Rozdział 12
Po prostu żyj (cz.2)
*****
Cztery tygodnie
później…
Był
zimny, zimowy dzień i nachodziły naprawdę białe
Święta.
Korytarz
szkolny za moimi plecami był już prawie pusty, bo wszyscy śpieszyli się do domu
w ten ostatni dzień lekcji przed feriami świątecznymi.
Miałam
przewieszoną na skos przez ramiona moją torbę i oparłam ją na swoim brzuchu,
kiedy otworzyłam z zamka szyfrowego moją szafkę, by zabrać z niej podręczniki i
zeszyty na przerwę świąteczną.
Zamarłam
z zaskoczenia z ręką uniesioną do drzwiczek.
Wewnątrz
leżała niewielka, ale gruba, kwadratowa koperta, o jakiej wiedziałam, że
musiała mieć w środku zabezpieczająca folię bąbelkową, więc nie przecisnęłaby
się przez szczelinę w metalowych drzwiczkach tej szafki.
Ktoś
się do niej włamał, żeby to dla mnie zostawić i kiedy zobaczyłam napis na
froncie koperty, wiedziałam kto to był.
Nie
wiedziałam, czy miałam z czego się cieszyć.
Dla mojego Słonecznika.
Tylko
On mnie tak nazywał.
Nie
miałam od Niego żadnej wiadomości od pięciu tygodni.
Żadne
zaskoczenie, ale jednak…
Przełożyłam
szybko wszystkie książki i zeszyty do mojej płóciennej torby jak wiele innych
pomalowanej przeze mnie w kolorowe kwiaty, złapałam kopertę i wyjęłam z szafki
resztę rzeczy.
Zatrzasnęłam
szafkę, odłożyłam torbę na podłogę, trzymając kopertę między kolanami, włożyłam
czapkę na głowę, owinęłam się ciepłą kurtą, szalikiem, zarzuciłam torbę z
powrotem na ramię i ruszyłam do wyjścia ze szkoły, by jak najszybciej znaleźć
się w moim samochodzie.
Kopertę
przez cały czas trzymałam w ręku, ale nie patrzyłam na nią.
-
Hej, Abi - zawołała Ella, jedna z moich koleżanek z koła plastycznego,
wymijając mnie przy drzwiach wyjściowych - Wesołych Świąt.
-
Hej - wymusiłam uśmiech, kiedy jej odpowiadałam - Dzięki. Tobie też.
Ella
była o rok młodsza ode mnie i szła w stronę ulicy, bo przyjeżdżał po nią jej
tata, a ja skierowałam się na parking szkolny.
Kiedy
wreszcie usiadłam w swoim niebieskim Chevrolecie Sonic, wrzuciłam swoją torbę
szkolną na siedzenie pasażera i zaczęłam niezdecydowanie kręcić kopertę w
palcach.
Chciałam
ją otworzyć.
Bardzo chciałam.
Ale
trochę się również tego bałam.
Pożegnaliśmy
się z Willem w obecności innych ludzi bardzo formalnie, oficjalnie i miałam
nadzieję, że to nie było pożegnanie.
Pomimo
tego, co sobie obiecaliśmy, przez długie tygodnie głupio czekałam, żeby
przyjechał do mnie lub przynajmniej zadzwonił i powiedział mi, jak bardzo za
mną tęsknił, że nie mógł beze mnie żyć, że byłam jego Słonecznikiem, jedynym
źródłem ciepła, słońca i kolorów.
Tak
jak wielokrotnie mawiał, kiedy byliśmy przez te kilka tygodni zamknięci w
tamtym domu.
Nasycasz świat
kolorami
- mówił, kiedy leżeliśmy w naszym łóżku po seksie albo po prostu przytulając
się przed snem.
Ta
koperta wywołała we mnie strach, bo czułam, że to było właściwe pożegnanie na wieki.
Nie
chciałam się z nim żegnać, chciałam mieć nadzieję, że przyjedzie za mniej niż te
trzy lata, chciałam wierzyć w to, co mi obiecał.
Ze
strachu serce zabolało mnie tak bardzo, że nie mogłam oddychać.
A
potem odważyłam się.
Rozdarłam
bok koperty, przechyliłam ją i na moją podstawioną dłoń wypadło coś, co
wiedziałam, że było naszyjnikiem.
Był
to słonecznik.
Wykonany
z emalii zatopionej w srebrze, dość duży, jaskrawo żółty, z ciemniejszymi
promykami, z ciemno zielonymi listkami i brązowym środkiem.
Bardzo
realistyczny.
Przepiękny.
Miał
doczepiony brązowy, zamszowy rzemyk, na którym mogłabym go nosić na szyi i
wiedziałam, że to zrobię.
To
byłam ja.
W
kopercie była też kartka.
List
pożegnalny.
Słoneczniku,
Żyj kolorowo. Nadal
maluj świat wokół ciebie w barwne kwiaty, jak robisz to każdego dnia. Nasyć
świat kolorami. Rozdawaj ludziom piękno swej duszy.
Nigdy tego nie
trać.
Może kiedyś się
spotkamy, ale nie czekaj.
Jesteś młoda, więc
żyj.
Po prosu żyj,
kochaj i bądź kochana.
W.
Kochałam
i wierzyłam, że byłam kochana.
Nie
płakałam, chociaż serce mi krwawiło, bo właśnie dotarło do mnie, że to było
właśnie to, czego oczekiwałam.
Bałam
się tego, ale musiało nadejść.
Mogłam
żyć z tym, co mieliśmy.
Moja
cudowna Anie miała swoją miłość, chociaż jej nie szukała, więc i ja mogłam mieć
swoją, ale miałam wypełnić Jego wolę.
Nie
będę czekała.
Będę
żyła kolorowo.
Chociaż
nadzieja umiera ostatnia.
*****
Pięć dni później…
Stałam
przy stole w pokoju głównym FS 13 i patrzyłam z małym uśmiechem błąkającym mi
się na ustach, jak dorośli faceci jeden przez drugiego, niczym wygłodniałe
dzieci, łapali z talerzy świąteczne ciasta, kanapki z pieczoną szynką, miseczki
z sałatką z indykiem i inne przysmaki, które właśnie przywiozłyśmy dla nich z
Evą i Heleną na lunch.
Uśmiechałam
się dokładnie tak, jak nauczyłam się uśmiechać od tych paru miesięcy, od kiedy
miałam tylko połowę duszy.
Wiedziałam,
że ten uśmiech nie sięgał moich oczu, ale żyłam.
Anie
patrzyła na mnie z troską, ale nie zapytała nigdy nawet o to, jak się czułam, a
co dopiero Co się stało?
Wiedziałam,
że moja mądra, starsza siostra martwiła się, ale nie potrafiłam z nią
porozmawiać, jeszcze się nie przemogłam, by w ogóle mówić o tym, co stało się
przez ten miesiąc, kiedy ona była w śpiączce.
Widziała
tylko bez wątpienia to, jak się zmieniłam.
Byłam
ubrana w dżinsy i nawet moja mama nauczyła się już, że nie miała wpływu na to,
że wolałam chodzić w spodniach niż w sukienkach lub spódnicach, chociaż czasem
robiłam wyjątki.
I
zawsze ubrałabym się w sukienkę, kiedy szłabym na spotkanie z Willem lub
chociażby miałabym nadzieję, że by mnie zobaczył.
Miałam
do tego sweterek z dekoltem w łódkę, spod którego słabo było widać mój od
Gwiazdki stały element stroju, czyli wisiorek ze słonecznikiem, który dostałam
od Willa, a który lubiłam czasami gładzić palcami.
Dookoła
mnie rozmawiali faceci, których w większości znałam, ale nie włączałam się do
ich przekomarzania, jak robiła to Eva, która znała ich wszystkich i swobodnie z
nimi żartowała, a byłam raczej milcząca jak Helena, która właśnie podeszła do
Oli’ego, ufnie się o niego oparła i podniosła głowę, by spojrzeć mu w oczy z Miłością.
Czystą,
bezgraniczną, nie zmąconą niczym miłością przez wielkie M, jakiej ja nie mogłam mieć, jeszcze nie.
Poczułam
na sobie czyjś wzrok i przeniosłam moje spojrzenie w tamtym kierunku w samą
porę, by zobaczyć, jak jeden ze strażaków odwrócił się, wyglądając na
speszonego z tego powodu, że go przyłapałam na gapieniu się.
Uśmiechnęłam
się pod nosem.
Znałam
go z widzenia, jak znałam ich wszystkich.
Miał
na imię Thomas, a mówili na niego Tom.
Był
bardzo młody, chyba najmłodszy z nich, bo mógł mieć zaledwie jakieś dwadzieścia
kilka lat, więc prawdopodobnie zaczął tam pracę świeżo po dyplomie, a
wiedziałam, że było to jakiś rok temu, i był bardzo przystojny, ale jakby
niepewny swojej wartości, nieśmiały.
Miał
jasne blond włosy, które nosił obcięte krótko po bokach i dłuższe na czubku
głowy, więc opadały mu fantazyjnym lokiem na czoło, jasne piwne oczy, które
patrzyły łagodnie, a do tego był wysoki i szczupły.
Niczego
bliższego o nim nie wiedziałam.
Nie
wiedziałam skąd brała się jego wstydliwość, ale nie podszedł do mnie ani razu
od czasu, kiedy zaczęłam przyjeżdżać do FS 13, by odwiedzić Oli’ego lub
Billy’ego, albo z Evą, która wpadała tu jak burza nawet czasem bez powodu, a
przecież długo jeździłam z nią, bo nie miałam innego wyjścia, skoro nie miałam
swojego samochodu.
Tym
razem zdecydował się mnie zagadać, chociaż nie byłam pewna, czy nie nakłoniła
go do tego właśnie Eva.
-
Cześć - powiedział, kiedy podszedł do mnie, sięgając po scones, leżące
niedaleko mnie na talerzu na stole, o który byłam oparta biodrami - Jestem Tom.
Spojrzałam
w jego stronę i zobaczyłam, że szybko odwrócił wzrok, kiedy tylko to zrobiłam.
-
Cześć. Wiem - odparłam, skinąwszy głową i uśmiechnąwszy się uprzejmie - Ja
jestem Abigail.
-
Wiem - mruknął Tom, po czym wreszcie
wyprostował się i spojrzał w moją stronę szeroko otwartymi oczami.
Miał
dość ładne, szczere, jasno piwne oczy.
Na
jego policzki wypłynął rumieniec.
Uśmiechnęłam
się szerzej, bo taka niespotykana u dorosłych mężczyzn nieśmiałość była wręcz
atrakcyjna w porównaniu z tym, co znałam od chłopaków w liceum, którzy do tej
pory mnie zaczepiali.
A
Tom był starszy od nich, starszy ode mnie
i mogłam powiedzieć, że był w wieku, który uznałabym za idealny dla mnie.
To
znaczy uznałabym jeszcze trzy miesiące temu.
Ale
uśmiechnęłam się również dlatego, że przecież miałam żyć, a ten młody mężczyzna
dawał mi okazję na znajomość, która mogła mi pozwolić poznać życie inne niż to,
co znałam do tej pory.
A
przecież obiecałam Willowi, że będę żyła.
Nie
musiałam się zakochiwać, nie musiałam flirtować, bo przecież miałam przyjaciół
mężczyzn.
Tom
mógł być dla mnie właśnie takim przyjacielem.
Więc
postanowiłam dać temu szansę.
*****
Thomas
Tom
nie mógł uwierzyć w swoje cholerne szczęście.
Luke
powtarzał mu tysiące pieprzonych razy, że nigdy nie znajdzie sobie kobiety,
jeśli będzie taki delikatny, uprzejmy, szarmancki i nie wystartuje od razu
ostro do jakiejś laski.
Byli
na świecie tylko we dwóch z całej rodziny: Thomas Hamond i Archibald Hamond,
chociaż Archie stanowczo odmówił reagowania na swoje imię, jak miał siedem lat
i kazał na siebie mówić Luke.
Ich
rodzice zginęli w wypadku samochodowym, jak obaj byli niepełnoletni, więc
zaopiekowała się nimi pewna ciotka, ale nie chciała tego robić i wypominała im
to przez te kilka lat, zanim Tom nie skończył osiemnastki i mogli się we dwóch
od niej wyprowadzić.
Mogli
to zrobić, bo odziedziczyli po rodzicach trochę pieniędzy, które Tom mógł
zacząć użytkować po osiągnięciu pełnoletności, a które były niedostępne dla
ciotki, więc ich nie wydała.
Fundusze
te jednak były niewielkie.
To
był powód, dla którego nie mieli łatwo, a zwłaszcza Tom nie miał, bo od razu po
liceum musiał podjąć pełnoetatową pracę, a nawet kilka różnych na części etatu,
żeby samemu skończyć college z kursem ratownictwa, który uprawniał go do zdobycia
wymarzonego przez niego zawodu strażaka.
Musiał
opłacać swoją szkołę, szkołę brata, ich wspólne lokum i pokrywać zwykłe,
codzienne wydatki.
Żyli
bez ekstrawagancji, ale też nie biedowali.
Jego
młodszy brat również pracował dorywczo, ale nie narzekał i nie użalał się, nie
marudził z tego powodu.
Ale
też dokładnie taki był.
Lekkoduch.
Luke
skończył szkołę prawie bezproblemowo, niezauważalnie, ale młodszy brat Toma
nigdy nikim się nie przejmował.
Po
prostu miał w nosie opinię innych ludzi, miał na nich wyjebane i zawsze radził
Tomowi, by robił to samo.
Tom
nie mógł tego robić.
Był
odpowiedzialny za nich obu, za to, żeby byli razem, więc nie mógł ot tak
pieprzyć ludzi i ich zdanie.
Tom
nie był idealny i wiedział o tym, skoro nigdy, ani w liceum, ani w college’u,
nie udało mu się zdobyć żadnego stypendium, ale potrafił pracować i robił to,
by utrzymać ich dwóch razem.
Wiec
może nie był super mądry, ale przynajmniej był pracowity.
Mieli
mieszkanie z dwiema sypialniami i całkiem dużą częścią dzienną, które sami
utrzymywali w porządku, chociaż Tom musiał czasem zagonić Luke’a do sprzątania
lub wyniesienia śmieci, bo młody zawsze miał czas i nigdy nie spieszył się z
wykonaniem jego obowiązków.
Ale
nie kłócili się.
Wkurzające
jak cholera bywało tylko to, jak Luke
dawał Tomowi rady dotyczące dziewczyn, a potem kobiet, bo uważał się za
eksperta.
Faktycznie
zaliczał kolejne cipki wręcz seryjnie.
Całkowicie
przeciwnie do swojego starszego brata.
Tom
pracował w FS 13 już od roku, dał się poznać jako solidny pracownik, starał
się, był punktualny i przeszedł z okresu próbnego na stały etat właściwie
niezauważalnie, więc wiedział, że został tu zaakceptowany.
Faceci
tu pracujący byli niesamowici.
Tom
pamiętał swojego ojca, miał
piętnaście lat, kiedy rodzice zginęli, więc pamiętał ich oboje doskonale.
Pamiętał
tatę, jak dbał o ich rodzinę, jak pracował w swoim warsztacie przy domu, jak
wracał z pracy zmęczony, a mimo to uśmiechał się do nich, jak rozstrzygał ich
spory.
Tom
zawsze mógł pójść do taty porozmawiać lub poradzić się w każdej sprawie i bardzo
mu tego brakowało, kiedy zastał tym odpowiedzialnym bratem po ukończeniu
zaledwie piętnastu lat.
Pamiętał
ich życie, pamiętał je doskonale, więc ich tata był dla Toma wzorem do
naśladowania i Tom zawsze marzył o tym, by mieć kobietę taką, jaką była ich mama
i o tym, by mieć dom, jaki mieli we czwórkę.
Nie
mógł tego przekazać swojemu bratu, bo każdy z nich inaczej przeszedł w swoim
czasie żałobę po śmierci rodziców.
Ale
faceci, pracujący w FS 13 byli czymś więcej.
Byli
to cholerni twardziele, którzy potrafili działać razem jako zgrany zespół, jak
jeden organizm, walczyć z przeciwnościami, zająć się odpowiednio swoimi
kobietami, dziećmi, pomagali sobie w tym wzajemnie, a przy tym potrafili
żartować i wykonywać normalne, codzienne czynności jak zakupy czy mycie wozu
bez mrugnięcia okiem.
Tom,
pamiętając swoją rodzinę sprzed wypadku, wiedział też, że do tego wszystkiego
potrzebna była odpowiednia kobieta, a te, z którymi spotykał się Luke, nie były
takimi.
Tamto
były puste cipki do wypieprzenia.
Jednorazowe
i nic nie warte.
On
potrzebował kobiety.
W
czasie nauki w liceum i w college’u Tom miał powodzenie u płci przeciwnej i,
gdyby zechciał, miałby dziewczyn na pęczki.
Ale
był wiecznie zajęty popołudniami, bo zawsze pracował zarobkowo, dużo się uczył,
by utrzymać się na studiach i był bardzo nieśmiały.
Nie
był prawiczkiem.
Uprawiał
seks kilka razy w życiu, a swój pierwszy raz przeżył na tylnym siedzeniu
starego pickupa, którym wówczas jeździł, a którego kupił za pierwsze zarobione pieniądze,
ale nadal szukał kogoś specjalnego,
szczególnego.
Szukając
tego, rozglądał się.
Nie
chodził do klubów, barów, bo tam nie spotkałby odpowiedniej kandydatki na żonę
dla siebie i na matkę swoich dzieci.
Nie
chadzał też do kościoła, żadnego.
Ale
jednak miał niejedną okazję, by
poznać kilka dziewczyn i kobiet, które przyciągnęły jego wzrok.
I
właśnie tego dnia zwrócił uwagę na ciemną blondynkę, która przyjechała ich
nakarmić z Evą i Heleną, które były dla nich jak matki.
Wszystko,
co przywiozły do jedzenia, było zajebiście
pyszne.
Tom
znał Abigail już wcześniej, ale jakoś nie zwrócił na nią uwagi.
Może
stało się tak przez to, że przedtem bywała ubrana w dziwne, luźne i nie
dopasowane spódnice i bluzki, a teraz wyglądała wyjątkowo ponętnie w obcisłych
dżinsach i sweterku spadającym z jednego ramienia.
Przedtem
jawiła mu się jak dziewczyna, młoda
dziewczynka, a tego dnia zobaczył w niej kobietę.
A
na dodatek piękną i kształtną kobietę.
Wręcz
kuszącą seksapilem.
-
Wszyscy wybierają się na Sylwestra, którego organizują wspólnie w sali tego
kompleksu mieszkalnego, przy którym się zwykle spotykają - Tom ze zdziwieniem usłyszał
siebie mówiącego te słowa do dziewczyny, która stała obok.
Spojrzał
na nią i zobaczył, że ona też patrzyła na niego.
-
Pójdziesz tam ze mną? - zapytał i wstrzymał oddech.
Zobaczył
jakiś dziwny błysk w jej oczach, którego nie analizował, chociaż nie spodobał
mu się, ale potem ponownie uśmiechnęła się do niego i jej twarz znowu
wypiękniała.
-
Tak - Abi odparła raczej stanowczo i Tom uśmiechnął się do niej z ulgą w tym
samym czasie, co zaczął oddychać.
Nawet
nie zauważył, że przestał.
Nie
sądził, że mógł się tak stresować jej jedną odpowiedzią.
-
Dobrze - powiedział do niej, po czym dodał prawie prosząco - Może przyjadę po
ciebie.
Bardzo
chciał dowiedzieć się, gdzie mieszkała ta dziewczyna, z kim mieszkała, ale też
chciał zachować się tak, jak nauczył go tata, kiedy Tom po raz pierwszy jechał,
ze swoim tatą jako kierowcą, po dziewczynę, którą miał zabrać na szkolną potańcówkę.
-
Nie - Abi stwierdziła raczej stanowczo, by natychmiast mu wyjaśnić - Przyjadę
sama, bo będę miała tam coś do zawiezienia. To impreza składkowa. Spotkamy się
na miejscu.
To
jednak nie było odrzucenie jego propozycji, bo znowu się do niego uśmiechnęła,
więc po prostu miała coś zaplanowane.
Tom
westchnął z żalem, ale potem zrelaksował się, stwierdzając, że współczesne
kobiety po prostu takie były.
Zasady,
które wpoił mu tata, nie nadawały się w relacjach męsko/damskich z dziewczynami
tak młodymi i samodzielnymi, jaką była Abigail.
Ale
mógł to przyjąć.
Zacząłby
wreszcie żyć, a nie tylko wegetować, by zarabiać pieniądze, skoro jego młodszy
brat właśnie niedawno znalazł pracę na pełen etat i dokładał się do ich
utrzymania.
Ale
wyłapał w odpowiedzi Abigail coś, o co musiał zapytać.
-
Impreza składkowa? - zawahał się, a później bardziej stwierdził, niż zapytał -
To ja też muszę coś ze sobą zabrać.
-
Nie musisz - zaśmiała się Abigail, ale młody mężczyzna nie uznał tego za
wyśmiewanie się z niego, bo zrobiła to jakoś łagodnie - To nie jest obowiązkowe. Ale jak chcesz to zapytaj Evy.
Ona ci podpowie co zabrać. Może jakieś piwo?
Tom
odetchnął z ulgą, bo był na Sylwestrze w tamtym miejscu już rok wcześniej, ale
wtedy nawet nie spytał o to, kto ją sponsorował.
Po
prostu go zaprosili, to poszedł.
Nie
znał takiego życia.
Ale
to akurat może dlatego, że do tej pory nie
miał życia.
Żadnego.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń