czwartek, 22 czerwca 2023

12 - Po prostu żyj (cz.2)

 

Rozdział 12

Po prostu żyj (cz.2)

*****

Cztery tygodnie później…

Był zimny, zimowy dzień i nachodziły naprawdę białe Święta.

Korytarz szkolny za moimi plecami był już prawie pusty, bo wszyscy śpieszyli się do domu w ten ostatni dzień lekcji przed feriami świątecznymi.

Miałam przewieszoną na skos przez ramiona moją torbę i oparłam ją na swoim brzuchu, kiedy otworzyłam z zamka szyfrowego moją szafkę, by zabrać z niej podręczniki i zeszyty na przerwę świąteczną.

Zamarłam z zaskoczenia z ręką uniesioną do drzwiczek.

Wewnątrz leżała niewielka, ale gruba, kwadratowa koperta, o jakiej wiedziałam, że musiała mieć w środku zabezpieczająca folię bąbelkową, więc nie przecisnęłaby się przez szczelinę w metalowych drzwiczkach tej szafki.

Ktoś się do niej włamał, żeby to dla mnie zostawić i kiedy zobaczyłam napis na froncie koperty, wiedziałam kto to był.

Nie wiedziałam, czy miałam z czego się cieszyć.

Dla mojego Słonecznika.

Tylko On mnie tak nazywał.

Nie miałam od Niego żadnej wiadomości od pięciu tygodni.

Żadne zaskoczenie, ale jednak…

Przełożyłam szybko wszystkie książki i zeszyty do mojej płóciennej torby jak wiele innych pomalowanej przeze mnie w kolorowe kwiaty, złapałam kopertę i wyjęłam z szafki resztę rzeczy.

Zatrzasnęłam szafkę, odłożyłam torbę na podłogę, trzymając kopertę między kolanami, włożyłam czapkę na głowę, owinęłam się ciepłą kurtą, szalikiem, zarzuciłam torbę z powrotem na ramię i ruszyłam do wyjścia ze szkoły, by jak najszybciej znaleźć się w moim samochodzie.

Kopertę przez cały czas trzymałam w ręku, ale nie patrzyłam na nią.

- Hej, Abi - zawołała Ella, jedna z moich koleżanek z koła plastycznego, wymijając mnie przy drzwiach wyjściowych - Wesołych Świąt.

- Hej - wymusiłam uśmiech, kiedy jej odpowiadałam - Dzięki. Tobie też.

Ella była o rok młodsza ode mnie i szła w stronę ulicy, bo przyjeżdżał po nią jej tata, a ja skierowałam się na parking szkolny.

Kiedy wreszcie usiadłam w swoim niebieskim Chevrolecie Sonic, wrzuciłam swoją torbę szkolną na siedzenie pasażera i zaczęłam niezdecydowanie kręcić kopertę w palcach.

Chciałam ją otworzyć.

Bardzo chciałam.

Ale trochę się również tego bałam.

Pożegnaliśmy się z Willem w obecności innych ludzi bardzo formalnie, oficjalnie i miałam nadzieję, że to nie było pożegnanie.

Pomimo tego, co sobie obiecaliśmy, przez długie tygodnie głupio czekałam, żeby przyjechał do mnie lub przynajmniej zadzwonił i powiedział mi, jak bardzo za mną tęsknił, że nie mógł beze mnie żyć, że byłam jego Słonecznikiem, jedynym źródłem ciepła, słońca i kolorów.

Tak jak wielokrotnie mawiał, kiedy byliśmy przez te kilka tygodni zamknięci w tamtym domu.

Nasycasz świat kolorami - mówił, kiedy leżeliśmy w naszym łóżku po seksie albo po prostu przytulając się przed snem.

Ta koperta wywołała we mnie strach, bo czułam, że to było właściwe pożegnanie na wieki.

Nie chciałam się z nim żegnać, chciałam mieć nadzieję, że przyjedzie za mniej niż te trzy lata, chciałam wierzyć w to, co mi obiecał.

Ze strachu serce zabolało mnie tak bardzo, że nie mogłam oddychać.

A potem odważyłam się.

Rozdarłam bok koperty, przechyliłam ją i na moją podstawioną dłoń wypadło coś, co wiedziałam, że było naszyjnikiem.

Był to słonecznik.

Wykonany z emalii zatopionej w srebrze, dość duży, jaskrawo żółty, z ciemniejszymi promykami, z ciemno zielonymi listkami i brązowym środkiem.

Bardzo realistyczny.

Przepiękny.

Miał doczepiony brązowy, zamszowy rzemyk, na którym mogłabym go nosić na szyi i wiedziałam, że to zrobię.

To byłam ja.

W kopercie była też kartka.

List pożegnalny.

Słoneczniku,

Żyj kolorowo. Nadal maluj świat wokół ciebie w barwne kwiaty, jak robisz to każdego dnia. Nasyć świat kolorami. Rozdawaj ludziom piękno swej duszy.

Nigdy tego nie trać.

Może kiedyś się spotkamy, ale nie czekaj.

Jesteś młoda, więc żyj.

Po prosu żyj, kochaj i bądź kochana.

W.

Kochałam i wierzyłam, że byłam kochana.

Nie płakałam, chociaż serce mi krwawiło, bo właśnie dotarło do mnie, że to było właśnie to, czego oczekiwałam.

Bałam się tego, ale musiało nadejść.

Mogłam żyć z tym, co mieliśmy.

Moja cudowna Anie miała swoją miłość, chociaż jej nie szukała, więc i ja mogłam mieć swoją, ale miałam wypełnić Jego wolę.

Nie będę czekała.

Będę żyła kolorowo.

Chociaż nadzieja umiera ostatnia.

*****

Pięć dni później…

Stałam przy stole w pokoju głównym FS 13 i patrzyłam z małym uśmiechem błąkającym mi się na ustach, jak dorośli faceci jeden przez drugiego, niczym wygłodniałe dzieci, łapali z talerzy świąteczne ciasta, kanapki z pieczoną szynką, miseczki z sałatką z indykiem i inne przysmaki, które właśnie przywiozłyśmy dla nich z Evą i Heleną na lunch.

Uśmiechałam się dokładnie tak, jak nauczyłam się uśmiechać od tych paru miesięcy, od kiedy miałam tylko połowę duszy.

Wiedziałam, że ten uśmiech nie sięgał moich oczu, ale żyłam.

Anie patrzyła na mnie z troską, ale nie zapytała nigdy nawet o to, jak się czułam, a co dopiero Co się stało?

Wiedziałam, że moja mądra, starsza siostra martwiła się, ale nie potrafiłam z nią porozmawiać, jeszcze się nie przemogłam, by w ogóle mówić o tym, co stało się przez ten miesiąc, kiedy ona była w śpiączce.

Widziała tylko bez wątpienia to, jak się zmieniłam.

Byłam ubrana w dżinsy i nawet moja mama nauczyła się już, że nie miała wpływu na to, że wolałam chodzić w spodniach niż w sukienkach lub spódnicach, chociaż czasem robiłam wyjątki.

I zawsze ubrałabym się w sukienkę, kiedy szłabym na spotkanie z Willem lub chociażby miałabym nadzieję, że by mnie zobaczył.

Miałam do tego sweterek z dekoltem w łódkę, spod którego słabo było widać mój od Gwiazdki stały element stroju, czyli wisiorek ze słonecznikiem, który dostałam od Willa, a który lubiłam czasami gładzić palcami.

Dookoła mnie rozmawiali faceci, których w większości znałam, ale nie włączałam się do ich przekomarzania, jak robiła to Eva, która znała ich wszystkich i swobodnie z nimi żartowała, a byłam raczej milcząca jak Helena, która właśnie podeszła do Oli’ego, ufnie się o niego oparła i podniosła głowę, by spojrzeć mu w oczy z Miłością.

Czystą, bezgraniczną, nie zmąconą niczym miłością przez wielkie M, jakiej ja nie mogłam mieć, jeszcze nie.

Poczułam na sobie czyjś wzrok i przeniosłam moje spojrzenie w tamtym kierunku w samą porę, by zobaczyć, jak jeden ze strażaków odwrócił się, wyglądając na speszonego z tego powodu, że go przyłapałam na gapieniu się.

Uśmiechnęłam się pod nosem.

Znałam go z widzenia, jak znałam ich wszystkich.

Miał na imię Thomas, a mówili na niego Tom.

Był bardzo młody, chyba najmłodszy z nich, bo mógł mieć zaledwie jakieś dwadzieścia kilka lat, więc prawdopodobnie zaczął tam pracę świeżo po dyplomie, a wiedziałam, że było to jakiś rok temu, i był bardzo przystojny, ale jakby niepewny swojej wartości, nieśmiały.

Miał jasne blond włosy, które nosił obcięte krótko po bokach i dłuższe na czubku głowy, więc opadały mu fantazyjnym lokiem na czoło, jasne piwne oczy, które patrzyły łagodnie, a do tego był wysoki i szczupły.

Niczego bliższego o nim nie wiedziałam.

Nie wiedziałam skąd brała się jego wstydliwość, ale nie podszedł do mnie ani razu od czasu, kiedy zaczęłam przyjeżdżać do FS 13, by odwiedzić Oli’ego lub Billy’ego, albo z Evą, która wpadała tu jak burza nawet czasem bez powodu, a przecież długo jeździłam z nią, bo nie miałam innego wyjścia, skoro nie miałam swojego samochodu.

Tym razem zdecydował się mnie zagadać, chociaż nie byłam pewna, czy nie nakłoniła go do tego właśnie Eva.

- Cześć - powiedział, kiedy podszedł do mnie, sięgając po scones, leżące niedaleko mnie na talerzu na stole, o który byłam oparta biodrami - Jestem Tom.

Spojrzałam w jego stronę i zobaczyłam, że szybko odwrócił wzrok, kiedy tylko to zrobiłam.

- Cześć. Wiem - odparłam, skinąwszy głową i uśmiechnąwszy się uprzejmie - Ja jestem Abigail.

- Wiem - mruknął Tom, po czym wreszcie wyprostował się i spojrzał w moją stronę szeroko otwartymi oczami.

Miał dość ładne, szczere, jasno piwne oczy.

Na jego policzki wypłynął rumieniec.

Uśmiechnęłam się szerzej, bo taka niespotykana u dorosłych mężczyzn nieśmiałość była wręcz atrakcyjna w porównaniu z tym, co znałam od chłopaków w liceum, którzy do tej pory mnie zaczepiali.

A Tom był starszy od nich, starszy ode mnie i mogłam powiedzieć, że był w wieku, który uznałabym za idealny dla mnie.

To znaczy uznałabym jeszcze trzy miesiące temu.

Ale uśmiechnęłam się również dlatego, że przecież miałam żyć, a ten młody mężczyzna dawał mi okazję na znajomość, która mogła mi pozwolić poznać życie inne niż to, co znałam do tej pory.

A przecież obiecałam Willowi, że będę żyła.

Nie musiałam się zakochiwać, nie musiałam flirtować, bo przecież miałam przyjaciół mężczyzn.

Tom mógł być dla mnie właśnie takim przyjacielem.

Więc postanowiłam dać temu szansę.

*****

Thomas

Tom nie mógł uwierzyć w swoje cholerne szczęście.

Luke powtarzał mu tysiące pieprzonych razy, że nigdy nie znajdzie sobie kobiety, jeśli będzie taki delikatny, uprzejmy, szarmancki i nie wystartuje od razu ostro do jakiejś laski.

Byli na świecie tylko we dwóch z całej rodziny: Thomas Hamond i Archibald Hamond, chociaż Archie stanowczo odmówił reagowania na swoje imię, jak miał siedem lat i kazał na siebie mówić Luke.

Ich rodzice zginęli w wypadku samochodowym, jak obaj byli niepełnoletni, więc zaopiekowała się nimi pewna ciotka, ale nie chciała tego robić i wypominała im to przez te kilka lat, zanim Tom nie skończył osiemnastki i mogli się we dwóch od niej wyprowadzić.

Mogli to zrobić, bo odziedziczyli po rodzicach trochę pieniędzy, które Tom mógł zacząć użytkować po osiągnięciu pełnoletności, a które były niedostępne dla ciotki, więc ich nie wydała.

Fundusze te jednak były niewielkie.

To był powód, dla którego nie mieli łatwo, a zwłaszcza Tom nie miał, bo od razu po liceum musiał podjąć pełnoetatową pracę, a nawet kilka różnych na części etatu, żeby samemu skończyć college z kursem ratownictwa, który uprawniał go do zdobycia wymarzonego przez niego zawodu strażaka.

Musiał opłacać swoją szkołę, szkołę brata, ich wspólne lokum i pokrywać zwykłe, codzienne wydatki.

Żyli bez ekstrawagancji, ale też nie biedowali.

Jego młodszy brat również pracował dorywczo, ale nie narzekał i nie użalał się, nie marudził z tego powodu.

Ale też dokładnie taki był.

Lekkoduch.

Luke skończył szkołę prawie bezproblemowo, niezauważalnie, ale młodszy brat Toma nigdy nikim się nie przejmował.

Po prostu miał w nosie opinię innych ludzi, miał na nich wyjebane i zawsze radził Tomowi, by robił to samo.

Tom nie mógł tego robić.

Był odpowiedzialny za nich obu, za to, żeby byli razem, więc nie mógł ot tak pieprzyć ludzi i ich zdanie.

Tom nie był idealny i wiedział o tym, skoro nigdy, ani w liceum, ani w college’u, nie udało mu się zdobyć żadnego stypendium, ale potrafił pracować i robił to, by utrzymać ich dwóch razem.

Wiec może nie był super mądry, ale przynajmniej był pracowity.

Mieli mieszkanie z dwiema sypialniami i całkiem dużą częścią dzienną, które sami utrzymywali w porządku, chociaż Tom musiał czasem zagonić Luke’a do sprzątania lub wyniesienia śmieci, bo młody zawsze miał czas i nigdy nie spieszył się z wykonaniem jego obowiązków.

Ale nie kłócili się.

Wkurzające jak cholera bywało tylko to, jak Luke dawał Tomowi rady dotyczące dziewczyn, a potem kobiet, bo uważał się za eksperta.

Faktycznie zaliczał kolejne cipki wręcz seryjnie.

Całkowicie przeciwnie do swojego starszego brata.

Tom pracował w FS 13 już od roku, dał się poznać jako solidny pracownik, starał się, był punktualny i przeszedł z okresu próbnego na stały etat właściwie niezauważalnie, więc wiedział, że został tu zaakceptowany.

Faceci tu pracujący byli niesamowici.

Tom pamiętał swojego ojca, miał piętnaście lat, kiedy rodzice zginęli, więc pamiętał ich oboje doskonale.

Pamiętał tatę, jak dbał o ich rodzinę, jak pracował w swoim warsztacie przy domu, jak wracał z pracy zmęczony, a mimo to uśmiechał się do nich, jak rozstrzygał ich spory.

Tom zawsze mógł pójść do taty porozmawiać lub poradzić się w każdej sprawie i bardzo mu tego brakowało, kiedy zastał tym odpowiedzialnym bratem po ukończeniu zaledwie piętnastu lat.

Pamiętał ich życie, pamiętał je doskonale, więc ich tata był dla Toma wzorem do naśladowania i Tom zawsze marzył o tym, by mieć kobietę taką, jaką była ich mama i o tym, by mieć dom, jaki mieli we czwórkę.

Nie mógł tego przekazać swojemu bratu, bo każdy z nich inaczej przeszedł w swoim czasie żałobę po śmierci rodziców.

Ale faceci, pracujący w FS 13 byli czymś więcej.

Byli to cholerni twardziele, którzy potrafili działać razem jako zgrany zespół, jak jeden organizm, walczyć z przeciwnościami, zająć się odpowiednio swoimi kobietami, dziećmi, pomagali sobie w tym wzajemnie, a przy tym potrafili żartować i wykonywać normalne, codzienne czynności jak zakupy czy mycie wozu bez mrugnięcia okiem.

Tom, pamiętając swoją rodzinę sprzed wypadku, wiedział też, że do tego wszystkiego potrzebna była odpowiednia kobieta, a te, z którymi spotykał się Luke, nie były takimi.

Tamto były puste cipki do wypieprzenia.

Jednorazowe i nic nie warte.

On potrzebował kobiety.

W czasie nauki w liceum i w college’u Tom miał powodzenie u płci przeciwnej i, gdyby zechciał, miałby dziewczyn na pęczki.

Ale był wiecznie zajęty popołudniami, bo zawsze pracował zarobkowo, dużo się uczył, by utrzymać się na studiach i był bardzo nieśmiały.

Nie był prawiczkiem.

Uprawiał seks kilka razy w życiu, a swój pierwszy raz przeżył na tylnym siedzeniu starego pickupa, którym wówczas jeździł, a którego kupił za pierwsze zarobione pieniądze, ale nadal szukał kogoś specjalnego, szczególnego.

Szukając tego, rozglądał się.

Nie chodził do klubów, barów, bo tam nie spotkałby odpowiedniej kandydatki na żonę dla siebie i na matkę swoich dzieci.

Nie chadzał też do kościoła, żadnego.

Ale jednak miał niejedną okazję, by poznać kilka dziewczyn i kobiet, które przyciągnęły jego wzrok.

I właśnie tego dnia zwrócił uwagę na ciemną blondynkę, która przyjechała ich nakarmić z Evą i Heleną, które były dla nich jak matki.

Wszystko, co przywiozły do jedzenia, było zajebiście pyszne.

Tom znał Abigail już wcześniej, ale jakoś nie zwrócił na nią uwagi.

Może stało się tak przez to, że przedtem bywała ubrana w dziwne, luźne i nie dopasowane spódnice i bluzki, a teraz wyglądała wyjątkowo ponętnie w obcisłych dżinsach i sweterku spadającym z jednego ramienia.

Przedtem jawiła mu się jak dziewczyna, młoda dziewczynka, a tego dnia zobaczył w niej kobietę.

A na dodatek piękną i kształtną kobietę.

Wręcz kuszącą seksapilem.

- Wszyscy wybierają się na Sylwestra, którego organizują wspólnie w sali tego kompleksu mieszkalnego, przy którym się zwykle spotykają - Tom ze zdziwieniem usłyszał siebie mówiącego te słowa do dziewczyny, która stała obok.

Spojrzał na nią i zobaczył, że ona też patrzyła na niego.

- Pójdziesz tam ze mną? - zapytał i wstrzymał oddech.

Zobaczył jakiś dziwny błysk w jej oczach, którego nie analizował, chociaż nie spodobał mu się, ale potem ponownie uśmiechnęła się do niego i jej twarz znowu wypiękniała.

- Tak - Abi odparła raczej stanowczo i Tom uśmiechnął się do niej z ulgą w tym samym czasie, co zaczął oddychać.

Nawet nie zauważył, że przestał.

Nie sądził, że mógł się tak stresować jej jedną odpowiedzią.

- Dobrze - powiedział do niej, po czym dodał prawie prosząco - Może przyjadę po ciebie.

Bardzo chciał dowiedzieć się, gdzie mieszkała ta dziewczyna, z kim mieszkała, ale też chciał zachować się tak, jak nauczył go tata, kiedy Tom po raz pierwszy jechał, ze swoim tatą jako kierowcą, po dziewczynę, którą miał zabrać na szkolną potańcówkę.

- Nie - Abi stwierdziła raczej stanowczo, by natychmiast mu wyjaśnić - Przyjadę sama, bo będę miała tam coś do zawiezienia. To impreza składkowa. Spotkamy się na miejscu.

To jednak nie było odrzucenie jego propozycji, bo znowu się do niego uśmiechnęła, więc po prostu miała coś zaplanowane.

Tom westchnął z żalem, ale potem zrelaksował się, stwierdzając, że współczesne kobiety po prostu takie były.

Zasady, które wpoił mu tata, nie nadawały się w relacjach męsko/damskich z dziewczynami tak młodymi i samodzielnymi, jaką była Abigail.

Ale mógł to przyjąć.

Zacząłby wreszcie żyć, a nie tylko wegetować, by zarabiać pieniądze, skoro jego młodszy brat właśnie niedawno znalazł pracę na pełen etat i dokładał się do ich utrzymania.

Ale wyłapał w odpowiedzi Abigail coś, o co musiał zapytać.

- Impreza składkowa? - zawahał się, a później bardziej stwierdził, niż zapytał - To ja też muszę coś ze sobą zabrać.

- Nie musisz - zaśmiała się Abigail, ale młody mężczyzna nie uznał tego za wyśmiewanie się z niego, bo zrobiła to jakoś łagodnie - To nie jest obowiązkowe. Ale jak chcesz to zapytaj Evy. Ona ci podpowie co zabrać. Może jakieś piwo?

Tom odetchnął z ulgą, bo był na Sylwestrze w tamtym miejscu już rok wcześniej, ale wtedy nawet nie spytał o to, kto ją sponsorował.

Po prostu go zaprosili, to poszedł.

Nie znał takiego życia.

Ale to akurat może dlatego, że do tej pory nie miał życia.

Żadnego.

1 komentarz: