piątek, 26 maja 2023

4 - Dla mnie idealny (cz.1)

 

 Rozdział 4

 Dla mnie idealny (cz.1)

Abigail

 

  

Mój budzik ustawiony w telefonie poprzedniego wieczoru zadzwonił nadzwyczajnie cicho i o godzinę wcześniej, niż dzwonił w ciągu ostatnich dni, kiedy musiałam wyjść z domu na zajęcia, a ja natychmiast odrzuciłam kołdrę, wyłączyłam go, wstałam z łóżka, wzięłam go do ręki z szafki nocnej, zebrałam z krzesła rzeczy, które naszykowałam tam do założenia na siebie tego dnia i ostrożnie, na paluszkach opuściłam pokój, który do tego dnia był mój i Lucy.

Lucy, szczęśliwie, spała na swoim łóżku i nie obudziła się.

Będąc już w łazience, spojrzałam w lustro i uśmiechnęłam się do siebie.

Minione tygodnie były dobre, potem stały się bardzo dobre, chociaż trochę było w nich złego.

A tego dnia moja najlepsza, najstarsza siostra wychodziła za mąż za mężczyznę, którego, najwyraźniej, kochała.

Więc miało być jeszcze lepiej.

Od początku wakacji byłam zajęta, bo prawie codziennie miałam na letnim kursie w szkole lekcje z matematyki lub/i z języka angielskiego.

W pierwszy piątek lipca natomiast podpisałam umowę na pracę wolontariacką z Miejskim Ośrodkiem Kultury, zgodnie z którą miałam w każdy piątek pomagać przy organizowaniu w Liberty Park dla dzieciaków w różnym wieku zajęć powiązanych ze sztuką na żywo.

Podobało mi się to wszystko.

Najważniejsze początkowo było to, że nie przebywałam w domu w godzinach, kiedy była tam Lucy.

Później polubiłam moje lekcje, bo uczyła mnie inna matematyczka i nagle odkryłam, że rozumiałam, o czym do mnie mówiła.

To było dziwne uczucie, kiedy okazało się, że to nie była moja wina, że do tej pory wszelkie działania matematyczne jawiły mi się jako czarna magia, a wszystko było bardziej abstrakcyjne niż sztuka współczesna.

Pani Abacus pokazywała mi i wszystkim „matematycznie zdolnym inaczej” zebranym na tych lekcjach, że matematyka otaczała nas ze wszystkich stron i nie było sposobu, by się na nią nie natknąć nawet przy takich czynnościach, jak na przykład dojazd do szkoły autobusem.

Na codziennych przykładach objaśniała nam coraz bardziej złożone problemy matematyczne i już teraz, na początku sierpnia, byłam w stanie wykonać nieco bardziej złożone działania ze zbioru zadań, z którego korzystaliśmy na lekcjach w ubiegłym roku szkolnym.

Zaczęłam mieć nadzieję, że w następnym, dla mnie ostatnim, roku szkolnym faktycznie poprawię swoje wyniki i będę miała wystarczającą ilość punktów, by w kolejnym roku postarać się o stypendium w college’u.

Na języku angielskim spotykałam się z moją dawną anglistką, więc znała mnie i wiedziała, że nie chodziło mi o poprawienie oceny z jej przedmiotu, a o umiejętność pisania esejów i przyjęła to bardzo dobrze.

Nie wiedziałam, czy rozmawiała z panem Millerem, czy sama tak uważała, ale przyjęła z radością moje nieśmiałe stwierdzenie, że chciałbym wkrótce zdawać egzaminy SAT i popierała to, że miałam zamiar aplikować na kierunek związany z historią sztuki na University of Utah.

A po lekcjach jeździłam na godzinę sama lub na dłużej z Ablem do Jo, która powoli pakowała się, by w połowie sierpnia ostatecznie przeprowadzić się daleko ze swoimi rodzicami i mnie opuścić.

Do domu wracałam więc zwykle wtedy, kiedy Lucy była w pracy, a potem na kolejnej randce z Lucasem.

Natomiast kilka dni po zaręczynach Anie z Billy’m rozpoczęłam nowy okres w moim życiu, okres na poznawanie wielu wspaniałych ludzi.

Tego dnia, kiedy to wszystko się zaczęło, wróciłam do domu jak zwykle od Jo, nie podejrzewając nadchodzących zmian zaniosłam swoją torbę do pokoju, skorzystałam z toalety i umyłam ręce, a potem zeszłam do kuchni, by uczestniczyć razem z mamą i Anie w przygotowaniu spóźnionego lunchu.

Wiedziałam, że one obie były przed południem w butiku pewnych znajomych żon kolegów z pracy Billy’ego, bo Anie miała mieć na sobie do ślubu mamy sukienkę ślubną, zrobioną w całości z koronki, a ta wymagała wielu specjalnych przeróbek, więc mama obawiała się, że mogła ją zepsuć.

Ta sukienka była rodzinną pamiątką, wykonaną ręcznie przez moją babcię i prababcię i dlatego była bardzo cenna dla mamy i Anie.

A w tym butiku pracowała zawodowa krawcowa, która miała specjalistyczną maszynę do szycia, dostęp do lepszych materiałów i, jak to mama określiła, lepsze umiejętności w robieniu poprawek.

Nie wiedziałam dlaczego, ale mama na mój widok zaczęła się wyjątkowo uśmiechać jak szalona, klasnęła w ręce i zawołała z radością - Abi, jesteś wreszcie!

Nigdy mnie tak nie witała.

Prawie jakby cieszyła się na mój widok.

Zobaczyłam jeszcze, że Anie - równie dziwnie - zassała dolną wargę i spojrzała na mnie jakby z wahaniem, ale nie odezwała się i pozwoliła, żeby mama ćwierkając z zadowolenia opowiedziała mi to, co miała do powiedzenia.

- Na naszym małym spotkaniu w tamtym butiku… - mówiła mama dziwnie chaotycznie, chociaż to akurat nie było dziwne, bo mama bywała chaotyczna i rozgadana, kiedy coś ją denerwowało lub była podniecona - poznałyśmy wspaniałych ludzi. I im spodobały się twoje torby. I Alek powiedział, że mogłabyś dla nich malować takie, a on by je sprzedawał.

Kiedy mama zaczerpnęła powietrza, popatrzyłam zdezorientowana na Anie, która wreszcie z lekką rezygnacją zdecydowała się mi wszystko wyjaśnić.

Okazało się, że mama miała dać mi numer telefonu do przyjaciela pani Evy, żony jednego ze strażaków, Aleka, który prowadził ten butik, w którym dokonywały przeróbek sukni ślubnej mamy.

Sukienkę mama i Anie zabrały w jednej z pomalowanych przeze mnie toreb i według słów mamy chodziło o to, że to ona bardzo się spodobała kobietom, które tam były i temu przyjacielowi.

Uznałam, że najlepiej będzie, jak zadzwonię do niego i sama z nim porozmawiam, żeby dowiedzieć się, o co tak właściwie im chodziło, bo mama nie była w stanie wyjaśnić mi wszystkiego po kolei i logicznie, a Anie wydawała się nie być chętna do wyjaśnień.

- Abi - zaczęła Anie cichym głosem, kiedy zostałyśmy same, by posprzątać kuchnię po posiłku i było po tym, jak pani Peperson przyprowadziła Abla trochę brudnego po zabawie farbami, więc poszli z mamą we dwójkę do łazienki, by się umyć i przebrać - Naprawdę powinnaś zadzwonić do Aleka. To fantastyczni ludzie i mogą bardzo co pomóc. Ja po prostu…

Wciągnęła trochę powietrza i odwróciła na chwilę głowę, by ponownie spojrzeć na mnie i uśmiechnąć się łagodnie, jak ona to robiła i jak ja uwielbiałam, kiedy to robiła.

Pochyliła się do mnie, podeszła nawet o krok bliżej, a potem zrobiła coś następnego, co uwielbiałam.

Podniosła rękę, by objąć dłonią mój policzek i pogłaskać kciukiem to miejsce pod okiem, w którym czasem rozlewały się pojedyncze łzy.

- Chciałam się im jakoś zrewanżować za to, że są dla mnie tacy dobrzy - wyznała przy tym - Więc chciałam im podarować twoje torby, ale Alek od razu powiedział, że możesz na tym zarobić i przestać pracować w Mac Donald’s, a mama to podłapała.

Wciągnęłam powietrze gwałtownie z zachwytu, a potem ten sam zachwyt zabrzmiał w moim głosie, kiedy zapytałam:

- Myślisz, że mogłabym przestać tam pracować?

Anie wyprostowała się lekko, zmarszczyła brwi i przechyliła głowę, przyglądając się mi uważnie, kiedy schowałam głowę w ramiona i zagryzłam bok dolnej wargi od wewnątrz.

No, tak.

Nigdy nie mówiłam ani jej, ani mamie jak bardzo nienawidziłam pracy w tamtym miejscu.

- Tak - powiedziała w końcu łagodnie, ale stanowczo, a jej spojrzenie stało się ponownie czułe i zdecydowane - Przeniesiesz się do mojego pokoju, to będziesz miała miejsce tylko dla siebie i Lucy nie będzie cię goniła, że smrodzisz farbami. A Alek ci podpowie, co robić dalej.

Skinęłam głową i zrelaksowałam się.

Wtedy już o tym dłużej nie rozmawiałyśmy, a później tego dnia zadzwoniłam do tego Aleka i umówiłam się na spotkanie, bo koniecznie chciał mnie poznać osobiście.

Dlatego właśnie dwa dni później prosto ze szkoły wsiadłam do autobusu innej linii, niż zwykle jeździłam i miałam ze sobą torbę wypakowaną po brzegi tym, co miałam ukończone i nadawało się do pokazania tym ludziom.

Było strasznie gorąco i, jak to bywało w letni, lipcowy dzień w naszym podgórskim, trochę pustynnym klimacie Utah, duszno, ale w autobusie była uruchomiona klimatyzacja.

Nie uniknęłam jednak pieszej wędrówki z ciężką torbą, w której miałam również podręcznik i zeszyt do matematyki, więc do butiku dotarłam spocona i zziajana.

Weszłam w drzwi, które miały prowadzić do wskazanego butiku i przystanęłam dosłownie oniemiała z zachwytu.

Pomieszczenie było dość duże, czego nie spodziewałam się, kiedy usłyszałam określenie „butik”, a na dodatek było urządzone z gustem i cudownie.

Witryna nie była duża i  nie przypominała witryn innych butików, bo stał na niej fotel z małym, okrągłym stolikiem do kawy i wisiały gęste, długie firany, więc raczej przywodziła na myśl klimatyczną kawiarenkę.

A samo wnętrze wręcz zachęcało do zrelaksowania się i zagłębienia między ubraniami, bo manekiny, które tam stały przypominały ludzi oglądających to, co było rozwieszone na wieszakach.

Pomieszczenie zostało urządzone przez kogoś z duszą artystyczną.

Moją bratnią duszą.

- Dzień dobry - przywitałam się z nikim, kiedy stanęłam w progu, a drzwi zamknęły się za mną z cichym brzękiem dzwoneczka - Jestem Abi - zawołałam w przestrzeń.

Dopiero wtedy zza wieszaków wyszedł do mnie mężczyzna, który był szczupły i niezbyt wysoki, zwłaszcza w porównaniu ze strażakami, z którymi pracował Billy i z nim samym.

Nadal był trochę wyższy ode mnie, ale ja przecież byłam mała.

Nie mogłam określić wieku tego faceta, który właśnie witał mnie zadziwiająco przyjaźnie wyciągniętymi ramionami, bo miał jasne, popielate, krótko obcięte, nieco potargane włosy, szare, patrzące wprost na mnie oczy, miły, szczery uśmiech, ale wokół nich miał lekkie zmarszczki mimiczne, więc mógł mieć około trzydziestki, ale równie dobrze mógł już przekroczyć czterdziestkę.

Jego ciało wskazywało na sprawność fizyczną, był nieomalże młodzieńcze, a ruchy miał sprężyste, energiczne, kiedy prawie do mnie podbiegł, wykrzykując jednocześnie z radością i z niepokojem w głosie:

- O, Boziuniu, dziewczyneczko! Niemożliwe! To jest takie ciężkie, czy ty jesteś taka słaba?

Zamrugałam zaskoczona, bo to było doprawdy niezwykłe powitanie jak na to, że nie znaliśmy się, a on opuścił ręce.

- Jestem Alek - zawołał mężczyzna i ponownie wyciągnął do mnie dłoń - Daj to, bo wyglądasz, jakbyś miała zaraz zemdleć.

Podałam mu wyładowaną torbę, działając jak w transie.

Mimo niecodziennego powitania, musiałam przed sobą przyznać, że ten facet wzbudzał zaufanie, bo był bardzo kolorowy, wyglądał na szczerego i patrzył mi prosto w oczy.

Jego koszulka była wręcz zabójcza.

Składała się z licznych drobnych pasków, które były przynajmniej z siedmiu powtarzających się kolorów, a ja to uwielbiałam.

- Macie raczej daleko od przystanku - powiedziałam pomimo wszystkiego, co czułam, a Alek odwrócił się do mnie przodem od lady, na której zdążył położyć moją torbę i otworzył szeroko oczy.

- Och! - usłyszałam zdumione westchnienie, a potem mężczyzna pobiegł za ladę, przy której stał, schylił się, po czym błyskawicznie wrócił do mnie z butelką wody w dłoni - Przyjechałaś z tym wszystkim autobusem? W taki gorąc? O, Boziuniu!

Nie widziałam w tym nic dziwnego i godnego takich okrzyków, ale on najwyraźniej przejął się moim samopoczuciem, bo pociągnął mnie za rękę w stronę krzesełka, które stało obok przebieralni i po drodze wołał - Sam! Chodź tu i poznaj Abi! To biedactwo tłukło się tu przez pół miasta autobusem z tym ogromnym ciężarem i jest wyczerpane!

Chciało mi się śmiać, bo przecież jeździłam codziennie autobusami po całym mieście, ale jednocześnie było mi miło, że się mną przejmował, więc wzięłam od niego tę butelkę, odkręciłam ją i napiłam się z niej.

Wtedy w głębi butiku otworzyły się białe drzwi, których wcześniej nie zauważyłam i wyszedł stamtąd drugi mężczyzna.

Był nieco wyższy od Aleka, potężniejszy w barach i nie był ubrany aż tak kolorowo, chociaż nadal nie nudno.

Był krótko ostrzyżonym blondynem o ciemnych oczach, patrzącym równie przyjaźnie i szczerze, co Alek.

- To Sam - przedstawił Alek, machając w jego stronę dłonią - Mój kochanek.

Byłam w szoku.

Nie dlatego, że byli gejami, ale na dobór słów niższego z mężczyzn.

Rozmawialiśmy wtedy przez godzinę i było mi coraz bardziej miło, bo czułam się z nimi wyjątkowo swobodnie i bezpiecznie.

Sam nie towarzyszył nam przez cały czas, bo wyszedł do pobliskiego baru, by przynieść nam kawę na wynos i po ciastku, a poza tym musiał pojechać po towar, bo, jak mi powiedział Alek, butik należał do ich przyjaciółki, ale Alek całkowicie odpowiadał za dobór towaru i wystrój, a Sam zajmował się księgowością i logistyką.

Tak zaczęła się nasza przyjaźń i skończyła się moja męka związana z przebywaniem w śmierdzącej, gorącej, dusznej i nie-tak-bezpiecznej kuchni w Mac Donald’s.

Jeździłam do nich lub oni przyjeżdżali po mnie do szkoły i spotykaliśmy się prawie codziennie, a na dodatek znaleźli mi pomieszczenie w ich butiku, w którym mogłam malować swoje torby, chociaż było zbyt małe i ciasne, bym mogła to robić swobodnie.

Była to jednak konieczność, bo wszystkie stare, pomalowane przeze mnie wcześniej, torby sprzedali w ciągu jednego dnia.

Natychmiast złożyłam wymówienie w Mac Donald’s i w sklepie dla rzemiosła kupiłam dziesięć białych, płóciennych toreb, a Alek kupił belę lnu, z którego mama i ich krawcowa zaczęły szyć kolejne, w tym mniejsze, grubsze, z podszewkami i o innych kształtach, jak ta, którą Anie używała jako swoją torebkę.

A potem Alek wciągnął mnie w dekorowanie sali na przyjęcie ślubne Anie i Billy’ego, co również uwielbiałam.

Mogłam chociaż w taki sposób pomóc Anie zrealizować jej marzenie o cudownym, wyjątkowym ślubie.

Oczywiście, natychmiast przez telefon opowiedziałam o tym Jo, a ona też się tym zachwyciła i obiecała nam pomóc.

Chodziło o to, że Alek wymyślił sobie przybranie kwiatami wymalowanymi przeze mnie na płótnach, jakie miały pokrywać ołtarz, boczne nawy, parapety okienne i zwieszać się między filarami kościoła oraz tak samo przybraną na wesele całą salę, którą wynajęła na przyjęcie nasza mama.

Wszystko miało tonąć w kwiatach.

Jak się można było domyślić, kochałam to.

Ksiądz Anton, kiedy go odwiedzaliśmy w czasie ustalania dekoracji, nie krył zainteresowania naszym rękodziełem, a ja byłam nieco zaskoczona, ale pozytywnie, bo do tej pory nie mogłam mu wybaczyć sztywnego stanowiska w sprawie ciąży Ewy.

Kiedy Alek zobaczył nasz kościół, zaczął zachwycać się perspektywą możliwych dekoracji, ale też zmartwił się tym, że czekało nas dużo pracy, bo przestrzeń do przybrania była olbrzymia.

Dlatego właśnie pomoc Jo spadła nam jak z nieba.

Alekowi bardzo spodobały się kwiaty z bibuły i te ze wstążek czy materiałów, które robiła moja przyjaciółka, więc kiedy Jo zaproponowała, że zrobi ich wiązanki do przymocowania przy ławkach kościelnych i na stoły w sali na przyjęcie, był wniebowzięty.

Pracowaliśmy z zapałem codziennie po kilka godzin i nie czułam zmęczenia, bo wciąż rozmawialiśmy, śmialiśmy się, karmili mnie, pilnowali, żebym nie jeździła autobusem, kiedy było pusto i ciemno.

Niespodziewanie znalazłam swoje miejsce na świecie, przyjaciół.

I mnie nie dziwiło to, że wszyscy byli ode mnie starsi o kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt lat, bo tego bym się spodziewała po moich wcześniejszych doświadczeniach.

Nie chodziło o opiekę nade mną.

Czasem ja opiekowałam się nimi, kiedy potrzebowali pomocy w butiku lub zakupów, czy też kiedy Alek nie radził sobie z upięciem wstążkowego bukietu lub pomalowanego płótna.

Byłam drobna, byłam sprawna fizycznie, więc to ja wspinałam się na oparcia ławek i krzeseł, na szczyty drobin, a nawet na filary.

Ale też zauważyłam, że Alek, mimo tego, że był szczupły i wygimnastykowany, nie był giętki i nie wchodził na krzesła lub stopnie sprawnie i bez problemów, więc starałam się go wyręczać, niezauważalnie, by nie denerwować go i nie urazić.

Dopiero później poznałam historię Aleka i dowiedziałam się, że faktycznie jego stawy nie były na tyle sprawne, by mógł to wszystko robić, bo przeżył coś okropnego.

A kilka dni po poznaniu Aleka i Sama, poznałam Evę.

Ta kobieta również była wyjątkowa, jak Alek i Sam i to nie tylko dlatego, że jej włosy były ogniście rude ani dlatego, że jej wieku też nie mogłabym określić na podstawie pierwszego wrażenia.

Była zawsze była ciepło, szczerze uśmiechnięta, niezwykle szczupła, giętka, wysportowana, ruchliwa, bardzo energiczna, zawsze wyprostowana, pogodna, uśmiechnięta i właściwie nie miała zmarszczek.

I, tak jak Alek i Sam, zawsze patrzyła mi prosto w oczy swoimi oczami, których koloru nie byłam w stanie jednoznacznie ocenić, bo zmieniał się z zielonego do brązowego w zależności od światła.

Ale z drugiej strony, miała pewne przejścia z wcześniejszego życia, dorosłego syna z pierwszego małżeństwa i wnuka, który skończył już dwa latka.

Eva nie narzucała się z troską ani opieką, ale zawsze była w pobliżu, kiedy potrzebowaliśmy transportu lub innej pomocy.

Lubiłam jej dzieci, Matta, Marię i Davie’go, którzy często z nią przyjeżdżali, a potem pomagali nam lub po prostu kręcili się w okolicy.

Nigdy nie przeszkadzali ani nie marudzili.

Opiekowałam się przecież czasem Ablem, przebywałam w towarzystwie córki pani Peperson, siostry Jo, więc znałam kilkoro dzieci i wiedziałam, że nie wszystkie były zawsze grzeczne, że mogły mieć swoje fochy, zachcianki i niekoniecznie ładnie to pokazywały.

Ale wszystkie dzieci Evy były grzeczne, potrafiły powiedzieć, czego chciały, potrzebowały, a na dodatek były pomocne, a zwłaszcza Maria, która pomagała nam w ten sposób, że zajmowała się Davie’m, kiedy Eva oglądała naszą pracę i podpowiadała niektóre rozwiązania.

Z tego wszystkiego widziałam, że Eva była świetną mamą, a ponieważ od pierwszego naszego spotkania, powiedziała mi, żebym do niej mówiła po imieniu, więc wiedziałam, że była otwartą, ciepłą osobą, która lubiła ludzi.

Niezależnie od tego wszystkiego dobrego, co mnie spotkało, byłam bardzo zmęczona zarówno nauką, jaki i pracą.

Ale nie to było tym „złym”, które miałam w te dni.

To spanie w jednym pokoju z Lucy nie zawsze pozwalało mi na swobodny odpoczynek i czucie w pełni radości, bo stała się jeszcze bardziej drażliwa na punkcie „granic” mojej „połowy” pokoju i jej snu rano, kiedy ja wychodziłam do szkoły lub, jak tego dnia, do pracy przy dekoracji kościoła i sali na przyjęcie weselne Anie.

Miałam wrażenie, że Lucy była zazdrosna o to, że poświęcałyśmy z mamą jakąkolwiek, choćby najmniejszą uwagę Anie.

Nie miała prawa tego czuć, a tym bardziej to okazywać, skoro jej ślub miał być dopiero we wrześniu, a na dodatek odmówiła nam jakiejkolwiek możliwości włączenia się w przygotowania i nie chodziło nawet o to, że wszystko przygotowywały profesjonalne firmy.

Nie byłyśmy, żadna z nas, na przymiarkach sukni ślubnej, a nawet nie wiedziałyśmy, jaki model Lucy wybrała.

Żadna z nas nie miała być jej druhną.

Nie zapytała ani razu mamy, co do wyboru kolorów wiodących na sali, ślubie czy gdziekolwiek indziej.

A teraz miała pretensje o to, że Anie to zrobiła.

Miałam być druhną naszej najstarszej siostry jako jedyna z naszej rodziny, bo Lucy jej… odmówiła.

Mama planowała całymi dniami jedzenie na przyjęcie, ja zajmowałam się dekoracją kościoła i sali, suknię Anie szyli w butiku i przyjeżdżali do naszego domu liczni przyjaciele.

Było gwarnie i wesoło, jak bywało kiedyś, zanim się przeprowadziliśmy.

A Lucy tego nie lubiła i okazywała to.

I to jak!

Zwykle skupiało się to na mnie, bo moja druga siostra nie odważyła się okazywać jawnie niechęci Anie po jakimś incydencie, o którym słyszałam, ale nie byłam przy tym.

Wiedziałam jednak, że miało to związek z tym, że Oli i Billy bronili Anie, co powiedział mi mama, ale nie usłyszałam ani słówka na ten temat od mojej najstarszej siostry.

Zaczęło się to w od razu pierwszą niedzielę po tym, jak Anie i Billy się zaręczyli, bo ksiądz Anton ogłosił z ambony ich zapowiedzi, co spowodowało, że wszyscy nasi dawni znajomi nagle przypomnieli sobie o tym, jak bardzo lubili Anie i zaczęli do nas po mszy podchodzić z fałszywymi i całkowicie nieszczerymi gratulacjami.

Według Lucy było to niepotrzebne zwracanie Anie uwagi na nią, bo przecież wszyscy powinni patrzeć wyłącznie na cudowną Lucy.

Byłam zła na Lucy, ale podczas spotkania po mszy, byłam zadowolona, a wręcz szczęśliwa z powodu Anie.

Nagle znalazły się obok mnie dawne koleżanki ze szkółki niedzielnej, z którymi nie miałam żadnego kontaktu od roku, bo zwykle nie miały czasu na rozmowę ze mną.

I, nasłuchując jednym uchem to, co mówiła o Billy’m Anie i jak o nim mówiła, opowiedziałam im o tym, że Billy jest strażakiem, że pełnił służbę w niedzielę, więc nie mógł być z nami w kościele i tym podobne.

To była nasza mała chwila szczęścia, mojej siostry i moja.

Miałyśmy coś, co było nasze wspólne, z czego mogłyśmy się cieszyć, a była to perspektywa jasnej, kolorowej przyszłości.

Moje szczęście skończyło się w środku nocy po tym dniu, kiedy zostałam gwałtownie obudzona przez Lucy, która wtedy wróciła z randki z Lucasem.

Spałam spokojnie, bo często zdarzało się, że Lucy wracała do domu późno lub nawet bardzo późno, a mama nigdy nie zwróciła jej uwagi, że było to co najmniej niewłaściwe.

Obudził mnie silny ból, spowodowany, jak się okazało, kopnięciem, jakie zadała mi Lucy, która wskoczyła na moje łóżko i stała nade mną.

Jęknęłam i skuliłam się, łapiąc się obiema rękoma za brzuch, w który mnie kopnęła, a wtedy dół moich pleców i część pośladków została odsłonięta spod kołdry, co Lucy wykorzystała, by schylić się i klepnąć mnie tam z całej siły otwartą dłonią.

Krzyknęłam cicho i wyprostowałam się, położyłam się na plecach i patrzyłam na nią z przerażeniem i ze zdumieniem, kiedy nagle opadła, by usiąść na moich biodrach okrakiem i schylić się do mojej twarzy.

Rękoma oparła się po obu stronach mojej głowy, przy czym jedną rękę miałam zaklinowaną pod jej ciałem przy moim brzuchu, a drugą Lucy przyciskała swoją dłonią do mojej poduszki z boku mojej głowy.

- Widzisz, jaka jesteś bezbronna, suko? - zasyczała mi prosto w nos - Mogę zrobić ci gorsze rzeczy. Jesteś tu zdana na moją łaskę, więc nie podskakuj.

Przełknęłam ciężko ślinę i myślałam tyko o tym, by się uwolnić.

- Jak się poskarżysz, to mama tylko ci powie, żebyś siedziała cicho, więc tak zrobisz - rozkazała, a ja uznałam, że najrozsądniej będzie skinąć głową na zgodę i tak zrobiłam.

- Dobrze - mruknęła z zadowoleniem i lekko się wyprostowała, by patrzeć na mnie pogardliwie z większej odległości, kiedy wciąż na mnie siedziała.

- Będę wracała do domu z pracy wcześniej niż do tej pory - powiedziała mi swój plan - …a potem obudzę cię w środku nocy i wyjdę przez okno. Ty je za mną zamkniesz, a kiedy wrócę, zapukam, a ty mi je otworzysz.

Kiedy umilkła, ponownie skinęłam głową, chociaż po głowie huczała mi myśl o tym, jaka to była niesamowita hipokryzja z jej strony.

Dokuczała biednej Anie, bo ta żegnała się z Billy’m na podjeździe naszego domu i pozwoliła mu wtedy przytulić się niewinnie i pocałować tylko we włosy, a teraz sama miała zamiar wychodzić do swojego chłopaka w środku nocy.

- Nooo - mruknęła Lucy, tym razem z zadowoleniem - I tak ma być.

Poklepała mnie wolną ręką po policzku, co było trochę upokarzające, więc skrzywiłam się nieznacznie, ale powstrzymałam wzdrygnięcie.

Zeszła ze mnie, a ja jeszcze przez długi czas leżałam i oddychałam ciężko, ale nie wymyśliłam niczego ponad to, że Lucy, niestety, miała rację.

Nasza mama jedynie powiedziałaby swoje tradycyjne „ustąp”, a Anie miała trochę szczęścia w swoim życiu, więc nie chciałam jej zawracać głowy.

Wspominając to i kolejne dni, jakie po tym nastąpiły, tego poranka umyłam się, ubrałam i zeszłam na dół, do kuchni, by zjeść śniadanie, zanim przyjechaliby po mnie Alek i Sam.

Miałam u nich w butiku moją sukienkę na ślub, a w spiżarni stały jeszcze trzy pudła z resztą dekoracji, które mieliśmy jeszcze rano rozłożyć na stołach, które ustawiliśmy w odpowiedni sposób już dzień wcześniej i przykryliśmy wypożyczonymi obrusami.

Mama spakowała większość jedzenia, które poprzedniego dnia naszykowały z Anie w domu i miałam je również zabrać, więc mama miała wkrótce wstać, żeby mi je podać, jak przyjechaliby Alek z Samem, David swoim Cherokee, a także Jimmy lub Eva ich samochodem.

Nie chciałyśmy, żeby Anie się denerwowała w tym szczególnym dla niej dniu, więc ustaliłyśmy, a może raczej ustaliły to mama, Eva i Helena, że Anie nie zostanie obudzona, ale pośpi trochę dłużej, by wstać dopiero na czesanie, ubieranie i malowanie, jakie miały jej zafundować pewne kobiety, które specjalnie dla niej zamówił Alek.

Zamówił!

I zapłacił za to, bo były to prawdziwe profesjonalistki, chociaż wydawało mi się, że Alek chyba powiedział Anie, że to jego przyjaciółki.

Byłam gotowa ze wszystkim minutę przed wyznaczonym czasem, a moja mama stała koło mnie, nerwowo sprawdzając, czy na pewno miałam na ławeczce do zakładania butów w korytarzyku wyjściowym ustawione wszystkie pojemniki i pudła z jedzeniem, jakie naszykowała, a jednocześnie co jakiś czas biegając do swojego pokoju, by sprawdzić, czy Abel wstał i ubierał się samodzielnie, co potrafił już trochę zrobić.

Wreszcie przyjechali.

*****

CDN.


1 komentarz: