz tu leżeć. Nie robimy niczego złego. Nie narażasz mnie na żadne pomówienia.

Zamilkłam, bo musiałam przetrawić to, co właśnie powiedział, ale dziwnym trafem, usłyszałam tylko Nie mam nikogo.

Opowiadał mi o swojej rodzinie, więc nie chodziło o takiego nikogo, ale mówił o kobiecie, a to wprawiło mnie w cudowny nastrój i uszczęśliwiło mnie.

Tak bardzo, że zrelaksowałam się i powoli, powoli odprężyłam, aż… zasnęłam.



1 komentarz: