Czyściec (cz.2)
*****
Rok później…
Stałam
w sali bankietowej tego samego co zawsze kompleksu mieszkalnego i z małym uśmiechem
patrzyłam na licznych, bliskich mi ludzi wiwatujących na powitanie Nowego Roku.
Mijał
kolejny rok mojego samotnego nie-czekania na Willa.
Już
nie próbowałam spotykać się z mężczyznami, bo wiedziałam, że nie mogłam dawać
im nadziei, skoro moje serce było zajęte.
Nadal
żyłam.
Żyłam,
nie tylko byłam, miałam przyjaciół, nasz sklep rozwinął się do tego stopnia, że
rozmawialiśmy o zatrudnieniu kogoś do pomocy.
Minione
miesiące były bardzo trudne dla moich innych przyjaciół, a zwłaszcza dla Lisy,
chociaż w mojej rodzinie wszystko wyglądało na ułożone szczęśliwie i dążące ku
radosnemu zakończeniu.
Anie
była w drugim miesiącu drugiej ciąży, a jej mała córeczka, Grace, rozwijała się
dobrze i była oczkiem w głowie nie tylko swojego taty, Billy’ego, ale też
swojego wujka, Jacka.
No,
w mojej głowie też, bo kochałam tę cichą, pogodną, małą księżniczkę równie
mocno, co mojego braciszka, Abla.
Dla
Lisy to był jednak bardzo trudny rok, bo Mark został porwany i do tej pory nie
odnalazł się ani nie wrócił do domu.
Ja
byłam odizolowana od mojej miłości prawie na moje własne życzenie i wiedziałam
dlaczego tak musiało być, ale ona?,
ona została pozbawiona szczęścia przez złych, okrutnych ludzi.
Nie
mogłam jej ani słowem zdradzić, że ją rozumiałam, że z nią współodczuwałam, bo
musiałabym jej i innym wyjawić, kogo kochałam.
Półtora
roku temu Lisa zaczęła studia drugiego stopnia na U, ale po porwaniu Marka
zawiesiła je, bo, jak później się przyznała, była w ciąży.
W
listopadzie urodziła zdrowego, dużego chłopca, któremu dała na imię Daniel, a
mówiła na niego Danny.
Nie
było jej łatwo, skoro mieszkała sama w ich dużym domu i musiała się zmagać
najpierw z dolegliwościami ciążowymi, a potem z maleńkim dzieckiem równocześnie
ze zmaganiem się ze świadomością, że jej kochany mąż był gdzieś tam
przetrzymywany, być może torturowany, a może nawet nie żył.
Chociaż
w jej oczach zawsze widziałam tę wiarę, że żył.
Pomagaliśmy
jej wszyscy, chociaż ja najmniej, bo nie byłyśmy blisko, a rodzice Marka
najbardziej, bo zajmowali się również swoim wnukiem.
Myślałam
czasem o tym, jak ja bym się czuła z
myślą, że Will był w niebezpieczeństwie i być może nie żył, a wtedy naszła mnie
refleksja, że może dokładnie tak było.
Więc
przestałam o tym myśleć.
Było
mi wystarczająco ciężko z naszym rozdzieleniem bez wyobrażania sobie, co mogło
się z nim dziać.
Moje
studia przebiegały bardzo dobrze, a wręcz uznawałam je za łatwe i przez cały
czas utrzymywałam swoje pełne stypendium.
Nasz
sklep prosperował doskonale, a jego lokalizacja okazała się strzałem w
dziesiątkę, więc mieliśmy pieniędzy jak lodu.
Tak
dużo, że pozostali wspólnicy już prawie spłacili mój kapitał początkowy i
byliśmy na czysto ze spłatą rat kredytu, a ja zaczęłam myśleć o kupnie nowego
samochodu, bo mój już dogorywał.
Pracowaliśmy
jak natchnieni, mieliśmy zajęte całe godziny codziennie po zajęciach, na
studiach aż musieliśmy zrobić grafik naszych sesji twórczych w pracowni, w
której mieściliśmy się we trójkę, a najlepiej we dwójkę, ale nigdy wszyscy
czworo.
Ja
starałam się być tam sama lub tylko z Jasonem, bo w ten sposób nie narażałam
nikogo na przenikliwy smród farb i rozpuszczalnika.
Jason
był absolutnie nieczuły na jakiekolwiek zapachy, o czym dobitnie przekonaliśmy
się, kiedy spalił swoją jajecznicę kilka miesięcy temu, nie zauważył tego i
zawitała do nas straż pożarna, chociaż szczęśliwie do FS 13 było od nas zbyt
daleko, dzięki czemu nie usłyszeliśmy od
nich kazania na temat bezpieczeństwa pracy w kuchni.
Oli
by mi tego nie odpuścił.
Od
tamtej pory we trójkę pilnowaliśmy na zmianę, kiedy Jason szedł do kuchni, ale
najczęściej jednak gotowałyśmy we dwie, ja i Jasmine, na zmianę.
Jeremy
zwykle pracował w naszej pracowni z Jasmine i ostatnio zauważyłam, że również w
kuchni przebywali obok siebie, siadywali też razem na kanapie w salonie, kiedy
mieliśmy nasze wieczory telewizyjne.
Stanowili
niesamowita parę pełną kontrastów, chociaż wynikały one raczej z ich
charakterów i temperamentów niż z wyglądu.
Oboje
byli szczupli, ciemnowłosi, ciemnoocy, ale Jasmine była cicha i zalękniona, a
Jeremy był energiczny i żywiołowy.
Przy
niej się wyciszał, a ona przy nim nabrała trochę pewności siebie.
Ostatnio
dogadali się na tyle, że Jeremy zabrał Jasmine do swoich rodziców na farmę na
Gwiazdkę i mieli wrócić dopiero po zakończeniu ferii świątecznych, bo
dowiedzieliśmy się, że dziewczyna nie miała swojej rodziny.
Ale
jemu chyba nie chodziło o zwykły altruizm.
Nie
zazdrościłam im, tylko cieszyłam się, że to mieli, a nawet byłam szczęśliwa z
powodu ich szczęścia, bo byli moimi dobrymi przyjaciółmi.
Ryan
zaczął ostatnio przyprowadzać jakąś dziewczynę, co nie było nowością, ale jej
poprzedniczki znikały po kilku tygodniach, co chłopak wyjaśnił nam
niemożliwością jego pogodzenia się z faktem, że nie akceptowały naszej
przyjaźni, a ta nie.
Jego
najnowsza dziewczyna chyba była inna, bo trwała już ponad miesiąc.
Nikt
z nich nigdy nie pytał mnie o to, dlaczego nie chcę umawiać się na randki i
nigdy nie pytaliśmy Jasona, dlaczego on na takie nie chodził.
Po
prostu byliśmy przyjaciółmi, którzy akceptowali się takimi, jakimi byliśmy i to
było bardzo dobre.
Żyliśmy.
*****
Cztery i pół miesiąca
później…
Siedziałam
przy stoliku między dorosłymi, którzy patrzyli na dzieci, które zebrały się na
urodzinowym przyjęciu Abla w sali zabaw dla dzieci „Jump”.
Po
małym poczęstunku w ich bardzo szczęśliwy Abel razem z Davie’m, Grace
asekurowaną przez Billy’ego, Patriciem, kolegą Abla z przedszkola, córką pani
Peperson i Marią do pomocy przenieśli się między liny, poduszki, kulki i
huśtawki, a dorośli patrzyli na to, siedząc niedaleko i rozmawiając luźno w
wszystkim i o niczym.
Mężczyźni
zostali na boku, przy innym stoliku, a my, Eva, Anie, mama i pani Peperson,
usiadłyśmy bliżej siatki, odgradzającej dorosłych od bawiących się dzieci.
Byłam
rozluźniona, zamyślona, ale zrelaksowana.
Automatycznie
podniosłam dłoń do dekoltu, by pogładzić mój naszyjnik, jak to często robiłam,
ale nagle zesztywniałam, bo nie znalazłam
go.
Przejechałam
palcami po odsłoniętej części dekoltu, bo miałam na sobie koszulkę z długim
rękawem, ale cienką i głęboko wyciętą pod szyją, potem wsunęłam je pod
materiał, by sięgnąć głębiej i nie
znalazłam go.
O,
Boże, nie było mojego słonecznika.
O,
Boże!
Zgubiłam
naszyjnik od Willa.
Panika
ogarnęła mnie niczym tsunami, powodując, że krew w jednej sekundzie odpłynęła
mi z głowy, zabrakło mi powietrza, zobaczyłam mroczki przed oczami i zakręciło
mi się w głowie.
Nie
wiedziałam, co miałam zrobić.
Zamarłam
i myślałam, że nikt nie dostrzeże tego, co się ze mną działo, ale po krótkiej
chwili usłyszałam jak przez mgłę zaniepokojony głos Anie.
-
Abi, co się stało? - zapytała i tym samym zwróciła na mnie uwagę Evy, mamy i
pani Peperson.
Spróbowałam
wciągnąć trochę powietrza do płuc i miałam szalone kłopoty, by zrobić to
poprawnie.
-
Nie… ma… - zaczęłam - Mo-jego… na…
-
Naszyjnika? - przerwała mi Anie.
Lekko
skinęłam głową, a ona natychmiast zaczęła się rozglądać dookoła, zaglądając pod
krzesełka, pod stolik i podnosząc nasze spódnice, chociaż ja akurat byłam w
spodniach.
Pani
Peperson wstała i patrzyła na mnie uważnie, więc wiedziałam, że musiałam
wyglądać okropnie.
Eva
wstała i poszła do stolika, przy którym siedzieliśmy wcześniej i przy którym
zostali mężczyźni.
Nigdzie
go nie było!
Przed
oczami mi całkiem pociemniało, oddychałam spazmatycznie w panice i rozpaczy, a
do tego nie mogłam utrzymać wyprostowanej pozycji, więc Eva przyprowadziła
Jimmy’ego, który bez pytania wziął mnie na ręce i zaniósł do korytarzyka, z
którego było wyjście do łazienek.
Usłyszałam
przestraszone głosiki dzieci, a zwłaszcza Abla, który być może dodatkowo
martwił się, że jego impreza się skończyła, bo miał mieć jeszcze tort do
pokrojenia i świeczki do zdmuchnięcia.
A
Eva do mamy wypowiedziała to straszne słowo, którego ja również nie lubiłam -
„szpital”.
Nie
chciałam tego.
Niemrawo,
niezdarnie, ale udało mi się przekonać Anie do odstawiania mnie do ich domu, bo
nie chciała mnie zostawiać samej w moim mieszkaniu, kiedy dzieci nadal się
bawiły.
Anie
pojechała ze mną, prowadząc mój samochód, a Billy z Grace mieli przyjechać
później jego pickupem, którym dotarli do sali zabaw.
Nie
byłam do końca świadoma tego, co się działo, ale zebrałam się na tyle, że samodzielnie
weszłam do ich domu, bo to wiedziałam, że Anie była w ciąży i musiałam ją oszczędzać.
Ponieważ
ze strachu zalałam się zimnym potem, a Eva ochlapała mnie wodą, by mnie
otrzeźwić, więc moja koszulka stała się całkiem mokra i Anie wyjęła ze swojej szafy
inną, bym się przebrała.
Z
całych sił starałam się utrzymać prosto i reagować na jej polecenia, żeby nie
dawać jej dodatkowego powodu do strachu.
I
tak wiedziałam, że była gotowa wezwać do mnie karetkę lub przynajmniej lekarza,
by dał mi coś na uspokojenie, więc trzymałam się z całych sił, jakie mi
pozostały.
Podniosłam
ręce, Anie zdjęła ze mnie koszulkę przeciągając mi ją przez głowę, opuściłam ramiona,
a wtedy moja siostra zawołała cicho Och!
Wyciągnęła
dłoń w moją stronę i pokazała mi to.
Mój
słonecznik leżał sobie bezpiecznie w zagłębieniu stanika i nie zamierzał spaść
na podłogę.
Po
prostu zerwał się rzemyk.
Ulga,
jaka mnie ogarnęła była nawet większa niż wstyd, jaki czułam w związku ze
sceną, jaką zrobiłam.
*****
Dwa tygodnie później…
Mój
telefon rozdzwonił się niespodziewanie w środku mojej sesji malowania, a kiedy
spojrzałam na wyświetlacz, przekonałam się, że była to Eva.
Nie
było to nic nadzwyczajnego, bo Eva często dzwoniła do mnie z różnymi sprawami,
a ja dzwoniłam do niej.
-
Abi - zawołała moja przyjaciółka na moje Halo?
-
Tak? - spytałam i spięłam się, bo brzmiała dziwnie, niespotykanie.
-
Mark wrócił! - zawołała radośnie Eva.
-
Och - szepnęłam, a potem dodałam szybko - To cudownie. Lisa jest szczęśliwa!
-
Tak, jest - powiedziała o wiele
spokojniej Eva.
-
Potrzebują czegoś? - zapytałam, jak ona zawsze pytała, kiedy coś się działo z
kimkolwiek z jej przyjaciół.
-
Nie - odpowiedziała ciepło ta cudowna kobieta i słyszałam uśmiech w jej głosie
- Chyba tylko spokoju. Dzwonię, żeby ci powiedzieć. To wszystko.
-
Dziękuję za informację - powiedziałam natychmiast i pożegnałyśmy się, a kiedy
wcisnęłam czerwoną słuchawkę, by się rozłączyć, popatrzyłam jeszcze na
wyświetlacz z uśmiechem, więc zainteresowałam Jasona, który lepił swoje garnki
niedaleko mnie.
Jego
piece do ich wypalania były ustawione w domku dla gości za tylnym podwórkiem,
więc wiedziałam, że niedługo będzie musiał tam się przenieść, by mu nie wyschły
dzisiejsze wytwory, ale na razie patrzył na mnie pytająco.
-
Mark wrócił - poinformowałam go, jak tylko zauważyłam, że się nie poruszał i
wciąż na mnie patrzył.
-
To dobrze - mruknął do mnie informacyjnie.
-
Tak, dobrze - podniosłam głowę, spojrzałam w jego oczy i uśmiechnęłam się - Bardzo dobrze.
Moja
nadzieja, nadzieja na to, co ja
miałam mieć, właśnie wtedy bardzo wzrosła, wręcz poszybowała pod niebiosa.
*****
Miesiąc później…
Staliśmy
ramię w ramię na imprezie rocznicowej na terenie zielonym tego kompleksu
mieszkalnego, na którym spotkałam się z nimi wszystkimi po raz pierwszy rok
temu, rozmawialiśmy ogólnie ze wszystkim i patrzyliśmy z radością na nasze przyjaciółki
i przyjaciół.
Wszyscy
mieli pełne ręce roboty z gromadą dzieciaków, które stworzyli.
Życie
toczyło się dalej z małymi lub większymi perturbacjami.
Studiowałam,
pracowałam, miałam moje grono przyjaciół, w którym pomagaliśmy sobie wzajemnie.
Z
pomocą przyjaciół Davida kupiłam sobie nowy samochód, małego miejskiego SUV’a
Mazdy CX 30, chociaż nie było w moim ulubionym kolorze żółtym, ale to była
sprawa drugorzędna.
Wzięłam
czerwony.
Byłam
samodzielna, samowystarczalna i nikt nie musiał mi mówić, co miałam robić,
chociaż czasem potrzebowałam porady.
Moje
przyjaciółki zawsze taką dla mnie miały.
Lisa
była już całkiem mamą i żoną, bo nie wróciła na studia, ale była założycielką i
współprowadzącą funduszu, który w Europie zajmował się wspomaganiem rodzin,
które chciały zaadoptować dzieci z różnymi schorzeniami lub inne, których
adopcja ze względów finansowych mogła być utrudniona.
Mark
miał własną firmę ochroniarską.
Billy
rozwijał swoją karierę muzyczną, chociaż nie miał zamiaru zrezygnować z pracy w
FS 13.
Mój
tata miał niedawno rozprawę, z której wynikło dla nas coś dobrego, a mianowicie
miał zostać zwolniony z więzienia trochę wcześniej za dobre sprawowanie.
Nie
starał się o to, bo uważał, że nie zasługiwał, nie chciał tego, bo chciał odbyć
swoją karę do końca, ale rodzina go o to poprosiła, więc złożył podanie.
Anie
nigdy nie zapytała mnie o ten naszyjnik, który spowodował takie emocje, kiedy
myślałam, że zaginął, a ja nie wiedziałam, czy już mogłam jej się do tego
przyznać.
Czy
miałam prawo do opowiedzenia mojej siostrze, mojej powierniczce o mojej
miłości, skoro mój ukochany do mnie nie przyjechał?
Nie upłynęły jeszcze trzy lata, ale przecież nie musiały, bo powiedziałam Willowi i
dwóch lub trzech latach.
Nie
odezwał się do mnie, a ja nie wiedziałam, co miałam o tym myśleć.
Ale
wciąż żyłam.
*****
Cztery miesiące później…
-
Przepraszam wszystkich - odezwał się do mikrofonu mój tata, stając obok
stanowiska DJ’a - Mam tylko dwa słowa do przekazania i nie będę wam dłużej
przeszkadzał w zabawie. Abigail, proszę, chodź tu do mnie.
Byliśmy
wszyscy zebrani w dużej sali bankietowej na imprezie z okazji moich dwudziestych
pierwszych urodzin, dostaliśmy po kieliszku prawdziwego szampana i mój tata
tradycyjnie, jak to robił dla każdej z moich sióstr wcześniej, wznosił toast na
moją cześć.
Trzy
miesiące temu mój tata wyszedł z więzienia w Falcom, skąd Billy odebrał go
swoim pickupem i przywiózł go do SLC.
Tata
od razu zajął się sprawami naszej rodziny, ale zaakceptował to, że obie z Anie
byłyśmy dorosłe i samodzielne.
Nadal
mieszkali z mamą i Ablem w tym samym domku.
Anie
miała drugie dziecko, a ostatnio przyznała się wszystkim, że była w piątym
miesiącu ciąży z trzecim, więc ich rodzina miała się bardzo dobrze.
Kochali
się, szanowali, mieli swoje prace, które lubili, mieli nowy dom z wystarczającą
dla nich liczbą sypialni, mieli dwa nowe samochody, oba marki Audi, a Billy
realizował się jako muzyk, nagrywał swoje covery i nowe piosenki, więc
finansowo mieli się lepiej niż dobrze.
Ja
nadal współpracowałam i mieszkałam z moimi przyjaciółmi, a nasza Galeria Sztuki Tradycyjnej przeżywała istną prosperity, więc zatrudniliśmy
sprzedawczynie.
Były
to dwie młode dziewczyny, na pół etatu każda, obie studentki z college’u, ale z
różnymi planami zajęć, więc mogły się wymieniać w pracy, a my mogliśmy zająć
się czymś innym niż kasą fiskalną.
Tym
bardziej, że żadne z nas tego nie lubiło.
Księgowością
nadal zajmowała się Alice.
My
natomiast mogliśmy zająć się tym, co lubiliśmy, czyli ja malowaniem, Jasmine
tkaniem, Jasper rzeźbieniem, a Jason lepieniem.
Alek
był w siódmym niebie, kiedy mógł nam urządzać eventy.
Żyłam.
-
Chciałbym wznieść toast za zdrowie mojej córki, Abigail - powiedział tata,
kiedy już do niego podeszłam i uniósł kieliszek, a nasi wszyscy przyjaciele
powtórzyli ten gest, kiedy tata dodał - Dużo szczęścia, kochanie.
Podałam
mu policzek do pocałowania i szepnęłam tak - Dziękuję, tatku.
-
Kocham cię, Kwiatuszku - szepnął do mnie tata, a potem odeszłam do gości, by
przyjmować życzenia i rozmawiać o wszystkim i niczym.
*****
Kilka dni później…
Wracałam
ze spotkania z Ryanem i jego dziewczyną, która stała się jego narzeczoną i było
już bardzo późno.
To
był pierwszy raz, kiedy nie miałam na sobie swojego naszyjnika ze słonecznikiem
i czułam się bez tego naga, niechroniona.
Nie
założyłam go z kilku powodów, a jednym z nich był ten, że minęły trzy lata
odkąd Will wyjechał i nadal nie dał mi ani jednego najmniejszego znaku, że
pamiętał o mnie i o obietnicy, którą mi złożył.
Może
to było dziecinne z mojej strony, ale poczułam się zraniona i przez ostatnie
dni narastało we mnie obrażanie się
na niego.
Ale
najważniejszym powodem było to, że powoli wygasała we mnie ciągle jeszcze
odrobinę tląca się nadzieja, że nie okłamał mnie wtedy i nie stchórzył, bo
wiedziałam, że kochał mnie i przez to mógł chcieć mnie chronić.
Chronić
przed sobą.
Więc
wychodziłam z domu naburmuszona, smutna, pozostawiwszy naszyjnik na szafce przy
łóżku, ale teraz wracałam i spieszyłam się, by go założyć.
Stęskniłam
się za nim.
Ponieważ
miałam u przyjaciół wypić kieliszek wina, więc pojechałam tam i wracałam
taksówką, ale ten konkretny kierowca nie wjechał na podjazd, tylko wysadził
mnie przy samej ulicy.
Niby
nie było daleko, ale miałam kilka metrów do przejścia, a byłam ubrana co prawda
w płaszcz, lecz do niego miałam tylko lekkie czółenka i nie wzięłam czapki.
Był
początek listopada i było biało od śniegu.
Skuliłam
się, wbiłam głowę w ramiona i drepcząc po pokrytym lodem chodniku szybko szłam,
prawie biegłam w stronę domu.
Nie
rozglądałam się.
*****
Ocknęłam
się po upływie niewiadomej mi ilości czasu i w niewiadomym dla mnie miejscu,
ale wyglądało na to, że byłam w skrzyni.
Czułam
przy ramionach deski, a całość się poruszała, więc uznałam, że wiozą mnie
gdzieś samochodem, tym bardziej, że słyszałam głos silnika.
Strach
zaczął mnie ogarniać, ale nie opanował mnie, bo coś go tłumiło, jakieś leki
albo narkotyk.
Słyszałam
też przytłumione głosy co najmniej dwóch mężczyzn, ale nie rozróżniałam słów
ani języka w jakim mówili.
Odpłynęłam.
*****
Ponownie
się obudziłam w ciemnym, chłodnym i śmierdzącym pomieszczeniu, w którym słychać
było plusk wody, szepty i właściwie nic więcej.
Kiedy
się poruszyłam, zabolało, przez co jęknęłam, a wtedy ktoś zaśmiał się
nieprzyjemnie i było to blisko mnie.
-
Śpiąca królewna się obudziła - zachrypiał nade mną jakiś nieprzyjemny męski
głos - Otwórz oczy - rozkazał, a ja z trudem spróbowałam to wykonać.
Powieki
mnie piekły, a w ustach czułam suchość, więc uznałam, że podano mi jakiś
narkotyk.
-
Witaj w drodze do piekła, dziwko - zasyczał mężczyzna, który pochylał się nad moją
twarzą i poczułam smród alkoholu, przetrawionych potraw, nieumytych zębów i
równie brudnego ciała.
Zemdliło
mnie.
-
Masz pół godziny na ogarnięcie się, a potem znowu zaśniesz - poinformował mnie
facet, który był równie niechlujny, brudny i zaniedbany z wyglądu, jak i z
woni, jakie rozsiewał.
Wyszedł
z pomieszczenia, nie oglądając się i zatrzasnął za sobą drzwi.
Postarałam
się niezdarnie podnieść do siadu, bo uznałam, że muszę spróbować przynajmniej
dowiedzieć się, co się działo.
Obok
mnie na materacu była dziewczyna, której ubranie było w strzępach.
Płakała
i nie patrzyła na mnie.
Nagły
ból brzucha zmusił mnie do wstania z posłania i odszukania toalety, która była
w sąsiednim, małym pomieszczeniu, ale bez drzwi.
Szłam
tam, opierając się o brudne ściany, bo nogi uginały się pode mną.
Wszystko
było odrapane, szare, gnijące i zardzewiałe.
Skorzystałam
z toalety, umyłam ręce i twarz bez mydła, bo go nie znalazłam, nie mogąc się
wytrzeć, bo nie było ręcznika, a potem weszłam z powrotem do większego pomieszczenia,
gdzie na podłodze obok „mojego” materaca stał talerz i szklanka z wodą.
Na
talerzu leżała kromka suchego chleba, a podobną zauważyłam na talerzu obok
materaca, na którym leżała tamta dziewczyna.
Nie
płakała już, ale patrzyła tępo przed siebie i nie odezwała się, kiedy
spróbowałam ją zagadać.
Nie
usłyszałam nawet Hej, nie poznałam
jej imienia.
Ledwie
zdążyłam pogryźć chleb i wypić wodę, kiedy wszedł nasz strażnik ze strzykawką w
ręce.
-
Kładź się - warknął, patrząc na mnie wrogo.
Bałam
się, więc położyłam się posłusznie, chociaż moim odruchem była ucieczka, ale
pomyślałam, że był na to przygotowany.
Może
ktoś stał za drzwiami?
Może
mógł mi zrobić coś gorszego, niż zrobili mi do tej pory?
-
Gdzie ja… - zaczęłam schrypniętym od długiego milczenia głosem, ale pochylił
się nade mną, warcząc ze smrodliwym oddechem - Cisza!
Jednocześnie
boleśnie złapał mnie za ramię, uścisnął je placami, wbił mi igłę w mięsień i
nacisnął tłok strzykawki, wpuszczając przez materiał sukienki w moje ciało płyn,
który w niej miał.
Moją
ostatnia myślą było to, że miałam swoje niebo.
Potem
przez trzy lata żyłam w czyśćcu.
A
teraz najwidoczniej, miało mnie czekać piekło.
Bałam
się.
Will, gdzie jesteś? - pomyślałam.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń