Rozdział 4
Dla mnie idealny (cz.2)
*****
Kilka godzin później…
-
Cześć - pomachałam Alekowi i Samowi, schylając się przez tylne drzwi ich Hondy,
by spojrzeć na ich rozradowane, chociaż zmęczone twarze.
W
drugiej ręce trzymałam pokrowiec z moimi ubraniami, które miałam na sobie przed
południem, ale były o wiele krótsze niż sukienka, która była w nim wcześniej, a
którą miałam właśnie na sobie, więc nie musiałam się bardzo wysilać, by nie
ciągnęły się po ziemi.
To
był gorący, letni dzień, a duchota, jaka panowała od rana zapowiadała burzę,
ale, szczęśliwie, do tej pory było pogodnie.
Anie
i Billy mieli piękny ślub i cudowne
przyjęcie.
Dawna
przyjaciółka naszej Ewy zrobiła taki piękny i pyszny tort, że przeszedł do
legendy, a mogłam być pewna, że jej wyroby cukiernicze zostaną w przyszłości
wykorzystane na przyjęciach u Evy i jej przyjaciółek, bo widziałam, jak
wymieniały się danymi kontaktowymi.
Dekoracje
udały nam się oszałamiające i byliśmy z nich dumni, ale naprawdę bardzo się nad
nimi napracowaliśmy.
Robiąc
ostatnie poprawki dosłownie padaliśmy na nos i widziałam to, z jakim trudem
Alek wspinał się na drabinkę, by podpiąć jakiś kwiatek, który, według niego,
krzywo wisiał.
Poskoczyłam
niby-obrażona bliżej niego i zrobiłam skwaszoną minkę, kiedy powiedziałam:
-
No wiesz? Masz tu taką kozę, która lubi skakać na każdy stopień, a nie
pozwalasz jej wejść na tę drobinkę.
Alek
spojrzał na mnie trochę zaskoczony, ale potem zszedł z tego jednego stopnia,
który zdążył pokonać i pokazał mi, który kwiatek należało poprawić.
Minutę
po tym, jak zrobiłam to, co on chciał zrobić, zeszłam z drabinki, a Alek
poszedł do Evy, która rozstawiała dekoracje na stołach, zbliżył się do mnie Sam
i objął mnie jednym ramieniem w pasie, by przyciągnąć mnie do siebie i
pocałować czubek mojej głowy.
-
Dzięki, Słonko - powiedział szeptem - Nigdy by mi nie darował, gdybym ja chciał go wyręczyć.
-
Nie ma za co - odmruknęłam, udając, że pochyliłam się, by sprawdzić ułożenie
płótna na stoliku, przy którym staliśmy.
-
Jest - westchnął Sam, a ja spojrzałam na niego ze zdziwieniem, by zobaczyć, że
jego wzrok był skierowany na jego partnera i był bardzo poważny.
-
Alek miał bardzo ciężkie dzieciństwo i młodość - powiedział w końcu, kiedy
przekonaliśmy się, patrząc w ich stronę oboje jednocześnie, że Alek poszedł z
Evą do części kuchennej sali wynajętej na imprezę - Jego rodzina nie
akceptowała jego orientacji seksualnej, a on odkrył ją dość wcześnie, więc
próbowali go „wyleczyć”.
-
Co? - szepnęłam z bólem, kiedy moje
serce ścisnęło się, bo słyszałam o metodach „leczenia” homoseksualizmu.
-
Są bardzo religijni - Sam potwierdził moje najgorsze obawy - Alek musiał godzinami klęczeć nagi w zimnej,
wilgotnej piwnicy na gołym betonie, głośno modlić się lub może raczej
bezmyślnie powtarzać słowa modlitwy, wysłuchiwać specjalnych kazań i znosić okrutne
lanie mokrymi rózgami na gołe uda.
-
Och - westchnęłam z żalem na myśl, co ten biedak musiał przeżywać.
-
Tak - szepnął Sam i skinął głową - Nabawił się zapalenia stawów, miał zrosty
więzadeł kolanowych i do tej pory ma blizny na nogach.
Zacisnęłam
wargi, żeby tylko nie rozpłakać się,
bo wiedziałam, że Alek nie chciałby mojej litości, nie zniósłby jej.
-
Kocham go całym sercem - powiedział Sam cichym głosem - Bo wiesz sama, jaki
jest. Ciepły, kolorowy, pogodny. Lubi wszystkich i wszędzie ma przyjaciół. Ale
tamto zostawiło w jego umyśle cierń, którego nie wyrwała nawet wieloletnia
psychoterapia.
Podniosłam
głowę, by patrzeć Samowi prosto w oczy.
-
Nienawidzi swojej rodziny - stwierdził mężczyzna, a ja wiedziałam, że Sam
uważał, że to nie było dobre i chyba wiedziałam dlaczego.
-
Przez to, że im nie wybaczył - potwierdził Sam na głos moje przypuszczenia - …nie
jest w stanie iść na przód. Powinien zamknąć bolesny rozdział tamtej historii i
rozstać się z cieniami przeszłości. Wiesz, przebaczenie umożliwia odnajdywanie
spokoju w sobie oraz pewnego rodzaju moc, która wyzwoliłaby go od nieustannej
walki z demonami.
Tak,
rozumiałam to, bo podobnie było z długotrwałą chorobą.
Fakt,
że pogodziłam się z koniecznością ciągłej, corocznej kontroli ewentualnego
nawrotu raka, pozwolił mi na przejście nad tym do porządku dziennego i
wytworzenie pewnej rutyny, chociaż dopiero rozmowa z panem Millerem pokazała
mi, że mogę iść naprzód i mieć przyszłość.
-
Jest bardzo pogodny jak na to, że nie odnalazł tego - szepnęłam.
-
Bo się kochamy - podsumował Sam z pewnością w głosie, a ja się uśmiechnęłam, bo
o to właśnie chodziło.
Na to
miałam nadzieję z Anie.
Gwałt
na Ewie rozbił naszą rodzinę i spowodował nieustanną walkę z traumą u każdego z nas.
Anie
miała mieć Billy’ego, więc miłość, którą miałaby od niego, mogła dać jej tę
moc, o której mówił Sam.
Dlatego
właśnie po tym, jak otworzyłam drzwi swoim kluczem, weszłam do naszego domu z
uśmiechem na ustach, a potem zamknęłam za sobą drzwi z powrotem na klucz, nie
spodziewając się, żeby ktoś tam był oprócz mnie, wbiegłam po schodach pomimo
zmęczenia i miałam zamiar położyć się na łóżku w sukience.
Nie
było mi to dane.
W
naszej sypialni była Lucy.
Wściekła
i nastawiona bardzo złośliwie, pragnąca się na kimś wyżyć za to, że wszyscy
cieszyli się ze szczęścia Anie, nasza zazdrosna
siostra.
-
No, wreszcie przyszłaś, dziwko! -
warknęła głośno na mnie, po czym zaczęła wyrywać garściami resztę rzeczy z
mojej szafy, skoro duża część moich ubrań, książek i przyborów malarskich
leżała już porozrzucana na podłodze i na moim łóżku - Zabieraj swoje rzeczy z mojego pokoju! Od dzisiaj śpisz na dole,
w tamtej klitce po Hannah.
-
Lucy - zaczęłam ugodowo, mówiąc łagodnym tonem - jutro…
-
Nie obchodzi mnie żadne gówno, jakim chcesz mnie uraczyć. Wypierdalaj! - warknęła moja zła siostra i podbiegła do okna,
szarpnęła za framugę i podciągnęła je do góry.
Byłam
zmęczona i jeszcze miałam nadzieję, że to był tylko pokaz siły.
-
Nie zamierzam spędzić z tobą ani
jednej nocy więcej! - Lucy wrzasnęła niespodziewanie - Spierdalaj z mojego pokoju, głupia suko!
Złapała
pierwsze rzeczy, jakie leżały jej na drodze, wróciła do otwartego okna i wyrzuciła to przez nie na trawnik przed domem.
-
Lucy, nie… - zaczęłam z rozpaczą, wyciągając przed siebie ręce, ale mnie kompletnie
nie słuchała.
Zaczęłam
miotać się po pokoju, by zebrać jak najwięcej swoich rzeczy i schować je do
toreb, które miałam na dnie szafy, ale nie przestawała wyrzucać tego, co
złapała przez okno, więc tylko błagałam - Przestań,
Lucy, już zaraz się wyprowadzę, tylko przestań.
Aż
nagle Lucy przestała miotać przez okno moją własnością, a ja nie rozumiałam
dlaczego, ale wtedy zobaczyłam, że zamarła na sekundę, a na jej ustach pojawił
się dziwny uśmieszek.
Podbiegła
do swojego biurka, złapała stamtąd torebkę, do której wrzuciła kilka drobiazgów,
telefon, nie spojrzawszy na mnie podbiegła do drzwi, za nie i usłyszałam jej
dudniące kroki na schodach, kiedy zbiegała na dół.
W
tej samej chwili usłyszałam daleki grzmot, a przez niego odgłos silnika
samochodu, który bez wątpienia należał do Lucasa.
Przyjechał
po nią, dzięki Bogu.
Zostawiłam
torby z zebranymi rzeczami i zaszłam na dół, by pozbierać moje bardziej i mniej
cenne rzeczy z trawnika przed domem, bo wiedziałam, że na ulewnym deszczu w
czasie tej letniej burzy, która właśnie się rozpętała, nie miałabym szansy na
uratowanie niektórych moich przyborów malarskich.
O
ubrania, bieliznę i pościel w ogóle się nie martwiłam, bo to mogłabym wyprać i
wysuszyć, a książki szkolne, mimo wszystko, były w drugiej kolejności.
Ale
Lucy wyrzuciła przez okno jedno czyste podobrazie, które było raczej drogie i
nie kupiłabym takiego w najbliższej przyszłości, i kilka nowych toreb, które
miałam wkrótce pomalować na specjalne zamówienie, a także garść moich pędzli,
gąbek do malowania i tubki z farbami, a to było coś dla mnie najcenniejszego.
No
i przede wszystkim obraz, który namalowałam dla Ewy.
Kiedy
znalazłam się na dole, przekonałam się, że Lucy nie zamknęła za sobą drzwi, ale
i tak miałam wychodzić, więc nie zdenerwowałam się tym, tylko wybiegłam przez
nie na deszcz.
Byłam
wciąż ubrana w sukienkę, którą Alek wybrał dla mnie na ślub i przyjęcie Anie, a
była ona wykonana z delikatnej, cieniutkiej, idealnej na lato, przewiewnej
bawełny, a dopasowała ją na mnie pani Susy, bardzo ciepła, miła kobieta, która
pracowała dorywczo jako krawcowa w ich butiku.
Sukienka
była jasno żółta, trochę może za jasno i mało wyraziście, ale przecież chodziło
o ten dzień mojej kochanej siostry, a
nie o mnie, i mocno przylegająca, przez co podkreślała moje piersi, talię i
biodra, ale była luźna na udach i do kolan, więc mogłam się w niej swobodnie
poruszać.
Buty
też miałam co prawda na koturnie, ale nadal bardzo wygodne, więc poruszałam
się, modląc się w duchu, by moje najcenniejsze rzeczy nie zdążyły przemoknąć i
zniszczyć się na ulewie.
Wybiegłam
na trawnik, nie czując spływających po mnie strumieni wody.
Złapałam
podobrazie, leżące niedaleko pędzle i tubki z farbą, kiedy poczułam czyjąś
obecność.
Nie
obejrzałam się, zamroczona deszczówką zalewającą mi oczy, kiedy biegłam z
powrotem w stronę zadaszonego ganku naszego domu, by tam rzucić trzymane
przedmioty i wrócić na trawnik.
Ale
kiedy odwróciłam się do niego przodem, zobaczyłam go i oddech zamarł mi na
sekundę w płucach.
W
ręku trzymał jakieś moje koszulki, więc przybiegł, by mi pomóc.
Był
to najpiękniejszy mężczyzna, jakiego
w życiu widziałam.
Nie
był tak wysoki, jak Billy, więc dla mnie był idealny, bo mogłam patrzeć wprost na niego, już kiedy lekko
podniosłam głowę i zobaczyłam jego czarne oczy, które otaczały równie czarne
rzęsy, wpatrzone we mnie z jakimś dziwnym, niezrozumiałym dla mnie wyrazem… ciekawości?
A na dodatek mężczyzna był ciemny!
Miał
oliwkową cerę, ciemne włosy, a ubrany był w czarną koszulkę, takie same dżinsy
i buty, które wyglądały na motocyklowe i miał skórzaną, czarną kurtkę, którą
właśnie zdjął i trzymał w ręce razem z kaskiem!
Rozejrzałam
się szybko i spostrzegłam jego cudowny
czarny motocykl, który stał zaparkowany po drugiej stronie ulicy.
Przyswoiwszy
sobie tą całą wspaniałość, poczułam się nagle pewniejsza siebie, jakbym nagle
zobaczyła element, którego mi brakowało, żeby uzupełnić obraz, który powstawał
w mojej głowie, a który dotyczył tego dnia.
-
Przepraszam - powiedziałam głosem, który nawet dla mnie zabrzmiał bardziej
zdecydowanie - Moja siostra miała lekki
napad złości - skłamałam, a potem kontynuowałam to kłamstwo, które powtarzałam
już wielokrotnie do różnych ludzi - To nie zdarza się zbyt często.
Wtedy
mężczyzna, stojący naprzeciwko mnie wyprostował się i nagle uśmiechnął się, a
dla mnie to było tak, jakby słońce zaświeciło na pochmurnym, burzowym niebie.
Jego
twarz wygładziła się, oczy zalśniły i dotarło do mnie, że był starszy ode mnie,
ale z tym uśmiechem nadal wyglądał na młodego.
I
był jeszcze piękniejszy.
Idealny.
-
Jestem Will - przedstawił mi się i skinął delikatnie głową, ale nie wyciągnął
do mnie dłoni.
-
Abigail - powiedziałam i poczułam, że miałam zaschnięte gardło, więc odchrząknęłam.
-
Dla przyjaciół Abi - dodałam głupio, chociaż bardzo chciałam usłyszeć, jak on mówił do mnie w ten sposób.
Will
skinął głową, a potem obejrzał się w stronę swojego zamokniętego Harleya, po
czym skrzywił się, a ja pomyślałam, że będzie musiał jechać na nim do domu,
gdziekolwiek on był, na mokrym siedzeniu.
-
To twój? - zapytałam, a on odwrócił się z powrotem w moją stronę, kiedy w moim
głosie zabrzmiał zachwyt, jaki musiał usłyszeć, skoro spojrzał na mnie
zdziwiony.
-
Tak - Will skinął głową, a potem znowu obejrzał się w stronę motocykla - Trochę
zmókł - dodał z westchnieniem, więc uznałam, że miałam rację.
Nie
była miła jazda na mokrym siedzeniu motocykla.
-
To może… - zawahałam się, zanim dokończyłam pytanie - Może przyprowadź go tu,
to go trochę wytrzemy.
-
Okej - mruknął Will, a potem dodał - Ale może najpierw zanieśmy to wszystko do
domu - a ja pomyślałam, że miał rację.
-
Racja - mruknęłam i złapałam jedną torbę w jedną rękę, w drugą trochę ubrań,
które były na wierzchu, stwierdzając, że były tam majtki, staniki i koszulki,
co było bardzo krępujące, a potem już bez zastanowienia złapałam za klamkę
drzwi burzowych, otworzyłam je, pchnęłam drzwi frontowe i przeszłam przez nie,
korytarzem wejściowym, do salonu i tam rzuciłam to wszystko na stolik do kawy.
Zabrałam
te rzeczy, które przyniósł Will, by odłożyć je na kanapę, a później powiedziałam
do niego - Przyniosę ci ręcznik - bo niechcący spojrzałam na jego brzuch i
zobaczyłam, że jego mokra koszulka przykleiła się do niego i dokładnie pokazywała jego genialne mięśnie.
Kiedy
usłyszałam, jak mruknął „dobrze”, natychmiast odwróciłam się na pięcie i miałam
pobiec do komody mamy, gdzie miałyśmy ręczniki, ale przyszło mi do głowy, że
mógł chcieć się umyć lub rozebrać chociażby na chwilę, a wolałabym, żeby zrobił
to w łazience.
-
Chyba, że wolisz iść do łazienki - zawołałam do niego, nie patrząc w jego
stronę, bo nadal czułam, że moje policzki były gorące i, zapewne, czerwone.
Byłam
zawstydzona, bo po raz pierwszy w życiu byłam podniecona na widok mężczyzny.
Dlatego
byłam prawie szczęśliwa, kiedy Will odmówił i wręcz pofrunęłam po ręcznik, by
wrócić z nim pędem, przekazać mu go i zabrać się za wnoszenie swoich rzeczy z
ganku do domu.
Po
pewnym czasie Will wrócił do pomagania mi, więc dość szybko uporaliśmy się ze
wszystkim i właśnie wchodziłam do salonu z obrazem, który tak strasznie dawno
temu namalowałam dla Ewy, patrząc z żalem na pęknięty róg jego obramowania.
-
Też powinnaś się wytrzeć i może przebrać - powiedział Will, więc postarałam się
otrząsnąć ze smutku, jaki mnie ogarnął i spojrzałam na niego.
Zobaczyłam,
że patrzył na trzymany przeze mnie obraz z dziwnym wyrazem zachwytu zmieszanego
z litością, jakby rozumiał, co chciałam przekazać tym obrazem, ale to nie było
możliwe, bo przecież nie znał historii naszej rodziny.
Nie
znał mnie.
Pomyślałam
jednak, że miał rację co do wycierania się, a może nawet przebrania, bo mokra
sukienka oblepiała moje ciało i czułam się z tym co najmniej niekomfortowo.
-
Dobrze… - odpowiedziałam mu z westchnieniem - ale przez ten czas przyprowadź
motocykl, to go wytrzemy.
Will
również westchnął ciężko, odwrócił się i ruszył do swojego motocykla, a ja
poszłam do łazienki na górze, gdzie miałam spodnie do jogi i koszulkę, którą
założyłam po szybkim przetarciu ciała ręcznikiem.
Musiałam
przyznać przed sobą, że zauroczył mnie ten facet nie tylko wyglądem, ale
również rozmową.
Czułam
się z nim swobodnie, lekko i bez przymusu, a rozmowa ujawniła jego inteligencję
i poczucie humoru, która mi się podobało.
Kiedy
wycieraliśmy motocykl szmatkami, które mama przeznaczyła do polerowania
kuchenki, lodówki i szyb, dowiedziałam się, że był to Harley Davidson
Buell X1, a kiedy Will zobaczył mój zachwyt tym pojazdem, zapytał mnie czy
kiedyś takim jechałam.
Przyznałam
się, że nie jechałam nigdy żadnym motocyklem, co dało mi niezwykłą propozycję
ze strony tego mężczyzny, którego poznałam zaledwie parę godzin wcześniej.
Will
zaproponował mi, że kiedyś pojedziemy na wycieczkę jego rumakiem i dał mi swój
numer telefonu, biorąc jednocześnie mój.
Byłam
taka podekscytowana.
Był
idealny.
Ten
mężczyzna nie był w moim wieku, był czarny, więc był moim ciemnym yin do mojego jasnego yang i doskonale się rozumieliśmy.
I
na dodatek dał mi nadzieję na spotkanie w przyszłości.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń