poniedziałek, 26 czerwca 2023

14 - Moja wina

 

Rozdział 14

Moja wina

Abigail

 

 

Dwa i pół miesiąca później…

Zagapiłam się na stojące przy mnie kobiety i mój oddech się zatrzymał, a moje oczy dosłownie chciały wyskoczyć z orbit, kiedy zakręciło mi się w głowie od nadmiaru emocji.

- Boże! To wszystko przeze mnie - szepnęłam z horrorem w głosie, bo uświadomiłam sobie właśnie tę okropną prawdę, jak wstrętną, okrutną osobą byłam dla tego mężczyzny - To moja wina - jęknęłam, patrząc na Anie, która była niedaleko i patrzyła na mnie oczami szeroko otwartymi ze zdumienia.

Stałam na trawniku terenu zielonego przy kompleksie mieszkalnym, w którym poznali się Eva i Jimmy, mieszkali nadal Alek i Sam, Sonija i Benji, a kiedyś również Maggie, Sophie i Alice.

Byliśmy tam wszyscy z rodzinami, dziećmi i znajomymi na grillu, który Eva kiedyś zaczęła organizować jako rocznicę ich poznania się i nawiązania przyjaźni, która tak cudownie rozwijała się już od trzech lat.

Ich grupka przyjaciół przez ten czas stopniowo się rozrosła, asymilując coraz to nowe osoby.

W tym nas.

Najnowszym „nabytkiem” tej zgranej grupy była ładna, piegowata, rudowłosa Lisa, której prawdziwe imię podobno brzmiało Caroline, ale nikt nigdy go nie używał i zawsze przedstawiała się tak samo.

Była wyciszona, łagodna, pełna gracji, ale trzymała się dziwnie prosto, sztywno, siadała zawsze na brzegu ławki lub krzesła, krzyżując przy tym nogi w kostkach i nigdy nie zakładając jednej na drugą.

Mówiła do każdego uprzejmie z wyraźnym brytyjskim akcentem.

Słyszałam kiedyś od kogoś opowieść jak z bajki o tym, że była prawdziwą księżniczką, a dokładniej hrabiną z Anglii, ale w tej grupie przyjaciół nie powtarzano plotek, więc musiałam poczekać na rozmowę z samą zainteresowaną, by dowiedzieć się, dlaczego nie lubiła swojego imienia i dlaczego żyła jak zwykły śmiertelnik i to w Stanach.

Cóż, prawdopodobna przyczyna stała właśnie obok niej, a był to bardzo przystojny, ciemnowłosy mężczyzna.

Gorszą częścią jej przeżyć było to, że wziął sobie ją na cel jakiś podpalacz, który porwał ją i chciał spalić żywcem, przez co Lisa przez jakiś czas nie widziała.

Podpalacz zostawił ją gdzieś, gdzie wzniecił pożar, a tamten ogień poparzył jej twarz, uraził oczy, skleił rzęsy i powieki, miała nadpalone włosy i poparzenia na kolanach, zanim uratowali ją David i jego kumple.

Na tym grillu Lisa była z Markiem, jej partnerem, ukochanym, Jedynym, którego poznała podobno na pół roku wcześniej, kiedy był jej ochroniarzem.

Mark Taylor był znajomym Davida, a Lisa w marcu mieszkała w tym kompleksie, przy którym staliśmy, razem z dwójką jej współpracowników z Anglii, kiedy odbywała staż w Opiece Społecznej SLC.

Dlatego właśnie oboje, Lisa i Mark, zostali już wtedy wciągnięci do grupy przyjaciół, która była teraz także moją grupą.

I byliśmy tam wszyscy razem.

Ten grill był inny.

Wszyscy byliśmy ubrani luźno, ale nadal trochę elegancko, bo nie była to wyłącznie kolejna uroczystość rocznicowa, ale ślub, ślub Ani i Filipa i dlatego dosłownie pół godziny wcześniej wysłuchaliśmy, jak pastor mówił do nich słowa przysięgi małżeńskiej, którą oni za nim powtarzali, a potem ogłosił: oto pan i pani Philision.

Filip bowiem przyjął nazwisko Ani.

To było nietypowe tak samo, jak reszta tego ślubu.

Ania miała na sobie sukienkę, której moja mama nigdy w życiu nie określiłaby jako ślubną, bo była szaro niebieska, prosta, bez rękawków, a jej jedyną ozdobą było to, że jej spódnicę pokrywał tiul.

Zresztą Filip też nie był ubrany w strój typowo pana młodego, bo miał na sobie czarne dżinsy i taką samą koszulkę.

Alek wymyślił, że dominującymi kolorami ich ślubu będą niebieski, biały i szary, więc ich kwiatami był orlik błękitny, którego kiście tworzyły łuk nad ich głowami i były umieszczone w wielu innych miejscach.

Ania miała również z nich zrobioną wiązankę ślubną.

Alek oczywiście nie dał się odsunąć od organizacji tego ślubu i przyjęcia, ale też nikt nie miał zamiaru tego robić, tym bardziej, że ani Ania, ani Filip nie mieli rodziców, którzy mogliby się tym zająć, chociaż na tej uroczystości była siostra Ani z rodziną.

Oboje państwo młodzi mieli za to dużą grupę oddanych przyjaciół, którzy cieszyli się ich szczęściem i okazywali to na przyjęciu po ślubie.

Był tutaj Ani i Filipa również Tom, który przyszedł sam, ale nie podchodził do mnie ani do innych kobiet, więc nie porozmawialiśmy, a Eva przed chwilą skończyła opowiadać nam, Anie i mnie, w jaki brzydki sposób Tom zachował się wobec Lisy i Marka trzy miesiące temu.

Chodziło o to, że Tom przychodził kilka razy do Lisy do mieszkania, a nawet u niej nocował, więc wyobraził sobie, że było między nimi coś więcej, niż naprawdę było.

Rozumiałam to.

Rozumiałam go.

Tom jednak naprawdę zachował się nieładnie, nie był dżentelmenem, skoro powiedział przy Marku, że spał z Lisą.

Podobno to spowodowało, że Mark opuścił Lisę, która wróciła do Anglii i o mały włos wyszłaby za mąż za kogoś zupełnie nie odpowiedniego dla niej.

Kiedy dotarło do mnie to, że Tom robił sobie nadzieję na związek z Lisą tak, jak wcześniej robił sobie nadzieję ze mną, a ja zachowałam się wobec niego tak brzydko, to najwidoczniej przeze mnie ten młody mężczyzna nie umiał zachować się inaczej w tak trudnej sytuacji.

To była wyłącznie moja wina!

Kiedy Anie i Eva zobaczyły i usłyszały moją reakcję, natychmiast zbliżyły się do mnie, osłoniły mnie od tłumu i zaczęły łagodnie wyciszać, uspokajać, chociaż po ich minach widziałam, że one nie wiedziały, co zrobiłam.

Ale też nigdy wcześniej przy nich tak gwałtownie na nic nie zareagowałam, więc trochę się wystraszyły.

Jąkając się, łapiąc spazmatycznie powietrze, stopniowo, opowiedziałam im wszystko, co działo się przez te nieszczęsne trzy tygodnie na przełomie grudnia i stycznia między mną a Tomem.

Jak z nim flirtowałam.

Jaka byłam dla niego surowa i podła.

- …i chodziliśmy na… chyba na randki… i pozwalałam mu myśleć, że… ja… uśmiechałam się do niego… - wypychałam z siebie z trudem na koniec mojej opowieści - a… a… a potem powiedziałam, że to nie to i że… że… czy moglibyśmy zostać przyjaciółmi.

Eva i Anie spojrzały na siebie i obie naraz w ten sam, nie oznaczający dla mnie niczego dobrego sposób, zacisnęły wargi.

- A on.. on powiedział - jąkałam się dalej, a potem zakończyłam szeptem, kiedy musiałam się przyznać do tego, z czego właśnie zdałam sobie sprawę - Powiedział, że nie możemy być przyjaciółmi, bo mnie lubi, a może nawet bardziej niż lubi - spojrzałam na nie błagalnie, kiedy dokończyłam - Myślicie, że się we mnie zadurzył?

- Abi! - zawołała mnie Anie łagodnym głosem, więc spojrzałam w jej stronę - To nie jest twoja wina. To Tom.

Zauważyłam, że Eva pokiwała na to głową, potakując jej.

- Nie - powiedziałam już o wiele spokojniej, chociaż nadal z żalem w głosie i ze wstydem - Dawałam mu fałszywą nadzieję. Nie powinnam była…

- Abi… - przerwała mi Eva - obiecałaś mu coś? Rozmawialiście? Prosił cię o stałość? Deklarował uczucie?

Zagryzłam wewnętrzną stronę boku dolnej wargi, spojrzałam na nią niepewnie i pokręciłam głową w zdecydowanym zaprzeczeniu, bo nie obiecywałam mu nigdy niczego, a i on nie mówił mi o swoich uczuciach.

- Więc to on - stwierdziła stanowczo ta kobieta, która była zarówno dla mnie jak i dla Anie jak mama, bardziej niż nasza własna mama - On robił sobie sam fałszywą nadzieję na waszą wspólną przyszłość.

Odwróciła się przodem do zebranego tłumu, spojrzałam tam za nią, znalazłam wzrokiem tę piękną, dystyngowaną kobietę, którą w marcu Tom rzeczywiście obraził sugestią, jakoby przespał się z nią, kiedy tylko z nią spał, a wtedy na twarzy Lisy, która w tej samej chwili patrzyła na Toma, zobaczyłam wyraz poczucia winy i żalu, podobny do moich uczuć, kiedy ja na niego patrzyłam.

O, Boże, czy to znaczyło, że nie tylko ja sądziłam, że robiłam zbyt wielkie nadzieje Tomowi na związek, ale Lisa też tak miała?

Czy to była moja wina, że ten mężczyzna tak się zachował?

Ponownie zagryzłam wewnętrzną stronę boku mojej dolnej wargi, co stało się moim bardzo złym nawykiem, a potem przyznałam rację Evie i Anie, bo wyglądało na to, że Tom faktycznie wynajdował kolejne kobiety i próbował ułożyć sobie z nimi życie, nie pytając ich o ich chęci i uczucia.

Może to nie była moja wina, ale Tom nigdy nie wyjawił mi, czego pragnął w życiu, nie znałam go, nie wiedziałam, jak wyglądała jego rodzina.

Nigdy się nim nie zainteresowałam wystarczająco, by go poznać.

Miał rację wtedy, jak się rozstawaliśmy.

To była moja wina.

Wiedziałam jednak coś innego i to chciałam powiedzieć bliskim mi kobietom, by nie myślały źle o tym młodym mężczyźnie.

- On nie jest zły - powiedziałam cicho i łagodnie do nich obydwóch - Po prostu jest samotny.

- Tak, on nie jest zły - Eva skinęła głową, kiedy to powiedziała i zerknęła na mnie przez ramię - Nadal nie powinien był zarzucać ci robienia mu fałszywych nadziei. Nawet jak jest bardzo samotny. I nie powinien był tak się zachować w stosunku do Lisy.

Westchnęłam, bo miała rację.

Moje samopoczucie poprawiło się, ale tylko trochę.

A później patrzyliśmy, jak nowożeńcy wyszli na środek czegoś na kształt parkietu, który zorganizował tam Alek i zaczęli się kołysać w rytm piosenki, którą chyba wszyscy znali, Better Love Hoziera.

Tym razem westchnęłam tylko w duchu i nie była to zazdrość, ale żal.

I tęsknota.

*****

Ponad pół godziny później…

Byliśmy nadal na przyjęciu ślubnym Ani i Filipa / grillu rocznicowym przy kompleksie mieszkalnym Aleka i Sama, siedząc przy drewnianym stole razem z kilkorgiem naszych nowych znajomych.

- Skoro złożyłaś aplikacje do czterech uczelni - mówiła z dumą moja najstarsza, obecnie jedyna i najukochańsza siostra, robiąc to głośno, by wszyscy w okolicy usłyszeli, jaka to ja byłam zdolna - …i do wszystkich się dostałaś, to teraz masz trudny wybór.

Dostałam wyniki moich egzaminów SAT i były wysokie, napisałam eseje, udokumentowałam wszystkie dodatkowe prace i wolontariaty, co dało mi całkiem ładną dokumentację do wysłania na uczelnie w różnych stanach.

To była prawda, że dostałam się do wszystkich czterech z wybranych przeze mnie uczelni, ale brałam pod uwagę tylko dwie.

Na Stanford i Berkeley złożyłam dokumenty właściwie w ramach żartu i nie mogłam brać ich pod uwagę, bo dostałam się tam bez pełnego stypendium, więc nie mogłabym utrzymać się tam sama.

Ale tak, dostałam się na nie.

- Abi dostała się nawet na Stanford i Berkeley - usłyszałam, jak Anie informowała z dumą jakąś małą kobietkę, która podeszła do nas, by zagadnąć o coś Lisę - I wszędzie ma stypendium.

Przewróciłam oczami, bo Anie zawsze tak robiła i wszyscy to wiedzieli, chociaż ta kobieta była nowa w naszym gronie, więc chyba nie zdawała sobie sprawy z tego, że moja siostra po prostu zachwycała się możliwością pochwalenia się osiągnięciami każdego, kogo kochała.

Dokładnie w ten sposób Billy niedawno został muzykiem, rozpoznawalnym i rozchwytywanym, którego grę i śpiew chcieli mieć na różnych występach, chociaż Billy wolał miejsca małe, kameralne i z klimatem.

Nie lubił dużych sal, więc od razu odmówił kilku agentom, jacy zdążyli się do niego zgłosić w ciągu pół roku, jakie upłynęły od pojawienia się nagrań z jego występu w Piwnicy na YouTube.

To ktoś z zaproszonych przyjaciół zrobił mu tę niespodziankę, a on, na szczęście, nie pogniewał się, ale zgodził na rozmowy z agentami.

Podejrzewałam, że zrobił to dla Anie i ich rodziny.

Powiększającej się rodziny, by moja siostra była w ósmym miesiącu ciąży z ich córeczką i wyglądała kwitnąco, chociaż pękato.

Natomiast ja nie uległam wpływom Anie, bo ten krok miałam już dawno zaplanowany.

Chciałam zostać na University of Utah, a aplikowanie na inne uniwersytety miało mnie zabezpieczyć przy wykonaniu czegoś jeszcze jednego.

Chciałam wyprowadzić się z domu mamy.

- Nie taki trudny - mruknęłam pod nosem.

- Jak to? - zdziwiła się Maggie, która chyba nie znała wszystkich faktów.

- W Stanford i Berkeley nie będę miała pełnego stypendium, więc… - zaczęłam wyjaśniać i gwałtownie urwałam, bo pomyślałam sobie, że nie wszyscy przecież musieli wiedzieć, że chciałam oszczędzać i dlaczego tego chciałam.

Jakieś pieniądze miałam jeszcze na tym koncie, które przeznaczył dla mnie tata, ale w mojej głowie powstał plan na wykorzystanie ich, którego jeszcze nie chciałam nikomu wyjawiać, bo nie był skrystalizowany.

Ale nikt nie dopytywał mnie, dlaczego to był dla mnie problem, a wręcz przeciwnie, na otaczających mnie twarzach zobaczyłam zrozumienie i akceptację.

- Wolałabym zostać na U… - wyjawiłam szczerze, patrząc wprost na Anie - ale nie chcę już dłużej mieszkać z mamą.

- Możesz zamieszkać w akademiku - stwierdziła Maggie, ale zmarszczyła brwi, kiedy spojrzałam na nią i zrobiłam minę pełną powątpiewania.

Milczałam przez chwilkę, a kiedy nikt nie podjął tego tematu, zrozumiałam, że nikt mnie tam nie oceniał ani nie namawiał na nic, czego sama bym nie chciała, ani nie będzie dopytywał się szczegółów, dopóki sama nie będę gotowa podzielić się nimi.

Byłam im za to wdzięczna.

Nie patrzyłam na Anie, ale czułam na sobie jej skupione, ostrożne spojrzenie, więc czułam, obawiałam się tego, że ona mogła mnie potępiać.

Potem Eva i Lisa zaczęły mówić o czymś innym, a ja się wyłączyłam.

W ten sposób upłynęło nam kolejnych kilkanaście minut, aż większość zebranych przyjaciół rozeszła się, by zaopiekować się dziećmi, by zadbać o ich domy, by ruszyć do własnych spraw.

Zostałam sama z moją Anie, bo wiedziałam, że chciała porozmawiać.

Ja nie chciałam rozmawiać, bo bałam się tego, o co mogła mnie zapytać, ale musiałam jej to dać, tę chwilę dzielenia się.

Anie mnie nie potępiała.

- Abi - zaczęła łagodnym głosem, w którym brzmiała niepewność - Powiesz mi dlaczego chcesz mieszkać w akademiku. Przecież to bez sensu. Drogo, bez domowych posiłków, a mama będzie musiała zostać sama z Ablem, bo ja jej nie pomogę, no, wiesz, z małym dzieckiem.

Tak, wiedziałam to wszystko.

- Anie… - westchnęłam, bo nie wiedziałam, ile mogłam jej powiedzieć bez zranienia jej - po prostu jest mi bardzo ciężko. Mieszkam tam z nią i z Ablem, a ona ledwo mnie toleruje - patrząc jej w oczy, postawiłam na szczerość, chociaż naprawdę nie chciałam mówić Anie, jak bardzo źle czułam się w domu mamy.

- Och, Abi - powiedziała Anie z żalem, ale zobaczyłam, że wiedziała, o czym mówiłam.

- Zajmuję twój dawny pokój, bo mama stwierdziła, że Abel potrzebuje być na górze - powiedziałam jej - I ja to rozumiem. Naprawdę rozumiem.

Anie skinęła głową, ale zacisnęła wargi, więc chyba wiedziała, co chciałam dalej powiedzieć.

- Ale ten mój pokój jest mały, bardzo mały - kontynuowałam - Ledwie się w nim mieszczę ze swoim malowaniem. To może mogłabym znieść, ale ona po prostu mnie ignoruje.

- Tak - Anie znowu westchnęła, a potem spojrzała w dal przed siebie, gdzie Billy szedł w naszą stronę z Jackiem, by zwrócić wzrok z powrotem do mnie.

- Mama kiedyś była inna - stwierdziła cicho, a ja zamarłam, bo tego się nie spodziewałam - Zanim zachorowałaś, wiesz, wtedy w dzieciństwie, bawiła się z nami, śmiałyśmy się, spędzałyśmy dużo czasu w pięć razem.

Wstrzymałam oddech, bo nie pamiętałam tego.

- Jak zachorowałaś, nasza mama się pogubiła - powiedziała łagodnie Anie - Nie umiała sobie poradzić z groźbą, że może cię stracić. Więc wyparła się tego i udawała, że jej to nie dotyczy. Potem radziła sobie inaczej, ale to też nie było dobre. Te jej histerie, depresje…

Anie pochyliła się w moją stronę, wyciągnęła do mnie rękę, dotknęła mojego przedramienia i patrzyła na mnie intensywnie.

- Ale to nie znaczy, że mama cię nie kocha - powiedziała z naciskiem - Kocha cię, ale po prostu nie umie tego okazywać.

Zamknęłam usta, które nie wiadomo kiedy rozchyliłam.

O, Boże, do tej pory nawet nie przeszło mi na myśl, że to była moja wina, że mama taka była.

Mój świat zatrząsł się w posadach i prawie runął, kiedy świadomość tego, że to ja mogłam zrobić coś pierwszego, co niszczyło naszą rodzinę od środka, dotarło do mnie z całą mocą.

To przez to, że zachorowałam, że miałam raka, badali mnie, diagnozowali tak długo, a potem leczyli i potrzebowałam tyle uwagi, mama nie zajmowała się domem, więc Ewa z Anie musiały szybko dorosnąć, by przejąć jej obowiązki, a do tego… o, Boże, to przez to mama nie zajmowała się Lucy i ona stała się taka, jaka się stała.

To przez to, że ja zachorowałam, mama nie potrafiła kochać i nie umiała zajmować się nami, tylko wpadała w kolejne depresje, więc później jeszcze Ewa i Anie musiały zajmować się Ablem.

To wszystko od początku była wyłącznie moja wina.

Nie mogłam, absolutnie, pod żadnym pozorem, nie mogłam pozwolić sobie na okazanie tego, jak bardzo to mną wstrząsnęło.

Anie miała swój dom, swoją rodzinę, którą miała się zająć.

Była w ciąży i miała wystarczająco dużo swoich problemów.

W tym momencie Billy i Jack podeszli do nas, więc przybrałam swoją najlepszą maskę pogody ducha i pożegnałam się z nimi.

Kiedy Anie mnie przytuliła na pożegnanie, szepnęła mi jeszcze do ucha:

- Nie zostawiaj jej. Kocha cię i potrzebuje. Jesteś już zdrowa, więc ułoży sobie to, jak ma z tobą żyć.

Wygięłam wargi w wymuszonym uśmiechu i skinęłam głową.

A potem się rozstaliśmy i pojechaliśmy każde do swojego domu.

*****

Kilka dni później…

Stałam na scenie sali widowiskowej, w której odbywało się rozdanie dyplomów ukończenia liceum i odwróciłam się przodem do publiki, siedzącej na widowni, bo usłyszałam kilka gwizdów i okrzyków Brawo Abi.

Może moje wyniki nie były najwyższe, ale uplasowałam się tuż za Złotą Dziesiątką, więc było dobrze.

Oceny z przedmiotów, które były kluczowe, bym miała pełne stypendium na U, uzyskałam bardziej niż zadowalające.

Realizowałam mój plan ukończenia historii sztuki w college’u na wybranym uniwersytecie, więc pozostała mi druga część, której jeszcze nadal nie przedstawiłam nikomu, bo brakowało mi kilku elementów.

Ale to miało nadejść.

Do tego dnia natomiast przygotowywałam się przy pomocy bardzo zaangażowanych przyjaciół: Aleka i Sama, Jacka, Anie i Evy z Heleną.

Zorganizowali wszystko, bym miała przy sobie wszystkich, na których mi zależało, a o których wiedzieli.

Zadbali o moją fryzurę i mój strój.

Byłam ubrana w obowiązkową, brzydką, czarną togę, ale pod nią miałam nową, letnią, żółtą sukienkę bez rękawków, której spódnica midi rozszerzała się i była rozkloszowana na halce, co utrzymywało ją w stylu sukienek z lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku.

Ponieważ jej gorset był dopasowany, a dekolt był wykończony małym kołnierzykiem, więc moja mama była nią zachwycona.

Marzyłam o tym, żeby zobaczył mnie w niej Will, ale nie chciałam, by przyjechał, bo nie chciałam być winna tego, o co by go posądzono, gdyby się pojawił.

Tęskniłam za nim aż do bólu serca i braku tchu, zwłaszcza wieczorami i nocami, kiedy zostawałam sama i nie miałam niczego, by zająć swoje myśli.

Najgorsze było kilka ostatnich dni, kiedy zrozumiałam, że to moja obecność na tym świecie była przyczyną tego, że moja mama była taka dla moich sióstr.

Poczucie winy dosłownie zżerało mnie od środka i czułam wyraźnie, że jedynie obecność Willa, możliwość porozmawiania z nim, przytulenia się, pomogłaby mi się pozbierać.

Nie mogłam tego mieć.

Nie mogłabym go na to narażać.

Ale uświadomiłam sobie też coś gorszego, a mianowicie to, że byłam sama na długo, bo musiałam w taki sposób przeżyć kilka lat i to z własnej woli.

Dobijała mnie jednak całkowicie świadomość tego, że Will też mógł tęsknić i czuć się podobnie przeze mnie.

To była moja wina, bo to ja nakłoniłam go do tego, byśmy spali w jednym łóżku, a potem do seksu, do naszego życia razem jak para.

Samo to, że mieszkaliśmy razem i miał przez krótki czas namiastkę rodziny, jakiej nie miał, a jakiej pragnął ze swoją żoną, co mi opowiadał podczas naszych rozmów, musiało być dla niego okropne, skoro to stracił.

A ja zmanipulowałam go, byśmy mieli więcej.

Byłam taka okropną, samolubną osobą.

Zasługiwałam na najsroższą karę.

Nie powinnam żyć.

Ale musiałam żyć dla Anie i dla taty, bo widziałam, jak Billy i tata przeżyli to, kiedy Anie została zaatakowana.

Nie chciałabym być winna tego, że sądziliby, że moje załamanie, jakkolwiek by przebiegło, odbiłoby się na nich.

Musiałam żyć.

Ukryć głęboko mój smutek, tęsknotę, rozpacz i poczucie winy.

Dlatego właśnie stojąc tam, przed zgromadzonymi ludźmi, podniosłam rękę, w której trzymałam dyplom, który przed chwilą wręczył mi dyrektor, uśmiechnęłam się do przyjaciół, którzy stali tam dla mnie i pomachałam im.

Miało to wyglądać na chwilę mojego triumfu.

Chciałam, by mieli chwilę radości.

Ale potem mój wzrok powędrował na krótko w stronę mrocznego kąta sali, bo moja intuicja powiedziała mi, że to tam skryłby się mój Mister Dark, gdyby przyjechał na tę uroczystość.

Chociaż wciąż miałam nadzieję, że nie przyjechał.

Czułabym się winna narażania go na smutek oraz na kłopoty, jeśli ktokolwiek niepowołany zobaczyłby go w tym miejscu.

Opuściłam rękę i zeszłam z podwyższenia, by wrócić na swoje miejsce, kiedy za mną kolejna osoba odbierała dyplom, a jeszcze inna stała, jak ja stałam przed chwilę i machała do swoich bliskich ręką z dyplomem.

 

1 komentarz: