poniedziałek, 22 maja 2023

2 - Jeden dzień… cała przyszłość… (cz.2)

 

 Rozdział 2

Jeden dzień… cała przyszłość… (cz.2)

*****

Początek lipca…

Szłam właśnie, wdychając rozgrzane do nieomalże czerwoności lipcowe powietrze SLC i czułam się dobrze, a może nawet radośnie.

Nie. Szczęśliwie.

To był dobry dzień.

Wracałam ze spotkania, na którym podpisałam umowę na pracę w formie wolontariatu na ponad miesiąc wakacji, a zacząć miałam w następnym tygodniu.

Wysiadłam z miejskiego autobusu, myśląc o tym, że ta forma transportu odpowiadała mi o wiele bardziej niż autobus szkolny z kilku względów, ale nadal miała swoje wady.

Zaletą było to, że autobusy miejskie miały klimatyzację, a nie było w nich porąbanych, śmierdzących nastolatków z chorymi pomysłami na głupie dowcipy.

Wadą było to, że przystanki autobusowe były daleko od moich celów i musiałam dużo chodzić.

Ale właśnie w tej chwili napawałam się radością z chodzenia, bo aleja przy której mieszkaliśmy obsadzona była dorodnymi drzewami liściastymi po obu stronach asfaltu, co dawało dużo cienia i ochłody, a wszyscy ludzie tu dbali o swoje małe podwórka, jakie mieli przed domami, więc widziałam pięknie zazielenione, skoszone trawniki i liczne rabaty kwiatowe ciągnące się pod oknami domów i wzdłuż chodników doprowadzających do ganków.

Również na werandach wisiało wiele donic z kwiatami, które wylewały się z nich kaskadami kolorów i kołysały się na lekkim wietrze.

Mogłam więc swobodnie pomyśleć.

W pierwszą sobotę po mojej rozmowie z panem Millerem rozmawiałam przez telefon z tatą i miałam niezwykle rzadkie szczęście rozmawiać z nim bez świadków, więc skorzystałam z okazji i szybko opowiedziałam mu o tym, co zaproponował nasz pedagog na moją przyszłość.

- Tatku - powiedziałam po tym, jak przywitałam się, kiedy dostałam do ręki telefon i mówiłam dalej, kiedy mama skinęła mi głową i zabrała Abla do łazienki, bo wylał na siebie całą miseczkę zupy, więc musiała go przebrać - …pan Miller rozmawiał ze mną o moich ocenach.

- Coś dobrego, mój Kwiatuszku? - zapytał tata.

Tak do mnie mówił, kiedy rozmawialiśmy bez świadków, bo dawno temu tata zauważył, że lubiłam tak być nazywana przez ciocię Dottie.

- Tak - odparłam z zawstydzeniem - Może. Nie wiem.

- To mów, córeczko - zachęcił mnie, więc mu powiedziałam.

- Powiedział, że mam A+ z historii i sztuki - paplałam, powiadamiając tatę o czymś, co doskonale wiedział - Że pani Pointer bardzo mnie chwaliła…

- Kwiatuszku - przerwał mi tata, bo nie docierałam ani trochę do właściwego tematu - To wiem. Co nowego?

No, tak, mieliśmy mało czasu na rozmowę.

- Mogę mieć pełne stypendium do college’u - szepnęłam swoją bombę, nie myśląc nad tym dłużej.

- To wspaniale - odpowiedział mój tata z uśmiechem w głosie, więc wiedziałam, że naprawdę się cieszył.

- Jeśli poprawię ocenę z matematyki - dodałam również szeptem.

- To popraw - odparł mój tata lekkim tonem.

- Muszę się zapisać na letni kurs - nadal szeptałam.

- Dobrze, Kwiatuszku - powiedział tata i tym razem wydawało mi się, że miał ochotę się śmiać.

Zamilkłam i zastanawiałam się bardzo krótko czy chciał mnie wyśmiać, czy też raczej cieszył się z tego, co mu powiedziałam, ale tata nie kazał mi czekać.

- Kochanie! - zawołał cicho - Dobrze, że masz tam kogoś, kto zauważył twoje możliwości.

Tata zamilkł, a potem westchnął i w następnych jego słowach nie było słychać ani trochę rozbawienia, ale dały mi o wiele więcej szczęścia.

- Nie mogę być blisko ciebie - powiedział niskim głosem, w którym brzmiał szczery żal - Ja ciebie nie wspieram. Dlatego słuchaj kogoś, kto może to robić. Jeśli chcesz iść kiedyś do college’u, spróbuj. Pomożemy ci. Jeśli potrzebujesz do tego letnich kursów czy cokolwiek innego, weź to.

Wyprostowałam się i spojrzałam za okno, bo do tej pory patrzyłam wyłącznie na swoje kolana, siedząc na kanapie w naszym salonie.

- Tak tatku - powiedziałam już bardziej dźwięcznym tonem - Zapiszę się na kurs z matematyki i z angielskiego, bo pan Miller powiedział, że potrzebuję podnieść oceny z matematyki z nauczyć się pisać esej.

- Dobrze - powiedział łagodnie tata.

- I jeszcze znajdę jakiś wolontariat - dodałam - By dorobić sobie punktów.

- Myślę, że to polubisz - powiedział tata, a ja pomyślałam, że miał rację.

Zrobiłabym to również dla siebie.

Nagle dotarło do mnie jak bardzo mi brakowało tego, by tata był blisko.

Zawsze lepiej mi doradzał niż mama, zawsze mnie bardziej wspierał.

Nie dlatego, że mama tego nie robiła, ale dlatego, bo ona często bardziej myślała o swojej wygodzie, o spokoju w domu i robiła to nawet kosztem naszych potrzeb, mojej i Anie.

A na dodatek bardzo chciałam się do niego przytulić.

W jego ramionach czułam się bezpieczna.

I wtedy też pomyślałam, że tata też tego żałował i tego było mu brak, więc nie odezwałam się na ten temat.

- Tatku… - zaczęłam natomiast z wahaniem - wiesz, że zarabiam i nie wydaję wszystkiego.

- Tak? - powiedział pytająco, krótko tata, ale słyszałam, że nie wiedział, czemu to powiedziałam i obawiał się tego, co miałam do powiedzenia.

Wzięłam głęboki, krótki wdech i postanowiłam mu to wyłożyć.

- Odkładam te pieniądze, bo chciałabym kupić sobie jakiś samochód we wrześniu - wyrzuciłam z siebie, a potem słuchałam ciszy.

Krótko.

- Kwiatuszku - powiedział ostrożnie mój tata - To dobrze, ale porozmawiamy o tym za jakiś czas, okej?

Poczułam się trochę rozczarowana, ale tylko trochę, bo to był jakiś plan, a tata nie powiedział od razu nie.

Potem rozmawiałam z tatą jeszcze tylko przez chwilkę i pożegnałam się ciepło, bo dał mi kolejną rzecz do zaplanowania na przyszłość, ale nie mieliśmy już więcej czasu, skoro do salonu wróciła mama i też chciała z nim porozmawiać.

Właśnie o tym rozmyślałam, idąc naszą ulicą w stronę domu, kiedy zobaczyłam na naszym podjeździe znajomego czarnego pickupa Forda Custom.

Najpierw przystanęłam za zdziwienia w pół kroku, a potem rzuciłam się z radością do drzwi wejściowych.

Poprzednie dni były w naszym domu ciężkie i nieprzyjemne za sprawą Lucy i znoszonych przez nią do domu plotek na temat Anie.

Nie słuchałam tego, bo nigdy nie interesowało mnie, co mówili o nas ludzie, a sama wiedziałam najlepiej, jakie niestworzone rzeczy potrafili wymyślać.

Ale Anie się przejmowała.

Podobnie jak nasza mama, moja najstarsza siostra lubiła w domu spokój, chociaż wolała to osiągać miłością i łagodnością, a nie ustępstwami.

A mama ustępowała Lucy, więc Anie została oddzielona od Abla, którego tak bardzo kochała i przeżywała to.

Kiedy dwa dni wcześniej wróciłam do domu po zajęciach i wizycie u Jo, wszyscy byli w swoich pokojach, a Lucy już wyszła.

Nie ukrywałam przed sobą, że tak to właśnie zaplanowałam.

Chodziłam na zajęcia, a potem do Jo, aby nie przebywać w domu w tym czasie, kiedy była tam moja średnia siostra.

Ale tamtym razem byłam zaniepokojona, bo ani mama z Ablem, ani Anie nie przyszły do kuchni na kolację.

Zapukałam więc do pokoju mamy, wsunęłam tam głowę i dowiedziałam się, że oni już zjedli, a Anie nie wychodziła ze swojego pokoju.

- Tak jest lepiej - powiedziała do mnie mama tak, żeby mały nie usłyszał - Lucy powiedziała, że Hannah nie powinna mieć kontaktu z bratem, więc ona może zjeść teraz, jak go kładę spać. Anie całowała się na naszym podjeździe z jakimś mężczyzną, więc ty też się do niej nie odzywaj. Nie możecie mieć kontaktu z grzesznicą.

Nie rozumiałam tego.

Jak mama w ogóle mogła pomyśleć cokolwiek złego o naszej dobrej, kochającej i troskliwej Anie!

A na dodatek miałam nagle szaloną ochotę na wyjawienie mamie tego, co wiedziałam o „świętej” Lucy.

Więc poszłam do kuchni, zjadłam kolację, ale kiedy Anie nie dołączyła tam do mnie, nałożyłam jej porcję na talerz, podgrzałam i nalałam kawy zbożowej, jaką lubiła, do jej kubka.

Wzięłam to wszystko w ręce i ostrożnie poszłam korytarzem w kierunku pokoju mojej najstarszej siostry.

Tam postawiłam kubek z kawą na płaskiej komodzie, która była niedaleko, zapukałam, a kiedy Anie mi otworzyła, wzięłam kubek i uśmiechnęłam się do smutnej, zatroskanej twarzy mojej kochanej Anie.

- Anie - powiedziałam do niej cichutko, żeby mnie nie wygoniła - Mogę tu z tobą posiedzieć przez chwilę?

- Abi, dziękuję - powiedziała moja siostra, zabierając jednak talerz i kubek z moich rąk - Ale nie powinnaś spędzać ze mną czasu. Będziesz miała nieprzyjemności.

- Mama nic nie wie - wymamrotałam nie patrząc jej w oczy i usłyszałam, że Anie westchnęła - Och, Abi.

Kiedy przeniosłam na nią wzrok, zobaczyłam, że spojrzała na mnie z wyrzutem, ale odsunęła się od drzwi, więc weszłam do jej pokoju.

Anie postawiła talerz i kubek na swoim biurku i natychmiast zabrała się do jedzenia, więc wiedziałam, że była bardzo głodna, a ja w tym czasie usiadłam bokiem na jej łóżku i oparłam się łokciem na materacu, by prawie leżeć i porozmawiać z nią.

Patrzyłam, jak moja najstarsza siostra jadła i mówiłam jej cichym głosem wszystko to, co powinnam była powiedzieć już dużo wcześniej komuś, komukolwiek, bo mi to ciążyło.

O pudełkach, które Lucy trzymała pod łóżkiem i o ich zawartości, a także o tym, co to według mnie znaczyło.

O nocnym wychodzeniu Lucy przez okno i o tym, co według mnie robiła w tym czasie z Lucasem lub kimkolwiek innym.

Ale nie wspomniałam o tym, że Lucy mnie wyzywała i straszyła, bo nie chciałam bardziej martwić mojej siostry.

Mówiłam to wszystko nie po to, żeby nastawić Anie negatywnie do Lucy, bo wiedziałam, że to by mi się nigdy w życiu nie udało.

Anie zawsze potrafiła wyszukać w każdym coś dobrego i to podkreślała, podobnie jak powody złego zachowania różnych osób.

Nie była w stanie myśleć źle o nikim.

Chciałam jej po prostu powiedzieć, że ją wspierałam i byłam gotowa pomóc jej w przejściu przez te trudne dni, przez uderzające w nią pomówienia.

Niestety, przez następne dni nie widywałyśmy się i nie wiedziałam, jak ją wspierać, a po jej minie w czasie tamtej rozmowy, widziałam, że bardzo starała się znaleźć powód dla którego Lucy tak się zachowywała.

Wytłumaczyć ją.

Wybielić.

Nie mogłam jej pomóc.

Ale właśnie wtedy, pickup stojący na naszym podjeździe świadczył o tym, że Anie sama znalazła jakieś rozwiązanie i o tym, że nie była sama.

Miałam prawdopodobnie właśnie wtedy poznać tajemniczego znajomego, którym zajmowała się w czasie jego choroby.

Dlatego prawie biegłam w kierunku naszego domu gnana radością, ale tuż przed drzwiami wejściowymi do domu zwolniłam i zawahałam się.

Obejrzałam się jeszcze raz na Forda, stojącego na naszym podjeździe i zagryzłam wargę, bo dotarło do mnie, że sprawa mogła wyglądać całkiem inaczej.

- A co, jeśli to była po prostu kolejna przysługa, jaką Anie wyświadczała znajomemu? - pomyślałam, bo znałam moją najstarszą siostrę aż za dobrze.

Wzięłaby na siebie kolejne obowiązki, cudze problemy, żeby tylko komuś pomóc, bo była za dobra, zbyt czuła, za bardzo uczynna i troskliwa wobec wszystkich.

A na dodatek w ogóle nie była asertywna.

Martwiłam się o nią i w tym momencie ja czułam się starsza i odpowiedzialna za nią, bo Anie od zawsze tkwiła w swoim wyimaginowanym świecie i nigdy nie dopuszczała do siebie myśli, że ktoś mógłby ją skrzywdzić celowo lub wykorzystać.

Ostatnie dwa dni były w naszym domu naprawdę trudne, nawet dla mnie, chociaż to na Anie skupiały się wszelkie przytyki Lucy i skutki jej ataków słownych, których tak bardzo chciała uniknąć mama.

Tęskniłam za możliwością powiedzenia wszystkiego tacie, bo on poradziłby sobie ze słabością mamy i ukróciłby złośliwości Lucy.

Ale zastosowałam ponownie swoją taktykę przyjmowania jednego dnia na raz i wyciszyłam swoje obawy, że to by trwało.

A teraz miałam nadzieję, że się właśnie skończyło.

Co byłoby dobre, bo ten jeden dzień był dobry.

Wzięłam głęboki wdech, wyjmując jednocześnie klucze z torby, którą miałam jak zwykle przewieszoną na skos przez ramię i brzuch, a potem otworzyłam drzwi i weszłam do domu.

Nie zawołałam „Już jestem”, jak to czasem robiłam, a powiesiłam torbę w korytarzu przy wejściu i przeszłam dalej, starając się, by na mojej twarzy widniał pogodny wyraz z lekkim uśmiechem.

W salonie, o dziwo, nie było nikogo.

Kiedy weszłam głębiej do domu, zobaczyłam ich i mój uśmiech przestał być wymuszony.

Siedzieli we czwórkę w części jadalnej naszego pokoju dziennego przy stole, który był całkowicie zastawiony nie tak, jakby właśnie jedli wczesną kolację, ale jakby mama postanowiła zrobić wystawę wszystkich produktów spożywczych, które miała ukryte w lodówce.

A, uwierzcie mi, było co wystawiać, bo mama lubiła mieć „na wszelki wypadek” w lodówce półprodukty na kilka dań.

Mama siedziała w szczycie stołu, przy jej prawej ręce siedział Abel, którego krzesło miało poduszkę, by sięgał do talerza, a po jej lewej stronie siedziała Anie z mężczyzną.

Młodym mężczyzną, który właśnie wtedy, kiedy weszłam i powiedziałam ogólne „dzień dobry”, wstał i odwrócił się w moją stronę.

Miał nieco przydługie, brązowe, kręcone na końcach włosy, a do tego był ładnie zbudowany, co umiałam docenić, szczupły, wysportowany i dość wysoki, ale najbardziej moją sympatię do niego zjednała jego twarz, albo może jej wyraz.

Miał bowiem lśniące humorem, brązowe oczy, dołeczki w policzkach, które były widoczne, kiedy się lekko uśmiechał, a robił to od pierwszej chwili naszego spotkania.

Czułam się przy nim bezpiecznie i miło.

- To William Brown, Billy - przedstawiła mi go Anie, a mama natychmiast dodała ze swojego miejsca podnieconym głosem - Narzeczony Hannah.

- Miło mi - przywitał się niskim, miłym w brzmieniu głosem i tylko z daleka skinął mi głową, więc też skinęłam swoją, mówiąc - Jestem Abigail, młodsza siostra Hannah - nie powiedziałam Anie, bo mama tak nie powiedziała, a ja chyba byłam w lekkim szoku.

Narzeczony?

Co? Jak? Kiedy?!

Cóż, bez wątpienia Billy był narzeczonym Anie, bo na palcu serdecznym jej lewej ręki zobaczyłam pierścionek na cienkiej złotej obrączce z diamencikiem.

Pierścionek zaręczynowy!

Na te pytania jednak nie było czasu, bo oni już siedzieli przy kolacji, więc poszłam do kuchni, wzięłam dla siebie talerz, sztućce i szklankę napoju, a potem wróciłam do jadalni i usiadłam z nimi.

Kiedy zajmowałam miejsce bok Abla, mama akurat zapytała Billy’ego z nieskrywaną ciekawością w głosie:

- Więc, Billy, kim są twoi rodzice?

Zobaczyłam ze zdziwieniem, że Anie zamarła z przerażeniem w oczach, a potem zawołała do mamy - Czy możesz podać Abi ziemniaki, mamo?

Mama złapała miskę, która stała obok niej, wzięłam ją i zaczęłam sobie nakładać tłuczone ziemniaki, a Anie w tym czasie podniosła się, by podać mi sos i mięso.

Wyglądało na to, że chciała tym zamieszaniem przy stole zapobiec zadawaniu pytań przez mamę.

Potrzebowała tego, więc, chociaż tego nie rozumiałam, dałam jej to, robiąc więcej zamieszania, niż było to potrzebne.

- Opowiedz o swoim rodzeństwie, Billy - poprosiła mama po raz kolejny, a tym razem Anie nie przerywała jej, więc też zajęłam się jedzeniem.

Dowiedzieliśmy się, że Billy miał o wiele młodszego, przyrodniego brata, który mieszkał z ich mamą.

Zarówno Anie jak i Billy opowiadali o tym niewiele, ale ciepło i okazało się, że Anie uczyła Jacka, bo tak miał na imię brat Billy’ego, i w ten sposób Anie i Billy się poznali.

Panikę w oczach Anie zobaczyłam ponownie, jak mama zapytała Billy’ego o jakieś szczegóły z dzieciństwa, więc wtrąciłam się.

- A pamiętasz, Anie… - zapytałam - tą huśtawkę w naszym ogrodzie? - zwróciłam wzrok na Billy’ego, który, o dziwo, był przez cały czas spokojny, chociaż nie wyglądał na zadowolonego - Była to prawie kanapa na łańcuchach, więc mieściłyśmy się tam we trzy, a jak Lucy zechciała się stłoczyć to nawet we cztery - spojrzałam ciepło na Anie - Tata popychał nas, więc bujałyśmy się machając wysoko nogami i śmiałyśmy się jak szalone.

Westchnęłyśmy obie i nagle zamiast radości przeniknął mnie smutek, którego odzwierciedlenie zobaczyłam na twarzy mojej najstarszej żyjącej siostry.

To było szczęście, które utraciłyśmy, kiedy zabrano nam Ewę.

Potem jednak pozbierałyśmy się, by znowu powspominać, a jednocześnie zapobiec wypytywaniu Billy’ego przez mamę, co właśnie, najwyraźniej, próbowała zrobić Anie, a ja jej pomagałam.

- Jak się urodziłeś - skierowałam się do Abla, który siedział obok mnie i patrzył na nas z szeroko otwartymi oczkami - Ewa i Anie siadywały tam z tobą na kolanach, a ja popychałam ławkę.

Anie zaśmiała się cicho i dorzuciła - Ale nie tak mocno.

Z przyjemnością słuchałam tego śmiechu.

Moja kochana, duża siostra ostatnio nie miała zbyt wiele okazji do niego, więc dawno go nie słyszałam.

Potem jednak ze strony mamy padły pytania, na które Billy odpowiedział i wydawało mi się, że zrobił to szczerze, ale Anie przestała się śmiać, a skupiła się na swoim talerzu, jakby nie chciała się wtrącać, a także nie chciała tego słuchać.

Nie mogłam jej pomóc.

A potem nadeszły od strony mamy zauważalnie trudniejsze pytania, które spowodowały nasze napięcie i popsuły atmosferę przy stole.

- Mam małe mieszkanko z jedną sypialnią - wyjawił Billy, odpowiadając na jedno z nich i spojrzał przy tym na Anie, a ja zobaczyłam, że wyraz jej twarzy mówił bardzo wiele i to dobrych rzeczy o tym, że go lubiła, ale nie lubiła wścibstwa mamy, chociaż je rozumiała i spodziewała się go - Ale rozmawialiśmy z Hannah o wynajęciu apartamentu, a potem, jak rodzina nam będzie rosła, o domu.

Billy odpowiadał krótko i konkretnie, ale wtedy nasza mama znowu pokazała, że stawiała to, co mówili inni nad tym, co czuła Anie.

Miałam ochotę ją kopnąć pod stołem, żeby zamilkła.

- Ale, czemu… - zawahała się mama przed dokończeniem kolejnego pytania i to wahanie zrozumiałam, kiedy je usłyszałam - pobieracie się tak nagle? - dokończyła szeptem, a ja zacisnęłam usta i wyprostowałam plecy.

Uch!

Zobaczyłam, że Billy też spoważniał i się napiął.

- Ja… - mama zająknęła się i wreszcie nabrała odwagi, by wyjawić swoją obawę - Lucy ma zaplanowany ślub na wrzesień.

- Wiem - odpowiedział jej Billy - …właśnie dlatego Anie chciała, żebyśmy się pobrali za miesiąc, na początku sierpnia. To nie będzie kolidowało z planami pani następnej córki.

Wyprostowałam się i uśmiechnęłam szczęśliwie.

- Anie! - szepnęłam z radością, bo w ten sposób dowiedziałam się, że Billy naprawdę lubił Anie, a ona wyjawiła mu, jak lubiła, żeby do niej mówiono.

Patrzyłam, jak Billy odwrócił się do mnie, przyjrzał się moim otwartym szeroko oczom i radości, jaka bez wątpienia widniała na mojej twarzy, a potem jego twarz złagodniała.

Lubił to dla Anie.

Niestety, nasza mama nie skończyła.

- Ale… - mówiła z wahaniem - To znaczy. Hmmm. No wiecie… Chyba nie musicie się pobierać? - spytała prawie szeptem, zerkając nerwowo na Abla.

O, Boże!

Jak ona mogła!

Anie była najbardziej godną zaufania, najlepszą osobą, jaką znałam, więc jakiekolwiek posądzenia tego typu były obraźliwe, ale wypowiedziane w ten sposób przez mamę, były po prostu łamiące serce.

- Nie - Billy odpowiedział suchym i stanowczym tonem, więc wiedziałam, że on też nie lubił tego, że Anie musiała to przechodzić w naszym domu.

- Anie myśli o swoich siostrach i o pani - powiedział sztywno i z napięciem w głosie, które świadczyło o tym, jak bardzo  dbał o dobre samopoczucie Anie, a jego następne słowa to potwierdziły - Więc my nie będziemy się spotykali, kiedy ona będzie musiała znosić w domu to, co musiała znosić przez ostatnie dni.

- Brawo, Billy! - zawołałam w myślach i patrzyłam, jak moja siostra nachyliła się do niego wyprostowanym tułowiem, jakby się zachwiała w jego kierunku z oczami utkwionymi w jego twarzy.

- Billy - zaszeptała Anie i mężczyzna spojrzał w jej stronę,  a w jej oczach było tyle uczucia, że westchnęłam z radością.

Moja siostra znalazła to, o czym marzyła od dzieciństwa.

Kochającego, opiekuńczego mężczyznę, z którym stworzy rodzinę.

- Przepraszam, kochanie - Billy mruknął do niej delikatnie, zdjął z kolan serwetkę, rzucił ją na blat stołu obok swojego nakrycia i wstał, by przystanąć obok i popatrzeć przelotnie na mnie - Odprowadzisz mnie do samochodu? - spytał, patrząc z powrotem na Anie, a ona wstała z nim i skinęła głową.

Razem obeszli stół dookoła, bo musieli to zrobić, żeby dotrzeć do otwartego przejścia na korytarz i tam się zatrzymali.

- Do widzenia pani - powiedział sztywno Billy do naszej mamy, a potem niespodziewanie złapał mnie za ramię i cmoknął powietrze obok mojej skroni - Miło było cię poznać, Kwiatuszku - mruknął, a ja to bardzo lubiłam.

Podwójnie.

Po pierwsze, bo lubiłam, że powiedział do mnie Kwiatuszku, a po drugie, bo mama zobaczyła, jak bardzo mu zależało na Anie.

- Cześć, młody - Billy rzucił do Abla, machnąwszy tylko w ręką w jego stronę i widziałam, że bratu to się podobało, bo z entuzjazmem pomachał rączką w jego kierunku.

A potem Billy skierował się do drzwi, ciągnąc Anie ze sobą za rękę.

- Musicie pojechać i zapytać tatę - zawołała za nimi nagle mama, więc zatrzymali się przy wyjściu z salonu, odwrócili, a Billy spojrzał poważnie, ale już mniej zimno na mamę i skinął głową na zgodę.

- Ustawię to - powiedziała jeszcze nasza mama.

A potem oni wyszli za drzwi przed dom, a my obie z mamą poderwałyśmy się z krzeseł, udając, że żadna z nas nie chciała podglądać i podsłuchiwać.

Więc ja poszłam do korytarzyka wejściowego niby po moją torbę, to znaczy właściwie po moją torbę, ale przy okazji po to, by wyjrzeć przez okienko w drzwiach, a mama wzięła w ręce dwa półmiski i poszła do kuchni.

Wiedziałam, że miała zamiar wyglądać przez firankę w tamtym oknie, bo wychodziło na front i było widać stamtąd podjazd.

Nie przejmowałam się nią.

Patrzyłam, jak moja kochana Anie stała w ramionach tego mężczyzny, który miał się nią opiekować, opierała dłonie o ego brzuch i podnosiła twarz, by patrzeć w jego oczy.

Rozmawiali, a ja obserwowałam ich reakcje, a właściwie jego reakcje, bo Anie była zwrócona do mnie tyłem.

Niby był swobodny, niby się uśmiechał, ale widziałam jakiś ostrożny, wycofany rys w jego rysach, jakby nie pokazywał prawdziwego siebie.

Nie martwiłam się o Anie, bo miała intuicję i potrafiła sobie radzić z ludźmi, chociaż bywała nazbyt opiekuńcza i dawała się wykorzystywać do pomocy nawet tym, którzy na to nie zasługiwali.

Nadal miałam wrażenie, że nie zdołam nigdy poznać prawdziwego Billy’ego, jeśli on na to nie pozwoli.

Kiedy o tym myślałam, zobaczyłam, jak Billy przesunął dłoń z ramion Anie na jej kark, pochylił się, ona wspięła się lekko na palce, podniosła głowę jeszcze wyżej i… pocałowali się.

I to jak!

Usłyszałam westchnienie mamy, ale było ono szczęśliwe, więc wiedziałam, że wreszcie zaczęła myśleć o szczęściu mojej najstarszej siostry a nie tylko o własnej wygodzie, o tym, co „ludzie powiedzą” i była szczerze zadowolona, że Anie to miała.

Uśmiechnęłam się więc szeroko, kiedy podskoczyłam z radości, odrywając się od okienka i klaszcząc lekko w dłonie, a potem zakręciłam się, porwałam swoją torbę z wieszaka, pobiegłam do swojego pokoju i rzuciłam ją na swoje łóżko.

Poszłam do łazienki, czego nie zrobiłam po powrocie do domu, zrobiłam to, co potrzebowałam, umyłam ręce, a potem poszłam do kuchni.

Anie właśnie wchodziła do domu, kiedy zobaczyłam, że mama zaczęła już sprzątać ze stołu.

Złapałam dwa półmiski i skierowałam się do kuchni, by odstawić je na blacie, kiedy usłyszałam stamtąd rozmowę Abla z mamą, która chowała resztki do pojemników, by włożyć je do lodówki.

- …bo Billy powiedział, że ma brata - mówił mój brat podekscytowanym tonem czterolatka - I on ma dziesięć lat.

- Jak Jill - dokończył szczęśliwym tonem Abel, patrząc roziskrzonymi oczami wprost na mnie, wchodzącą do kuchni.

Uśmiechnęłam się do niego.

- Chodź, Ab - powiedziałam łagodnie, bo kochałam tego szkraba - ja pozbieram talerze do zmywania, a ty widelce i noże.

- Dobrze - skinął główką, a potem podreptał szybko za mną, kiedy wróciłam do stołu, by sprzątnąć z niego talerze.

- Jak Billy będzie mężem Anie-nianie… - paplał przy tym - to jego brat będzie moim bratem, jak ma Patric. Jego siostra wyszła za takiego, który ma trzech młodszych braci i on mówi, że to są jego bracia, i że razem spędzają święta, i chodzą na wycieczki, i…

Ablowi, na szczęście, na chwilę zabrakło powietrza i przestał paplać, a ja pomyślałam sobie, że mógł się czuć szczęśliwy z powodu posiadania przez Billy’ego młodszego brata i nie dziwiłam mu się.

Świetnie się bawił z Jill, lubił przebywać w przedszkolu i w ogóle był towarzyski, więc paki przyszywany brat bez wątpienia był kimś, kogo oczekiwał.

Ale miałam nadzieję, że mój braciszek nie zawiedzie się.

Nie znałam Jacka, a to mogło oznaczać, że niekoniecznie był chłopcem tolerancyjnym wobec maluchów, jakim był Abel.

Nadal, Abel miał mieć przyszywanego brata.

Ja też.

Wspólnie dokończyliśmy sprzątać jadalnię i kuchnię, a potem rozeszliśmy się do swoich pokoi, skoro ja miałam jeszcze ćwiczenia do przygotowania na następne zajęcia z matematyki, a mama miała spódnicę pani Peperson do przerobienia.

Zanim jednak zabrałam się za moje ćwiczenia, zadzwoniłam do Jo, żeby opowiedzieć mojej przyjaciółce o rozmowie z moim przyszłym szwagrem.

Podzieliłam się z nią swoją radością z tego, że moja najstarsza siostra miała plany na swoją przyszłość i te plany wyglądały na dające jej szczęście.

Jo była z tego równie zadowolona, jak ja.

Pomału i nieśmiało zaczęłam przyjmować to, co mi proponowano.

Nie musiałam mieć wyłącznie jednego dnia na raz.

Mogłam wreszcie mieć całą przyszłość dla siebie.


 

1 komentarz: