niedziela, 4 czerwca 2023

6 - Ze mną, dla mnie (cz.2)

 

Rozdział 6

 Ze mną, dla mnie (cz.2)

*****

Wiliam

Tydzień później…

- To jest kurewsko złe - warknął do siebie Lionel, który był jednym z agentów zajmujących się duetem Lucy/Lucas.

Stali w grupie kilku mężczyzn w małym pomieszczeniu socjalnym na tyłach znajomego baru i wymieniali się informacjami, których za cholerę nie chcieli przekazywać sobie telefonicznie.

Właśnie Lionel i jego partner dostarczyli Willowi dowodów na to, że rozpracowywana przez nich szajka znała większość ostatnich ruchów FBI, a być może też twarze agentów, więc Will miał cholernie niedobre przeczucia co do ich przyszłych przedsięwzięć.

- Jeśli jeszcze skurwiele zaczną się zabezpieczać informatycznie, możemy całkiem cmoknąć w dupę tę sprawę. Leżymy i kwiczymy - mruknął sfrustrowany Alehandro, który dostarczał informacji o działalności komputerowej i hackerskiej znajomych Lucasa i Lucy, bo szajka nie zaprzestała cholernych włamań na konta bankowe, najwidoczniej nie czując zagrożenia w tej sferze.

- Dupa blada - syknął Jones.

I była to przykra prawda, bo tamci nie włamywali się do domów, ani nie oszukiwali w czasie bezpośrednich kontaktów, więc stali się mało widoczni.

Wyślizgiwali im się przez palce.

- Tak - westchnął Will - Musimy przyspieszyć aresztowania.

Pomyślał przez chwilę i podniósł głowę, by spojrzeć na swoich współpracowników.

- Lion - Will zwrócił się do faceta - Posegregujcie zdjęcia, postaraj się nagrać wszystkie rozmowy na jeden dysk, ale kontynuujcie inwigilację.

Will dostał od niego potwierdzenie skinieniem głowy i odwrócił się do innych mężczyzn.

- Postaramy się zamknąć sprawę w najbliższych tygodniach… - stwierdził - ale potrzebujemy zabezpieczyć kilkoro cywili. Siostra Struny, dziewczyna brata Cienkiego, córka wuja Lucasa i obie siostry Lucy muszą dostać naszą opiekę. Załatwię to z szefem. Zastanówcie się kto jeszcze i dajcie mi znać.

Kilka głów poruszyło się w potakiwaniu, bo wszyscy doskonale wiedzieli, że szajka bezwzględnie wykorzystywała tych, którzy byli im niby bliscy, ale żaden z członków gangu nie miał uczuć wyższych, więc mogli skrzywdzić kogoś z otoczenia ich rodzin.

Will nie musiał dodawać niczego więcej.

Sam również przekazał swoim współpracownikom na tym spotkaniu kilka nieprzyjemnych informacji, które zebrali kumple Davida, ale nikt nie sądził, żeby była konieczność ścisłej natychmiastowej ochrony którejkolwiek z kobiet, jakim potencjalnie zagrażali tamci.

Dlatego po prostu ustalali, jak należało się przygotować na niespodziewane.

Kiedy już ustalili, czego będą potrzebowali, pożegnali się i zaczęli pojedynczo wychodzić z pomieszczenia, żeby rozejść się na różne strony, chociaż wyjścia z baru były tylko dwa.

Will wyszedł ostatni, nie zaglądając do wnętrza lokalu, gdzie, jak wiedział, jeden z jego ludzi usiadł na stołku, by wypić piwo, a drugi wszedł do toalety, by wyjść za parę minut, tylko poszedł w kierunku wyjścia ewakuacyjnego, by po chwili znaleźć się w brudnym zaułku na tyłach baru.

Tam wyjął telefon i wybrał numer do szefa, by powiedzieć mu, czego będzie potrzebował w ciągu najbliższego tygodnia.

*****

Tydzień później…

Will stał ze zmarszczonymi brwiami w korytarzu mieszkania, które zostało mu przekazane do użytkowania jako „bezpieczne” i zastanawiał się, czy pomyślał o wszystkim, co był tam potrzebne.

Zaledwie dwa dni wcześniej szef przekazał mu klucz, kartkę z kodem do alarmu i kopertę z gotówką, jaką Will miał przeznaczyć na wyposażenie lokalu i zakup podstawowych rzeczy, które byłyby niezbędne do przeżycia.

Mieszkanie miało dwie sypialnie z dużymi, podwójnymi łóżkami z materacami, do których Will musiał sam dokupić pościel.

Zaopatrzył się w ręczniki i wszystko, co uznał potrzebne w kuchni włącznie z wyposażeniem lodówki i szafek w produkty trwałe do przygotowywania posiłków.

Miał tam telewizor z podłączeniem do kablówki i odtwarzacza DVD, telefony na kartę, laptop z bezpiecznym Internetem, kilka książek i tym podobne.

Mógł przechować tu nawet cztery kobiety przez tydzień bez wychodzenia.

Sam spałby całkiem wygodnie na kanapie w salonie, bo była rozkładana i jedynym minusem byłaby pojedyncza łazienka, ale dało się z tym żyć.

Drugie takie mieszkanie wyposażał Lionel, więc mogliby ukryć przed szajką Lucas/Lucy wszystkie te kobiety, które uważali, że były przez nich potencjalnie narażone jakiekolwiek na niebezpieczeństwo.

W tym samym czasie pozostali agenci z ich ekipy pracowali nad zamknięciem śledztwa, więc akcje musiałby się odbyć w ciągu następnego tygodnia lub dwóch, nie później.

Will wyjął swój telefon, wybrał numer, który chciał wybrać już od miesiąca i napisał SMS’a.

*****

Abigail

Trzy dni później…

Zaparkowałam swojego chabrowego Sonica na przyulicznym parkingu niedaleko butiku Aleka i Sama, ale nie zamierzałam tam iść.

Nie od razu.

Kilka dni wcześniej dostałam od Willa SMS’a Musimy porozmawiać, co mnie wkurzyło, ucieszyło i zasmuciło jednocześnie, bo długo na to czekałam, ale nie było to Tęskniłem, którego pragnęłam.

Musimy porozmawiać oznaczało, że miał ważny powód, żeby mnie tak długo unikać i mógł to być groźny dla nas lub przynajmniej dla mnie powód, którego mogłabym nie chcieć słuchać.

Byłam przygotowana na Nie jestem ciebie godzien lub Jestem dla ciebie za stary, bo takie tekstu rzucali faceci na filmach i w książkach, które czytywała namiętnie Anie, ale od Willa podskórnie obawiałam się czegoś gorszego, groźniejszego.

Wyglądało na to, że miał prawdziwy powód, żeby się ze mną nie kontaktować, a ja mogłabym nie móc się z nim spierać.

Moje zdenerwowanie wzrosło, kiedy napisałam mu, że się zgadzam, a on zaczął z każdy SMS’em coraz bardziej szczegółowo wyjaśniać mi, jakie zasady bezpieczeństwa musieliśmy przy tym zachować.

Dlatego właśnie teraz zamknęłam swojego Sonica, jak zwykle to robiłam i, chowając po drodze kluczyk do kieszeni lekkiej, zielonej szmizjerki, którą miałam na sobie, ruszyłam w stronę baru, w którym czasem kupowałam dla siebie i chłopaków kawę i ciastka i bardzo starałam się nie rozglądać nerwowo na boki, na co miałam szaloną ochotę.

Will napisał mi w ostatnim SMS-ie, żebym zachowywała się naturalnie, cokolwiek to miało znaczyć.

Wrrrr.

Weszłam do baru, słysząc dzwoneczek, który zabrzmiał, kiedy otworzyłam drzwi, podeszłam do lady, jak zwykle to robiłam, by zamówić cynamonowe latte dla Aleka, waniliowe latte dla Sama i mrożoną kawę z lodami śmietankowymi dla siebie i zaczęłam mówić do kobiety za barem, kiedy zobaczyłam Willa stojącego w ukryciu framugi drzwi korytarza prowadzącego do toalet.

Był ubrany w sportowe, czarne buty i czarny t-shirt, ale nie miał na sobie jego zwykłych dżinsów tylko czarne bojówki sięgające mu za kolana.

Jego włosy były przycięte o wiele krócej niż te kilka tygodni temu, kiedy go widziałam, i był ogolony, więc nie wyglądał na tak zmęczonego, jak wtedy kiedy po mnie przyjechał.

Ale był bardzo poważny.

- Czy możesz, proszę, przygotować to za dziesięć minut? - poprosiłam barmankę, z którą znałam się już trochę, skoro bywałam tu średnio dwa razy w tygodniu i spojrzałam na nią porozumiewawczo.

Lubiłyśmy się, więc nie zapytała o nic, nie zaprotestowała, tylko skinęła głową, uśmiechnęła się lekko i przyjęła ode mnie zależność za to i za trzy duże muffiny czekoladowe na wynos, które również zamówiłam, a ja skierowałam się w stronę korytarza, w którym stał Will.

Kiedy się do niego zbliżyłam, cofnął się, więc poszłam za im, ale nie weszliśmy do żadnej toalety, a do pokoju dla personelu, jak głosiła tabliczka na drzwiach znajdujących się po przeciwnej stronie korytarz niż wejście do ubikacji.

- Hej - mruknęłam do Willa na powitanie, kiedy tyko weszłam do środka i zamknął za mną drzwi.

- Abigail - odmruknął do mnie, a ja nagle poczułam się bardzo spokojna, całe moje zdenerwowanie odpłynęło i poczułam się dobrze.

Uwielbiałam, jak mówił moje imię w ten sposób, a jak dotąd nie miałam wielu okazji, żeby to usłyszeć.

To było jak pieszczota.

Wymawiał je czule, delikatnie, z akcentem na pierwszą sylabę, śpiewnie niczym wołanie, jak nikt nigdy przed nim i wiedziałam, że nikomu to się już nigdy nie uda.

Machnął ręką w bok, więc odwróciłam od niego wzrok i tam spojrzałam, by zobaczyć krzesła ustawione obok siebie przed niewielkim biurkiem z komputerem, które najprawdopodobniej należało do menagera baru.

Podeszłam do nich, czując, że Will szedł za mną.

Usiedliśmy każde na innym krześle, naprzeciwko siebie i wcisnęłam obie dłonie pod moje uda ze zdenerwowania, kiedy okazało się, że byliśmy blisko, ale nadal oddzieleni.

Bałam się również tego, co Will chciał mi przekazać, bo to nie mogło być nic dobrego.

- Muszę ci coś powiedzieć - zaczął poważnym tonem, patrząc mi prosto w oczy, a ja spięłam się jeszcze bardziej.

- Jestem agentem FBI - powiedział Will i wypuściłam powietrze z płuc z zaskoczenia, ale przez to dowiedziałam się, że je wstrzymywałam - I nasze spotkanie nie było przypadkowe.

Ulżyło mi.

Nie czułam się oszukana ani zdradzona, chociaż może powinnam tak się czuć, ale pomimo tego, że Will nie powiedział mi o sobie prawdy, wiedziałam, że nie skrzywdziłby mnie, że był dobry i musiał tak zrobić dla swojego i mojego bezpieczeństwa.

Dlatego po prostu słuchałam wszystkiego tego, co właśnie wtedy miał mi do powiedzenia, a trochę tego było.

Will mówił przez kilka minut, a ja nie mogłam wyjść z odrętwienia, chociaż wiele rzeczy, które mi powiedział, było tymi, które dawno podejrzewałam.

Po poznaniu zawartości pudełek spod łóżka Lucy, wiedziałam, że robiła coś nielegalnego, ale nie wiedziałam, że na taką skalę.

Po jej szalonym, nieobliczalnym zachowaniu wobec mnie, mogłam podejrzewać, że była niebezpieczna, ale nie sądziłam, że mogłaby mi zrobić coś naprawdę poważnego, czego, najwidoczniej, obawiał się Will.

Kiedy Will zamilkł, nie odzywałam się, tylko wpatrywałam się w niego oddychając płytko, chociaż nie bałam się i nie byłam zaskoczona.

- Powiedz coś - szepnął błagalnie Will, jakby bał się, że mnie za bardzo przestraszył i zaraz ucieknę z krzykiem w siną dal albo tego, że mnie obraził swoimi kłamstwami, które przecież tak naprawdę nie były kłamstwami, a zatajeniem prawdy.

- Ja… - przerwałam, bo poczułam suchość w ustach i musiałam przełknąć ślinę, co przyszło mi z trudnością.

- Widzę, że nie wszystko jest dla ciebie nowiną - stwierdził Will, a ja powoli skinęłam głową na potwierdzenie, a potem pokręciłam głową, by zaprzeczyć.

- Lucy miała pod łóżkiem takie pudełka - powiedziałam cicho, a on zamarł.

Opowiedziałam mu, jak tam zajrzałam i dlaczego, co w nich było, jak nie wiedziałam, co miałam z tym zrobić i że bałam się.

Potem mu opowiedziałam, co zrobiła mi Lucy w nocy po zaręczynach Anie i Billy’ego, a wtedy poczułam dziwne wibracje, które od niego płynęły i podniosłam głowę, by na niego spojrzeć, bo, opowiadając to, zawstydziłam się i patrzyłam na swoje kolana.

- Co takiego? - warknął Will, więc tak, miałam potwierdzenie, że go to zdenerwowało.

- Uspokój się - szepnęłam, a potem wyciągnęłam w jego stronę rękę i, nie dotykając go, zaczęłam mu tłumaczyć - Wychodziła potem wielokrotnie przez okno, zamykałam za nią, potem wracała i nie działo się nic złego. Nic mi nigdy później nie zrobiła.

Will zamknął oczy, podniósł rękę i potarł je palcami.

- Abi - powiedział w końcu stanowczo, opuszczając dłoń na swoje kolana - Sama widzisz, że masz się czego obawiać. Ona może być niebezpieczna. Dlatego proponuję ci rozwiązanie, które nie jest może idealne, bo zakłóci twoje życie, ale jest konieczne, bo muszę cię chronić.

Słuchałam z napięciem.

- Mam do dyspozycji bezpieczne mieszkanie od FBI - powiedział Will, po prostu stwierdzając suchy fakt, a ja zacisnęłam zęby, przygotowując się na to, co chciał mi przekazać - Muszę cię tam ukryć na kilka dni, kiedy będziemy zamykać sprawę, bo szerszenie są najgroźniejsze, kiedy zostaną podrażnione.

- Co? - wypchnęłam z siebie na to porównanie.

- Będziemy ich wyłapywać, ale jest ich dużo - Will nadal mówił bardzo poważnie - Któreś z nich może się wyślizgnąć z naszej sieci i zrobić ci krzywdę.

Zastanowiłam się przez chwilę, bo coś mi się nie zgadzało.

- Chodzi o ochronę tylko mnie? - zapytałam w końcu.

- Nie, również Hannah - przyznał niechętnie Will, nie patrząc mi w oczy - A jeszcze kilkoma kobietami zajmuje się mój kolega.

Skinęłam głową, sygnalizując, że słuchałam i rozumiałam.

- Widzisz… - Will wypuścił powietrze z płuc z sykiem i ciągnął dalej - oni będą szukali kogoś, kto ich wsypał, a może będą się mścili na oślep. Możliwe, że mają podejrzanych, a kobiety są zawsze najsłabszym ogniwem. Dlatego mamy listę kilku, które mogą zostać przez nich zaatakowane.

Słuchałam z pełnym skupieniem, bo rozumiałam, że to było ważne.

- Dlatego mamy naszykowane bezpieczne mieszkania - kontynuował Will - Musisz mi pomóc porozmawiać z Hannah, bo ona też jest zagrożona.

Poczułam, że moje oczy stały się olbrzymie, ale absurdalnie, jednocześnie poczułam się spokojniejsza i wdzięczna, bo Will pomyślał o mojej kochanej siostrze, o którą bym się martwiła, gdybym ja była ukryta gdzieś i bezpieczna, a ona chodziłaby do pracy i żyła jak gdyby nic się nie działo.

- Ale… - nie wiedziałam, jak przekazać mu moje wątpliwości - Will, Anie nie będzie chciała zostawić Billy’ego, Jacka, jej pracy. Nie ukryje się, nawet jeśli będzie jej groziło coś bardzo realnego.

- Już jej grozi - powiedział Will surowo, a potem zamyślił się.

- Spróbuję ją przekonać - powiedziałam do niego szybko i stanowczo - …ale potrzebuję trochę czasu.

- Nie wiem, czy mamy czas - Will zabrzmiał trochę ponuro i wiedziałam, że się martwił.

Był takim dobrym mężczyzną.

Troszczył się o prawie obce mu kobiety bardziej, niż robili to ludzie, z którymi były spokrewnione.

Tak, już wcześniej to czułam, ale teraz miałam pewność, że go pokochałam.

- Abi… - powiedział nagle - nie możemy dłużej dzisiaj rozmawiać, ale musimy jeszcze się spotkać. Nie wiem jak i gdzie, bo boję się, że cię obserwują.

Zmarszczyłam brwi i popatrzyłam na niego z zastanowieniem.

Lucy poddała mi pewien pomysł, chociaż nie był on moralnie właściwy i może nie do końca bezpieczny.

- Wiesz… - ze zdenerwowania zagryzłam bok dolnej wargi od wewnątrz, zanim dokończyłam - mój pokój jest na parterze.

- Tak? - Will zmarszczył brwi, próbując zrozumieć, o co mi chodziło.

- A okno wychodzi na tylne podwórko - ciągnęłam dalej swoją myśl - A poza tym drzwi do niego wychodzą na tylni korytarz.

Wzięłam drżący wdech, by nabrać odwagi do tego, co chciałam powiedzieć.

- Mógłbyś… wiesz… wejść do mnie, do mojego pokoju, i nikt by cię nie zauważył - dokończyłam cicho, patrząc mu w oczy bez mrugnięcia, chociaż moje policzki rozpaliły się i zrobiło mi się gorąco.

Will wyprostował się.

- Pomyślę nad tym - mruknął w końcu, a jego głos był ochrypły i nie wiedziałam, czy było to dobre, czy też raczej złe.

Patrzyliśmy sobie w oczy bez ruchu i bez słowa.

- Musisz już iść - dodał Will po kilku sekundach milczenia.

Skinęłam głową, ale nie czułam się dobrze.

Tym, co głównie czułam, było odrzucenie.

Chciałam o niego walczyć, ale to nie było łatwe, bo mi to utrudniał na wszelkie sposoby i okoliczności nam nie sprzyjały.

Podniosłam się z krzesełka, przytrzymałam mocniej moją torbę na ramię i odwróciłam się do drzwi, kiedy poczułam palce Willa na łokciu.

- Abi - powiedział cicho.

Odwróciłam głowę w jego stronę i spojrzałam w jego oczy.

- Do zobaczenia - dodał, mówiąc mi prawie w usta, bo był tak blisko.

Nagle nie czułam już odrzucenia.

Czułam się dobrze.

- Do zobaczenia, Will - odpowiedziałam, nie ruszając się ani na milimetr i odsunął się, a ja odwróciłam się z powrotem do drzwi, złapałam po omacku za klamkę, otworzyłam je i wyszłam na korytarz, nie czując obecności Willa na plecami, więc został w tamtym pomieszczeniu.

Poszłam do baru, zabrałam holder z kawami i torbę z mufinkami, a potem wyszłam z baru, uśmiechając się z roztargnieniem do barmanki.

*****

Kilka dni później…

Mój telefon zadzwonił, jak byłam w swoim pokoju wieczorem w dniu, kiedy wróciłam od Aleka i Sama z butiku w późne popołudnie.

Ruszyłam od nich w stronę mojego samochodu, rozglądając się o drodze, bo Will uświadomił mi zagrożenie, jakie mogło mnie spotkać w każdej chwili, a tego dnia wyjątkowo nie mógł być ze mną.

Zwykle towarzyszył mi z daleka lub całkiem blisko i czułam się bezpieczna, chociaż sfrustrowana tym, że nie udało mi się porozmawiać z Anie na temat jej bezpieczeństwa.

Tego dnia nie mógł być tam, bo miał inne zajęcia, dbając o bezpieczeństwo innych kobiet, więc do samochodu odprowadził mnie Alek pod takim pretekstem, że pomagał mi przenieść kilka toreb z uszytymi torebkami i płótnem na zamówione przez kogoś serwety, które miałam pomalować w dynie.

Alek nie wiedział wszystkiego, ale powiedziałam mu, że się bałam.

Potem spędziłam czas zamknięta w naszym domu, nie wychodząc nawet na tylni taras, bo Will prosił mnie, żebym tego nie robiła sama, kiedy go nie było.

Wiedziałam, że był bardzo zajęty, więc nie martwiłam się, że go nie było, ale też przez to nie do końca czułam, żeby wrócił.

Chociaż wrócił.

Był zdystansowany, ostrożny, uprzejmy, ale był.

Przez te kilka dni pracowałam, uczyłam się, odwiedzałam Aleka i Sama, bywałam w domu u Anie, ale głównie spędzałam czas z Jackiem i Ablem, więc nie mogłam porozmawiać z Anie bez świadków, żeby nie wystraszyć żadnego z chłopców.

Abel był zafascynowany Jackiem i był dumny, że miał takiego „brata”, więc, jak tylko słyszał, że miałam jechać do Anie, natychmiast chciał jechać ze mną, a ja nie mogłam mu odmówić, nie tłumacząc mamie tego, co się działo.

A Anie rozkwitała.

Miała domowe zacisze, o jakim zawsze marzyła, miłość jej i Billy’ego rozwijała się i błyszczała, więc tym trudniej było mi zdobyć się na wyznanie jej konieczności schronienia jej, by zapewnić jej bezpieczeństwo.

Myślałaby o swojej rodzinie, o tych, których kochała, a nie o sobie.

Taka była.

Will bywał u mnie wieczorami, ale zostawał na pół godziny lub godzinę, rozmawialiśmy i nigdy nawet mnie nie dotykał.

Przychodził do mnie przez okno, albo, jeśli była taka możliwość, wpuszczałam go tylnymi drzwiami, zamykaliśmy się w moim pokoiku i staraliśmy się być bardzo cicho.

Lucy zabrała swoje rzeczy z byłego-naszego pokoju następnego dnia po mojej rozmowie z Willem w barze, a mama natychmiast zaczęła przygotowania do wyremontowania go dla Abla.

Pomagał jej w tym Oli, który na wieść o tym, że to nie ja miałam mieszkać tam tylko mój brat dziwnie zacisnął wargi, ale nie skomentował tego.

Remont nie był pilny, więc na razie usunięto stamtąd jedno łóżko i biurko, ale mama wymyśliła sobie malowanie, więc bywał w naszym domu mężczyzna, który to robił powoli i niespiesznie, wietrząc cały dom, co z kolei nie podobało się Willowi, bo mieliśmy przez cały czas pootwierane wszystkie okna.

Powiedział mi niezadowolony, że ktoś mógł wejść tam niezauważony, skoro przez pół dnia nie było nas w domu.

Rozumiałam go, popierałam go, ale nie spierałam się z mamą, chociaż bardzo niechętnie, bo byłoby to bezcelowe.

Ale to spowodowało, że Will upierał się, by przychodzić do mnie codziennie, chociaż i z tym bym się nie spierała.

Tyle tylko, że to lubiłam.

Wyglądało to zwykle tak samo, to znaczy mama szła z Ablem na górę, by przygotować go do snu, a ja zamykałam się w swoim pokoju.

Will pukał delikatnie w okno, a ja otwierałam mu je lub pokazywałam gestem, by poszedł do drzwi, jeśli było to bezpieczne.

Po pierwszym naszym takim wieczorze codziennie też robiłam jeszcze jedną rzecz, a mianowicie pytałam go, czy nie był głodny.

Bo bardzo często był.

Zrobiłam to pierwszego wieczoru odruchowo, jak zawsze robiły mama i Anie, ale, jak dowiedziałam się od niego, że czekał przez godzinę pod naszym domem, żeby się przekonać, że byłyśmy bezpieczne, a przez to niczego nie jadł, potem zawsze już o to pytałam, bo martwiłam się o niego.

Nie wysypiał się, nie wypoczywał, a jeszcze na dodatek nie jadał wystarczająco często i prawidłowo.

Był dorosłym mężczyzną i potrzebował dobrego jedzenia.

Tego nauczyła mnie mama, a utrwaliła to we mnie Anie.

- Nie musisz mnie karmić - powiedział Will następnego dnia, kiedy wyrwałam się, by przynieść mu talerz z pieczenią, tłuczonymi ziemniakami i napój - Zaraz pójdę i coś sobie kupię.

- Mama ma jedzenia tyle, że mogłaby wykarmić wojsko - zażartowałam, ale to była prawda - A chcę, żebyśmy mogli rozmawiać spokojnie, bez twojego burczącego brzucha.

To było drażnienie się z nim, ale też prawda była taka, że dzięki temu Will był dłużej ze mną, co chciałam uzyskać.

Przez dwa lub trzy pierwsze wieczory po tym, jak zjadł wszystko z talerza ustawionego na moim biurku, siadywałam na łóżku, a Will na krześle, ustawionym naprzeciwko mnie, pochylaliśmy się do siebie i mówiliśmy do siebie półgłosem.

Potem zaczęłam kłaść się, kiedy kończył jedzenie, więc, kiedy przysuwał krzesło do mojego łóżka, leżałam na boku, z dłońmi przy mojej twarzy i poduszką pod głową, a Will siedział z łokciami opartymi o kolana i palcami splecionymi tuż obok moich rąk.

Pochylał się tam nisko, że jego twarz wisiała tuż nad moją.

Lubiłam to.

Czułam jego ciepło, jego siłę i męski zapach, ale nigdy się nie dotykaliśmy.

Mówiłam mu o życiu z Ewą, o naszym starym domu, o ogrodzie, o tym, jak tam się bawiłyśmy i o naszych przyjęciach.

Will w rewanżu opowiadał mi o swoim rodzeństwie, czyli trzech starszych braciach, swoich dwóch siostrach, o ich wspólnych zajęciach, zabawach, grach i przekomarzaniach się.

Zaufałam mu.

Któregoś razu opowiedziałam mu o mojej chorobie i o tym, jak spędziłam prawie rok w szpitalach, o konieczności badań kontrolnych i strachu, jaki mi w związku z tym towarzyszył.

On opowiedział mi o swojej byłej żonie, o tym jak ją poznał, ale nie wspomniał dlaczego się rozstali, a ja nie nalegałam.

Dlatego właśnie czułam, że był ze mną, wrócił do mnie, chociaż nie czułam, żeby był całkowicie i kompletnie tylko dla mnie.

Nie był mój.

Kiedy zadzwonił telefon tego wieczoru, nie miałam żadnych złych przeczuć, co później uznałam, że było dziwne, zważywszy na to, co czułam tego dnia, kiedy Billy został ranny.

A dzwoniącą była Eva.

- Cześć, Eva - odebrałam pogodnie, jednocześnie idąc w stronę okna, w które właśnie zapukał Will.

- Abi, kochanie - poważnym, zmartwionym głosem odpowiedziała kobieta, która była dla nas jak druga, a może trzecia mama, wziąwszy pod uwagę to, że jedną z nich była też Helena - Mam złe wieści.

Otworzyłam jedną ręką okno i dałam znak Willowi, żeby wszedł i był cicho, a następnie całą uwagą skupiłam na rozmowie.

- Hannah została zaatakowana - wypaliła Eva, a ja jęknęłam z bólem, przyłożyłam palce lewej dłoni do ust i spojrzałam na Willa.

Usłyszał mój jęk i znalazł się blisko mnie jednym dużym krokiem.

Poczułam jego ciepłą dłoń na mojej talii, patrzyłam w jego ciepłe, zmartwione oczy, kiedy Eva mówiła mi do ucha.

- Nie znam szczegółów, ale Jack jest u nas i nie mam jego rzeczy, a Billy jest w szpitalu z Hannah, więc nie możemy się dostać…

- Tak - przerwałam jej - Zaraz pojadę tam i wezmę dla niego wszystko, co byłoby potrzebne.

- Nie, Abi - łagodnie przerwała mi Eva - Nie dzisiaj. Jest późno. Jutro wystarczy. Jest sobota, urodziny Davie’go, więc Jack może zostać u nas. Mam trochę ubrań po Matcie. Ale jutro Jack będzie potrzebował coś swojego na spotkanie z ludźmi. Wiesz…

Westchnęłam.

Tak, wiedziałam.

Anie bardzo czekała na te urodziny, często o nich mówiła i już dawno kupiła prezent dla Davie’go, kupiła dla Jacka eleganckie ubranie.

Oboje bardzo się z tego cieszyli.

- Dobrze - zgodziłam się - Więc jutro rano. Może dowiemy się czegoś więcej.

- Tak, kochanie - odparła Eva łagodnym głosem.

Poczułam dławienie w gardle i taką niemoc, bezsilność, której nie lubiłam.

- I, wiesz, kochanie - natychmiast dodała uspokajająco - To nie musi być nic groźnego. Jimmy nie powiedział mi niczego bliższego, ale to, że Hannah jest w szpitalu może oznaczać, że ją opatrują, badają i jutro wyjdzie.

Tak, zawsze była nadzieja.

- Racja - mruknęłam bez przekonania - Więc do jutra.

Nie chciałam jej zbywać, nie chciałam tego lekceważyć, ale potrzebowałam bliskości Willa, rozmowy z nim.

Bo był tam ze mną, dla mnie i mógł dać mi pocieszenie, wsparcie, a poza tym on też potrzebował dowiedzieć się, co się właśnie wydarzyło.

Ale to, że Anie została napadnięta, a ja nie zdążyłam z nią porozmawiać, chociaż wiedzieliśmy, ze coś jej groziło, oznaczało, że to była moja wina.

Z mojej winy Anie nie była chroniona.

I jedynym pocieszeniem było to, że Will był tam ze mną, dla mnie.



1 komentarz: