Abigail
Mój
budzik ustawiony w telefonie poprzedniego wieczoru zadzwonił nadzwyczajnie cicho
i o godzinę wcześniej, niż dzwonił w ciągu ostatnich dni, kiedy musiałam wyjść
z domu na zajęcia, a ja natychmiast odrzuciłam kołdrę, wyłączyłam go, wstałam z
łóżka, wzięłam go do ręki z szafki nocnej, zebrałam z krzesła rzeczy, które
naszykowałam tam do założenia na siebie tego dnia i ostrożnie, na paluszkach
opuściłam pokój, który do tego dnia był mój i Lucy.
Lucy,
szczęśliwie, spała na swoim łóżku i nie obudziła się.
Będąc
już w łazience, spojrzałam w lustro i uśmiechnęłam się do siebie.
Minione
tygodnie były dobre, potem stały się bardzo
dobre, chociaż trochę było w nich złego.
A
tego dnia moja najlepsza, najstarsza siostra wychodziła za mąż za mężczyznę,
którego, najwyraźniej, kochała.
Więc
miało być jeszcze lepiej.
Od
początku wakacji byłam zajęta, bo prawie codziennie miałam na letnim kursie w
szkole lekcje z matematyki lub/i z języka angielskiego.
W
pierwszy piątek lipca natomiast podpisałam umowę na pracę wolontariacką z
Miejskim Ośrodkiem Kultury, zgodnie z którą miałam w każdy piątek pomagać przy
organizowaniu w Liberty Park dla dzieciaków w różnym wieku zajęć powiązanych ze
sztuką na żywo.
Podobało
mi się to wszystko.
Najważniejsze
początkowo było to, że nie przebywałam w domu w godzinach, kiedy była tam Lucy.
Później
polubiłam moje lekcje, bo uczyła mnie inna matematyczka i nagle odkryłam, że rozumiałam, o czym do mnie mówiła.
To
było dziwne uczucie, kiedy okazało się, że to nie była moja wina, że do tej
pory wszelkie działania matematyczne jawiły mi się jako czarna magia, a
wszystko było bardziej abstrakcyjne niż sztuka współczesna.
Pani
Abacus pokazywała mi i wszystkim „matematycznie zdolnym inaczej” zebranym na
tych lekcjach, że matematyka otaczała nas ze wszystkich stron i nie było sposobu, by się na nią nie natknąć
nawet przy takich czynnościach, jak na przykład dojazd do szkoły autobusem.
Na
codziennych przykładach objaśniała nam coraz bardziej złożone problemy
matematyczne i już teraz, na początku sierpnia, byłam w stanie wykonać nieco bardziej
złożone działania ze zbioru zadań, z którego korzystaliśmy na lekcjach w
ubiegłym roku szkolnym.
Zaczęłam
mieć nadzieję, że w następnym, dla mnie ostatnim, roku szkolnym faktycznie
poprawię swoje wyniki i będę miała wystarczającą ilość punktów, by w kolejnym
roku postarać się o stypendium w college’u.
Na
języku angielskim spotykałam się z moją dawną anglistką, więc znała mnie i wiedziała,
że nie chodziło mi o poprawienie oceny z jej przedmiotu, a o umiejętność
pisania esejów i przyjęła to bardzo dobrze.
Nie
wiedziałam, czy rozmawiała z panem Millerem, czy sama tak uważała, ale przyjęła
z radością moje nieśmiałe stwierdzenie, że chciałbym wkrótce zdawać egzaminy
SAT i popierała to, że miałam zamiar aplikować na kierunek związany z historią
sztuki na University of Utah.
A
po lekcjach jeździłam na godzinę sama lub na dłużej z Ablem do Jo, która powoli
pakowała się, by w połowie sierpnia ostatecznie przeprowadzić się daleko ze
swoimi rodzicami i mnie opuścić.
Do
domu wracałam więc zwykle wtedy, kiedy Lucy była w pracy, a potem na kolejnej
randce z Lucasem.
Natomiast
kilka dni po zaręczynach Anie z Billy’m rozpoczęłam nowy okres w moim życiu,
okres na poznawanie wielu wspaniałych ludzi.
Tego
dnia, kiedy to wszystko się zaczęło, wróciłam do domu jak zwykle od Jo, nie
podejrzewając nadchodzących zmian zaniosłam swoją torbę do pokoju, skorzystałam
z toalety i umyłam ręce, a potem zeszłam do kuchni, by uczestniczyć razem z
mamą i Anie w przygotowaniu spóźnionego lunchu.
Wiedziałam,
że one obie były przed południem w butiku pewnych znajomych żon kolegów z pracy
Billy’ego, bo Anie miała mieć na sobie do ślubu mamy sukienkę ślubną, zrobioną
w całości z koronki, a ta wymagała wielu specjalnych przeróbek, więc mama
obawiała się, że mogła ją zepsuć.
Ta
sukienka była rodzinną pamiątką, wykonaną ręcznie przez moją babcię i prababcię
i dlatego była bardzo cenna dla mamy
i Anie.
A
w tym butiku pracowała zawodowa krawcowa, która miała specjalistyczną maszynę
do szycia, dostęp do lepszych materiałów i, jak to mama określiła, lepsze umiejętności w robieniu poprawek.
Nie
wiedziałam dlaczego, ale mama na mój widok zaczęła się wyjątkowo uśmiechać jak
szalona, klasnęła w ręce i zawołała z radością - Abi, jesteś wreszcie!
Nigdy
mnie tak nie witała.
Prawie
jakby cieszyła się na mój widok.
Zobaczyłam
jeszcze, że Anie - równie dziwnie - zassała dolną wargę i spojrzała na mnie
jakby z wahaniem, ale nie odezwała się i pozwoliła, żeby mama ćwierkając z zadowolenia opowiedziała mi
to, co miała do powiedzenia.
-
Na naszym małym spotkaniu w tamtym
butiku… - mówiła mama dziwnie chaotycznie, chociaż to akurat nie było dziwne,
bo mama bywała chaotyczna i rozgadana, kiedy coś ją denerwowało lub była podniecona
- poznałyśmy wspaniałych ludzi. I im spodobały się twoje torby. I Alek
powiedział, że mogłabyś dla nich malować takie, a on by je sprzedawał.
Kiedy
mama zaczerpnęła powietrza, popatrzyłam zdezorientowana na Anie, która wreszcie
z lekką rezygnacją zdecydowała się mi wszystko wyjaśnić.
Okazało
się, że mama miała dać mi numer telefonu do przyjaciela pani Evy, żony jednego
ze strażaków, Aleka, który prowadził ten butik, w którym dokonywały przeróbek
sukni ślubnej mamy.
Sukienkę
mama i Anie zabrały w jednej z pomalowanych przeze mnie toreb i według słów
mamy chodziło o to, że to ona bardzo się spodobała kobietom, które tam były i
temu przyjacielowi.
Uznałam,
że najlepiej będzie, jak zadzwonię do niego i sama z nim porozmawiam, żeby
dowiedzieć się, o co tak właściwie im chodziło, bo mama nie była w stanie
wyjaśnić mi wszystkiego po kolei i logicznie, a Anie wydawała się nie być
chętna do wyjaśnień.
-
Abi - zaczęła Anie cichym głosem, kiedy zostałyśmy same, by posprzątać kuchnię po
posiłku i było po tym, jak pani Peperson przyprowadziła Abla trochę brudnego po
zabawie farbami, więc poszli z mamą we dwójkę do łazienki, by się umyć i
przebrać - Naprawdę powinnaś
zadzwonić do Aleka. To fantastyczni
ludzie i mogą bardzo co pomóc. Ja po prostu…
Wciągnęła
trochę powietrza i odwróciła na chwilę głowę, by ponownie spojrzeć na mnie i
uśmiechnąć się łagodnie, jak ona to robiła i jak ja uwielbiałam, kiedy to
robiła.
Pochyliła
się do mnie, podeszła nawet o krok bliżej, a potem zrobiła coś następnego, co uwielbiałam.
Podniosła
rękę, by objąć dłonią mój policzek i pogłaskać kciukiem to miejsce pod okiem, w
którym czasem rozlewały się pojedyncze łzy.
-
Chciałam się im jakoś zrewanżować za to, że są dla mnie tacy dobrzy - wyznała
przy tym - Więc chciałam im podarować
twoje torby, ale Alek od razu powiedział, że możesz na tym zarobić i przestać
pracować w Mac Donald’s, a mama to podłapała.
Wciągnęłam
powietrze gwałtownie z zachwytu, a potem ten sam zachwyt zabrzmiał w moim
głosie, kiedy zapytałam:
-
Myślisz, że mogłabym przestać tam pracować?
Anie
wyprostowała się lekko, zmarszczyła brwi i przechyliła głowę, przyglądając się
mi uważnie, kiedy schowałam głowę w ramiona i zagryzłam bok dolnej wargi od
wewnątrz.
No,
tak.
Nigdy
nie mówiłam ani jej, ani mamie jak bardzo nienawidziłam
pracy w tamtym miejscu.
-
Tak - powiedziała w końcu łagodnie, ale stanowczo, a jej spojrzenie stało się
ponownie czułe i zdecydowane - Przeniesiesz się do mojego pokoju, to będziesz
miała miejsce tylko dla siebie i Lucy nie będzie cię goniła, że smrodzisz farbami. A Alek ci podpowie,
co robić dalej.
Skinęłam
głową i zrelaksowałam się.
Wtedy
już o tym dłużej nie rozmawiałyśmy, a później tego dnia zadzwoniłam do tego
Aleka i umówiłam się na spotkanie, bo koniecznie
chciał mnie poznać osobiście.
Dlatego
właśnie dwa dni później prosto ze szkoły wsiadłam do autobusu innej linii, niż
zwykle jeździłam i miałam ze sobą torbę wypakowaną po brzegi tym, co miałam
ukończone i nadawało się do pokazania tym ludziom.
Było
strasznie gorąco i, jak to bywało w letni, lipcowy dzień w naszym podgórskim,
trochę pustynnym klimacie Utah, duszno, ale w autobusie była uruchomiona
klimatyzacja.
Nie
uniknęłam jednak pieszej wędrówki z ciężką torbą, w której miałam również
podręcznik i zeszyt do matematyki, więc do butiku dotarłam spocona i zziajana.
Weszłam
w drzwi, które miały prowadzić do wskazanego butiku i przystanęłam dosłownie
oniemiała z zachwytu.
Pomieszczenie
było dość duże, czego nie spodziewałam się, kiedy usłyszałam określenie
„butik”, a na dodatek było urządzone z gustem i cudownie.
Witryna
nie była duża i nie przypominała witryn
innych butików, bo stał na niej fotel z małym, okrągłym stolikiem do kawy i
wisiały gęste, długie firany, więc raczej przywodziła na myśl klimatyczną
kawiarenkę.
A
samo wnętrze wręcz zachęcało do zrelaksowania się i zagłębienia między
ubraniami, bo manekiny, które tam stały przypominały ludzi oglądających to, co
było rozwieszone na wieszakach.
Pomieszczenie
zostało urządzone przez kogoś z duszą artystyczną.
Moją
bratnią duszą.
-
Dzień dobry - przywitałam się z nikim, kiedy stanęłam w progu, a drzwi zamknęły
się za mną z cichym brzękiem dzwoneczka - Jestem Abi - zawołałam w przestrzeń.
Dopiero
wtedy zza wieszaków wyszedł do mnie mężczyzna, który był szczupły i niezbyt
wysoki, zwłaszcza w porównaniu ze strażakami, z którymi pracował Billy i z nim
samym.
Nadal
był trochę wyższy ode mnie, ale ja przecież byłam mała.
Nie
mogłam określić wieku tego faceta, który właśnie witał mnie zadziwiająco
przyjaźnie wyciągniętymi ramionami, bo miał jasne, popielate, krótko obcięte, nieco
potargane włosy, szare, patrzące wprost na mnie oczy, miły, szczery uśmiech,
ale wokół nich miał lekkie zmarszczki mimiczne, więc mógł mieć około
trzydziestki, ale równie dobrze mógł już przekroczyć czterdziestkę.
Jego
ciało wskazywało na sprawność fizyczną, był nieomalże młodzieńcze, a ruchy miał
sprężyste, energiczne, kiedy prawie do mnie podbiegł, wykrzykując jednocześnie z
radością i z niepokojem w głosie:
-
O, Boziuniu, dziewczyneczko!
Niemożliwe! To jest takie ciężkie,
czy ty jesteś taka słaba?
Zamrugałam
zaskoczona, bo to było doprawdy niezwykłe powitanie jak na to, że nie znaliśmy się, a on opuścił ręce.
-
Jestem Alek - zawołał mężczyzna i ponownie wyciągnął do mnie dłoń - Daj to, bo
wyglądasz, jakbyś miała zaraz zemdleć.
Podałam
mu wyładowaną torbę, działając jak w transie.
Mimo
niecodziennego powitania, musiałam przed sobą przyznać, że ten facet wzbudzał
zaufanie, bo był bardzo kolorowy, wyglądał na szczerego i patrzył mi prosto w oczy.
Jego
koszulka była wręcz zabójcza.
Składała
się z licznych drobnych pasków, które były przynajmniej z siedmiu
powtarzających się kolorów, a ja to uwielbiałam.
-
Macie raczej daleko od przystanku -
powiedziałam pomimo wszystkiego, co czułam, a Alek odwrócił się do mnie przodem
od lady, na której zdążył położyć moją torbę i otworzył szeroko oczy.
-
Och! - usłyszałam zdumione
westchnienie, a potem mężczyzna pobiegł za ladę, przy której stał, schylił się,
po czym błyskawicznie wrócił do mnie z butelką wody w dłoni - Przyjechałaś z
tym wszystkim autobusem? W taki gorąc? O, Boziuniu!
Nie
widziałam w tym nic dziwnego i godnego takich okrzyków, ale on najwyraźniej
przejął się moim samopoczuciem, bo pociągnął mnie za rękę w stronę krzesełka,
które stało obok przebieralni i po drodze wołał - Sam! Chodź tu i poznaj Abi!
To biedactwo tłukło się tu przez pół
miasta autobusem z tym ogromnym
ciężarem i jest wyczerpane!
Chciało
mi się śmiać, bo przecież jeździłam codziennie autobusami po całym mieście, ale
jednocześnie było mi miło, że się mną przejmował, więc wzięłam od niego tę
butelkę, odkręciłam ją i napiłam się z niej.
Wtedy
w głębi butiku otworzyły się białe drzwi, których wcześniej nie zauważyłam i
wyszedł stamtąd drugi mężczyzna.
Był
nieco wyższy od Aleka, potężniejszy w barach i nie był ubrany aż tak kolorowo,
chociaż nadal nie nudno.
Był
krótko ostrzyżonym blondynem o ciemnych oczach, patrzącym równie przyjaźnie i
szczerze, co Alek.
-
To Sam - przedstawił Alek, machając w jego stronę dłonią - Mój kochanek.
Byłam
w szoku.
Nie
dlatego, że byli gejami, ale na dobór słów niższego z mężczyzn.
Rozmawialiśmy
wtedy przez godzinę i było mi coraz bardziej miło, bo czułam się z nimi
wyjątkowo swobodnie i bezpiecznie.
Sam
nie towarzyszył nam przez cały czas, bo wyszedł do pobliskiego baru, by
przynieść nam kawę na wynos i po ciastku, a poza tym musiał pojechać po towar,
bo, jak mi powiedział Alek, butik należał do ich przyjaciółki, ale Alek
całkowicie odpowiadał za dobór towaru i wystrój, a Sam zajmował się
księgowością i logistyką.
Tak
zaczęła się nasza przyjaźń i skończyła się moja męka związana z przebywaniem w
śmierdzącej, gorącej, dusznej i nie-tak-bezpiecznej kuchni w Mac Donald’s.
Jeździłam
do nich lub oni przyjeżdżali po mnie do szkoły i spotykaliśmy się prawie
codziennie, a na dodatek znaleźli mi pomieszczenie w ich butiku, w którym
mogłam malować swoje torby, chociaż było zbyt małe i ciasne, bym mogła to robić
swobodnie.
Była
to jednak konieczność, bo wszystkie stare, pomalowane przeze mnie wcześniej,
torby sprzedali w ciągu jednego dnia.
Natychmiast
złożyłam wymówienie w Mac Donald’s i w sklepie dla rzemiosła kupiłam dziesięć
białych, płóciennych toreb, a Alek kupił belę lnu, z którego mama i ich
krawcowa zaczęły szyć kolejne, w tym mniejsze, grubsze, z podszewkami i o
innych kształtach, jak ta, którą Anie używała jako swoją torebkę.
A
potem Alek wciągnął mnie w dekorowanie sali na przyjęcie ślubne Anie i
Billy’ego, co również uwielbiałam.
Mogłam
chociaż w taki sposób pomóc Anie zrealizować jej marzenie o cudownym, wyjątkowym ślubie.
Oczywiście,
natychmiast przez telefon opowiedziałam o tym Jo, a ona też się tym zachwyciła
i obiecała nam pomóc.
Chodziło
o to, że Alek wymyślił sobie przybranie kwiatami wymalowanymi przeze mnie na
płótnach, jakie miały pokrywać ołtarz, boczne nawy, parapety okienne i zwieszać
się między filarami kościoła oraz tak samo przybraną na wesele całą salę, którą
wynajęła na przyjęcie nasza mama.
Wszystko
miało tonąć w kwiatach.
Jak
się można było domyślić, kochałam to.
Ksiądz
Anton, kiedy go odwiedzaliśmy w czasie ustalania dekoracji, nie krył
zainteresowania naszym rękodziełem, a ja byłam nieco zaskoczona, ale pozytywnie,
bo do tej pory nie mogłam mu wybaczyć sztywnego stanowiska w sprawie ciąży Ewy.
Kiedy
Alek zobaczył nasz kościół, zaczął zachwycać się perspektywą możliwych
dekoracji, ale też zmartwił się tym, że czekało nas dużo pracy, bo przestrzeń
do przybrania była olbrzymia.
Dlatego
właśnie pomoc Jo spadła nam jak z nieba.
Alekowi
bardzo spodobały się kwiaty z bibuły i te ze wstążek czy materiałów, które
robiła moja przyjaciółka, więc kiedy Jo zaproponowała, że zrobi ich wiązanki do
przymocowania przy ławkach kościelnych i na stoły w sali na przyjęcie, był wniebowzięty.
Pracowaliśmy
z zapałem codziennie po kilka godzin i nie czułam zmęczenia, bo wciąż
rozmawialiśmy, śmialiśmy się, karmili mnie, pilnowali, żebym nie jeździła
autobusem, kiedy było pusto i ciemno.
Niespodziewanie
znalazłam swoje miejsce na świecie, przyjaciół.
I
mnie nie dziwiło to, że wszyscy byli
ode mnie starsi o kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt lat, bo tego bym się
spodziewała po moich wcześniejszych doświadczeniach.
Nie
chodziło o opiekę nade mną.
Czasem
ja opiekowałam się nimi, kiedy
potrzebowali pomocy w butiku lub zakupów, czy też kiedy Alek nie radził sobie z
upięciem wstążkowego bukietu lub pomalowanego płótna.
Byłam
drobna, byłam sprawna fizycznie, więc to ja wspinałam się na oparcia ławek i
krzeseł, na szczyty drobin, a nawet na filary.
Ale
też zauważyłam, że Alek, mimo tego, że był szczupły i wygimnastykowany, nie był
giętki i nie wchodził na krzesła lub stopnie sprawnie i bez problemów, więc
starałam się go wyręczać, niezauważalnie, by nie denerwować go i nie urazić.
Dopiero
później poznałam historię Aleka i dowiedziałam się, że faktycznie jego stawy
nie były na tyle sprawne, by mógł to wszystko robić, bo przeżył coś okropnego.
A
kilka dni po poznaniu Aleka i Sama, poznałam Evę.
Ta
kobieta również była wyjątkowa, jak Alek i Sam i to nie tylko dlatego, że jej
włosy były ogniście rude ani dlatego, że jej wieku też nie mogłabym określić na
podstawie pierwszego wrażenia.
Była
zawsze była ciepło, szczerze uśmiechnięta, niezwykle szczupła, giętka,
wysportowana, ruchliwa, bardzo
energiczna, zawsze wyprostowana, pogodna, uśmiechnięta i właściwie nie miała
zmarszczek.
I,
tak jak Alek i Sam, zawsze patrzyła mi prosto w oczy swoimi oczami, których
koloru nie byłam w stanie jednoznacznie ocenić, bo zmieniał się z zielonego do
brązowego w zależności od światła.
Ale
z drugiej strony, miała pewne przejścia z wcześniejszego życia, dorosłego syna z pierwszego małżeństwa i
wnuka, który skończył już dwa latka.
Eva
nie narzucała się z troską ani opieką, ale zawsze była w pobliżu, kiedy
potrzebowaliśmy transportu lub innej pomocy.
Lubiłam
jej dzieci, Matta, Marię i Davie’go, którzy często z nią przyjeżdżali, a potem
pomagali nam lub po prostu kręcili się w okolicy.
Nigdy
nie przeszkadzali ani nie marudzili.
Opiekowałam
się przecież czasem Ablem, przebywałam w towarzystwie córki pani Peperson,
siostry Jo, więc znałam kilkoro dzieci i wiedziałam, że nie wszystkie były zawsze
grzeczne, że mogły mieć swoje fochy, zachcianki i niekoniecznie ładnie to
pokazywały.
Ale
wszystkie dzieci Evy były grzeczne, potrafiły powiedzieć, czego chciały, potrzebowały, a na dodatek były pomocne,
a zwłaszcza Maria, która pomagała nam w ten sposób, że zajmowała się Davie’m,
kiedy Eva oglądała naszą pracę i podpowiadała niektóre rozwiązania.
Z
tego wszystkiego widziałam, że Eva była świetną mamą, a ponieważ od pierwszego
naszego spotkania, powiedziała mi, żebym do niej mówiła po imieniu, więc
wiedziałam, że była otwartą, ciepłą osobą, która lubiła ludzi.
Niezależnie
od tego wszystkiego dobrego, co mnie spotkało, byłam bardzo zmęczona zarówno
nauką, jaki i pracą.
Ale
nie to było tym „złym”, które miałam w te dni.
To
spanie w jednym pokoju z Lucy nie zawsze pozwalało mi na swobodny odpoczynek i
czucie w pełni radości, bo stała się jeszcze bardziej drażliwa na punkcie
„granic” mojej „połowy” pokoju i jej snu rano, kiedy ja wychodziłam do szkoły
lub, jak tego dnia, do pracy przy dekoracji kościoła i sali na przyjęcie
weselne Anie.
Miałam
wrażenie, że Lucy była zazdrosna o to, że poświęcałyśmy z mamą jakąkolwiek,
choćby najmniejszą uwagę Anie.
Nie
miała prawa tego czuć, a tym bardziej to okazywać, skoro jej ślub miał być
dopiero we wrześniu, a na dodatek odmówiła nam jakiejkolwiek możliwości
włączenia się w przygotowania i nie chodziło nawet o to, że wszystko
przygotowywały profesjonalne firmy.
Nie
byłyśmy, żadna z nas, na przymiarkach
sukni ślubnej, a nawet nie wiedziałyśmy, jaki model Lucy wybrała.
Żadna
z nas nie miała być jej druhną.
Nie
zapytała ani razu mamy, co do wyboru
kolorów wiodących na sali, ślubie czy gdziekolwiek indziej.
A
teraz miała pretensje o to, że Anie to zrobiła.
Miałam
być druhną naszej najstarszej siostry jako jedyna z naszej rodziny, bo Lucy jej…
odmówiła.
Mama
planowała całymi dniami jedzenie na przyjęcie, ja zajmowałam się dekoracją kościoła
i sali, suknię Anie szyli w butiku i przyjeżdżali do naszego domu liczni przyjaciele.
Było
gwarnie i wesoło, jak bywało kiedyś, zanim się przeprowadziliśmy.
A
Lucy tego nie lubiła i okazywała to.
I
to jak!
Zwykle
skupiało się to na mnie, bo moja druga siostra nie odważyła się okazywać jawnie
niechęci Anie po jakimś incydencie, o którym słyszałam, ale nie byłam przy tym.
Wiedziałam
jednak, że miało to związek z tym, że Oli i Billy bronili Anie, co powiedział
mi mama, ale nie usłyszałam ani słówka na ten temat od mojej najstarszej
siostry.
Zaczęło
się to w od razu pierwszą niedzielę po tym, jak Anie i Billy się zaręczyli, bo
ksiądz Anton ogłosił z ambony ich zapowiedzi, co spowodowało, że wszyscy nasi
dawni znajomi nagle przypomnieli sobie o tym, jak bardzo lubili Anie i zaczęli
do nas po mszy podchodzić z fałszywymi i całkowicie nieszczerymi gratulacjami.
Według
Lucy było to niepotrzebne zwracanie Anie uwagi na nią, bo przecież wszyscy
powinni patrzeć wyłącznie na cudowną
Lucy.
Byłam
zła na Lucy, ale podczas spotkania po mszy, byłam zadowolona, a wręcz
szczęśliwa z powodu Anie.
Nagle
znalazły się obok mnie dawne koleżanki ze szkółki niedzielnej, z którymi nie
miałam żadnego kontaktu od roku, bo zwykle nie
miały czasu na rozmowę ze mną.
I,
nasłuchując jednym uchem to, co mówiła o Billy’m Anie i jak o nim mówiła, opowiedziałam im o tym, że Billy jest strażakiem,
że pełnił służbę w niedzielę, więc nie mógł być z nami w kościele i tym
podobne.
To
była nasza mała chwila szczęścia, mojej siostry i moja.
Miałyśmy
coś, co było nasze wspólne, z czego mogłyśmy się cieszyć, a była to perspektywa
jasnej, kolorowej przyszłości.
Moje
szczęście skończyło się w środku nocy po tym dniu, kiedy zostałam gwałtownie
obudzona przez Lucy, która wtedy wróciła z randki z Lucasem.
Spałam
spokojnie, bo często zdarzało się, że Lucy wracała do domu późno lub nawet
bardzo późno, a mama nigdy nie zwróciła jej uwagi, że było to co najmniej niewłaściwe.
Obudził
mnie silny ból, spowodowany, jak się okazało, kopnięciem, jakie zadała mi Lucy, która wskoczyła na moje łóżko i
stała nade mną.
Jęknęłam
i skuliłam się, łapiąc się obiema rękoma za brzuch, w który mnie kopnęła, a
wtedy dół moich pleców i część pośladków została odsłonięta spod kołdry, co
Lucy wykorzystała, by schylić się i klepnąć mnie tam z całej siły otwartą
dłonią.
Krzyknęłam
cicho i wyprostowałam się, położyłam się na plecach i patrzyłam na nią z
przerażeniem i ze zdumieniem, kiedy nagle opadła, by usiąść na moich biodrach
okrakiem i schylić się do mojej twarzy.
Rękoma
oparła się po obu stronach mojej głowy, przy czym jedną rękę miałam zaklinowaną
pod jej ciałem przy moim brzuchu, a drugą Lucy przyciskała swoją dłonią do
mojej poduszki z boku mojej głowy.
-
Widzisz, jaka jesteś bezbronna, suko? - zasyczała mi prosto w nos - Mogę zrobić
ci gorsze rzeczy. Jesteś tu zdana na
moją łaskę, więc nie podskakuj.
Przełknęłam
ciężko ślinę i myślałam tyko o tym, by się uwolnić.
-
Jak się poskarżysz, to mama tylko ci powie, żebyś siedziała cicho, więc tak zrobisz - rozkazała, a ja uznałam,
że najrozsądniej będzie skinąć głową na zgodę i tak zrobiłam.
-
Dobrze - mruknęła z zadowoleniem i lekko się wyprostowała, by patrzeć na mnie
pogardliwie z większej odległości, kiedy wciąż na mnie siedziała.
-
Będę wracała do domu z pracy wcześniej niż do tej pory - powiedziała mi swój
plan - …a potem obudzę cię w środku nocy i wyjdę przez okno. Ty je za mną
zamkniesz, a kiedy wrócę, zapukam, a ty mi je otworzysz.
Kiedy
umilkła, ponownie skinęłam głową, chociaż po głowie huczała mi myśl o tym, jaka
to była niesamowita hipokryzja z jej
strony.
Dokuczała
biednej Anie, bo ta żegnała się z Billy’m na podjeździe naszego domu i
pozwoliła mu wtedy przytulić się niewinnie i pocałować tylko we włosy, a teraz
sama miała zamiar wychodzić do swojego
chłopaka w środku nocy.
-
Nooo - mruknęła Lucy, tym razem z zadowoleniem - I tak ma być.
Poklepała
mnie wolną ręką po policzku, co było trochę upokarzające, więc skrzywiłam się nieznacznie,
ale powstrzymałam wzdrygnięcie.
Zeszła
ze mnie, a ja jeszcze przez długi czas leżałam i oddychałam ciężko, ale nie wymyśliłam
niczego ponad to, że Lucy, niestety,
miała rację.
Nasza
mama jedynie powiedziałaby swoje tradycyjne „ustąp”, a Anie miała trochę
szczęścia w swoim życiu, więc nie chciałam jej zawracać głowy.
Wspominając
to i kolejne dni, jakie po tym nastąpiły, tego poranka umyłam się, ubrałam i
zeszłam na dół, do kuchni, by zjeść śniadanie, zanim przyjechaliby po mnie Alek
i Sam.
Miałam
u nich w butiku moją sukienkę na ślub, a w spiżarni stały jeszcze trzy pudła z
resztą dekoracji, które mieliśmy jeszcze rano rozłożyć na stołach, które
ustawiliśmy w odpowiedni sposób już dzień wcześniej i przykryliśmy wypożyczonymi
obrusami.
Mama
spakowała większość jedzenia, które poprzedniego dnia naszykowały z Anie w domu
i miałam je również zabrać, więc mama miała wkrótce wstać, żeby mi je podać,
jak przyjechaliby Alek z Samem, David swoim Cherokee, a także Jimmy lub Eva ich
samochodem.
Nie
chciałyśmy, żeby Anie się denerwowała w tym szczególnym dla niej dniu, więc
ustaliłyśmy, a może raczej ustaliły to mama, Eva i Helena, że Anie nie zostanie
obudzona, ale pośpi trochę dłużej, by wstać dopiero na czesanie, ubieranie i
malowanie, jakie miały jej zafundować pewne kobiety, które specjalnie dla niej zamówił
Alek.
Zamówił!
I
zapłacił za to, bo były to prawdziwe profesjonalistki,
chociaż wydawało mi się, że Alek chyba powiedział Anie, że to jego
przyjaciółki.
Byłam
gotowa ze wszystkim minutę przed wyznaczonym czasem, a moja mama stała koło
mnie, nerwowo sprawdzając, czy na pewno miałam na ławeczce do zakładania butów w
korytarzyku wyjściowym ustawione wszystkie pojemniki i pudła z jedzeniem, jakie
naszykowała, a jednocześnie co jakiś czas biegając do swojego pokoju, by sprawdzić,
czy Abel wstał i ubierał się samodzielnie, co potrafił już trochę zrobić.
Wreszcie
przyjechali.
*****
CDN.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń