Rozdział 23
Pamiętasz?
Wiliam
Dwa miesiące później…
-
Kurwa mać - syknął Will do siebie, kiedy, przeglądając dane na swoim laptopie,
uświadomił sobie, że zrobił błąd.
Może
nie był to faktyczny błąd, ale przegapił dość istotną informację o pewnym
mężczyźnie, która mogła mieć cholernie duży wpływ na zadanie, jakie właśnie wykonywała
grupa ochroniarzy Marka, którym ustawiał konfigurację na ważny event tego
wieczoru.
Will
chwycił swój telefon ze stolika do kawy, przy którym siedział w fotelu i
natychmiast wybrał numer Big Bena.
Siedział
w salonie Abigail, pił kawę, studiował dane i czekał, żeby jego dziewczyna
skończyła uczyć się do ostatniego testu w tej sesji egzaminacyjnej.
Podejrzewał,
że ten wieczór był dla niego stracony na czekanie.
Nie
doczekałby się Abi, bo jak jego kobieta zaczynała coś robić, robiła to do
końca, bez zmiłowania dla swojego zdrowia, żołądka i tylko myśl o nim mogła
sprawić, żeby oderwała się od tego, co zaczęła.
A
tego wieczoru Will nie zamierzał jej przerywać, w żaden sposób przeszkadzać, bo
to było dla niej bardzo ważne.
Więc
również nie narzekał.
Big
Ben nie odbierał, więc Will napisał do niego alarmującą wiadomość Zadzwoń! i zaczął szybko zbierać się do
wyjścia.
Kiedy
już miał na sobie buty i kurtkę, wszedł do apartamentu Abi, gdzie jego
dziewczyna siedziała na kanapie obok swojego laptopa otoczona podręcznikami i
notatnikami, powtarzając wiadomości do jutrzejszego testu.
-
Słoneczniku - zawołał delikatnie, by zwrócić na siebie jej uwagę, a kiedy
podniosła do niego nieprzytomny wzrok, dodał - Muszę iść. Nie wiem, czy wrócę
na noc. Nie kładź się zbyt późno i nie czekaj na mnie.
To
już się zdarzyło raz czy dwa, że przez jego pracę nie wrócił na noc do jej
łóżka, więc wiedziała, o co chodziło.
Nie
lubiła tego, ale rozumiała.
-
Okej - wymamrotała - Uważaj na siebie.
Zawsze
tak mówiła, kiedy szedł do pracy, chociaż Will wielokrotnie powtarzał jej, że
jego zadania nie były niebezpieczne.
Po
prostu zbierał dane i analizował informacje.
Abigail
nadal martwiła się o niego.
-
Będę - mruknął, obiecując jej coś, czego nie zawsze mógł dotrzymać i schylając
się do jej ust po pożegnalny pocałunek.
Nie
wszystko w życiu zależało od niego, co już wiedział.
Teraz
miał zadbać o coś, co zależało od niego, a mogło mieć wpływ na bezpieczeństwo
innych, więc się śpieszył.
Wybiegł
z domu wprost do swojego pickupa, zamykając za sobą drzwi do domu Abi, bo
zostawała sama i tylko Jason miał niedługo wrócić na noc.
Will
dojechał na miejsce w rekordowym, jak na dystans, jaki miał przebyć, czasie
piętnastu minut, po drodze dzwoniąc jeszcze pod dwa numery.
Kiedy
nie uzyskał połączenia, zostawił Markowi wiadomość głosową.
Wysiadł
ze swojego pickupa prawie w biegu, zamknął zamki przyciskiem na pilocie, który
natychmiast automatycznie schował do kieszeni dżinsów i pognał od kulis w
kierunku sceny, na której odbywały się pokazy.
Wszedł
na zaplecze, pokazując po drodze nie znającym go ochroniarzom plakietkę
dostępu, jaką mieli wszyscy z ich załogi.
Już
nie biegł.
Rozglądał
się czujnie, żeby znaleźć tego, który stanowił potencjalne zagrożenie, co Will
odkrył dopiero po głębszej analizie danych.
Musiał
go unieruchomić przynajmniej na kilka godzin, ale nie spodziewał się, żeby było
to szczególnie niebezpieczne.
Kiedy
już Will widział plecy Big Bena, usłyszał ruch za swoimi plecami, ale nie
zdążył się uchylić lub odwrócić.
Nagły
ból dosłownie eksplodował mu w czaszce, a ostatnim, o czym pomyślał, było Słonecznik.
Potem
była tylko ciemność.
*****
Abigail
Następnego dnia przed
południem…
Wyszłam
z budynku, w którym właśnie skończyłam pisać swój ostatni w tej sesji egzamin i
wyjęłam z torebki telefon, by włączyć jego dźwięk.
Kiedy
spojrzałam na ekran, zmarszczyłam brwi.
Will
nie napisał mi żadnej wiadomości ani nie odezwał się w inny sposób od czasu,
kiedy niespodziewanie wyszedł do pracy wczoraj późnym wieczorem.
Wybrałam
jego numer, ale nie odbierał.
To
było niespotykane, więc po plecach przesunął mi się dreszcz niepokoju.
Zastanowiłam
się tylko sekundę, zanim wybrałam numer do Marka, którego do tej pory chyba
nigdy nie używałam, ale który dostałam wieki
temu.
-
Abi? - usłyszałam Marka i napięty ton jego głosu mnie nie uspokoił.
-
Mark - powiedziałam, starając się brzmieć spokojnie, chociaż było mi do tego
daleko - Nie mogę się dodzwonić do Willa.
-
Will mówił, że piszesz dzisiaj test - powiedział Mark i nie była to odpowiedź
na moje pytanie, więc zdenerwowałam się jeszcze bardziej.
-
Mark… - szepnęłam w końcu - straszysz
mnie.
-
Gdzie jesteś? - zapytał Mark znowu mi nie dopowiedział, ale nie mogłam
panikować, bo Will mógł mnie gdzieś tam potrzebować.
Uważał,
że byłam dzielna, samodzielna i poradziłabym sobie ze wszystkim, a ja
zamierzałam mu udowodnić, że tak naprawdę było i zasłużyć na to, by mój
mężczyzna był ze mnie dumny.
-
Przed uczelnią. Właśnie wyszłam - odparłam trochę silniejszym głosem, kiedy
moje plecy się wyprostowały i zwróciłam się w kierunku parkingu - Ale mam tu
samochód i mogę dojechać, gdziekolwiek mnie potrzebujesz.
-
Hmmm - wymamrotał Mark, ale później zdecydował się poinformować mnie - Will
jest w szpitalu. Wyślę ci adres. Będę czekał przy rejestracji na dole przy
głównym wejściu.
-
Racja - mruknęłam przez zaciśnięte gardło.
Ruszyłam
do swojego SUV’a, usilnie starając się nie myśleć o tym, co mogło się stać, że
mój narzeczony trafił do szpitala, bo wiedziałam, że wyobrażanie sobie tego,
mogło być gorsze, niż było samo zdarzenie lub jego skutki.
Jazda
zajęła mi jakieś dwadzieścia minut, bo bardzo starałam się jechać wolno,
ostrożnie i skupiać się na drodze, żeby nie spowodować wypadku, ale w końcu
dotarłam do szpitala, zaparkowałam i poszłam do głównego wejścia.
Mark
czekał tam na mnie, jak obiecał.
-
Cześć - powiedział, bez wahania kierując mnie w stronę windy, popychając lekko
przed sobą i po drodze mówiąc mi, co się stało - Will wczoraj odkrył, że jeden
ze wspólników głównego wokalisty jest dłużnikiem ważnego gościa. Nieważne. Nie
dodzwonił się do żadnego z nas, więc pojechał na miejsce. Na szczęście
jednocześnie nagrał dla mnie wiadomość, w której wszystko wyjaśnił.
Trochę
kręciło mi się w głowie, kiedy słuchałam tego wszystkiego, ale miałam być
dzielna, więc stałam obok niego w windzie, którą jechaliśmy do góry i
słuchałam, patrząc na niego bez mrugnięcia okiem.
-
Kiedy dotarł na miejsce, od razu zaczął szukać jednego z nas, ale zanim
znalazł, oni znaleźli jego - kontynuował Mark, a mnie zaciął się oddech - Big
Ben zobaczył go w chwili, kiedy upadał, więc zobaczył też plecy tego, który go
napadł i pogonił za nim - wysiedliśmy z windy, ruszyliśmy korytarzem, a ja nie
chciałam dłużej słuchać, bo interesowało mnie tylko jedno: Co z Willem?!
- Powiadomił kogoś, więc Will miał szybką
pomoc - powiedział Mark, jakby czytał mi w myślach - Oberwał w głowę tak mocno,
że musiał tu trafić - Mark zatrzymał nas przed jakąś salą i odwrócił mnie
przodem do siebie - Will ma krwiaka w czaszce, jest nieprzytomny i będzie tu przez
jakiś czas - Mark mówił ciszej, patrząc na mnie uważnie, jakby oceniał moją
reakcję.
Skinęłam
głową i podniosłam rękę, by pchnąć drzwi do sali, przed którą staliśmy, a potem
przejść przez nie i zobaczyć łóżko szpitalne, na którym leżał mój mężczyzna.
*****
Dwa tygodnie później…
Szłam
w stronę sali, w której nadal przebywał Will, ciągle jeszcze w tym szpitalu, w
którym znalazł się po urazie głowy, który miał być taki niegroźny.
Will
ocknął się wieczorem jeszcze tego samego dnia, kiedy ja napisałam mój test i
dowiedziałam się o jego ranie.
Lekarz
poinformował mnie, że mój mężczyzna musiał zostać poddany obserwacji i na początku
wyglądało, że będzie to nie dłużej niż tydzień, ale potem przyszły komplikacje.
Mój
narzeczony miał przez większość czasu głowę owiniętą bandażem, a potem nadal
opatrunek, bo oberwał młotkiem, który rozciął mu skórę głowy i uszkodził kość.
Powoli
dochodził do siebie, jadł wszystko ze smakiem i tylko trochę marudził, że mu
się nudziło w łóżku szpitalnym, więc miałam go wypisać na własne żądanie, by
leżał w moim łóżku.
Mogłam
go obserwować, gdyby był w domu, bo ja miałam być w domu, bo miałam mieć
przerwę w nauce.
Niestety,
zanim to się stało, Will niespodziewanie dostał mdłości, zawrotów głowy, a
potem napadów drgawek, co zaniepokoiło lekarza do tego stopnia, że przedłużył
obserwację o tydzień.
Bałam
się panicznie tego, co mogło to oznaczać.
Dzisiejszy
dzień miał rozstrzygnąć, czy będę mogła zabrać mojego narzeczonego do domu i
przyjechałam przepełniona nadzieją, ale zdenerwowana.
Kiedy
szłam do drzwi sali, zauważyłam na korytarzu, że pielęgniarki patrzyły na mnie z dziwnymi wyrazami twarzy, ale nie
analizowałam tego, bo nie znałam żadnej z nich wystarczająco dobrze.
Po
wejściu do sali, w której leżał Will od progu zobaczyłam, że spał, bo oddychał
spokojnie i miał zamknięte oczy, więc skierowałam się do małego stolika, który
był naprzeciwko jego łóżka, żeby odstawić tam pojemnik z pilawem, który
przygotowałam na lunch.
-
Kim pani jest? - usłyszałam zdziwiony głos Willa - Co pani tu robi? -
odwróciłam się do niego przodem i zobaczyłam, że nie był już zdziwiony, a po
prostu wkurzony na to, że weszłam
tam, a na dodatek wyglądał, jakby mnie kompletnie nie poznawał.
Lekarz
mnie ostrzegał przed możliwymi komplikacjami i wspomniał wtedy o ewentualnej
amnezji, więc sądziłam, że byłam przygotowana i przyjmę to spokojnie.
Ale
zabolało.
-
Jestem… - zaczęłam mu wyjaśniać, ale w tej samej chwili do sali wszedł lekarz,
a za jego plecami zobaczyłam pielęgniarkę.
-
Panno Sensible - powiedział do mnie Azra White, lekarz, którego już znałam, bo
opiekował się Willem od początku jego pobytu w tym szpitalu - Czy możemy
porozmawiać?
Niepewnie
odwróciłam głowę w kierunku mojego narzeczonego i zobaczyłam, że jego twarz
wykrzywiła się w grymasie bólu, kiedy jego ręka powędrowała do jego czoła.
-
Tak - potwierdziłam i ruszyłam w stronę drzwi, a pielęgniarka weszła do sali i
podeszła do łóżka Willa.
Nie
patrzyłam, jeśli to, że tam byłam, sprawiało ból mojemu mężczyźnie, musiałam
posłuchać lekarza.
-
Pan Tracker ma chwilową amnezję - Azra potwierdził moje przypuszczenia - Przepraszam.
Na nocnej zmianie by inny lekarz i to on zadecydował. Wezwaliśmy żonę twojego
narzeczonego.
-
Byłą żonę - sprostowałam machinalnie - Amandę?
- zapytałam wyższym ze zdziwienia głosem, gdy dotarło do mnie to, co mi właśnie
powiedział.
Azra
skinął głową, zmarszczył brwi, popatrzył na mnie przez chwilę w skupieniu, po
czym spytał:
-
Dawno są po rozwodzie?
-
Dziesięć lat - powiedziałam i wzruszyłam ramieniem, bo to nie było ważne - Jak
ją wezwał? - zapytałam o coś, co było bardziej istotne.
-
Pan Tracker podał mu numer telefonu - przyznał Azra.
Zacisnęłam
wargi, bo nie spodziewałam się, że Will pamiętał jej numer, a tym bardziej, że
miała wciąż taki sam, jak dziesięć lat wcześniej.
-
Abi - Azra zwrócił na siebie moją uwagę.
Przeszliśmy
na ty już drugiego dnia, kiedy
zaczęłam tu przychodzić.
Will
był nieprzytomny, a ja przesiadywałam przy nim godzinami, aż Azra wygonił mnie
do domu, mówiąc mi, że Will nie potrzebował mnie tam półprzytomnej lub chorej.
Przyznałam
mu rację, ale wyszłam dopiero, kiedy wziął numer mojej komórki i obiecał, że
zadzwoni, gdyby coś się zdarzyło.
-
Każde wspomnienie to dla niego fala bólu - mężczyzna powiedział mi coś, co sama
zauważyłam - Może lepiej teraz pojedź do domu. Zadzwonię.
-
Okej - wymamrotałam, ale to ponownie zabolało.
Poczułam
się taka bezużyteczna, niechciana.
Musiałam
jednak dać temu czas, dać Willowi zdrowieć, pozwolić jego głowie działać w
swoim tempie, na swój sposób.
Tak
długo czekaliśmy.
Poczekam
jeszcze trochę.
Sprawię,
że Will będzie mnie znowu pamiętał.
*****
Dobę później…
-
… więc możesz przyjechać na godzinę i zobaczymy - powiedział mi przez telefon
Azra, opowiadając, jak Will mógł reagować na kolejne wspomnienia.
Nie
było to pocieszające, a ja chciałabym, żeby mój ukochany uniknął cierpienia,
ale chyba nie dało się tego uniknąć.
Każda
nowa przypomniana sobie przez niego rzecz, każde wydarzenie lub osoba, miała
powodować u niego silny ból głowy.
Ale
bez tego mógł nie odzyskać pamięci.
Zaczęłam
rozważać zadzwonienie do Fran z prośbą, by przyjechała do mnie na kilka dni i
być może zabrała ze sobą Vitale, Vina lub Nessie.
A
Azra tego dnia rano dzwonił do mnie, żeby powiedzieć mi o swoim planie
stopniowego wprowadzania Willa w najnowsze wydarzenia jego życia, naszego
życia, bo wyglądało na to, że mój mężczyzna utknął wspomnieniami do lat tuż po
swoim ślubie.
Robienie
tego pod kontrolą lekarza, miało to być trochę bardziej bezpieczne.
Dlatego
też po jego telefonie spakowałam kilka ze scones, które miałam upieczone tego
ranka dla ewentualnych gości, bo wszyscy nasi przyjaciele ponownie zebrali się,
by nas wspierać i wyszłam do swojego SUV’a, żeby pojechać do szpitala.
Weszłam,
jak zawsze wchodziłam przez te kilkanaście dni, nie pytając nikogo o drogę, bo
ją znałam, wjechałam windą na odpowiednie piętro i ruszyłam korytarzem do
odpowiedniej sali.
Nie
spotkałam po drodze żadnej pielęgniarki ani lekarza, więc nie miałam kogo
zapytać, jak się czuł mój mężczyzna.
Ale
to dlatego, kiedy weszłam do sali Willa, nie byłam ani odrobinę przygotowana na
to, co tam zastałam.
-
Czego tu? - powitała mnie niezwykle „uprzejmie” kobieta, która stała obok łóżka
mojego mężczyzny, trzymając go za rękę, opierając się o jego poduszkę i poufale
pochylając się w stronę jego ust.
-
Dzień dobry… - przywitałam się i chciałam się przedstawić, ale mi nie pozwoliła
dojść do słowa.
-
Przeszkadzasz - burknęła - Mój mąż
potrzebuje spokoju.
Wyprostowałam
się, bo zrozumiałam, kim była.
Przyjrzałam
się tej kobiecie, która właśnie z powrotem wparowała do życia Willa po tym, jak
zdradzała go już od dnia ich ślubu, a teraz postanowiła odzyskać go,
wykorzystując do tego jego amnezję.
Była
niską, krągłą, tlenioną blondynką, której włosy wyglądały, jakby wpadły do
kadzi z wodą utlenioną i zapomniała je rozczesać podczas suszenia.
Jej
krągłości były obfite, a może nawet zbyt obfite, ale to nie ja powinnam to
oceniać, bo skąd mogłam wiedzieć, co podobało się mężczyznom.
A
ona wyglądała na taką, która lubiła mężczyzn.
Najbardziej
jednak szokowała jej twarz.
Z
tego, co opowiadała mi Blanca, Amanda była o kilka lat od niej młodsza, a
kobieta przede mną wyglądała na dużo starszą.
Może
spowodowały to papierosy, może zły styl życia, tego nie wiedziałam.
-
Przepraszam - powiedziałam, starając się brzmieć uprzejmie, by nie dodawać
Willowi cierpienia, bo było widać, że bolała go głowa - Przyszłam tylko
sprawdzić, czy wszystko w porządku.
-
Taaa - burknęła niemiło Mandy - A ja jestem królowa angielska.
-
Boli pana… - zaczęłam, zwracając się do Willa, który na moje słowa podniósł
głowę i spojrzał na mnie załzawionymi oczami, a potem na jego twarz wypłynął
dziwny wyraz, jakby… przypominał sobie?
Nie
miałam czasu tego analizować, bo jędza syknęła do mnie:
-
Głucha jesteś? Wypierdalaj. Niczego
nie potrzebujemy.
Nie
chciałam dokładać Willowi bólu, więc zacisnęłam zęby, spojrzałam jeszcze tylko
raz na niego, a potem wyszłam.
Poszłam
wprost do pokoju lekarskiego, żeby porozmawiać z Azrą.
*****
Godzinę później…
-
…i wtedy Azra powiedział mi, że dopóki Will nie powie zdecydowanie, że ona ma
wyjść, to muszą jej ulegać - westchnęłam, mówiąc to do Maggie, która zadzwoniła
do mnie, żeby dowiedzieć się, co było słychać u Willa.
-
Czyli ona tam jest? - zapytała przez
telefon jedna z moich przyjaciółek z niedowierzaniem w głosie.
Normalnie
nigdy bym nie opowiadała o moich problemach Maggie lub innej z kobiet, bo miały
za dużo własnych problemów, ale żal, rozgoryczenie i poczucie odrzucenia
spowodowały, że płakałam przez ostatnie pół godziny, odkąd wróciłam do domu i
już po prostu nie miałam siły.
Po
powrocie weszłam do mojej sypialni, która przez te kilka miesięcy stała się
naszą sypialnią, spojrzałam na ubrania Willa, jego rzeczy do pracy,
porozrzucane w całym apartamencie i upadłam na kolana, jak dawniej upadałam, na
podłogę przy kanapie, wyciągając przed siebie ramiona i chowając głowę w
poduszki siedziska.
W
takim stanie odebrałam telefon od Maggie, co nie było dobrym pomysłem i właśnie
to do mnie docierało.
-
Tak - pociągnęłam nosem, bo głupie łzy wciąż mnie dusiły - Przekonała go, że
kochają się, mają syna i powinien wracać z nią do domu. Szczęśliwie Azra na
razie nie wyraził zgody na jego wypis.
-
Przyjechać do ciebie? - Maggie spytała zmartwionym głosem, a ja pomyślałam, że
byłam słaba i podła, bo myślałam tylko o sobie, a przyjaciółka miała na głowie
swoje dzieci, męża, który wrócił z pracy i odsypiał nocną zmianę.
-
Nie, dzięki - odparłam z tego powodu - Poradzę sobie. To tylko chwila słabości
- wymamrotałam głupio - Jutro będzie lepiej.
-
Racja - mruknęła Maggie, chyba mi nie dowierzając.
-
Nie, naprawdę - powiedziałam nieco głośniej, by ją zapewnić, że wszystko był
okej - Już dobrze. Poradzę sobie.
Maggie
westchnęła, a potem rzuciła:
-
Muszę iść, bo Jim wraca niedługo ze szkoły.
Wiedziałam,
że miała co robić, więc dobrze zrobiłam, zapewniając ją, że dam radę to
pokonać.
Musiałam
wziąć się w garść.
Rozłączyłyśmy
się i spróbowałam zająć się tym, czym musiałam się zająć.
*****
David
Następnego dnia wczesnym
popołudniem…
Maggie
potrafiła być upierdliwa, jeśli jej na czymś kub na kimś zależało i David wiedział
to doskonale, ale nie skarżył się.
Jego
żona była na co dzień słodką, troskliwą kobietą, dbającą o ich dzieci, a
najbardziej o niego, więc mógł mieć w dupie to, że martwiła się o szczęście jej
przyjaciółek.
Ale
znowu wciągała w to jego tyłek, a to go czasem wkurwiało.
Nie
tym razem.
Tym
razem chodziło o dziewczynę, którą znał, kobietę mężczyzny, którego znał, a na
dodatek taką, która sama miała do czynienia z masą gówna i nadal potrafiła
zamartwiać się o mężczyznę podobnego do Davida, kiedy doszło do wypadku z
Ryanem.
Dlatego
zajął się tym bez wahania, bez namawiania, od pierwszego słowa, jakie Maggie
powiedziała do niego o tym, co działo się w szpitalu z Willem Tracker’em.
Znał
się z mężczyzną długo i wiedział po tym, jak tamten się zachowywał, że był
dobrym człowiekiem, który przeszedł swoje w życiu.
Teraz
wiedział, że główną przyczyną złego gówna w życiu tamtego była jego była żona,
Amanda, więc David nie zamierzał siedzieć na dupie i patrzeć spokojnie, jak
tamta suka wkraczała ponownie w życie mężczyzny.
Zwłaszcza,
że ten porządny facet wreszcie miał w swoim życiu dobrą kobietę, jaką była
Abigail Sensible.
A
David nigdy w życiu by się do tego nie przyznał na głos, ale był romantykiem i
wierzył w prawdziwą miłość.
Pierwszym
jego ruchem był telefon do przyjaciela, a dokładniej wprowadzenie w sprawę Filipa.
-
Yo - przywitał się, kiedy kumpel odebrał, a potem usłyszał takie samo powitanie
od niego.
-
W sprawie Tracker’a - wprowadził David Filipa, a potem zrelacjonował krótko
wszystko, czego dowiedział się od Maggie, kiedy jego żona rozmawiała z nim
o swojej rozmowie z Abigail.
W
tym czasie David obserwował Jima, który siedział wyjątkowo skupiony nad kartką,
którą przyniósł ze szkoły.
Jego
najstarszy syn miał wprowadzaną od tego roku szkolnego specjalną ścieżkę
edukacyjną, której zadaniem było rozpoznanie jego uzdolnień i preferencji,
skoro było oczywiste, że nie da się powstrzymać jego temperamentu zakazami, a
Maggie i David nie chcieli go po prostu karać.
Pedagog
szkolny zaproponował alternatywne rozwiązanie, tym bardziej, że zauważył u Jima
pewien pierwiastek geniuszu matematycznego.
David
nie był zdziwiony.
Mały
miał to po mamie.
-
Więc suka ma chrapkę na faceta? - Cichy wytrącił go z zadumy, więc David skupił
się na rozmowie.
-
Nie wiemy o co jej chodzi - przyznał.
-
Sprawdzę ją - krótko stwierdził Filip, a David wiedział, że to zrobi i zrobi to
dokładnie, bo tak zawsze działali.
-
Później - pożegnał się David i usłyszał takie samo pożegnanie od Cichego.
To
było prawie dobę temu, a z samego rana tego dnia Filip zadzwonił z niewesołymi
informacjami.
Amanda
Tracker była bankrutką.
A
dokładniej żyła pod kreską od tak dawna, że nie wiedziała, jak to było mieć
pieniądze, ale nadal nie pracowała.
Żyła
na utrzymaniu kolejnych facetów, a obecnie nie miała żadnego.
Mieszkała
w Tucson, w Arizonie, ze swoim jedenastoletnim synem i nie miała stałego
miejsca pobytu.
W
dokumentacji sądowej po ich rozwodzie, było zaświadczenie z badań genetycznych,
stwierdzające brak pokrewieństwa między Wiliamem Tracker’em a synem Amandy
Tracker.
Filip,
będąc facetem ostrożnym i dokładnym, a także znając trochę takie suki,
natychmiast również sprawdził ostatnie wypłaty z konta Willa i stwierdził, że z
jego karty w ciągu ostatniej doby wypłacono tysiąc dolarów.
Nie
było mowy, by zrobił to Tracker.
Nie
konsultując się z nikim, wiedząc, że facet był przykuty do łóżka w szpitalu i
miał amnezję, Cichy obniżył limit dziennych wydatków i wypłat z bankomatu do
stu dolarów dziennie, a potem jeszcze zmienił najpierw dane teleadresowe na
swój numer telefonu i e-mail oraz PIN do karty mężczyzny.
Nic,
czego nie mógłby w każdej chwili odwrócić, a wszystko, co uniemożliwiłoby byłej
żonie opróżnienie konta Tracker’a.
Kiedy
Filip relacjonował to wszystko Davidowi, ten na koniec czuł niepohamowaną chęć
wybuchnięcia śmiechem, a nie zrobił tego, bo był w salonie, kiedy jego Maggie
była w kuchni z ich dziećmi, którym dawała śniadanie.
Musiałby
się gęsto tłumaczyć.
Ale
teraz Filip zadzwonił z najnowszą cholerną informacją i Davidowi nie było już
do śmiechu.
Kiedy
się rozłączyli, wybrał numer innego faceta, któremu zależało na Abigail i
przekazał mu to, czego się dowiedział.
A
potem wyruszył na przejażdżkę po mieście.
*****
Abigail
Nie
miałam żadnych wiadomości o stanie Willa już od ponad dwudziestu czterech
godzin i byłam tym bardzo zdenerwowana.
Przecież
nie mogłam wydzwaniać do Azry, bo był w pracy.
Nie
chcieli mi udzielać informacji przez stacjonarny telefon szpitalny, co było
zrozumiałe, nawet jak w desperacji błagałam
o to.
Dlatego
kiedy zadzwonił mój telefon, dosłownie rzuciłam się do niego z nadzieją, że
wreszcie ktoś mi cokolwiek powie na temat tego, jak czuł się mój mężczyzna i
tego co się właściwie działo.
Na
wyświetlaczu pojawiło się imię David, więc poczułam częściowe rozczarowanie,
ale odebrałam.
-
Cześć, David - przywitałam się, starając się nie brzmieć na rozżaloną.
-
Abigail - zaczął David twardym tonem i od razu przeszedł do rzeczy - Ta suka
chce wywieźć Willa z miasta - poinformował mnie, a ja wciągnęłam powietrze do płuc
z zaskoczenia.
Myliłam
się, chodziło o Willa!
-
Jadę po ciebie - David ciągnął dalej, a kiedy to usłyszałam, ruszyłam się, bo
musiałam się przebrać z domowych ubrań, w których starałam się trochę pracować,
więc były brudne - Musimy pojechać na lotnisko i wyciągnąć go.
-
Ale nikt nas tam… - zaczęłam, ale David mi przerwał.
Najwidoczniej
wszystko miał już przemyślane i dopracowane.
-
Ryan nas przeprowadzi i da nam porozmawiać z Willem - powiedział, więc nagle
nadzieja we mnie rozkwitła i rozwinęła się do takich rozmiarów, że zaczęłam
wręcz fruwać po pokoju.
-
Kończę - przerwał moje rozważania David i dorzucił - Na razie.
-
Na razie - szepnęłam do siebie, bo już się rozłączył.
Szybko
znalazłam w szafie jasne, obcisłe dżinsy, żółty sweterek z dekoltem w serek,
moją starą ramoneskę, którą dostałam od Willa i włożyłam to na siebie,
wciągając na koniec na nogi conversy.
Spojrzałam
w lustro, kiedy rozczesywałam włosy i zobaczyłam rumieńce radości na mojej
twarzy i błyszczące z podniecenia oczy, które przesunęły się po leżącym w
dekolcie słoneczniku.
To
był mój talizman.
Dotknęłam
go czubkami palców i szepnęłam Kocham
cię, Will.
Zebrałam
całą moją nadwątloną, ale teraz zwiększoną siłę woli, podeszłam do drzwi
wyjściowych i, po zamknięciu ich i zabezpieczeniu, poszłam do samochodu naszego
przyjaciela.
David
bowiem podjechał na podjazd, ale nie wysiadł, a jedynie zatrąbił, jakbym
powinna była być gotowa i czekającą w progu na jego przybycie.
Bo
byłam.
*****
Pół godziny później…
Przeszliśmy
z Davidem przez halę odlotów lotniska SLC IA i skierowaliśmy się do
pomieszczeń, do których kazał nam przejść Ryan.
David
zadzwonił do niego, kiedy tylko dotarliśmy na parking lotniska, znalazł miejsce
do zaparkowania i wysiedliśmy.
Mężczyzna
szedł tak szybko, że prawie biegłam, a hala była spora, więc zadyszałam się,
zanim dotarliśmy na miejsce.
Kiedy
weszliśmy, zobaczyłam Ryana z plecami opartymi o ścianę i ramionami
skrzyżowanymi na jego klatce piersiowej, stojącego naprzeciwko Amandy, która
siedziała za stołem na krzesełku obok Willa.
Mój
narzeczony był bardzo blady i widziałam, że walczył ze swoim złym
samopoczuciem, ale nie mogłam mu pomóc.
Jeszcze
nie.
-
No, tak - warknęła sukowato Mandy -
Ta dziwka. Mogłam się spodziewać, że to ona
namieszała.
-
Co się dzieje? - spytał Will i przeniósł pytające spojrzenie między Ryanem,
Davidem i mną.
-
Powiedziano nam, że mamy przejść prywatną odprawę, ale widzę, że to chodzi o
gówno bardziej prywatne - splunęła Mandy.
-
Will - wystąpiłam do przodu - Nie pamiętasz…
-
Nie znam pani - przerwał mi Will, a Amanda uśmiechnęłam się z triumfem.
-
Znasz - powiedziałam do niego cicho i
delikatnie, ale z naciskiem - Chciałam dać ci czas, żebyś nie cierpiał, bo
lekarz powiedział, że będzie cię bolała głowa, jeśli zbyt szybko sobie
przypomnisz, ale ona nie dała mi wyboru.
-
Chcemy tylko lecieć do domu - uparcie ciągnął Will.
Nastawiła
go przeciwko mnie.
Widziałam
to po jej uśmieszku.
-
Gdzie jest twój dom? - spytałam.
David
mi powiedział, że mieli bilety do jej
domu.
-
Powinnaś wiedzieć, jeśli mnie znasz - burknął Will.
-
W Phoenix? - spytałam, a kiedy niepewnie skinął głową, powiedziałam - Tam
mieszkają Fran i Vito z rodzinami. Ale wy macie bilety do Tucson.
Will
zmarszczył brwi i spojrzał na Amandę, której wyraz twarzy wykazywał wkurzenie i
zagryzła wargi.
Ryan
ze stoickim spokojem wyciągnął do Willa rękę, w której trzymał dwa bilety,
które najwidoczniej wcześniej im zabrał.
Will
wziął je i przeczytał, a potem spojrzał na Mandy.
-
Ale przecież powiedziałaś… - zaczął, a potem zapytał ją o coś innego - To gdzie
jest nasz syn?
-
Nie wasz syn - sprostowałam - Jej syn. Ty nie jesteś jego ojcem.
-
Co? - zapytał Will i znowu zmarszczył brwi, by spojrzeć z powrotem na swoją
byłą żonę.
-
Nie zdziwiło cię, że nie przyleciał z nią? - zapytałam.
-
Powiedziała mi, że musiał zostać z babcią - powiedział cicho Will.
-
A pokazała ci chociaż jego zdjęcia? - zadałam mu pytanie, które dla mnie było retoryczne, bo wiedziałam,
że nie pokazała.
Nie
byłby z nią, bo wiedziałby, że kłamała.
-
Nie - rzucił sucho Will.
Doprawdy?
Nie
chciało mi się wierzyć.
To
był mój Will?
Mój
Will nie bywał taki ufny, nie dawał się zwodzić byle słowom jakiejś głupiej
krowy.
-
Może ma jakieś - poddałam pomysł.
-
Nie mam! - zapiszczała dziwnie
Amanda.
No,
serio, co to za matka, która nie
miała żadnych zdjęć swojego jedynego syna w telefonie!
-
Ale ja mam - wszedł jej w słowa David i wyciągnął w ich stronę rękę z
telefonem, na którym miał zdjęcia.
Nawet
nie wiedziałam, co tam było.
Musiałam
mu po prostu zaufać.
Will
na widok tego, co pokazywał mu David zacisnął zęby i zbladł jeszcze bardziej,
aż zrobiło mi się za gorąco.
Rozpięłam
suwak swojej ramoneski i rozchyliłam ją na boki, wachlując dłonią twarz, by nie
zemdleć.
Wzrok
Willa opadł na mój dekolt, zawisł tam, a potem mój mężczyzna stał się bardzo blady, podniósł dłoń do czoła i
zachwiał się, wydając odgłos, jakby miał wymiotować.
-
Will! - krzyknęłam ze strachu i
rzuciłam się z wyciągniętymi rękoma, by go podtrzymać, żeby nie spadł z krzesła.
Amanda
zapiszczała panicznie i uciekła w bok.
-
Już dobrze, kochanie - powiedziałam cicho, przytrzymując mojego ukochanego - Oddychaj
głęboko. Zaraz ci przejdzie.
-
Słonecznik - szepnął Will, a mnie łzy natychmiast znowu rzuciły się do oczu.
-
Pamiętasz? - szepnęłam i już wiedziałam, że będzie dobrze.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń