Rozdział 6
Wiliam
Dwa tygodnie później…
Will
siedział w swoim pickupie, zaparkowanym przy krawężniku na ulicy przed
kościołem, w którym właśnie odbywała się ceremonia zaślubin Lucy Sensible i
Lucasa Scammer’a i zastanawiał się, w jaki sposób miał zbliżyć się do Hannah, a
nie pokazać się Abigail.
Późnym
wieczorem tego dnia, kiedy Billy wylądował w szpitalu, Will odebrał telefon od
Davida, który go poinformował o całym zajściu.
Will
przedstawił wcześniej swojemu bezpośredniemu przełożonemu propozycję współpracy
z Davidem i Filipem, ale to nie okazało się proste.
Szef
zadecydował, że to Will stanie się osobą odpowiedzialną za całą operację, więc w
ciągu zaledwie kilku dni Will musiał spotkać się po kolei ze wszystkim
agentami, którzy prowadzili obserwacje poszczególnych członków szajki i
zapoznać się z aktami każdego z nich.
Kiedy
ustalono szczegóły operacji, Will skontaktował się z Davidem, a wtedy okazało
się, że wszystko było niepotrzebnie przyspieszone.
Filip
miał problem, a właściwie miała go jego kobieta, Anna Madison Philision, bo była
na celowniku Carlosa Nebuenitto, który sam określał się Królem Przestępców z
Luizjany, a ten problem spowodował różne konsekwencje, w tym porwanie Anny vel
Alby, bo takie przybrała imię, kiedy żyła w utajnieniu, próbę jej sprzedaży jej
do burdelu i, ostatecznie, odbicie jej przez Davida, Filipa i kilku jeszcze ich
kumpli z wojska.
Potem
Carlos chciał się zemścić i doprowadzić do zabójstwa tej kobiety.
Obecnie
Carlos Nebuenitto nie żył, bo został zastrzelony przez Davida w FS 13, gdzie
próbował zabić Annę i przy okazji ranił Billy’ego.
Ale
to właśnie spowodowało, że David i Filip nie mieli ani czasu, ani ochoty na
angażowanie się w rozgrywki między FBI a szajką złodziei i oszustów z SLC,
którą rozpracowywał Will.
Przez
cholerne dziesięć dni Will nie miał czasu na spędzenie z Abi spokojnych kilku
godzin po tym, jak zabrał ją na przejażdżkę na swoim motocyklu.
Ale
może tak było lepiej, bo nawet to było błędem, skoro chciał więcej.
Jazda
na motocyklu była tym, co dawało mu jego chwile, ale jazda z Abi przytuloną do
jego pleców była czymś o wiele, wiele
lepszym.
Will
lubił to uczucie, każde to uczucie, kiedy jej ramiona otoczyły go, kiedy jej
biust przylgnął do jego pleców, a potem kiedy jej oczy świeciły się z radości,
kiedy usiedli w barze na lunchu.
I
chciał jeszcze, a nie powinien.
Wiedział,
że jego szef wyobraził sobie, że Will wykorzysta znajomość z siostrami
Sensible, by dorwać Lucy, więc tym bardziej nie powinien spędzać czasu z
Abigail.
Była
taka młoda, niewinna i… piękna.
Willowi
zależało na Abi o wiele bardziej, niż by tego chciał i niż powinno zależeć, co
udowodnił jej i sobie w dniu, kiedy po nią pojechał.
Kiedy
kilka dni wcześniej zadzwoniła późnym wieczorem, mówiąc mu, że była sama na
ulicy i było ponuro, a autobus miał
przyjechać dopiero za pół godziny, Will usłyszał strach w jej głosie i nie
zawahał się.
Zrobiłby
wszystko, by czuła się bezpieczna, by była
bezpieczna.
Nie
zważając na to, że był zmęczony dwudziestogodzinną służbą przy komputerach, a
nawet od jej początku nie kąpał się i nie ogolił, zerwał się z kanapy, na którą
padł dosłownie dziesięć minut przed tym, zanim zadzwonił jego telefon i wybiegł
z mieszkania z kluczykami do pickupa.
Kiedy
zobaczył jej przestraszoną twarzyczkę, skulone ramiona i tę niepewność, która
zamieniła się prawie w szczęście po tym, jak poznała go za kierownicą pickupa,
sklął się w myślach.
Kurwa!
Jak
mógł być tak cholernie nierozważny i nie widzieć tego, że była nim
zafascynowana, tego nie wiedział.
Obawiał
się, że dla niej było już za późno.
Wyglądało
na to, że zadurzyła się w nim.
David
odezwał się do Willa kilka dni temu i mieli spotkanie we trzech, z Davidem i
Filipem, co stanowiło pewien postęp w sprawie.
Było
możliwe, że ten impas, w którym tkwili od miesięcy mógł wreszcie zostać przeskoczony,
z Will miał cholerną nadzieję, że będzie mógł zakończyć sprawę tej szajki, bo cholernie
frustrujące było odkrywanie, że dochodziło do kolejnych włamań, oszustw i
nadużyć.
Byli prawie pewni, że Lucy nie pozwoli na
skrzywdzenie jej rodziny, więc tego dnia Will chciał osobiście poznać Hannah.
Ubrał
się w czarne chinosy, białą, elegancką koszulę, czarne lakierki, chociaż włożył
do tego swoją czarną, skórzaną kurtkę.
Włosy
miał tylko umyte i spięte w kucyk, bo nie pofatygował się do fryzjera, ale ogolił
się na całkiem gładko, a spotkanie z Davidem i Filipem pozwoliło mu na spokojny
sen ostatnie dwie noce, więc był też wypoczęty i w lepszym nastroju.
Dlatego,
kiedy zabrzmiały dzwony na koniec mszy, a przez drzwi kościoła wyszli pierwsi
ludzie, Will zdecydowanie ruszył trawnikiem w jego kierunku, by przyłączyć się
do uczestników ślubu.
Został
za plecami kilku mężczyzn, którzy szli tam od strony samochodów, prawdopodobnie
dlatego, że palili tam papierosy, zamiast spędzać czas na nudnej liturgii
między świętoszkowatymi matronami, które właśnie obrabiały tyłki młodszym
kobietom.
Młodzi
ustawili się na schodach, by przyjmować życzenia w otoczeniu rodziny pana
młodego i świadków, wśród których Will ze zdziwieniem nie zauważył żadnej z
sióstr Sensible.
Mama
Lucy też nie miała swojego miejsca przy młodych, co też było nieco zaskakujące,
ale i pierwsze, i drugie było prawdopodobnie dobre w świetle najnowszych
informacji o działalności Lucy i Lucasa, jakie zbierało FBI.
Will
zmarszczył brwi, bo to nie pasowało mu do obrazu rodziny, jaki widział w
raportach z poprzednich lat, chociaż pasowało do jego obserwacji.
Wyglądało
jakby Lucy była skłócona z resztą rodziny, więc zawahał się w podjętej decyzji
o przedstawieniu się Hannah Sensible.
Ale
zanim mógł się wycofać, Hannah podeszła do Lucy, złożyła jej życzenia,
porozmawiały przez chwilę, a potem odeszła od drzwi kościoła, idąc wprost w
stronę Willa.
Nie
mógł ustąpić wystarczająco szybko, nie wzbudzając sensacji, bo otaczało go
kilku mężczyzn, z którymi podszedł tu z parkingu i Will nie chciał, by
wyglądało to na ucieczkę, a poza tym, rozmowa Hannah z siostrą wyglądała na
przyjazną.
Więc
zbliżył się do niej i zagadnął, przedstawiając się i wyciągając rękę na powitanie, jak normalnie zrobiłby daleki znajomy
jej nowego szwagra, sądzący, że spędzą razem parę godzin na przyjęciu.
-
Jesteś ze strony pana młodego czy panny młodej? - Will zapytał Hannah tonem
luźnej konwersacji.
-
Jestem siostrą panny młodej - przyznała się Hannah bez niechęci, chociaż ze
zrozumiałą rezerwą w głosie, skoro nie znała go.
-
Więc jedziesz na przyjęcie? - zapytał Will niby-zaciekawiony, czy będzie miał
znajomą na nadchodzącej imprezie.
To
podziałało, bo Hannah spojrzała na niego uważniej, a potem niby niechcący
podniosła lewą rękę, by dotknąć palcami do dekoltu i przy okazji pokazać mu
pierścionek zaręczynowy i obrączkę.
Will
miał ochotę roześmiać się na ten gest.
-
Nie jadę - powiedziała przy tym młoda kobieta - Mój mąż, Billy, był ranny,
teraz zdrowieje, został w domu, więc muszę tam wrócić - odmówiła mu, chociaż
brzmiała naprawdę na zmartwioną z tego powodu.
Will
pomyślał, że powinna popracować nad asertywnością, bo ktoś obcy mógłby
pomyśleć, że wolała zostać z nim, niż wracać do męża.
Mimo
tego zadał naiwne pytanie Ranny?, a
zdziwienie na twarzy Hannah uświadomiło go, że zrobił błąd.
Cholerny
błąd, skoro była to społeczność, w
której bez wątpienia, jak w społeczności, do której należała jego matka,
wszyscy plotkowali, więc wiedzieli wszystko o wszystkich i wiedzieli też, że
mąż Hannah Brown został raniony w pracy, bo pracował jako strażak, a może nawet
wiedzieli, że został postrzelony.
Na
szczęście, Hannah nie myślała nad tym długo, a jedynie dodała na jego użytek
wyjaśnienie - Tak - skinęła głową - Jest strażakiem i został ranny w pracy -
więc Will mruknął - Och, ty jesteś tą
siostrą.
Ponowienie
zobaczył u niej reakcję, mówiącą mu, że jego
reakcja była zła, bo Hannah skrzywiła się, ale, znowu szczęśliwie dla niego, w
tej samej chwili ich oboje rozproszył ruch od strony kościoła.
Podnieśli
głowy jednocześnie, żeby zobaczyć, jak Abi z mamą i bratem ruszyły obok siebie
w ich stronę.
Will
nagle poczuł, że jego płuca stały się bezużyteczne, puste i nie mógł ich
wypełnić, chociaż łapał powietrze łapczywymi haustami.
Jezu!
Dziewczyna
wyglądała olśniewająco.
Była
promieniem słońca w jasny dzień, tęczą po burzy, jedynym źródłem światła,
dającym nadzieję w ciemności.
Will
wymamrotał coś, by się pożegnać, ale Hannah również chyba go nie słyszała lub
nie uważała, więc po prostu odszedł na tyle niespiesznie, by nie wyglądało to
na rejteradę.
Zatrzymał
się w cieniu wielkiego drzewa, które rosło na brzegu trawnika przy ulicy i
spojrzał na nich.
Hannah
została zatrzymana po drodze przez jakąś jej znajomą i było widać po
sztywności, z jaką to robiła, że ta krótka rozmowa nie należała do przyjemnych,
ale nie odeszła, dopóki jej znajoma nie została gniewnie wezwana przez jakiegoś
mężczyznę z około dwuletnim dzieckiem na ręku.
Siostra
Abigail starała się być miła dla wszystkich, nawet jeśli na to nie zasługiwali
z jakiegokolwiek powodu.
Kiedy
tamta odbiegła, Hannah przeszła kilka pozostałych kroków, by wreszcie dołączyć
do swojej mamy, siostry i brata.
Abigail
nie patrzyła w kierunku Willa, co przyjął z ulgą, ale jednocześnie się zmartwił,
bo po jej postawie widział, że coś było nie tak.
Patrząc
na nią czuł jednocześnie podniecenie, radość i cholerny niepokój.
Abi
była niebywale zdenerwowana, jak nie ona, co przejawiało się nadmiernym napięciem
jej ciała, ale nadal jej rozpuszczone na plecy, ciemno blond włosy falowały łagodnie
na wietrze, jej elegancka, żółta sukienka opinała kusząco jej piękny biust, wąską
talię i kształtne biodra, a jej ruchy były pełne gracji i płynne.
Trzymając
między sobą chłopca, we trzy poszły w stronę niewielkiego parkingu, gdzie stały
ich samochody.
Tam
kobiety się rozdzieliły i Hannah poszła w kierunku swojego żółtego Jeepa
Renegade, którego Will znał z tych kilku dni, kiedy jeździła nim Abi, zanim
kupiła z pomocą Davida jej małego, niebieskiego Chevroleta Sonic.
Will
miał okazję kilka razy obserwować, jak Abi prowadziła najpierw samochód swojej
siostry, a potem swój i wiedział, że była dobrym kierowcą.
Prowadziła
pewnie, zdecydowanie, ale bez brawury i zbędnego ryzyka.
David
zadzwonił do Willa od razu, kiedy Hannah, a właściwie Oli, poprosili go o pomoc
w kupnie samochodu dla Abi i poinformował go o ich wyborze, a nawet podał numer
tablic rejestracyjnych za co Will był wdzięczny mężczyźnie.
Samochód
nie był nowy, miał dwanaście lat, ale kumpel Davida upewnił się, że był w pełni
sprawny, z nowymi oponami i działającymi hamulcami, więc Abigail nie powinna
mieć z nim kłopotów jeszcze przez kilka lat.
To
była dla Willa szalona ulga, chociaż ulgą było już wcześniej i to, że
dziewczyna jeździła samochodem swojej siostry, kiedy ta jeździła pickupem męża
przez kilkanaście dni, kiedy Billy był w szpitalu.
Will
nie musiał się dłużej martwić, że młoda będzie jeździła autobusami i samotnie
chodziła ulicami po zmierzchu.
Więc
Will znał samochód Abi i wiedział, że mógł być spokojniejszy o nią, bo nie narażała
się na to niebezpieczeństwo, jakie czyhało na kobiety, a jednocześnie mógł ją
śledzić, co robił teraz nie ze względu na zdobywanie informacji dla sprawy, ale
chorą potrzebę prywatnego
dowiadywania się tego, gdzie była i co robiła.
Teraz
też patrzył z daleka, jak pożegnały się pocałunkiem w policzek i Hannah wsiadła
do swojego SUV’a, a Abigail z mamą i Ablem do jej miejskiego samochodziku.
*****
Abigail
Tydzień później…
Od
godziny chodziłam cholernie wściekła
od jednej ściany do drugiej mojego pokoju, co nie było jakimś super wyczynem,
bo odległość między nimi stanowiła moje trzy rozsierdzone kroki.
Lucy
tego dnia zadzwoniła, by powiedzieć mamie, że nie da rady zabrać swoich rzeczy
z naszego domu, bo „nie miała czasu”.
Ta
zdzira kazała mi się wynieść z naszego pokoju tego
samego dnia, kiedy Anie brała ślub, pomimo że byłam zajęta od rana i przez
kilka poprzednich dni, a teraz sama
kręciła i zwodziła nas, by nie przenieść się ze wszystkim do swojego nowego
domu, do męża.
Co
prawda, mama, nie pytając mnie, ale stwierdzając
to, powiedziała już mi, że „dobrze mi tu”, w pokoiku po Anie na parterze, więc
dawny pokój mój i Lucy, który był dwa razy większy, zajmie niedługo Abel.
Nie
miałam mieć więcej miejsca dla siebie.
Nie
powinnam była mieć nadziei, że mama pomyśli o tym, że potrzebowałam tego miejsca, bo sztaluga nie mieściła się pod oknem
i nie mogłam swobodnie malować, nie mówiąc o zrobieniu od niej chociażby
jednego kroku, kiedy była rozstawiona.
Nieważne.
Moje
rozdrażnienie właściwie nie wynikało jedynie z sytuacji, jaką wykreowała Lucy
na spółkę z moją nadmiernie spolegliwą, wygodnicką mamą, ale przez całe moje cholerne życie.
Nadal
starałam się trzymać tego, co lata temu obiecałam cioci Dottie i wynajdować
kolory, żeby nasycać nimi świat, ale to stawało się coraz trudniejsze od
chwili, w której go poznałam.
Był
taki wspaniały, piękny, czarny, „niegrzeczny” i męski, tak bardzo do mnie
pasował i… nie chciał mnie.
Nie
rozumiałam tego, bo właściwie go nie znałam, ale po naszej przejażdżce, po
cudownym lunchu, rozmowie, po tym jak zaopiekował się mną tamtego wieczoru,
Will… zniknął.
Nie
dzwonił i nie odbierał moich telefonów.
Nie
odpowiadał na SMS-y.
Nie
przejeżdżał nawet motocyklem po naszej ulicy.
Chodziłam
do szkoły, pracowałam dla Aleka i Sama, spotykałam się z Jackiem i opiekowałam
się Ablem, ale to wszystko było tylko namiastką
życia.
W
szkole już nauczyciele wiedzieli, że starałam się o jak najlepsze oceny, bo
chciałam zdobyć w przyszłości stypendium do University of Utah, ale poprosiłam
pana Millera, żeby poinformował wszystkich, że nie chciałam, żeby wiedzieli o
tym również uczniowie i dotrzymał tego.
Nie
daliby mi żyć.
Zaczęłam
uczestniczyć w pracach koła historycznego i namówiłam ich do cyklu artykułów do
szkolnej gazetki o sztuce rdzennych mieszkańców stanu Utah.
Przyznaję,
że inspiracją dla mnie był Jack i jego praca w redakcji szkolnej gazetki w jego
szkole.
Ale
był to strzał w dziesiątkę i wiele osób z koła historycznego podchwyciło ten
pomysł, więc zaczęliśmy wyszukiwać kontakty z różnymi ludźmi, do czego przydały
mi się te znajomości w Miejskim Ośrodku Kultury, jakie miałam po moim letnim
wolontariacie.
W
kole plastycznym i teatralnym pojawiło się kilka nowych osób, z których
wybrałam ekipę, z którą mogłam tworzyć dekoracje, ale nie zaprzyjaźniłam się z
nimi, a przynajmniej nie tak, jak przyjaźniłam się z Jo i Joe.
Opiekunki
tych kół jednak ufały mi i pozwoliły dobrać zespoły, które dobrze się
dogadywały i mogliśmy robić naprawdę cudowne, a może nawet spektakularne
dekoracje.
Dlatego
moja pozycja outsiderki z talentem do dekoracji została utrwalona i miała trwać
niezachwianie w tej ostatniej dla mnie klasie liceum.
Oczywiście,
mogło się tak stać, bo Poulina, Tony i ich ekipa wyszli ze szkoły i nikt nie
powielał plotek, jakie krążyły o mnie przed wakacjami, więc umarły śmiercią
naturalną.
To
była jedna z kilku rzeczy, które mogłyby mnie cieszyć, chociaż nie
wystarczająco, skoro Will się nie odzywał.
Drugą
było to, że po wypadku Billy’ego Oli i David porozmawiali z mamą, tatą i Anie,
więc kupiłam wreszcie sobie samochód.
Początkowo
Anie kazała mi jeździć jej SUV’em, a stało się to już drugiego dnia po tym, jak
Billy był w szpitalu.
Byłam
wtedy wieczorem z Jackiem u nich w domu, a ona pojechała do szpitala, bo mieli
wybudzać próbnie Billy’ego ze śpiączki.
Zadzwoniła
w pewnym momencie, żeby powiadomić mnie, że David miał przyprowadzić pickupa
Billy’ego i zaparkować przed ich oknem, bo Billy został zabrany do szpitala z
pracy, więc jego Ford został na parkingu pod FS 13.
Miałam
odebrać od niego kluczyki.
Anie
uprzedziła mnie, żebym się nie wystraszyła, bo faktycznie David był dużym,
ciemnym mężczyzną, którego można było się
wystraszyć, ale Anie nie wiedziała, jak nikt nie wiedział, że podobali mi się
tacy mężczyźni, więc, kiedy otworzyłam mu drzwi, uznałam go za bardzo pociągającego.
Tym
bardziej, że David był bardzo uprzejmy, starał się mówić łagodnie, chociaż jego
głos był dla mnie seksownie niski i dudniący, pocieszał mnie i wyglądało, że
znał się z Jackiem, bo przywitali się jak kumple.
Kiedy
po kilku godzinach Anie wróciła do jej domu swoim Jeepem, nie pozwoliła mi
pojechać do domu mamy autobusem, ale dała mi do użytkowania swój samochód, bo
ona miała jeździć pickupem Billy’ego.
Przyznaję,
że był to ogromny stres.
Przede
wszystkim dlatego, że nie prowadziłam żadnego auta od czasu, kiedy dostałam
prawo jazdy.
A
było to ponad rok temu.
Poza
tym dlatego, że był to samochód Anie, nie mój, więc nie chciałam go w jakikolwiek sposób narazić na
uszkodzenia, a na drodze i na parkingu pod szkołą, mogły się przydarzyć różne
„wypadki”.
Cóż,
nawet jeśli moi najwięksi wrogowie skończyli szkołę, nadal mógł się tam znaleźć
ktoś z „pomysłami”.
A
moje obawy dotyczyły również reakcji Lucy, bo byłby to kolejny powód do jej
zazdrości.
Inną
dobrą rzeczą w moim życiu było to, że moja przyjaźń z Jackiem rozkwitła, bo
znaleźliśmy również wspólny język po tym, jak dotarło do mnie, jak bardzo ten
chłopiec był dotykany aktami rasizmu ze względu na jego kolor skóry.
Jack
bowiem był Mulatem.
Chyba
rozumiecie, że ja rozumiałam jego
przeżycia po tym, co działo się ze mną, po tych atakach na mnie w poprzednim
roku szkolnym.
A
na dodatek Jack naprawdę pokochał moją najstarszą siostrę i to też nas łączyło,
zwłaszcza, że oboje doświadczaliśmy złego traktowania ze strony Lucy.
Cóż,
to ostatnie przydarzyło się Jackowi już w pierwszą niedzielę po jego dołączeniu
do rodziny, jaką stworzyli Billy i Anie, po mszy, na którą Anie go zabrała do
naszego rodzinnego kościoła.
Poznaliśmy
„miłosierdzie katolickie” od najgorszej strony.
Kiedy
wyszliśmy i szłam razem z Anie i Jackiem, bo mama została z Ablem, by porozmawiać
z jakimiś znajomymi po tym, jak nasze dawne „przyjaciółki” wypytały osobno mnie
i Anie o Billy’ego, Lucy przewinęła się na tyle niedaleko nas ze swoimi
przyjaciółkami, byśmy usłyszeli wszyscy, jak skomentowała obecność Jacka w
życiu Anie i na mszy słowami Zobaczcie,
jak ta głupia chwali się tym brudasem…
Jakby
była lepsza od Jacka, od Anie i od kogokolwiek innego na świecie.
Jakby
umiała chociażby w połowie tak genialnie
ubierać w słowa myśli i uczucia, jak to robił ten niedoświadczony przecież
dziesięciolatek, a co mogłam przeczytać w tekstach, które czytałam, kiedy
przygotowywaliśmy ulotkę, a potem w gazetce szkolnej, bo Anie wciągnęła go do
jej redakcji.
Mówiłam
- Lucy to podła zdzira.
Ta
podła zdzira ujawniła również kilka
tygodni później swoją podłość w czasie swojego własnego ślubu, kiedy to nie
znalazła honorowego miejsca dla mamy
obok siebie podczas składania im życzeń przed kościołem po ślubie, a potem
jeszcze bardziej, kiedy cynicznie stwierdziła, że nie chcieli mieć małych
dzieci na weselu, więc Abel nie mógł tam pojechać, a co za tym szło, mama też
nie mogła.
Jakbyśmy
wszyscy nie wiedzieli, że były małe
dzieci na ich weselu, chociaż były to dzieci wyłącznie z rodziny Lucasa.
Jak
na to, że to nasz tata zapłacił za
ślub i wesele, było to zagranie poniżej pasa lub jeszcze gorzej.
Zdzira.
Właśnie
teraz wspomnienie tamtego dnia pogorszyło moją frustrację, kiedy przypomniałam
sobie Willa.
Widziałam
go wtedy, jak stał przed kościołem i rozmawiał z Anie.
Nawet
nie spojrzał na mnie, a co dopiero,
żeby podszedł, uśmiechnął się lub pomachał mi z daleka.
Nie istniałam dla niego
- to była moja pierwsza myśl i to bolało.
Ale
później pomyślałam, że przecież chroniliśmy swoją prywatność i oboje, ja
również, nie powiedzieliśmy o swoich spotkaniach nikomu z naszych bliskich ani nawet znajomych.
Więc
nie powinno mnie dziwić to, że udawał, że mnie nie znał, nie zauważał mnie ani
nie spojrzał na mnie.
Tak, na pewno udawał -
pomyślałam wtedy.
A
w białej koszuli, którą miał rozpiętą pod szyją, przez co było widać trochę czarnych
włosów z jego klatki piersiowej, był jeszcze przystojniejszy niż pamiętałam.
Był
gładko ogolony, zadbany, wypoczęty, a na koszulę miał narzuconą jego czarną,
skórzaną kurtkę, co podnosiło jego gorącość o kilkadziesiąt stopni.
Jakby
tego było mało, jego czarne włosy spięte były w kucyk.
Bosko!
Ale
później, po moim czekaniu przez kilka kolejnych dni, Will nadal się nie
odezwał, a mijał już tydzień od
tamtego naszego spotkania na odległość.
Więc
tego wieczoru mogłam co najwyżej powściekać się w samotności, bo nie miałam
szansy na inne odreagowanie moich frustracji.
Kiedy
skończyłam biegać po pokoju, usiadłam przy swoim biurku i po raz kolejny
spróbowałam przenieść z pamięci na karton rysy tej przystojnej twarzy, za którą
tęskniłam.
To
było beznadziejne.
*****
CDN.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń