czwartek, 29 czerwca 2023

15 - Czyściec (cz.2)

 

 Rozdział 15

Czyściec (cz.2)

*****

Rok później…

Stałam w sali bankietowej tego samego co zawsze kompleksu mieszkalnego i z małym uśmiechem patrzyłam na licznych, bliskich mi ludzi wiwatujących na powitanie Nowego Roku.

Mijał kolejny rok mojego samotnego nie-czekania na Willa.

Już nie próbowałam spotykać się z mężczyznami, bo wiedziałam, że nie mogłam dawać im nadziei, skoro moje serce było zajęte.

Nadal żyłam.

Żyłam, nie tylko byłam, miałam przyjaciół, nasz sklep rozwinął się do tego stopnia, że rozmawialiśmy o zatrudnieniu kogoś do pomocy.

Minione miesiące były bardzo trudne dla moich innych przyjaciół, a zwłaszcza dla Lisy, chociaż w mojej rodzinie wszystko wyglądało na ułożone szczęśliwie i dążące ku radosnemu zakończeniu.

Anie była w drugim miesiącu drugiej ciąży, a jej mała córeczka, Grace, rozwijała się dobrze i była oczkiem w głowie nie tylko swojego taty, Billy’ego, ale też swojego wujka, Jacka.

No, w mojej głowie też, bo kochałam tę cichą, pogodną, małą księżniczkę równie mocno, co mojego braciszka, Abla.

Dla Lisy to był jednak bardzo trudny rok, bo Mark został porwany i do tej pory nie odnalazł się ani nie wrócił do domu.

Ja byłam odizolowana od mojej miłości prawie na moje własne życzenie i wiedziałam dlaczego tak musiało być, ale ona?, ona została pozbawiona szczęścia przez złych, okrutnych ludzi.

Nie mogłam jej ani słowem zdradzić, że ją rozumiałam, że z nią współodczuwałam, bo musiałabym jej i innym wyjawić, kogo kochałam.

Półtora roku temu Lisa zaczęła studia drugiego stopnia na U, ale po porwaniu Marka zawiesiła je, bo, jak później się przyznała, była w ciąży.

W listopadzie urodziła zdrowego, dużego chłopca, któremu dała na imię Daniel, a mówiła na niego Danny.

Nie było jej łatwo, skoro mieszkała sama w ich dużym domu i musiała się zmagać najpierw z dolegliwościami ciążowymi, a potem z maleńkim dzieckiem równocześnie ze zmaganiem się ze świadomością, że jej kochany mąż był gdzieś tam przetrzymywany, być może torturowany, a może nawet nie żył.

Chociaż w jej oczach zawsze widziałam tę wiarę, że żył.

Pomagaliśmy jej wszyscy, chociaż ja najmniej, bo nie byłyśmy blisko, a rodzice Marka najbardziej, bo zajmowali się również swoim wnukiem.

Myślałam czasem o tym, jak ja bym się czuła z myślą, że Will był w niebezpieczeństwie i być może nie żył, a wtedy naszła mnie refleksja, że może dokładnie tak było.

Więc przestałam o tym myśleć.

Było mi wystarczająco ciężko z naszym rozdzieleniem bez wyobrażania sobie, co mogło się z nim dziać.

Moje studia przebiegały bardzo dobrze, a wręcz uznawałam je za łatwe i przez cały czas utrzymywałam swoje pełne stypendium.

Nasz sklep prosperował doskonale, a jego lokalizacja okazała się strzałem w dziesiątkę, więc mieliśmy pieniędzy jak lodu.

Tak dużo, że pozostali wspólnicy już prawie spłacili mój kapitał początkowy i byliśmy na czysto ze spłatą rat kredytu, a ja zaczęłam myśleć o kupnie nowego samochodu, bo mój już dogorywał.

Pracowaliśmy jak natchnieni, mieliśmy zajęte całe godziny codziennie po zajęciach, na studiach aż musieliśmy zrobić grafik naszych sesji twórczych w pracowni, w której mieściliśmy się we trójkę, a najlepiej we dwójkę, ale nigdy wszyscy czworo.

Ja starałam się być tam sama lub tylko z Jasonem, bo w ten sposób nie narażałam nikogo na przenikliwy smród farb i rozpuszczalnika.

Jason był absolutnie nieczuły na jakiekolwiek zapachy, o czym dobitnie przekonaliśmy się, kiedy spalił swoją jajecznicę kilka miesięcy temu, nie zauważył tego i zawitała do nas straż pożarna, chociaż szczęśliwie do FS 13 było od nas zbyt daleko, dzięki czemu nie usłyszeliśmy od nich kazania na temat bezpieczeństwa pracy w kuchni.

Oli by mi tego nie odpuścił.

Od tamtej pory we trójkę pilnowaliśmy na zmianę, kiedy Jason szedł do kuchni, ale najczęściej jednak gotowałyśmy we dwie, ja i Jasmine, na zmianę.

Jeremy zwykle pracował w naszej pracowni z Jasmine i ostatnio zauważyłam, że również w kuchni przebywali obok siebie, siadywali też razem na kanapie w salonie, kiedy mieliśmy nasze wieczory telewizyjne.

Stanowili niesamowita parę pełną kontrastów, chociaż wynikały one raczej z ich charakterów i temperamentów niż z wyglądu.

Oboje byli szczupli, ciemnowłosi, ciemnoocy, ale Jasmine była cicha i zalękniona, a Jeremy był energiczny i żywiołowy.

Przy niej się wyciszał, a ona przy nim nabrała trochę pewności siebie.

Ostatnio dogadali się na tyle, że Jeremy zabrał Jasmine do swoich rodziców na farmę na Gwiazdkę i mieli wrócić dopiero po zakończeniu ferii świątecznych, bo dowiedzieliśmy się, że dziewczyna nie miała swojej rodziny.

Ale jemu chyba nie chodziło o zwykły altruizm.

Nie zazdrościłam im, tylko cieszyłam się, że to mieli, a nawet byłam szczęśliwa z powodu ich szczęścia, bo byli moimi dobrymi przyjaciółmi.

Ryan zaczął ostatnio przyprowadzać jakąś dziewczynę, co nie było nowością, ale jej poprzedniczki znikały po kilku tygodniach, co chłopak wyjaśnił nam niemożliwością jego pogodzenia się z faktem, że nie akceptowały naszej przyjaźni, a ta nie.

Jego najnowsza dziewczyna chyba była inna, bo trwała już ponad miesiąc.

Nikt z nich nigdy nie pytał mnie o to, dlaczego nie chcę umawiać się na randki i nigdy nie pytaliśmy Jasona, dlaczego on na takie nie chodził.

Po prostu byliśmy przyjaciółmi, którzy akceptowali się takimi, jakimi byliśmy i to było bardzo dobre.

Żyliśmy.

*****

Cztery i pół miesiąca później…

Siedziałam przy stoliku między dorosłymi, którzy patrzyli na dzieci, które zebrały się na urodzinowym przyjęciu Abla w sali zabaw dla dzieci „Jump”.

Po małym poczęstunku w ich bardzo szczęśliwy Abel razem z Davie’m, Grace asekurowaną przez Billy’ego, Patriciem, kolegą Abla z przedszkola, córką pani Peperson i Marią do pomocy przenieśli się między liny, poduszki, kulki i huśtawki, a dorośli patrzyli na to, siedząc niedaleko i rozmawiając luźno w wszystkim i o niczym.

Mężczyźni zostali na boku, przy innym stoliku, a my, Eva, Anie, mama i pani Peperson, usiadłyśmy bliżej siatki, odgradzającej dorosłych od bawiących się dzieci.

Byłam rozluźniona, zamyślona, ale zrelaksowana.

Automatycznie podniosłam dłoń do dekoltu, by pogładzić mój naszyjnik, jak to często robiłam, ale nagle zesztywniałam, bo nie znalazłam go.

Przejechałam palcami po odsłoniętej części dekoltu, bo miałam na sobie koszulkę z długim rękawem, ale cienką i głęboko wyciętą pod szyją, potem wsunęłam je pod materiał, by sięgnąć głębiej i nie znalazłam go.

O, Boże, nie było mojego słonecznika.

O, Boże!

Zgubiłam naszyjnik od Willa.

Panika ogarnęła mnie niczym tsunami, powodując, że krew w jednej sekundzie odpłynęła mi z głowy, zabrakło mi powietrza, zobaczyłam mroczki przed oczami i zakręciło mi się w głowie.

Nie wiedziałam, co miałam zrobić.

Zamarłam i myślałam, że nikt nie dostrzeże tego, co się ze mną działo, ale po krótkiej chwili usłyszałam jak przez mgłę zaniepokojony głos Anie.

- Abi, co się stało? - zapytała i tym samym zwróciła na mnie uwagę Evy, mamy i pani Peperson.

Spróbowałam wciągnąć trochę powietrza do płuc i miałam szalone kłopoty, by zrobić to poprawnie.

- Nie… ma… - zaczęłam - Mo-jego… na…

- Naszyjnika? - przerwała mi Anie.

Lekko skinęłam głową, a ona natychmiast zaczęła się rozglądać dookoła, zaglądając pod krzesełka, pod stolik i podnosząc nasze spódnice, chociaż ja akurat byłam w spodniach.

Pani Peperson wstała i patrzyła na mnie uważnie, więc wiedziałam, że musiałam wyglądać okropnie.

Eva wstała i poszła do stolika, przy którym siedzieliśmy wcześniej i przy którym zostali mężczyźni.

Nigdzie go nie było!

Przed oczami mi całkiem pociemniało, oddychałam spazmatycznie w panice i rozpaczy, a do tego nie mogłam utrzymać wyprostowanej pozycji, więc Eva przyprowadziła Jimmy’ego, który bez pytania wziął mnie na ręce i zaniósł do korytarzyka, z którego było wyjście do łazienek.

Usłyszałam przestraszone głosiki dzieci, a zwłaszcza Abla, który być może dodatkowo martwił się, że jego impreza się skończyła, bo miał mieć jeszcze tort do pokrojenia i świeczki do zdmuchnięcia.

A Eva do mamy wypowiedziała to straszne słowo, którego ja również nie lubiłam - „szpital”.

Nie chciałam tego.

Niemrawo, niezdarnie, ale udało mi się przekonać Anie do odstawiania mnie do ich domu, bo nie chciała mnie zostawiać samej w moim mieszkaniu, kiedy dzieci nadal się bawiły.

Anie pojechała ze mną, prowadząc mój samochód, a Billy z Grace mieli przyjechać później jego pickupem, którym dotarli do sali zabaw.

Nie byłam do końca świadoma tego, co się działo, ale zebrałam się na tyle, że samodzielnie weszłam do ich domu, bo to wiedziałam, że Anie była w ciąży i musiałam ją oszczędzać.

Ponieważ ze strachu zalałam się zimnym potem, a Eva ochlapała mnie wodą, by mnie otrzeźwić, więc moja koszulka stała się całkiem mokra i Anie wyjęła ze swojej szafy inną, bym się przebrała.

Z całych sił starałam się utrzymać prosto i reagować na jej polecenia, żeby nie dawać jej dodatkowego powodu do strachu.

I tak wiedziałam, że była gotowa wezwać do mnie karetkę lub przynajmniej lekarza, by dał mi coś na uspokojenie, więc trzymałam się z całych sił, jakie mi pozostały.

Podniosłam ręce, Anie zdjęła ze mnie koszulkę przeciągając mi ją przez głowę, opuściłam ramiona, a wtedy moja siostra zawołała cicho Och!

Wyciągnęła dłoń w moją stronę i pokazała mi to.

Mój słonecznik leżał sobie bezpiecznie w zagłębieniu stanika i nie zamierzał spaść na podłogę.

Po prostu zerwał się rzemyk.

Ulga, jaka mnie ogarnęła była nawet większa niż wstyd, jaki czułam w związku ze sceną, jaką zrobiłam.

*****

Dwa tygodnie później…

Mój telefon rozdzwonił się niespodziewanie w środku mojej sesji malowania, a kiedy spojrzałam na wyświetlacz, przekonałam się, że była to Eva.

Nie było to nic nadzwyczajnego, bo Eva często dzwoniła do mnie z różnymi sprawami, a ja dzwoniłam do niej.

- Abi - zawołała moja przyjaciółka na moje Halo?

- Tak? - spytałam i spięłam się, bo brzmiała dziwnie, niespotykanie.

- Mark wrócił! - zawołała radośnie Eva.

- Och - szepnęłam, a potem dodałam szybko - To cudownie. Lisa jest szczęśliwa!

- Tak, jest - powiedziała o wiele spokojniej Eva.

- Potrzebują czegoś? - zapytałam, jak ona zawsze pytała, kiedy coś się działo z kimkolwiek z jej przyjaciół.

- Nie - odpowiedziała ciepło ta cudowna kobieta i słyszałam uśmiech w jej głosie - Chyba tylko spokoju. Dzwonię, żeby ci powiedzieć. To wszystko.

- Dziękuję za informację - powiedziałam natychmiast i pożegnałyśmy się, a kiedy wcisnęłam czerwoną słuchawkę, by się rozłączyć, popatrzyłam jeszcze na wyświetlacz z uśmiechem, więc zainteresowałam Jasona, który lepił swoje garnki niedaleko mnie.

Jego piece do ich wypalania były ustawione w domku dla gości za tylnym podwórkiem, więc wiedziałam, że niedługo będzie musiał tam się przenieść, by mu nie wyschły dzisiejsze wytwory, ale na razie patrzył na mnie pytająco.

- Mark wrócił - poinformowałam go, jak tylko zauważyłam, że się nie poruszał i wciąż na mnie patrzył.

- To dobrze - mruknął do mnie informacyjnie.

- Tak, dobrze - podniosłam głowę, spojrzałam w jego oczy i uśmiechnęłam się - Bardzo dobrze.

Moja nadzieja, nadzieja na to, co ja miałam mieć, właśnie wtedy bardzo wzrosła, wręcz poszybowała pod niebiosa.

*****

Miesiąc później…

Staliśmy ramię w ramię na imprezie rocznicowej na terenie zielonym tego kompleksu mieszkalnego, na którym spotkałam się z nimi wszystkimi po raz pierwszy rok temu, rozmawialiśmy ogólnie ze wszystkim i patrzyliśmy z radością na nasze przyjaciółki i przyjaciół.

Wszyscy mieli pełne ręce roboty z gromadą dzieciaków, które stworzyli.

Życie toczyło się dalej z małymi lub większymi perturbacjami.

Studiowałam, pracowałam, miałam moje grono przyjaciół, w którym pomagaliśmy sobie wzajemnie.

Z pomocą przyjaciół Davida kupiłam sobie nowy samochód, małego miejskiego SUV’a Mazdy CX 30, chociaż nie było w moim ulubionym kolorze żółtym, ale to była sprawa drugorzędna.

Wzięłam czerwony.

Byłam samodzielna, samowystarczalna i nikt nie musiał mi mówić, co miałam robić, chociaż czasem potrzebowałam porady.

Moje przyjaciółki zawsze taką dla mnie miały.

Lisa była już całkiem mamą i żoną, bo nie wróciła na studia, ale była założycielką i współprowadzącą funduszu, który w Europie zajmował się wspomaganiem rodzin, które chciały zaadoptować dzieci z różnymi schorzeniami lub inne, których adopcja ze względów finansowych mogła być utrudniona.

Mark miał własną firmę ochroniarską.

Billy rozwijał swoją karierę muzyczną, chociaż nie miał zamiaru zrezygnować z pracy w FS 13.

Mój tata miał niedawno rozprawę, z której wynikło dla nas coś dobrego, a mianowicie miał zostać zwolniony z więzienia trochę wcześniej za dobre sprawowanie.

Nie starał się o to, bo uważał, że nie zasługiwał, nie chciał tego, bo chciał odbyć swoją karę do końca, ale rodzina go o to poprosiła, więc złożył podanie.

Anie nigdy nie zapytała mnie o ten naszyjnik, który spowodował takie emocje, kiedy myślałam, że zaginął, a ja nie wiedziałam, czy już mogłam jej się do tego przyznać.

Czy miałam prawo do opowiedzenia mojej siostrze, mojej powierniczce o mojej miłości, skoro mój ukochany do mnie nie przyjechał?

Nie upłynęły jeszcze trzy lata, ale przecież nie musiały, bo powiedziałam Willowi i dwóch lub trzech latach.

Nie odezwał się do mnie, a ja nie wiedziałam, co miałam o tym myśleć.

Ale wciąż żyłam.

*****

Cztery miesiące później…

- Przepraszam wszystkich - odezwał się do mikrofonu mój tata, stając obok stanowiska DJ’a - Mam tylko dwa słowa do przekazania i nie będę wam dłużej przeszkadzał w zabawie. Abigail, proszę, chodź tu do mnie.

Byliśmy wszyscy zebrani w dużej sali bankietowej na imprezie z okazji moich dwudziestych pierwszych urodzin, dostaliśmy po kieliszku prawdziwego szampana i mój tata tradycyjnie, jak to robił dla każdej z moich sióstr wcześniej, wznosił toast na moją cześć.

Trzy miesiące temu mój tata wyszedł z więzienia w Falcom, skąd Billy odebrał go swoim pickupem i przywiózł go do SLC.

Tata od razu zajął się sprawami naszej rodziny, ale zaakceptował to, że obie z Anie byłyśmy dorosłe i samodzielne.

Nadal mieszkali z mamą i Ablem w tym samym domku.

Anie miała drugie dziecko, a ostatnio przyznała się wszystkim, że była w piątym miesiącu ciąży z trzecim, więc ich rodzina miała się bardzo dobrze.

Kochali się, szanowali, mieli swoje prace, które lubili, mieli nowy dom z wystarczającą dla nich liczbą sypialni, mieli dwa nowe samochody, oba marki Audi, a Billy realizował się jako muzyk, nagrywał swoje covery i nowe piosenki, więc finansowo mieli się lepiej niż dobrze.

Ja nadal współpracowałam i mieszkałam z moimi przyjaciółmi, a nasza Galeria Sztuki Tradycyjnej przeżywała istną prosperity, więc zatrudniliśmy sprzedawczynie.

Były to dwie młode dziewczyny, na pół etatu każda, obie studentki z college’u, ale z różnymi planami zajęć, więc mogły się wymieniać w pracy, a my mogliśmy zająć się czymś innym niż kasą fiskalną.

Tym bardziej, że żadne z nas tego nie lubiło.

Księgowością nadal zajmowała się Alice.

My natomiast mogliśmy zająć się tym, co lubiliśmy, czyli ja malowaniem, Jasmine tkaniem, Jasper rzeźbieniem, a Jason lepieniem.

Alek był w siódmym niebie, kiedy mógł nam urządzać eventy.

Żyłam.

- Chciałbym wznieść toast za zdrowie mojej córki, Abigail - powiedział tata, kiedy już do niego podeszłam i uniósł kieliszek, a nasi wszyscy przyjaciele powtórzyli ten gest, kiedy tata dodał - Dużo szczęścia, kochanie.

Podałam mu policzek do pocałowania i szepnęłam tak - Dziękuję, tatku.

- Kocham cię, Kwiatuszku - szepnął do mnie tata, a potem odeszłam do gości, by przyjmować życzenia i rozmawiać o wszystkim i niczym.

*****

Kilka dni później…

Wracałam ze spotkania z Ryanem i jego dziewczyną, która stała się jego narzeczoną i było już bardzo późno.

To był pierwszy raz, kiedy nie miałam na sobie swojego naszyjnika ze słonecznikiem i czułam się bez tego naga, niechroniona.

Nie założyłam go z kilku powodów, a jednym z nich był ten, że minęły trzy lata odkąd Will wyjechał i nadal nie dał mi ani jednego najmniejszego znaku, że pamiętał o mnie i o obietnicy, którą mi złożył.

Może to było dziecinne z mojej strony, ale poczułam się zraniona i przez ostatnie dni narastało we mnie obrażanie się na niego.

Ale najważniejszym powodem było to, że powoli wygasała we mnie ciągle jeszcze odrobinę tląca się nadzieja, że nie okłamał mnie wtedy i nie stchórzył, bo wiedziałam, że kochał mnie i przez to mógł chcieć mnie chronić.

Chronić przed sobą.

Więc wychodziłam z domu naburmuszona, smutna, pozostawiwszy naszyjnik na szafce przy łóżku, ale teraz wracałam i spieszyłam się, by go założyć.

Stęskniłam się za nim.

Ponieważ miałam u przyjaciół wypić kieliszek wina, więc pojechałam tam i wracałam taksówką, ale ten konkretny kierowca nie wjechał na podjazd, tylko wysadził mnie przy samej ulicy.

Niby nie było daleko, ale miałam kilka metrów do przejścia, a byłam ubrana co prawda w płaszcz, lecz do niego miałam tylko lekkie czółenka i nie wzięłam czapki.

Był początek listopada i było biało od śniegu.

Skuliłam się, wbiłam głowę w ramiona i drepcząc po pokrytym lodem chodniku szybko szłam, prawie biegłam w stronę domu.

Nie rozglądałam się.

*****

Ocknęłam się po upływie niewiadomej mi ilości czasu i w niewiadomym dla mnie miejscu, ale wyglądało na to, że byłam w skrzyni.

Czułam przy ramionach deski, a całość się poruszała, więc uznałam, że wiozą mnie gdzieś samochodem, tym bardziej, że słyszałam głos silnika.

Strach zaczął mnie ogarniać, ale nie opanował mnie, bo coś go tłumiło, jakieś leki albo narkotyk.

Słyszałam też przytłumione głosy co najmniej dwóch mężczyzn, ale nie rozróżniałam słów ani języka w jakim mówili.

Odpłynęłam.

*****

Ponownie się obudziłam w ciemnym, chłodnym i śmierdzącym pomieszczeniu, w którym słychać było plusk wody, szepty i właściwie nic więcej.

Kiedy się poruszyłam, zabolało, przez co jęknęłam, a wtedy ktoś zaśmiał się nieprzyjemnie i było to blisko mnie.

- Śpiąca królewna się obudziła - zachrypiał nade mną jakiś nieprzyjemny męski głos - Otwórz oczy - rozkazał, a ja z trudem spróbowałam to wykonać.

Powieki mnie piekły, a w ustach czułam suchość, więc uznałam, że podano mi jakiś narkotyk.

- Witaj w drodze do piekła, dziwko - zasyczał mężczyzna, który pochylał się nad moją twarzą i poczułam smród alkoholu, przetrawionych potraw, nieumytych zębów i równie brudnego ciała.

Zemdliło mnie.

- Masz pół godziny na ogarnięcie się, a potem znowu zaśniesz - poinformował mnie facet, który był równie niechlujny, brudny i zaniedbany z wyglądu, jak i z woni, jakie rozsiewał.

Wyszedł z pomieszczenia, nie oglądając się i zatrzasnął za sobą drzwi.

Postarałam się niezdarnie podnieść do siadu, bo uznałam, że muszę spróbować przynajmniej dowiedzieć się, co się działo.

Obok mnie na materacu była dziewczyna, której ubranie było w strzępach.

Płakała i nie patrzyła na mnie.

Nagły ból brzucha zmusił mnie do wstania z posłania i odszukania toalety, która była w sąsiednim, małym pomieszczeniu, ale bez drzwi.

Szłam tam, opierając się o brudne ściany, bo nogi uginały się pode mną.

Wszystko było odrapane, szare, gnijące i zardzewiałe.

Skorzystałam z toalety, umyłam ręce i twarz bez mydła, bo go nie znalazłam, nie mogąc się wytrzeć, bo nie było ręcznika, a potem weszłam z powrotem do większego pomieszczenia, gdzie na podłodze obok „mojego” materaca stał talerz i szklanka z wodą.

Na talerzu leżała kromka suchego chleba, a podobną zauważyłam na talerzu obok materaca, na którym leżała tamta dziewczyna.

Nie płakała już, ale patrzyła tępo przed siebie i nie odezwała się, kiedy spróbowałam ją zagadać.

Nie usłyszałam nawet Hej, nie poznałam jej imienia.

Ledwie zdążyłam pogryźć chleb i wypić wodę, kiedy wszedł nasz strażnik ze strzykawką w ręce.

- Kładź się - warknął, patrząc na mnie wrogo.

Bałam się, więc położyłam się posłusznie, chociaż moim odruchem była ucieczka, ale pomyślałam, że był na to przygotowany.

Może ktoś stał za drzwiami?

Może mógł mi zrobić coś gorszego, niż zrobili mi do tej pory?

- Gdzie ja… - zaczęłam schrypniętym od długiego milczenia głosem, ale pochylił się nade mną, warcząc ze smrodliwym oddechem - Cisza!

Jednocześnie boleśnie złapał mnie za ramię, uścisnął je placami, wbił mi igłę w mięsień i nacisnął tłok strzykawki, wpuszczając przez materiał sukienki w moje ciało płyn, który w niej miał.

Moją ostatnia myślą było to, że miałam swoje niebo.

Potem przez trzy lata żyłam w czyśćcu.

A teraz najwidoczniej, miało mnie czekać piekło.

Bałam się.

Will, gdzie jesteś? - pomyślałam.


Odpłynęłam.



2 komentarze: