piątek, 2 czerwca 2023

6 - Ze mną, dla mnie (cz.1)

  

Rozdział 6

Ze mną, dla mnie (cz.1)

Wiliam

 

 

Dwa tygodnie później…

Will siedział w swoim pickupie, zaparkowanym przy krawężniku na ulicy przed kościołem, w którym właśnie odbywała się ceremonia zaślubin Lucy Sensible i Lucasa Scammer’a i zastanawiał się, w jaki sposób miał zbliżyć się do Hannah, a nie pokazać się Abigail.

Późnym wieczorem tego dnia, kiedy Billy wylądował w szpitalu, Will odebrał telefon od Davida, który go poinformował o całym zajściu.

Will przedstawił wcześniej swojemu bezpośredniemu przełożonemu propozycję współpracy z Davidem i Filipem, ale to nie okazało się proste.

Szef zadecydował, że to Will stanie się osobą odpowiedzialną za całą operację, więc w ciągu zaledwie kilku dni Will musiał spotkać się po kolei ze wszystkim agentami, którzy prowadzili obserwacje poszczególnych członków szajki i zapoznać się z aktami każdego z nich.

Kiedy ustalono szczegóły operacji, Will skontaktował się z Davidem, a wtedy okazało się, że wszystko było niepotrzebnie przyspieszone.

Filip miał problem, a właściwie miała go jego kobieta, Anna Madison Philision, bo była na celowniku Carlosa Nebuenitto, który sam określał się Królem Przestępców z Luizjany, a ten problem spowodował różne konsekwencje, w tym porwanie Anny vel Alby, bo takie przybrała imię, kiedy żyła w utajnieniu, próbę jej sprzedaży jej do burdelu i, ostatecznie, odbicie jej przez Davida, Filipa i kilku jeszcze ich kumpli z wojska.

Potem Carlos chciał się zemścić i doprowadzić do zabójstwa tej kobiety.

Obecnie Carlos Nebuenitto nie żył, bo został zastrzelony przez Davida w FS 13, gdzie próbował zabić Annę i przy okazji ranił Billy’ego.

Ale to właśnie spowodowało, że David i Filip nie mieli ani czasu, ani ochoty na angażowanie się w rozgrywki między FBI a szajką złodziei i oszustów z SLC, którą rozpracowywał Will.

Przez cholerne dziesięć dni Will nie miał czasu na spędzenie z Abi spokojnych kilku godzin po tym, jak zabrał ją na przejażdżkę na swoim motocyklu.

Ale może tak było lepiej, bo nawet to było błędem, skoro chciał więcej.

Jazda na motocyklu była tym, co dawało mu jego chwile, ale jazda z Abi przytuloną do jego pleców była czymś o wiele, wiele lepszym.

Will lubił to uczucie, każde to uczucie, kiedy jej ramiona otoczyły go, kiedy jej biust przylgnął do jego pleców, a potem kiedy jej oczy świeciły się z radości, kiedy usiedli w barze na lunchu.

I chciał jeszcze, a nie powinien.

Wiedział, że jego szef wyobraził sobie, że Will wykorzysta znajomość z siostrami Sensible, by dorwać Lucy, więc tym bardziej nie powinien spędzać czasu z Abigail.

Była taka młoda, niewinna i… piękna.

Willowi zależało na Abi o wiele bardziej, niż by tego chciał i niż powinno zależeć, co udowodnił jej i sobie w dniu, kiedy po nią pojechał.

Kiedy kilka dni wcześniej zadzwoniła późnym wieczorem, mówiąc mu, że była sama na ulicy i było ponuro, a autobus miał przyjechać dopiero za pół godziny, Will usłyszał strach w jej głosie i nie zawahał się.

Zrobiłby wszystko, by czuła się bezpieczna, by była bezpieczna.

Nie zważając na to, że był zmęczony dwudziestogodzinną służbą przy komputerach, a nawet od jej początku nie kąpał się i nie ogolił, zerwał się z kanapy, na którą padł dosłownie dziesięć minut przed tym, zanim zadzwonił jego telefon i wybiegł z mieszkania z kluczykami do pickupa.

Kiedy zobaczył jej przestraszoną twarzyczkę, skulone ramiona i tę niepewność, która zamieniła się prawie w szczęście po tym, jak poznała go za kierownicą pickupa, sklął się w myślach.

Kurwa!

Jak mógł być tak cholernie nierozważny i nie widzieć tego, że była nim zafascynowana, tego nie wiedział.

Obawiał się, że dla niej było już za późno.

Wyglądało na to, że zadurzyła się w nim.

David odezwał się do Willa kilka dni temu i mieli spotkanie we trzech, z Davidem i Filipem, co stanowiło pewien postęp w sprawie.

Było możliwe, że ten impas, w którym tkwili od miesięcy mógł wreszcie zostać przeskoczony, z Will miał cholerną nadzieję, że będzie mógł zakończyć sprawę tej szajki, bo cholernie frustrujące było odkrywanie, że dochodziło do kolejnych włamań, oszustw i nadużyć.

 Byli prawie pewni, że Lucy nie pozwoli na skrzywdzenie jej rodziny, więc tego dnia Will chciał osobiście poznać Hannah.

Ubrał się w czarne chinosy, białą, elegancką koszulę, czarne lakierki, chociaż włożył do tego swoją czarną, skórzaną kurtkę.

Włosy miał tylko umyte i spięte w kucyk, bo nie pofatygował się do fryzjera, ale ogolił się na całkiem gładko, a spotkanie z Davidem i Filipem pozwoliło mu na spokojny sen ostatnie dwie noce, więc był też wypoczęty i w lepszym nastroju.

Dlatego, kiedy zabrzmiały dzwony na koniec mszy, a przez drzwi kościoła wyszli pierwsi ludzie, Will zdecydowanie ruszył trawnikiem w jego kierunku, by przyłączyć się do uczestników ślubu.

Został za plecami kilku mężczyzn, którzy szli tam od strony samochodów, prawdopodobnie dlatego, że palili tam papierosy, zamiast spędzać czas na nudnej liturgii między świętoszkowatymi matronami, które właśnie obrabiały tyłki młodszym kobietom.

Młodzi ustawili się na schodach, by przyjmować życzenia w otoczeniu rodziny pana młodego i świadków, wśród których Will ze zdziwieniem nie zauważył żadnej z sióstr Sensible.

Mama Lucy też nie miała swojego miejsca przy młodych, co też było nieco zaskakujące, ale i pierwsze, i drugie było prawdopodobnie dobre w świetle najnowszych informacji o działalności Lucy i Lucasa, jakie zbierało FBI.

Will zmarszczył brwi, bo to nie pasowało mu do obrazu rodziny, jaki widział w raportach z poprzednich lat, chociaż pasowało do jego obserwacji.

Wyglądało jakby Lucy była skłócona z resztą rodziny, więc zawahał się w podjętej decyzji o przedstawieniu się Hannah Sensible.

Ale zanim mógł się wycofać, Hannah podeszła do Lucy, złożyła jej życzenia, porozmawiały przez chwilę, a potem odeszła od drzwi kościoła, idąc wprost w stronę Willa.

Nie mógł ustąpić wystarczająco szybko, nie wzbudzając sensacji, bo otaczało go kilku mężczyzn, z którymi podszedł tu z parkingu i Will nie chciał, by wyglądało to na ucieczkę, a poza tym, rozmowa Hannah z siostrą wyglądała na przyjazną.

Więc zbliżył się do niej i zagadnął, przedstawiając się i wyciągając rękę  na powitanie, jak normalnie zrobiłby daleki znajomy jej nowego szwagra, sądzący, że spędzą razem parę godzin na przyjęciu.

- Jesteś ze strony pana młodego czy panny młodej? - Will zapytał Hannah tonem luźnej konwersacji.

- Jestem siostrą panny młodej - przyznała się Hannah bez niechęci, chociaż ze zrozumiałą rezerwą w głosie, skoro nie znała go.

- Więc jedziesz na przyjęcie? - zapytał Will niby-zaciekawiony, czy będzie miał znajomą na nadchodzącej imprezie.

To podziałało, bo Hannah spojrzała na niego uważniej, a potem niby niechcący podniosła lewą rękę, by dotknąć palcami do dekoltu i przy okazji pokazać mu pierścionek zaręczynowy i obrączkę.

Will miał ochotę roześmiać się na ten gest.

- Nie jadę - powiedziała przy tym młoda kobieta - Mój mąż, Billy, był ranny, teraz zdrowieje, został w domu, więc muszę tam wrócić - odmówiła mu, chociaż brzmiała naprawdę na zmartwioną z tego powodu.

Will pomyślał, że powinna popracować nad asertywnością, bo ktoś obcy mógłby pomyśleć, że wolała zostać z nim, niż wracać do męża.

Mimo tego zadał naiwne pytanie Ranny?, a zdziwienie na twarzy Hannah uświadomiło go, że zrobił błąd.

Cholerny błąd, skoro była to społeczność, w której bez wątpienia, jak w społeczności, do której należała jego matka, wszyscy plotkowali, więc wiedzieli wszystko o wszystkich i wiedzieli też, że mąż Hannah Brown został raniony w pracy, bo pracował jako strażak, a może nawet wiedzieli, że został postrzelony.

Na szczęście, Hannah nie myślała nad tym długo, a jedynie dodała na jego użytek wyjaśnienie - Tak - skinęła głową - Jest strażakiem i został ranny w pracy - więc Will mruknął - Och, ty jesteś siostrą.

Ponowienie zobaczył u niej reakcję, mówiącą mu, że jego reakcja była zła, bo Hannah skrzywiła się, ale, znowu szczęśliwie dla niego, w tej samej chwili ich oboje rozproszył ruch od strony kościoła.

Podnieśli głowy jednocześnie, żeby zobaczyć, jak Abi z mamą i bratem ruszyły obok siebie w ich stronę.

Will nagle poczuł, że jego płuca stały się bezużyteczne, puste i nie mógł ich wypełnić, chociaż łapał powietrze łapczywymi haustami.

Jezu!

Dziewczyna wyglądała olśniewająco.

Była promieniem słońca w jasny dzień, tęczą po burzy, jedynym źródłem światła, dającym nadzieję w ciemności.

Will wymamrotał coś, by się pożegnać, ale Hannah również chyba go nie słyszała lub nie uważała, więc po prostu odszedł na tyle niespiesznie, by nie wyglądało to na rejteradę.

Zatrzymał się w cieniu wielkiego drzewa, które rosło na brzegu trawnika przy ulicy i spojrzał na nich.

Hannah została zatrzymana po drodze przez jakąś jej znajomą i było widać po sztywności, z jaką to robiła, że ta krótka rozmowa nie należała do przyjemnych, ale nie odeszła, dopóki jej znajoma nie została gniewnie wezwana przez jakiegoś mężczyznę z około dwuletnim dzieckiem na ręku.

Siostra Abigail starała się być miła dla wszystkich, nawet jeśli na to nie zasługiwali z jakiegokolwiek powodu.

Kiedy tamta odbiegła, Hannah przeszła kilka pozostałych kroków, by wreszcie dołączyć do swojej mamy, siostry i brata.

Abigail nie patrzyła w kierunku Willa, co przyjął z ulgą, ale jednocześnie się zmartwił, bo po jej postawie widział, że coś było nie tak.

Patrząc na nią czuł jednocześnie podniecenie, radość i cholerny niepokój.

Abi była niebywale zdenerwowana, jak nie ona, co przejawiało się nadmiernym napięciem jej ciała, ale nadal jej rozpuszczone na plecy, ciemno blond włosy falowały łagodnie na wietrze, jej elegancka, żółta sukienka opinała kusząco jej piękny biust, wąską talię i kształtne biodra, a jej ruchy były pełne gracji i płynne.

Trzymając między sobą chłopca, we trzy poszły w stronę niewielkiego parkingu, gdzie stały ich samochody.

Tam kobiety się rozdzieliły i Hannah poszła w kierunku swojego żółtego Jeepa Renegade, którego Will znał z tych kilku dni, kiedy jeździła nim Abi, zanim kupiła z pomocą Davida jej małego, niebieskiego Chevroleta Sonic.

Will miał okazję kilka razy obserwować, jak Abi prowadziła najpierw samochód swojej siostry, a potem swój i wiedział, że była dobrym kierowcą.

Prowadziła pewnie, zdecydowanie, ale bez brawury i zbędnego ryzyka.

David zadzwonił do Willa od razu, kiedy Hannah, a właściwie Oli, poprosili go o pomoc w kupnie samochodu dla Abi i poinformował go o ich wyborze, a nawet podał numer tablic rejestracyjnych za co Will był wdzięczny mężczyźnie.

Samochód nie był nowy, miał dwanaście lat, ale kumpel Davida upewnił się, że był w pełni sprawny, z nowymi oponami i działającymi hamulcami, więc Abigail nie powinna mieć z nim kłopotów jeszcze przez kilka lat.

To była dla Willa szalona ulga, chociaż ulgą było już wcześniej i to, że dziewczyna jeździła samochodem swojej siostry, kiedy ta jeździła pickupem męża przez kilkanaście dni, kiedy Billy był w szpitalu.

Will nie musiał się dłużej martwić, że młoda będzie jeździła autobusami i samotnie chodziła ulicami po zmierzchu.

Więc Will znał samochód Abi i wiedział, że mógł być spokojniejszy o nią, bo nie narażała się na to niebezpieczeństwo, jakie czyhało na kobiety, a jednocześnie mógł ją śledzić, co robił teraz nie ze względu na zdobywanie informacji dla sprawy, ale chorą potrzebę prywatnego dowiadywania się tego, gdzie była i co robiła.

Teraz też patrzył z daleka, jak pożegnały się pocałunkiem w policzek i Hannah wsiadła do swojego SUV’a, a Abigail z mamą i Ablem do jej miejskiego samochodziku.

*****

Abigail

Tydzień później…

Od godziny chodziłam cholernie wściekła od jednej ściany do drugiej mojego pokoju, co nie było jakimś super wyczynem, bo odległość między nimi stanowiła moje trzy rozsierdzone kroki.

Lucy tego dnia zadzwoniła, by powiedzieć mamie, że nie da rady zabrać swoich rzeczy z naszego domu, bo „nie miała czasu”.

Ta zdzira kazała mi się wynieść z naszego pokoju tego samego dnia, kiedy Anie brała ślub, pomimo że byłam zajęta od rana i przez kilka poprzednich dni, a teraz sama kręciła i zwodziła nas, by nie przenieść się ze wszystkim do swojego nowego domu, do męża.

Co prawda, mama, nie pytając mnie, ale stwierdzając to, powiedziała już mi, że „dobrze mi tu”, w pokoiku po Anie na parterze, więc dawny pokój mój i Lucy, który był dwa razy większy, zajmie niedługo Abel.

Nie miałam mieć więcej miejsca dla siebie.

Nie powinnam była mieć nadziei, że mama pomyśli o tym, że potrzebowałam tego miejsca, bo sztaluga nie mieściła się pod oknem i nie mogłam swobodnie malować, nie mówiąc o zrobieniu od niej chociażby jednego kroku, kiedy była rozstawiona.

Nieważne.

Moje rozdrażnienie właściwie nie wynikało jedynie z sytuacji, jaką wykreowała Lucy na spółkę z moją nadmiernie spolegliwą, wygodnicką mamą, ale przez całe moje cholerne życie.

Nadal starałam się trzymać tego, co lata temu obiecałam cioci Dottie i wynajdować kolory, żeby nasycać nimi świat, ale to stawało się coraz trudniejsze od chwili, w której go poznałam.

Był taki wspaniały, piękny, czarny, „niegrzeczny” i męski, tak bardzo do mnie pasował i… nie chciał mnie.

Nie rozumiałam tego, bo właściwie go nie znałam, ale po naszej przejażdżce, po cudownym lunchu, rozmowie, po tym jak zaopiekował się mną tamtego wieczoru, Will… zniknął.

Nie dzwonił i nie odbierał moich telefonów.

Nie odpowiadał na SMS-y.

Nie przejeżdżał nawet motocyklem po naszej ulicy.

Chodziłam do szkoły, pracowałam dla Aleka i Sama, spotykałam się z Jackiem i opiekowałam się Ablem, ale to wszystko było tylko namiastką życia.

W szkole już nauczyciele wiedzieli, że starałam się o jak najlepsze oceny, bo chciałam zdobyć w przyszłości stypendium do University of Utah, ale poprosiłam pana Millera, żeby poinformował wszystkich, że nie chciałam, żeby wiedzieli o tym również uczniowie i dotrzymał tego.

Nie daliby mi żyć.

Zaczęłam uczestniczyć w pracach koła historycznego i namówiłam ich do cyklu artykułów do szkolnej gazetki o sztuce rdzennych mieszkańców stanu Utah.

Przyznaję, że inspiracją dla mnie był Jack i jego praca w redakcji szkolnej gazetki w jego szkole.

Ale był to strzał w dziesiątkę i wiele osób z koła historycznego podchwyciło ten pomysł, więc zaczęliśmy wyszukiwać kontakty z różnymi ludźmi, do czego przydały mi się te znajomości w Miejskim Ośrodku Kultury, jakie miałam po moim letnim wolontariacie.

W kole plastycznym i teatralnym pojawiło się kilka nowych osób, z których wybrałam ekipę, z którą mogłam tworzyć dekoracje, ale nie zaprzyjaźniłam się z nimi, a przynajmniej nie tak, jak przyjaźniłam się z Jo i Joe.

Opiekunki tych kół jednak ufały mi i pozwoliły dobrać zespoły, które dobrze się dogadywały i mogliśmy robić naprawdę cudowne, a może nawet spektakularne dekoracje.

Dlatego moja pozycja outsiderki z talentem do dekoracji została utrwalona i miała trwać niezachwianie w tej ostatniej dla mnie klasie liceum.

Oczywiście, mogło się tak stać, bo Poulina, Tony i ich ekipa wyszli ze szkoły i nikt nie powielał plotek, jakie krążyły o mnie przed wakacjami, więc umarły śmiercią naturalną.

To była jedna z kilku rzeczy, które mogłyby mnie cieszyć, chociaż nie wystarczająco, skoro Will się nie odzywał.

Drugą było to, że po wypadku Billy’ego Oli i David porozmawiali z mamą, tatą i Anie, więc kupiłam wreszcie sobie samochód.

Początkowo Anie kazała mi jeździć jej SUV’em, a stało się to już drugiego dnia po tym, jak Billy był w szpitalu.

Byłam wtedy wieczorem z Jackiem u nich w domu, a ona pojechała do szpitala, bo mieli wybudzać próbnie Billy’ego ze śpiączki.

Zadzwoniła w pewnym momencie, żeby powiadomić mnie, że David miał przyprowadzić pickupa Billy’ego i zaparkować przed ich oknem, bo Billy został zabrany do szpitala z pracy, więc jego Ford został na parkingu pod FS 13.

Miałam odebrać od niego kluczyki.

Anie uprzedziła mnie, żebym się nie wystraszyła, bo faktycznie David był dużym, ciemnym mężczyzną, którego można było się wystraszyć, ale Anie nie wiedziała, jak nikt nie wiedział, że podobali mi się tacy mężczyźni, więc, kiedy otworzyłam mu drzwi, uznałam go za bardzo pociągającego.

Tym bardziej, że David był bardzo uprzejmy, starał się mówić łagodnie, chociaż jego głos był dla mnie seksownie niski i dudniący, pocieszał mnie i wyglądało, że znał się z Jackiem, bo przywitali się jak kumple.

Kiedy po kilku godzinach Anie wróciła do jej domu swoim Jeepem, nie pozwoliła mi pojechać do domu mamy autobusem, ale dała mi do użytkowania swój samochód, bo ona miała jeździć pickupem Billy’ego.

Przyznaję, że był to ogromny stres.

Przede wszystkim dlatego, że nie prowadziłam żadnego auta od czasu, kiedy dostałam prawo jazdy.

A było to ponad rok temu.

Poza tym dlatego, że był to samochód Anie, nie mój, więc nie chciałam go w jakikolwiek sposób narazić na uszkodzenia, a na drodze i na parkingu pod szkołą, mogły się przydarzyć różne „wypadki”.

Cóż, nawet jeśli moi najwięksi wrogowie skończyli szkołę, nadal mógł się tam znaleźć ktoś z „pomysłami”.

A moje obawy dotyczyły również reakcji Lucy, bo byłby to kolejny powód do jej zazdrości.

Inną dobrą rzeczą w moim życiu było to, że moja przyjaźń z Jackiem rozkwitła, bo znaleźliśmy również wspólny język po tym, jak dotarło do mnie, jak bardzo ten chłopiec był dotykany aktami rasizmu ze względu na jego kolor skóry.

Jack bowiem był Mulatem.

Chyba rozumiecie, że ja rozumiałam jego przeżycia po tym, co działo się ze mną, po tych atakach na mnie w poprzednim roku szkolnym.

A na dodatek Jack naprawdę pokochał moją najstarszą siostrę i to też nas łączyło, zwłaszcza, że oboje doświadczaliśmy złego traktowania ze strony Lucy.

Cóż, to ostatnie przydarzyło się Jackowi już w pierwszą niedzielę po jego dołączeniu do rodziny, jaką stworzyli Billy i Anie, po mszy, na którą Anie go zabrała do naszego rodzinnego kościoła.

Poznaliśmy „miłosierdzie katolickie” od najgorszej strony.

Kiedy wyszliśmy i szłam razem z Anie i Jackiem, bo mama została z Ablem, by porozmawiać z jakimiś znajomymi po tym, jak nasze dawne „przyjaciółki” wypytały osobno mnie i Anie o Billy’ego, Lucy przewinęła się na tyle niedaleko nas ze swoimi przyjaciółkami, byśmy usłyszeli wszyscy, jak skomentowała obecność Jacka w życiu Anie i na mszy słowami Zobaczcie, jak ta głupia chwali się tym brudasem…

Jakby była lepsza od Jacka, od Anie i od kogokolwiek innego na świecie.

Jakby umiała chociażby w połowie tak genialnie ubierać w słowa myśli i uczucia, jak to robił ten niedoświadczony przecież dziesięciolatek, a co mogłam przeczytać w tekstach, które czytałam, kiedy przygotowywaliśmy ulotkę, a potem w gazetce szkolnej, bo Anie wciągnęła go do jej redakcji.

Mówiłam - Lucy to podła zdzira.

Ta podła zdzira ujawniła również kilka tygodni później swoją podłość w czasie swojego własnego ślubu, kiedy to nie znalazła honorowego miejsca dla mamy obok siebie podczas składania im życzeń przed kościołem po ślubie, a potem jeszcze bardziej, kiedy cynicznie stwierdziła, że nie chcieli mieć małych dzieci na weselu, więc Abel nie mógł tam pojechać, a co za tym szło, mama też nie mogła.

Jakbyśmy wszyscy nie wiedzieli, że były małe dzieci na ich weselu, chociaż były to dzieci wyłącznie z rodziny Lucasa.

Jak na to, że to nasz tata zapłacił za ślub i wesele, było to zagranie poniżej pasa lub jeszcze gorzej.

Zdzira.

Właśnie teraz wspomnienie tamtego dnia pogorszyło moją frustrację, kiedy przypomniałam sobie Willa.

Widziałam go wtedy, jak stał przed kościołem i rozmawiał z Anie.

Nawet nie spojrzał na mnie, a co dopiero, żeby podszedł, uśmiechnął się lub pomachał mi z daleka.

Nie istniałam dla niego - to była moja pierwsza myśl i to bolało.

Ale później pomyślałam, że przecież chroniliśmy swoją prywatność i oboje, ja również, nie powiedzieliśmy o swoich spotkaniach nikomu z naszych bliskich ani nawet znajomych.

Więc nie powinno mnie dziwić to, że udawał, że mnie nie znał, nie zauważał mnie ani nie spojrzał na mnie.

Tak, na pewno udawał - pomyślałam wtedy.

A w białej koszuli, którą miał rozpiętą pod szyją, przez co było widać trochę czarnych włosów z jego klatki piersiowej, był jeszcze przystojniejszy niż pamiętałam.

Był gładko ogolony, zadbany, wypoczęty, a na koszulę miał narzuconą jego czarną, skórzaną kurtkę, co podnosiło jego gorącość o kilkadziesiąt stopni.

Jakby tego było mało, jego czarne włosy spięte były w kucyk.

Bosko!

Ale później, po moim czekaniu przez kilka kolejnych dni, Will nadal się nie odezwał, a mijał już tydzień od tamtego naszego spotkania na odległość.

Więc tego wieczoru mogłam co najwyżej powściekać się w samotności, bo nie miałam szansy na inne odreagowanie moich frustracji.

Kiedy skończyłam biegać po pokoju, usiadłam przy swoim biurku i po raz kolejny spróbowałam przenieść z pamięci na karton rysy tej przystojnej twarzy, za którą tęskniłam.

To było beznadziejne.

*****

CDN.


1 komentarz: