Rozdział 6
Ze mną, dla mnie (cz.2)
*****
Wiliam
Tydzień później…
-
To jest kurewsko złe - warknął do
siebie Lionel, który był jednym z agentów zajmujących się duetem Lucy/Lucas.
Stali
w grupie kilku mężczyzn w małym pomieszczeniu socjalnym na tyłach znajomego
baru i wymieniali się informacjami, których za cholerę nie chcieli przekazywać sobie
telefonicznie.
Właśnie
Lionel i jego partner dostarczyli Willowi dowodów na to, że rozpracowywana
przez nich szajka znała większość ostatnich ruchów FBI, a być może też twarze
agentów, więc Will miał cholernie niedobre przeczucia co do ich przyszłych
przedsięwzięć.
-
Jeśli jeszcze skurwiele zaczną się zabezpieczać informatycznie, możemy całkiem cmoknąć
w dupę tę sprawę. Leżymy i kwiczymy - mruknął sfrustrowany Alehandro, który
dostarczał informacji o działalności komputerowej i hackerskiej znajomych
Lucasa i Lucy, bo szajka nie zaprzestała cholernych włamań na konta bankowe,
najwidoczniej nie czując zagrożenia w tej sferze.
-
Dupa blada - syknął Jones.
I
była to przykra prawda, bo tamci nie włamywali się do domów, ani nie oszukiwali
w czasie bezpośrednich kontaktów, więc stali się mało widoczni.
Wyślizgiwali
im się przez palce.
-
Tak - westchnął Will - Musimy przyspieszyć aresztowania.
Pomyślał
przez chwilę i podniósł głowę, by spojrzeć na swoich współpracowników.
-
Lion - Will zwrócił się do faceta - Posegregujcie zdjęcia, postaraj się nagrać wszystkie
rozmowy na jeden dysk, ale kontynuujcie inwigilację.
Will
dostał od niego potwierdzenie skinieniem głowy i odwrócił się do innych
mężczyzn.
-
Postaramy się zamknąć sprawę w najbliższych tygodniach… - stwierdził - ale
potrzebujemy zabezpieczyć kilkoro cywili. Siostra Struny, dziewczyna brata
Cienkiego, córka wuja Lucasa i obie siostry Lucy muszą dostać naszą opiekę. Załatwię to z szefem. Zastanówcie się
kto jeszcze i dajcie mi znać.
Kilka
głów poruszyło się w potakiwaniu, bo wszyscy doskonale wiedzieli, że szajka
bezwzględnie wykorzystywała tych, którzy byli im niby bliscy, ale żaden z
członków gangu nie miał uczuć wyższych, więc mogli skrzywdzić kogoś z otoczenia
ich rodzin.
Will
nie musiał dodawać niczego więcej.
Sam
również przekazał swoim współpracownikom na tym spotkaniu kilka nieprzyjemnych
informacji, które zebrali kumple Davida, ale nikt nie sądził, żeby była
konieczność ścisłej natychmiastowej
ochrony którejkolwiek z kobiet, jakim potencjalnie zagrażali tamci.
Dlatego
po prostu ustalali, jak należało się przygotować na niespodziewane.
Kiedy
już ustalili, czego będą potrzebowali, pożegnali się i zaczęli pojedynczo
wychodzić z pomieszczenia, żeby rozejść się na różne strony, chociaż wyjścia z
baru były tylko dwa.
Will
wyszedł ostatni, nie zaglądając do wnętrza lokalu, gdzie, jak wiedział, jeden z
jego ludzi usiadł na stołku, by wypić piwo, a drugi wszedł do toalety, by wyjść
za parę minut, tylko poszedł w kierunku wyjścia ewakuacyjnego, by po chwili
znaleźć się w brudnym zaułku na tyłach baru.
Tam
wyjął telefon i wybrał numer do szefa, by powiedzieć mu, czego będzie
potrzebował w ciągu najbliższego tygodnia.
*****
Tydzień później…
Will
stał ze zmarszczonymi brwiami w korytarzu mieszkania, które zostało mu
przekazane do użytkowania jako „bezpieczne” i zastanawiał się, czy pomyślał o
wszystkim, co był tam potrzebne.
Zaledwie
dwa dni wcześniej szef przekazał mu klucz, kartkę z kodem do alarmu i kopertę z
gotówką, jaką Will miał przeznaczyć na wyposażenie lokalu i zakup podstawowych
rzeczy, które byłyby niezbędne do przeżycia.
Mieszkanie
miało dwie sypialnie z dużymi, podwójnymi łóżkami z materacami, do których Will
musiał sam dokupić pościel.
Zaopatrzył
się w ręczniki i wszystko, co uznał potrzebne w kuchni włącznie z wyposażeniem
lodówki i szafek w produkty trwałe do przygotowywania posiłków.
Miał
tam telewizor z podłączeniem do kablówki i odtwarzacza DVD, telefony na kartę,
laptop z bezpiecznym Internetem, kilka książek i tym podobne.
Mógł
przechować tu nawet cztery kobiety przez tydzień bez wychodzenia.
Sam
spałby całkiem wygodnie na kanapie w salonie, bo była rozkładana i jedynym
minusem byłaby pojedyncza łazienka, ale dało się z tym żyć.
Drugie
takie mieszkanie wyposażał Lionel, więc mogliby ukryć przed szajką Lucas/Lucy
wszystkie te kobiety, które uważali, że były przez nich potencjalnie narażone
jakiekolwiek na niebezpieczeństwo.
W
tym samym czasie pozostali agenci z ich ekipy pracowali nad zamknięciem
śledztwa, więc akcje musiałby się odbyć w ciągu następnego tygodnia lub dwóch,
nie później.
Will
wyjął swój telefon, wybrał numer, który chciał wybrać już od miesiąca i napisał
SMS’a.
*****
Abigail
Trzy dni później…
Zaparkowałam
swojego chabrowego Sonica na przyulicznym parkingu niedaleko butiku Aleka i
Sama, ale nie zamierzałam tam iść.
Nie
od razu.
Kilka
dni wcześniej dostałam od Willa SMS’a Musimy
porozmawiać, co mnie wkurzyło, ucieszyło i zasmuciło jednocześnie, bo długo
na to czekałam, ale nie było to Tęskniłem,
którego pragnęłam.
Musimy porozmawiać oznaczało,
że miał ważny powód, żeby mnie tak długo unikać i mógł to być groźny dla nas
lub przynajmniej dla mnie powód, którego mogłabym nie chcieć słuchać.
Byłam
przygotowana na Nie jestem ciebie godzien
lub Jestem dla ciebie za stary, bo
takie tekstu rzucali faceci na filmach i w książkach, które czytywała namiętnie
Anie, ale od Willa podskórnie obawiałam się czegoś gorszego, groźniejszego.
Wyglądało
na to, że miał prawdziwy powód, żeby
się ze mną nie kontaktować, a ja mogłabym nie móc się z nim spierać.
Moje
zdenerwowanie wzrosło, kiedy napisałam mu, że się zgadzam, a on zaczął z każdy
SMS’em coraz bardziej szczegółowo wyjaśniać mi, jakie zasady bezpieczeństwa
musieliśmy przy tym zachować.
Dlatego
właśnie teraz zamknęłam swojego Sonica, jak zwykle to robiłam i, chowając po
drodze kluczyk do kieszeni lekkiej, zielonej szmizjerki, którą miałam na sobie,
ruszyłam w stronę baru, w którym czasem kupowałam dla siebie i chłopaków kawę i
ciastka i bardzo starałam się nie rozglądać nerwowo na boki, na co
miałam szaloną ochotę.
Will
napisał mi w ostatnim SMS-ie, żebym zachowywała się naturalnie, cokolwiek to miało znaczyć.
Wrrrr.
Weszłam
do baru, słysząc dzwoneczek, który zabrzmiał, kiedy otworzyłam drzwi, podeszłam
do lady, jak zwykle to robiłam, by zamówić cynamonowe latte dla Aleka,
waniliowe latte dla Sama i mrożoną kawę z lodami śmietankowymi dla siebie i
zaczęłam mówić do kobiety za barem, kiedy zobaczyłam Willa stojącego w ukryciu
framugi drzwi korytarza prowadzącego do toalet.
Był
ubrany w sportowe, czarne buty i czarny t-shirt, ale nie miał na sobie jego
zwykłych dżinsów tylko czarne bojówki sięgające mu za kolana.
Jego
włosy były przycięte o wiele krócej niż te kilka tygodni temu, kiedy go
widziałam, i był ogolony, więc nie wyglądał na tak zmęczonego, jak wtedy kiedy
po mnie przyjechał.
Ale
był bardzo poważny.
-
Czy możesz, proszę, przygotować to za dziesięć minut? - poprosiłam barmankę, z
którą znałam się już trochę, skoro bywałam tu średnio dwa razy w tygodniu i
spojrzałam na nią porozumiewawczo.
Lubiłyśmy
się, więc nie zapytała o nic, nie zaprotestowała, tylko skinęła głową,
uśmiechnęła się lekko i przyjęła ode mnie zależność za to i za trzy duże
muffiny czekoladowe na wynos, które również zamówiłam, a ja skierowałam się w
stronę korytarza, w którym stał Will.
Kiedy
się do niego zbliżyłam, cofnął się, więc poszłam za im, ale nie weszliśmy do
żadnej toalety, a do pokoju dla personelu, jak głosiła tabliczka na drzwiach
znajdujących się po przeciwnej stronie korytarz niż wejście do ubikacji.
-
Hej - mruknęłam do Willa na powitanie, kiedy tyko weszłam do środka i zamknął
za mną drzwi.
-
Abigail - odmruknął do mnie, a ja nagle poczułam się bardzo spokojna, całe moje
zdenerwowanie odpłynęło i poczułam się dobrze.
Uwielbiałam,
jak mówił moje imię w ten sposób, a jak dotąd nie miałam wielu okazji, żeby to
usłyszeć.
To
było jak pieszczota.
Wymawiał
je czule, delikatnie, z akcentem na pierwszą sylabę, śpiewnie niczym wołanie,
jak nikt nigdy przed nim i wiedziałam, że nikomu to się już nigdy nie uda.
Machnął
ręką w bok, więc odwróciłam od niego wzrok i tam spojrzałam, by zobaczyć
krzesła ustawione obok siebie przed niewielkim biurkiem z komputerem, które
najprawdopodobniej należało do menagera baru.
Podeszłam
do nich, czując, że Will szedł za mną.
Usiedliśmy
każde na innym krześle, naprzeciwko siebie i wcisnęłam obie dłonie pod moje uda
ze zdenerwowania, kiedy okazało się, że byliśmy blisko, ale nadal oddzieleni.
Bałam
się również tego, co Will chciał mi przekazać, bo to nie mogło być nic dobrego.
-
Muszę ci coś powiedzieć - zaczął poważnym tonem, patrząc mi prosto w oczy, a ja
spięłam się jeszcze bardziej.
-
Jestem agentem FBI - powiedział Will i wypuściłam powietrze z płuc z
zaskoczenia, ale przez to dowiedziałam się, że je wstrzymywałam - I nasze
spotkanie nie było przypadkowe.
Ulżyło
mi.
Nie
czułam się oszukana ani zdradzona, chociaż może powinnam tak się czuć, ale
pomimo tego, że Will nie powiedział mi o sobie prawdy, wiedziałam, że nie
skrzywdziłby mnie, że był dobry i musiał tak zrobić dla swojego i mojego
bezpieczeństwa.
Dlatego
po prostu słuchałam wszystkiego tego, co właśnie wtedy miał mi do powiedzenia,
a trochę tego było.
Will
mówił przez kilka minut, a ja nie mogłam wyjść z odrętwienia, chociaż wiele
rzeczy, które mi powiedział, było tymi, które dawno podejrzewałam.
Po
poznaniu zawartości pudełek spod łóżka Lucy, wiedziałam, że robiła coś
nielegalnego, ale nie wiedziałam, że na taką skalę.
Po
jej szalonym, nieobliczalnym zachowaniu wobec mnie, mogłam podejrzewać, że była niebezpieczna, ale nie sądziłam, że
mogłaby mi zrobić coś naprawdę poważnego,
czego, najwidoczniej, obawiał się Will.
Kiedy
Will zamilkł, nie odzywałam się, tylko wpatrywałam się w niego oddychając
płytko, chociaż nie bałam się i nie byłam zaskoczona.
-
Powiedz coś - szepnął błagalnie Will, jakby bał się, że mnie za bardzo
przestraszył i zaraz ucieknę z krzykiem w siną dal albo tego, że mnie obraził
swoimi kłamstwami, które przecież tak naprawdę nie były kłamstwami, a
zatajeniem prawdy.
-
Ja… - przerwałam, bo poczułam suchość w ustach i musiałam przełknąć ślinę, co
przyszło mi z trudnością.
-
Widzę, że nie wszystko jest dla ciebie nowiną - stwierdził Will, a ja powoli
skinęłam głową na potwierdzenie, a potem pokręciłam głową, by zaprzeczyć.
-
Lucy miała pod łóżkiem takie pudełka - powiedziałam cicho, a on zamarł.
Opowiedziałam
mu, jak tam zajrzałam i dlaczego, co w nich było, jak nie wiedziałam, co miałam
z tym zrobić i że bałam się.
Potem
mu opowiedziałam, co zrobiła mi Lucy w nocy po zaręczynach Anie i Billy’ego, a
wtedy poczułam dziwne wibracje, które od niego płynęły i podniosłam głowę, by
na niego spojrzeć, bo, opowiadając to, zawstydziłam się i patrzyłam na swoje
kolana.
-
Co takiego? - warknął Will, więc tak, miałam potwierdzenie, że go to
zdenerwowało.
-
Uspokój się - szepnęłam, a potem wyciągnęłam w jego stronę rękę i, nie
dotykając go, zaczęłam mu tłumaczyć - Wychodziła potem wielokrotnie przez okno,
zamykałam za nią, potem wracała i nie działo się nic złego. Nic mi nigdy później nie zrobiła.
Will
zamknął oczy, podniósł rękę i potarł je palcami.
-
Abi - powiedział w końcu stanowczo, opuszczając dłoń na swoje kolana - Sama widzisz,
że masz się czego obawiać. Ona może
być niebezpieczna. Dlatego proponuję ci rozwiązanie, które nie jest może
idealne, bo zakłóci twoje życie, ale jest konieczne, bo muszę cię chronić.
Słuchałam
z napięciem.
-
Mam do dyspozycji bezpieczne mieszkanie od FBI - powiedział Will, po prostu
stwierdzając suchy fakt, a ja zacisnęłam zęby, przygotowując się na to, co
chciał mi przekazać - Muszę cię tam ukryć na kilka dni, kiedy będziemy zamykać
sprawę, bo szerszenie są najgroźniejsze, kiedy zostaną podrażnione.
-
Co? - wypchnęłam z siebie na to
porównanie.
-
Będziemy ich wyłapywać, ale jest ich dużo - Will nadal mówił bardzo poważnie -
Któreś z nich może się wyślizgnąć z naszej sieci i zrobić ci krzywdę.
Zastanowiłam
się przez chwilę, bo coś mi się nie zgadzało.
-
Chodzi o ochronę tylko mnie? - zapytałam w końcu.
-
Nie, również Hannah - przyznał niechętnie Will, nie patrząc mi w oczy - A jeszcze
kilkoma kobietami zajmuje się mój kolega.
Skinęłam
głową, sygnalizując, że słuchałam i rozumiałam.
-
Widzisz… - Will wypuścił powietrze z płuc z sykiem i ciągnął dalej - oni będą
szukali kogoś, kto ich wsypał, a może będą się mścili na oślep. Możliwe, że mają
podejrzanych, a kobiety są zawsze najsłabszym ogniwem. Dlatego mamy listę
kilku, które mogą zostać przez nich zaatakowane.
Słuchałam
z pełnym skupieniem, bo rozumiałam, że to było ważne.
-
Dlatego mamy naszykowane bezpieczne
mieszkania - kontynuował Will - Musisz mi pomóc porozmawiać z Hannah, bo ona
też jest zagrożona.
Poczułam,
że moje oczy stały się olbrzymie, ale absurdalnie, jednocześnie poczułam się
spokojniejsza i wdzięczna, bo Will pomyślał o mojej kochanej siostrze, o którą
bym się martwiła, gdybym ja była ukryta gdzieś i bezpieczna, a ona chodziłaby
do pracy i żyła jak gdyby nic się nie działo.
-
Ale… - nie wiedziałam, jak przekazać mu moje wątpliwości - Will, Anie nie
będzie chciała zostawić Billy’ego, Jacka, jej pracy. Nie ukryje się, nawet jeśli
będzie jej groziło coś bardzo realnego.
-
Już jej grozi - powiedział Will surowo, a potem zamyślił się.
-
Spróbuję ją przekonać - powiedziałam do niego szybko i stanowczo - …ale
potrzebuję trochę czasu.
-
Nie wiem, czy mamy czas - Will
zabrzmiał trochę ponuro i wiedziałam, że się martwił.
Był
takim dobrym mężczyzną.
Troszczył
się o prawie obce mu kobiety bardziej, niż robili to ludzie, z którymi były
spokrewnione.
Tak,
już wcześniej to czułam, ale teraz miałam pewność, że go pokochałam.
-
Abi… - powiedział nagle - nie możemy dłużej dzisiaj rozmawiać, ale musimy
jeszcze się spotkać. Nie wiem jak i gdzie, bo boję się, że cię obserwują.
Zmarszczyłam
brwi i popatrzyłam na niego z zastanowieniem.
Lucy
poddała mi pewien pomysł, chociaż nie był on moralnie właściwy i może nie do końca bezpieczny.
-
Wiesz… - ze zdenerwowania zagryzłam bok dolnej wargi od wewnątrz, zanim
dokończyłam - mój pokój jest na parterze.
-
Tak? - Will zmarszczył brwi, próbując zrozumieć, o co mi chodziło.
-
A okno wychodzi na tylne podwórko - ciągnęłam dalej swoją myśl - A poza tym
drzwi do niego wychodzą na tylni korytarz.
Wzięłam
drżący wdech, by nabrać odwagi do tego, co chciałam powiedzieć.
-
Mógłbyś… wiesz… wejść do mnie, do
mojego pokoju, i nikt by cię nie zauważył - dokończyłam cicho, patrząc mu w
oczy bez mrugnięcia, chociaż moje policzki rozpaliły się i zrobiło mi się gorąco.
Will
wyprostował się.
-
Pomyślę nad tym - mruknął w końcu, a jego głos był ochrypły i nie wiedziałam,
czy było to dobre, czy też raczej złe.
Patrzyliśmy
sobie w oczy bez ruchu i bez słowa.
-
Musisz już iść - dodał Will po kilku sekundach milczenia.
Skinęłam
głową, ale nie czułam się dobrze.
Tym,
co głównie czułam, było odrzucenie.
Chciałam
o niego walczyć, ale to nie było łatwe, bo mi to utrudniał na wszelkie sposoby
i okoliczności nam nie sprzyjały.
Podniosłam
się z krzesełka, przytrzymałam mocniej moją torbę na ramię i odwróciłam się do
drzwi, kiedy poczułam palce Willa na łokciu.
-
Abi - powiedział cicho.
Odwróciłam
głowę w jego stronę i spojrzałam w jego oczy.
-
Do zobaczenia - dodał, mówiąc mi prawie w usta, bo był tak blisko.
Nagle
nie czułam już odrzucenia.
Czułam
się dobrze.
-
Do zobaczenia, Will - odpowiedziałam, nie ruszając się ani na milimetr i
odsunął się, a ja odwróciłam się z powrotem do drzwi, złapałam po omacku za
klamkę, otworzyłam je i wyszłam na korytarz, nie czując obecności Willa na
plecami, więc został w tamtym pomieszczeniu.
Poszłam
do baru, zabrałam holder z kawami i torbę z mufinkami, a potem wyszłam z baru,
uśmiechając się z roztargnieniem do barmanki.
*****
Kilka dni później…
Mój
telefon zadzwonił, jak byłam w swoim pokoju wieczorem w dniu, kiedy wróciłam od
Aleka i Sama z butiku w późne popołudnie.
Ruszyłam
od nich w stronę mojego samochodu, rozglądając się o drodze, bo Will uświadomił
mi zagrożenie, jakie mogło mnie spotkać w każdej chwili, a tego dnia wyjątkowo
nie mógł być ze mną.
Zwykle
towarzyszył mi z daleka lub całkiem blisko i czułam się bezpieczna, chociaż
sfrustrowana tym, że nie udało mi się porozmawiać z Anie na temat jej
bezpieczeństwa.
Tego
dnia nie mógł być tam, bo miał inne zajęcia, dbając o bezpieczeństwo innych
kobiet, więc do samochodu odprowadził mnie Alek pod takim pretekstem, że
pomagał mi przenieść kilka toreb z uszytymi torebkami i płótnem na zamówione
przez kogoś serwety, które miałam pomalować w dynie.
Alek
nie wiedział wszystkiego, ale powiedziałam mu, że się bałam.
Potem
spędziłam czas zamknięta w naszym domu, nie wychodząc nawet na tylni taras, bo
Will prosił mnie, żebym tego nie robiła sama, kiedy go nie było.
Wiedziałam,
że był bardzo zajęty, więc nie martwiłam się, że go nie było, ale też przez to nie
do końca czułam, żeby wrócił.
Chociaż
wrócił.
Był
zdystansowany, ostrożny, uprzejmy, ale był.
Przez
te kilka dni pracowałam, uczyłam się, odwiedzałam Aleka i Sama, bywałam w domu
u Anie, ale głównie spędzałam czas z Jackiem i Ablem, więc nie mogłam
porozmawiać z Anie bez świadków, żeby nie wystraszyć żadnego z chłopców.
Abel
był zafascynowany Jackiem i był dumny, że miał takiego „brata”, więc, jak tylko
słyszał, że miałam jechać do Anie, natychmiast chciał jechać ze mną, a ja nie
mogłam mu odmówić, nie tłumacząc mamie tego, co się działo.
A
Anie rozkwitała.
Miała
domowe zacisze, o jakim zawsze marzyła, miłość jej i Billy’ego rozwijała się i
błyszczała, więc tym trudniej było mi zdobyć się na wyznanie jej konieczności
schronienia jej, by zapewnić jej
bezpieczeństwo.
Myślałaby
o swojej rodzinie, o tych, których kochała, a nie o sobie.
Taka
była.
Will
bywał u mnie wieczorami, ale zostawał na pół godziny lub godzinę, rozmawialiśmy
i nigdy nawet mnie nie dotykał.
Przychodził
do mnie przez okno, albo, jeśli była taka możliwość, wpuszczałam go tylnymi
drzwiami, zamykaliśmy się w moim pokoiku i staraliśmy się być bardzo cicho.
Lucy
zabrała swoje rzeczy z byłego-naszego pokoju następnego dnia po mojej rozmowie
z Willem w barze, a mama natychmiast zaczęła przygotowania do wyremontowania go
dla Abla.
Pomagał
jej w tym Oli, który na wieść o tym, że to nie ja miałam mieszkać tam tylko mój
brat dziwnie zacisnął wargi, ale nie skomentował tego.
Remont
nie był pilny, więc na razie usunięto stamtąd jedno łóżko i biurko, ale mama
wymyśliła sobie malowanie, więc bywał w naszym domu mężczyzna, który to robił
powoli i niespiesznie, wietrząc cały
dom, co z kolei nie podobało się Willowi, bo mieliśmy przez cały czas
pootwierane wszystkie okna.
Powiedział
mi niezadowolony, że ktoś mógł wejść tam niezauważony, skoro przez pół dnia nie
było nas w domu.
Rozumiałam
go, popierałam go, ale nie spierałam się z mamą, chociaż bardzo niechętnie, bo
byłoby to bezcelowe.
Ale
to spowodowało, że Will upierał się, by przychodzić do mnie codziennie, chociaż
i z tym bym się nie spierała.
Tyle
tylko, że to lubiłam.
Wyglądało
to zwykle tak samo, to znaczy mama szła z Ablem na górę, by przygotować go do
snu, a ja zamykałam się w swoim pokoju.
Will
pukał delikatnie w okno, a ja otwierałam mu je lub pokazywałam gestem, by
poszedł do drzwi, jeśli było to bezpieczne.
Po
pierwszym naszym takim wieczorze codziennie też robiłam jeszcze jedną rzecz, a
mianowicie pytałam go, czy nie był głodny.
Bo
bardzo często był.
Zrobiłam
to pierwszego wieczoru odruchowo, jak zawsze robiły mama i Anie, ale, jak
dowiedziałam się od niego, że czekał przez godzinę pod naszym domem, żeby się
przekonać, że byłyśmy bezpieczne, a przez to niczego nie jadł, potem zawsze już
o to pytałam, bo martwiłam się o niego.
Nie
wysypiał się, nie wypoczywał, a jeszcze na dodatek nie jadał wystarczająco
często i prawidłowo.
Był
dorosłym mężczyzną i potrzebował
dobrego jedzenia.
Tego
nauczyła mnie mama, a utrwaliła to we mnie Anie.
-
Nie musisz mnie karmić - powiedział Will następnego dnia, kiedy wyrwałam się,
by przynieść mu talerz z pieczenią, tłuczonymi ziemniakami i napój - Zaraz
pójdę i coś sobie kupię.
-
Mama ma jedzenia tyle, że mogłaby wykarmić wojsko - zażartowałam, ale to była
prawda - A chcę, żebyśmy mogli rozmawiać spokojnie, bez twojego burczącego
brzucha.
To
było drażnienie się z nim, ale też prawda była taka, że dzięki temu Will był
dłużej ze mną, co chciałam uzyskać.
Przez
dwa lub trzy pierwsze wieczory po tym, jak zjadł wszystko z talerza ustawionego
na moim biurku, siadywałam na łóżku, a Will na krześle, ustawionym naprzeciwko
mnie, pochylaliśmy się do siebie i mówiliśmy do siebie półgłosem.
Potem
zaczęłam kłaść się, kiedy kończył jedzenie, więc, kiedy przysuwał krzesło do
mojego łóżka, leżałam na boku, z dłońmi przy mojej twarzy i poduszką pod głową,
a Will siedział z łokciami opartymi o kolana i palcami splecionymi tuż obok
moich rąk.
Pochylał
się tam nisko, że jego twarz wisiała tuż nad moją.
Lubiłam
to.
Czułam
jego ciepło, jego siłę i męski zapach, ale nigdy się nie dotykaliśmy.
Mówiłam
mu o życiu z Ewą, o naszym starym domu, o ogrodzie, o tym, jak tam się
bawiłyśmy i o naszych przyjęciach.
Will
w rewanżu opowiadał mi o swoim rodzeństwie, czyli trzech starszych braciach, swoich
dwóch siostrach, o ich wspólnych zajęciach, zabawach, grach i przekomarzaniach
się.
Zaufałam
mu.
Któregoś
razu opowiedziałam mu o mojej chorobie i o tym, jak spędziłam prawie rok w
szpitalach, o konieczności badań kontrolnych i strachu, jaki mi w związku z tym
towarzyszył.
On
opowiedział mi o swojej byłej żonie, o tym jak ją poznał, ale nie wspomniał
dlaczego się rozstali, a ja nie nalegałam.
Dlatego
właśnie czułam, że był ze mną, wrócił do mnie, chociaż nie czułam, żeby był
całkowicie i kompletnie tylko dla mnie.
Nie
był mój.
Kiedy
zadzwonił telefon tego wieczoru, nie miałam żadnych złych przeczuć, co później
uznałam, że było dziwne, zważywszy na to, co czułam tego dnia, kiedy Billy
został ranny.
A
dzwoniącą była Eva.
-
Cześć, Eva - odebrałam pogodnie, jednocześnie idąc w stronę okna, w które
właśnie zapukał Will.
-
Abi, kochanie - poważnym, zmartwionym głosem odpowiedziała kobieta, która była
dla nas jak druga, a może trzecia mama, wziąwszy pod uwagę to, że jedną z nich
była też Helena - Mam złe wieści.
Otworzyłam
jedną ręką okno i dałam znak Willowi, żeby wszedł i był cicho, a następnie całą
uwagą skupiłam na rozmowie.
-
Hannah została zaatakowana - wypaliła Eva, a ja jęknęłam z bólem, przyłożyłam
palce lewej dłoni do ust i spojrzałam na Willa.
Usłyszał
mój jęk i znalazł się blisko mnie jednym dużym krokiem.
Poczułam
jego ciepłą dłoń na mojej talii, patrzyłam w jego ciepłe, zmartwione oczy, kiedy
Eva mówiła mi do ucha.
-
Nie znam szczegółów, ale Jack jest u nas i nie mam jego rzeczy, a Billy jest w
szpitalu z Hannah, więc nie możemy się dostać…
-
Tak - przerwałam jej - Zaraz pojadę tam i wezmę dla niego wszystko, co byłoby
potrzebne.
-
Nie, Abi - łagodnie przerwała mi Eva - Nie dzisiaj. Jest późno. Jutro
wystarczy. Jest sobota, urodziny Davie’go, więc Jack może zostać u nas. Mam trochę
ubrań po Matcie. Ale jutro Jack będzie potrzebował coś swojego na spotkanie z
ludźmi. Wiesz…
Westchnęłam.
Tak,
wiedziałam.
Anie
bardzo czekała na te urodziny, często o nich mówiła i już dawno kupiła prezent
dla Davie’go, kupiła dla Jacka eleganckie ubranie.
Oboje
bardzo się z tego cieszyli.
-
Dobrze - zgodziłam się - Więc jutro rano. Może dowiemy się czegoś więcej.
-
Tak, kochanie - odparła Eva łagodnym głosem.
Poczułam
dławienie w gardle i taką niemoc,
bezsilność, której nie lubiłam.
-
I, wiesz, kochanie - natychmiast dodała uspokajająco - To nie musi być nic
groźnego. Jimmy nie powiedział mi niczego bliższego, ale to, że Hannah jest w
szpitalu może oznaczać, że ją opatrują, badają i jutro wyjdzie.
Tak,
zawsze była nadzieja.
-
Racja - mruknęłam bez przekonania - Więc do jutra.
Nie
chciałam jej zbywać, nie chciałam tego lekceważyć, ale potrzebowałam bliskości
Willa, rozmowy z nim.
Bo
był tam ze mną, dla mnie i mógł dać mi pocieszenie, wsparcie, a poza tym on też
potrzebował dowiedzieć się, co się właśnie wydarzyło.
Ale
to, że Anie została napadnięta, a ja nie zdążyłam z nią porozmawiać, chociaż
wiedzieliśmy, ze coś jej groziło, oznaczało, że to była moja wina.
Z
mojej winy Anie nie była chroniona.
I
jedynym pocieszeniem było to, że Will był tam ze mną, dla mnie.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń