Rozdział 14
Abigail
Dwa i pół miesiąca później…
Zagapiłam
się na stojące przy mnie kobiety i mój oddech się zatrzymał, a moje oczy
dosłownie chciały wyskoczyć z orbit, kiedy zakręciło mi się w głowie od
nadmiaru emocji.
-
Boże! To wszystko przeze mnie - szepnęłam z horrorem w głosie, bo
uświadomiłam sobie właśnie tę okropną prawdę, jak wstrętną, okrutną osobą byłam
dla tego mężczyzny - To moja wina -
jęknęłam, patrząc na Anie, która była niedaleko i patrzyła na mnie oczami szeroko
otwartymi ze zdumienia.
Stałam
na trawniku terenu zielonego przy kompleksie mieszkalnym, w którym poznali się
Eva i Jimmy, mieszkali nadal Alek i Sam, Sonija i Benji, a kiedyś również
Maggie, Sophie i Alice.
Byliśmy
tam wszyscy z rodzinami, dziećmi i znajomymi na grillu, który Eva kiedyś
zaczęła organizować jako rocznicę ich poznania się i nawiązania przyjaźni,
która tak cudownie rozwijała się już od trzech lat.
Ich
grupka przyjaciół przez ten czas stopniowo się rozrosła, asymilując coraz to
nowe osoby.
W
tym nas.
Najnowszym
„nabytkiem” tej zgranej grupy była ładna, piegowata, rudowłosa Lisa, której
prawdziwe imię podobno brzmiało Caroline, ale nikt nigdy go nie używał i zawsze
przedstawiała się tak samo.
Była
wyciszona, łagodna, pełna gracji, ale trzymała się dziwnie prosto, sztywno,
siadała zawsze na brzegu ławki lub krzesła, krzyżując przy tym nogi w kostkach
i nigdy nie zakładając jednej na drugą.
Mówiła
do każdego uprzejmie z wyraźnym brytyjskim akcentem.
Słyszałam
kiedyś od kogoś opowieść jak z bajki o tym, że była prawdziwą księżniczką, a
dokładniej hrabiną z Anglii, ale w
tej grupie przyjaciół nie powtarzano plotek, więc musiałam poczekać na rozmowę
z samą zainteresowaną, by dowiedzieć się, dlaczego nie lubiła swojego imienia i
dlaczego żyła jak zwykły śmiertelnik i to w Stanach.
Cóż,
prawdopodobna przyczyna stała właśnie obok niej, a był to bardzo przystojny,
ciemnowłosy mężczyzna.
Gorszą
częścią jej przeżyć było to, że wziął sobie ją na cel jakiś podpalacz, który
porwał ją i chciał spalić żywcem, przez co Lisa przez jakiś czas nie widziała.
Podpalacz
zostawił ją gdzieś, gdzie wzniecił pożar, a tamten ogień poparzył jej twarz, uraził
oczy, skleił rzęsy i powieki, miała nadpalone włosy i poparzenia na kolanach,
zanim uratowali ją David i jego kumple.
Na
tym grillu Lisa była z Markiem, jej partnerem, ukochanym, Jedynym, którego
poznała podobno na pół roku wcześniej, kiedy był jej ochroniarzem.
Mark
Taylor był znajomym Davida, a Lisa w marcu mieszkała w tym kompleksie, przy
którym staliśmy, razem z dwójką jej współpracowników z Anglii, kiedy odbywała
staż w Opiece Społecznej SLC.
Dlatego
właśnie oboje, Lisa i Mark, zostali już wtedy wciągnięci do grupy przyjaciół,
która była teraz także moją grupą.
I
byliśmy tam wszyscy razem.
Ten
grill był inny.
Wszyscy
byliśmy ubrani luźno, ale nadal trochę elegancko, bo nie była to wyłącznie
kolejna uroczystość rocznicowa, ale ślub,
ślub Ani i Filipa i dlatego dosłownie pół godziny wcześniej wysłuchaliśmy, jak
pastor mówił do nich słowa przysięgi małżeńskiej, którą oni za nim powtarzali,
a potem ogłosił: oto pan i pani Philision.
Filip
bowiem przyjął nazwisko Ani.
To
było nietypowe tak samo, jak reszta tego ślubu.
Ania
miała na sobie sukienkę, której moja mama nigdy w życiu nie określiłaby jako ślubną, bo była szaro niebieska, prosta,
bez rękawków, a jej jedyną ozdobą było to, że jej spódnicę pokrywał tiul.
Zresztą
Filip też nie był ubrany w strój typowo pana młodego, bo miał na sobie czarne
dżinsy i taką samą koszulkę.
Alek
wymyślił, że dominującymi kolorami ich ślubu będą niebieski, biały i szary,
więc ich kwiatami był orlik błękitny, którego kiście tworzyły łuk nad ich
głowami i były umieszczone w wielu innych miejscach.
Ania
miała również z nich zrobioną wiązankę ślubną.
Alek
oczywiście nie dał się odsunąć od organizacji tego ślubu i przyjęcia, ale też
nikt nie miał zamiaru tego robić, tym bardziej, że ani Ania, ani Filip nie
mieli rodziców, którzy mogliby się tym zająć, chociaż na tej uroczystości była
siostra Ani z rodziną.
Oboje
państwo młodzi mieli za to dużą grupę oddanych przyjaciół, którzy cieszyli się
ich szczęściem i okazywali to na przyjęciu po ślubie.
Był
tutaj Ani i Filipa również Tom, który przyszedł sam, ale nie podchodził do mnie
ani do innych kobiet, więc nie porozmawialiśmy, a Eva przed chwilą skończyła
opowiadać nam, Anie i mnie, w jaki brzydki
sposób Tom zachował się wobec Lisy i Marka trzy miesiące temu.
Chodziło
o to, że Tom przychodził kilka razy do Lisy do mieszkania, a nawet u niej
nocował, więc wyobraził sobie, że było między nimi coś więcej, niż naprawdę
było.
Rozumiałam
to.
Rozumiałam
go.
Tom
jednak naprawdę zachował się nieładnie, nie
był dżentelmenem, skoro powiedział przy Marku, że spał z Lisą.
Podobno
to spowodowało, że Mark opuścił Lisę, która wróciła do Anglii i o mały włos
wyszłaby za mąż za kogoś zupełnie nie odpowiedniego dla niej.
Kiedy
dotarło do mnie to, że Tom robił sobie nadzieję na związek z Lisą tak, jak
wcześniej robił sobie nadzieję ze mną, a ja zachowałam się wobec niego tak
brzydko, to najwidoczniej przeze mnie
ten młody mężczyzna nie umiał zachować się inaczej w tak trudnej sytuacji.
To
była wyłącznie moja wina!
Kiedy
Anie i Eva zobaczyły i usłyszały moją reakcję, natychmiast zbliżyły się do
mnie, osłoniły mnie od tłumu i zaczęły łagodnie wyciszać, uspokajać, chociaż po
ich minach widziałam, że one nie
wiedziały, co zrobiłam.
Ale
też nigdy wcześniej przy nich tak gwałtownie na nic nie zareagowałam, więc
trochę się wystraszyły.
Jąkając
się, łapiąc spazmatycznie powietrze, stopniowo, opowiedziałam im wszystko, co działo się przez te nieszczęsne
trzy tygodnie na przełomie grudnia i stycznia między mną a Tomem.
Jak
z nim flirtowałam.
Jaka
byłam dla niego surowa i podła.
-
…i chodziliśmy na… chyba na randki… i
pozwalałam mu myśleć, że… ja… uśmiechałam się do niego… - wypychałam z
siebie z trudem na koniec mojej opowieści - a… a… a potem powiedziałam, że to
nie to i że… że… czy moglibyśmy zostać przyjaciółmi.
Eva
i Anie spojrzały na siebie i obie naraz w ten sam, nie oznaczający dla mnie niczego dobrego sposób, zacisnęły wargi.
-
A on.. on powiedział - jąkałam się dalej, a potem zakończyłam szeptem, kiedy
musiałam się przyznać do tego, z czego właśnie zdałam sobie sprawę -
Powiedział, że nie możemy być przyjaciółmi, bo mnie lubi, a może nawet bardziej
niż lubi - spojrzałam na nie błagalnie, kiedy dokończyłam - Myślicie, że się we
mnie zadurzył?
-
Abi! - zawołała mnie Anie łagodnym
głosem, więc spojrzałam w jej stronę - To nie jest twoja wina. To Tom.
Zauważyłam,
że Eva pokiwała na to głową, potakując jej.
-
Nie - powiedziałam już o wiele spokojniej, chociaż nadal z żalem w głosie i ze
wstydem - Dawałam mu fałszywą nadzieję. Nie powinnam była…
-
Abi… - przerwała mi Eva - obiecałaś mu coś? Rozmawialiście? Prosił cię o
stałość? Deklarował uczucie?
Zagryzłam
wewnętrzną stronę boku dolnej wargi, spojrzałam na nią niepewnie i pokręciłam
głową w zdecydowanym zaprzeczeniu, bo nie obiecywałam mu nigdy niczego, a i on
nie mówił mi o swoich uczuciach.
-
Więc to on - stwierdziła stanowczo ta kobieta, która była zarówno dla mnie jak
i dla Anie jak mama, bardziej niż nasza własna mama - On robił sobie sam fałszywą nadzieję na waszą wspólną przyszłość.
Odwróciła
się przodem do zebranego tłumu, spojrzałam tam za nią, znalazłam wzrokiem tę
piękną, dystyngowaną kobietę, którą w marcu Tom rzeczywiście obraził sugestią, jakoby przespał się z
nią, kiedy tylko z nią spał, a wtedy
na twarzy Lisy, która w tej samej chwili patrzyła na Toma, zobaczyłam wyraz poczucia
winy i żalu, podobny do moich uczuć, kiedy ja na niego patrzyłam.
O,
Boże, czy to znaczyło, że nie tylko
ja sądziłam, że robiłam zbyt wielkie nadzieje Tomowi na związek, ale Lisa też tak miała?
Czy
to była moja wina, że ten mężczyzna
tak się zachował?
Ponownie
zagryzłam wewnętrzną stronę boku mojej dolnej wargi, co stało się moim bardzo
złym nawykiem, a potem przyznałam rację Evie i Anie, bo wyglądało na to, że Tom
faktycznie wynajdował kolejne kobiety i próbował ułożyć sobie z nimi życie, nie
pytając ich o ich chęci i uczucia.
Może
to nie była moja wina, ale Tom nigdy nie wyjawił mi, czego pragnął w życiu, nie
znałam go, nie wiedziałam, jak wyglądała jego rodzina.
Nigdy
się nim nie zainteresowałam wystarczająco, by go poznać.
Miał
rację wtedy, jak się rozstawaliśmy.
To
była moja wina.
Wiedziałam
jednak coś innego i to chciałam powiedzieć bliskim mi kobietom, by nie myślały
źle o tym młodym mężczyźnie.
-
On nie jest zły - powiedziałam cicho i łagodnie do nich obydwóch - Po prostu
jest samotny.
-
Tak, on nie jest zły - Eva skinęła głową, kiedy to powiedziała i zerknęła na
mnie przez ramię - Nadal nie powinien był zarzucać ci robienia mu fałszywych
nadziei. Nawet jak jest bardzo
samotny. I nie powinien był tak się zachować w stosunku do Lisy.
Westchnęłam,
bo miała rację.
Moje
samopoczucie poprawiło się, ale tylko trochę.
A
później patrzyliśmy, jak nowożeńcy wyszli na środek czegoś na kształt parkietu,
który zorganizował tam Alek i zaczęli się kołysać w rytm piosenki, którą chyba
wszyscy znali, Better Love Hoziera.
Tym
razem westchnęłam tylko w duchu i nie była to zazdrość, ale żal.
I
tęsknota.
*****
Ponad pół godziny
później…
Byliśmy
nadal na przyjęciu ślubnym Ani i Filipa / grillu rocznicowym przy kompleksie
mieszkalnym Aleka i Sama, siedząc przy drewnianym stole razem z kilkorgiem
naszych nowych znajomych.
-
Skoro złożyłaś aplikacje do czterech uczelni - mówiła z dumą moja najstarsza,
obecnie jedyna i najukochańsza siostra, robiąc to głośno, by wszyscy w okolicy
usłyszeli, jaka to ja byłam zdolna - …i do wszystkich się dostałaś, to teraz
masz trudny wybór.
Dostałam
wyniki moich egzaminów SAT i były wysokie, napisałam eseje, udokumentowałam
wszystkie dodatkowe prace i wolontariaty, co dało mi całkiem ładną dokumentację
do wysłania na uczelnie w różnych stanach.
To
była prawda, że dostałam się do wszystkich czterech z wybranych przeze mnie
uczelni, ale brałam pod uwagę tylko dwie.
Na
Stanford i Berkeley złożyłam dokumenty właściwie w ramach żartu i nie mogłam
brać ich pod uwagę, bo dostałam się tam bez pełnego stypendium, więc nie
mogłabym utrzymać się tam sama.
Ale
tak, dostałam się na nie.
-
Abi dostała się nawet na Stanford i
Berkeley - usłyszałam, jak Anie informowała z dumą jakąś małą kobietkę, która
podeszła do nas, by zagadnąć o coś Lisę - I wszędzie ma stypendium.
Przewróciłam
oczami, bo Anie zawsze tak robiła i wszyscy to wiedzieli, chociaż ta kobieta
była nowa w naszym gronie, więc chyba nie zdawała sobie sprawy z tego, że moja
siostra po prostu zachwycała się możliwością pochwalenia się osiągnięciami każdego,
kogo kochała.
Dokładnie
w ten sposób Billy niedawno został muzykiem, rozpoznawalnym i rozchwytywanym,
którego grę i śpiew chcieli mieć na różnych występach, chociaż Billy wolał
miejsca małe, kameralne i z klimatem.
Nie
lubił dużych sal, więc od razu odmówił kilku agentom, jacy zdążyli się do niego
zgłosić w ciągu pół roku, jakie upłynęły od pojawienia się nagrań z jego
występu w Piwnicy na YouTube.
To
ktoś z zaproszonych przyjaciół zrobił mu tę niespodziankę, a on, na szczęście,
nie pogniewał się, ale zgodził na rozmowy z agentami.
Podejrzewałam,
że zrobił to dla Anie i ich rodziny.
Powiększającej
się rodziny, by moja siostra była w ósmym miesiącu ciąży z ich córeczką i
wyglądała kwitnąco, chociaż pękato.
Natomiast
ja nie uległam wpływom Anie, bo ten
krok miałam już dawno zaplanowany.
Chciałam
zostać na University of Utah, a aplikowanie na inne uniwersytety miało mnie
zabezpieczyć przy wykonaniu czegoś jeszcze jednego.
Chciałam
wyprowadzić się z domu mamy.
-
Nie taki trudny - mruknęłam pod nosem.
-
Jak to? - zdziwiła się Maggie, która chyba nie znała wszystkich faktów.
-
W Stanford i Berkeley nie będę miała pełnego stypendium, więc… - zaczęłam
wyjaśniać i gwałtownie urwałam, bo pomyślałam sobie, że nie wszyscy przecież musieli
wiedzieć, że chciałam oszczędzać i dlaczego
tego chciałam.
Jakieś
pieniądze miałam jeszcze na tym koncie, które przeznaczył dla mnie tata, ale w
mojej głowie powstał plan na wykorzystanie ich, którego jeszcze nie chciałam
nikomu wyjawiać, bo nie był skrystalizowany.
Ale
nikt nie dopytywał mnie, dlaczego to był dla mnie problem, a wręcz przeciwnie,
na otaczających mnie twarzach zobaczyłam zrozumienie i akceptację.
-
Wolałabym zostać na U… - wyjawiłam szczerze, patrząc wprost na Anie - ale nie
chcę już dłużej mieszkać z mamą.
-
Możesz zamieszkać w akademiku - stwierdziła Maggie, ale zmarszczyła brwi, kiedy
spojrzałam na nią i zrobiłam minę pełną powątpiewania.
Milczałam
przez chwilkę, a kiedy nikt nie podjął tego tematu, zrozumiałam, że nikt mnie
tam nie oceniał ani nie namawiał na nic, czego sama bym nie chciała, ani nie będzie
dopytywał się szczegółów, dopóki sama nie będę gotowa podzielić się nimi.
Byłam
im za to wdzięczna.
Nie
patrzyłam na Anie, ale czułam na sobie jej skupione, ostrożne spojrzenie, więc
czułam, obawiałam się tego, że ona mogła mnie potępiać.
Potem
Eva i Lisa zaczęły mówić o czymś innym, a ja się wyłączyłam.
W
ten sposób upłynęło nam kolejnych kilkanaście minut, aż większość zebranych
przyjaciół rozeszła się, by zaopiekować się dziećmi, by zadbać o ich domy, by
ruszyć do własnych spraw.
Zostałam
sama z moją Anie, bo wiedziałam, że chciała porozmawiać.
Ja
nie chciałam rozmawiać, bo bałam się tego, o co mogła mnie zapytać, ale
musiałam jej to dać, tę chwilę dzielenia się.
Anie
mnie nie potępiała.
-
Abi - zaczęła łagodnym głosem, w którym brzmiała niepewność - Powiesz mi
dlaczego chcesz mieszkać w akademiku. Przecież to bez sensu. Drogo, bez
domowych posiłków, a mama będzie musiała zostać sama z Ablem, bo ja jej nie pomogę, no, wiesz, z małym
dzieckiem.
Tak,
wiedziałam to wszystko.
-
Anie… - westchnęłam, bo nie wiedziałam, ile mogłam jej powiedzieć bez zranienia
jej - po prostu jest mi bardzo ciężko. Mieszkam tam z nią i z Ablem, a ona ledwo
mnie toleruje - patrząc jej w oczy, postawiłam na szczerość, chociaż naprawdę
nie chciałam mówić Anie, jak bardzo źle czułam się w domu mamy.
-
Och, Abi - powiedziała Anie z żalem, ale zobaczyłam, że wiedziała, o czym
mówiłam.
-
Zajmuję twój dawny pokój, bo mama stwierdziła, że Abel potrzebuje być na górze
- powiedziałam jej - I ja to rozumiem. Naprawdę
rozumiem.
Anie
skinęła głową, ale zacisnęła wargi, więc chyba wiedziała, co chciałam dalej
powiedzieć.
-
Ale ten mój pokój jest mały, bardzo mały - kontynuowałam - Ledwie się w nim mieszczę
ze swoim malowaniem. To może mogłabym
znieść, ale ona po prostu mnie ignoruje.
-
Tak - Anie znowu westchnęła, a potem spojrzała w dal przed siebie, gdzie Billy
szedł w naszą stronę z Jackiem, by zwrócić wzrok z powrotem do mnie.
-
Mama kiedyś była inna - stwierdziła cicho, a ja zamarłam, bo tego się nie
spodziewałam - Zanim zachorowałaś, wiesz, wtedy w dzieciństwie, bawiła się z
nami, śmiałyśmy się, spędzałyśmy dużo czasu w pięć razem.
Wstrzymałam
oddech, bo nie pamiętałam tego.
-
Jak zachorowałaś, nasza mama się pogubiła - powiedziała łagodnie Anie - Nie
umiała sobie poradzić z groźbą, że może cię stracić. Więc wyparła się tego i
udawała, że jej to nie dotyczy. Potem radziła sobie inaczej, ale to też nie
było dobre. Te jej histerie, depresje…
Anie
pochyliła się w moją stronę, wyciągnęła do mnie rękę, dotknęła mojego
przedramienia i patrzyła na mnie intensywnie.
-
Ale to nie znaczy, że mama cię nie kocha - powiedziała z naciskiem - Kocha cię,
ale po prostu nie umie tego okazywać.
Zamknęłam
usta, które nie wiadomo kiedy rozchyliłam.
O,
Boże, do tej pory nawet nie przeszło
mi na myśl, że to była moja wina, że
mama taka była.
Mój
świat zatrząsł się w posadach i prawie runął, kiedy świadomość tego, że to ja mogłam zrobić coś pierwszego, co niszczyło naszą rodzinę
od środka, dotarło do mnie z całą mocą.
To
przez to, że zachorowałam, że miałam raka, badali mnie, diagnozowali tak długo,
a potem leczyli i potrzebowałam tyle uwagi, mama nie zajmowała się domem, więc
Ewa z Anie musiały szybko dorosnąć, by przejąć
jej obowiązki, a do tego… o, Boże,
to przez to mama nie zajmowała się Lucy i ona stała się taka, jaka się stała.
To
przez to, że ja zachorowałam, mama nie potrafiła kochać i nie umiała zajmować
się nami, tylko wpadała w kolejne depresje, więc później jeszcze Ewa i Anie
musiały zajmować się Ablem.
To
wszystko od początku była wyłącznie moja
wina.
Nie
mogłam, absolutnie, pod żadnym pozorem, nie
mogłam pozwolić sobie na okazanie tego, jak bardzo to mną wstrząsnęło.
Anie
miała swój dom, swoją rodzinę, którą miała się zająć.
Była
w ciąży i miała wystarczająco dużo swoich problemów.
W
tym momencie Billy i Jack podeszli do nas, więc przybrałam swoją najlepszą
maskę pogody ducha i pożegnałam się z nimi.
Kiedy
Anie mnie przytuliła na pożegnanie, szepnęła mi jeszcze do ucha:
-
Nie zostawiaj jej. Kocha cię i potrzebuje. Jesteś już zdrowa, więc ułoży sobie
to, jak ma z tobą żyć.
Wygięłam
wargi w wymuszonym uśmiechu i skinęłam głową.
A
potem się rozstaliśmy i pojechaliśmy każde do swojego domu.
*****
Kilka dni później…
Stałam
na scenie sali widowiskowej, w której odbywało się rozdanie dyplomów ukończenia
liceum i odwróciłam się przodem do publiki, siedzącej na widowni, bo usłyszałam
kilka gwizdów i okrzyków Brawo Abi.
Może
moje wyniki nie były najwyższe, ale uplasowałam się tuż za Złotą Dziesiątką, więc było dobrze.
Oceny
z przedmiotów, które były kluczowe, bym miała pełne stypendium na U, uzyskałam
bardziej niż zadowalające.
Realizowałam
mój plan ukończenia historii sztuki w college’u na wybranym uniwersytecie, więc
pozostała mi druga część, której jeszcze nadal nie przedstawiłam nikomu, bo
brakowało mi kilku elementów.
Ale
to miało nadejść.
Do
tego dnia natomiast przygotowywałam się przy pomocy bardzo zaangażowanych
przyjaciół: Aleka i Sama, Jacka, Anie i Evy z Heleną.
Zorganizowali
wszystko, bym miała przy sobie wszystkich, na których mi zależało, a o których
wiedzieli.
Zadbali
o moją fryzurę i mój strój.
Byłam
ubrana w obowiązkową, brzydką, czarną togę, ale pod nią miałam nową, letnią,
żółtą sukienkę bez rękawków, której spódnica midi rozszerzała się i była
rozkloszowana na halce, co utrzymywało ją w stylu sukienek z lat
sześćdziesiątych dwudziestego wieku.
Ponieważ
jej gorset był dopasowany, a dekolt był wykończony małym kołnierzykiem, więc
moja mama była nią zachwycona.
Marzyłam
o tym, żeby zobaczył mnie w niej Will, ale nie chciałam, by przyjechał, bo nie
chciałam być winna tego, o co by go posądzono, gdyby się pojawił.
Tęskniłam
za nim aż do bólu serca i braku tchu, zwłaszcza wieczorami i nocami, kiedy
zostawałam sama i nie miałam niczego, by zająć swoje myśli.
Najgorsze
było kilka ostatnich dni, kiedy zrozumiałam, że to moja obecność na tym świecie
była przyczyną tego, że moja mama była taka dla moich sióstr.
Poczucie
winy dosłownie zżerało mnie od środka i czułam wyraźnie, że jedynie obecność
Willa, możliwość porozmawiania z nim, przytulenia się, pomogłaby mi się
pozbierać.
Nie
mogłam tego mieć.
Nie
mogłabym go na to narażać.
Ale
uświadomiłam sobie też coś gorszego, a mianowicie to, że byłam sama na długo,
bo musiałam w taki sposób przeżyć kilka
lat i to z własnej woli.
Dobijała
mnie jednak całkowicie świadomość tego, że Will też mógł tęsknić i czuć się
podobnie przeze mnie.
To
była moja wina, bo to ja nakłoniłam
go do tego, byśmy spali w jednym łóżku, a potem do seksu, do naszego życia
razem jak para.
Samo
to, że mieszkaliśmy razem i miał przez krótki czas namiastkę rodziny, jakiej
nie miał, a jakiej pragnął ze swoją żoną, co mi opowiadał podczas naszych
rozmów, musiało być dla niego okropne, skoro to stracił.
A
ja zmanipulowałam go, byśmy mieli więcej.
Byłam
taka okropną, samolubną osobą.
Zasługiwałam
na najsroższą karę.
Nie
powinnam żyć.
Ale
musiałam żyć dla Anie i dla taty, bo
widziałam, jak Billy i tata przeżyli to, kiedy Anie została zaatakowana.
Nie
chciałabym być winna tego, że sądziliby, że moje załamanie, jakkolwiek by
przebiegło, odbiłoby się na nich.
Musiałam
żyć.
Ukryć
głęboko mój smutek, tęsknotę, rozpacz i poczucie winy.
Dlatego
właśnie stojąc tam, przed zgromadzonymi ludźmi, podniosłam rękę, w której trzymałam
dyplom, który przed chwilą wręczył mi dyrektor, uśmiechnęłam się do przyjaciół,
którzy stali tam dla mnie i pomachałam im.
Miało
to wyglądać na chwilę mojego triumfu.
Chciałam,
by mieli chwilę radości.
Ale
potem mój wzrok powędrował na krótko w stronę mrocznego kąta sali, bo moja
intuicja powiedziała mi, że to tam skryłby się mój Mister Dark, gdyby
przyjechał na tę uroczystość.
Chociaż
wciąż miałam nadzieję, że nie przyjechał.
Czułabym
się winna narażania go na smutek oraz na kłopoty, jeśli ktokolwiek niepowołany
zobaczyłby go w tym miejscu.
Opuściłam
rękę i zeszłam z podwyższenia, by wrócić na swoje miejsce, kiedy za mną kolejna
osoba odbierała dyplom, a jeszcze inna stała, jak ja stałam przed chwilę i
machała do swoich bliskich ręką z dyplomem.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń