Jeden dzień… cała przyszłość… (cz.2)
*****
Początek lipca…
Szłam
właśnie, wdychając rozgrzane do nieomalże czerwoności lipcowe powietrze SLC i
czułam się dobrze, a może nawet radośnie.
Nie.
Szczęśliwie.
To
był dobry dzień.
Wracałam
ze spotkania, na którym podpisałam umowę na pracę w formie wolontariatu na ponad
miesiąc wakacji, a zacząć miałam w następnym tygodniu.
Wysiadłam
z miejskiego autobusu, myśląc o tym, że ta forma transportu odpowiadała mi o
wiele bardziej niż autobus szkolny z kilku względów, ale nadal miała swoje
wady.
Zaletą
było to, że autobusy miejskie miały klimatyzację, a nie było w nich porąbanych,
śmierdzących nastolatków z chorymi pomysłami na głupie dowcipy.
Wadą
było to, że przystanki autobusowe były daleko od moich celów i musiałam dużo
chodzić.
Ale
właśnie w tej chwili napawałam się
radością z chodzenia, bo aleja przy której mieszkaliśmy obsadzona była dorodnymi
drzewami liściastymi po obu stronach asfaltu, co dawało dużo cienia i ochłody,
a wszyscy ludzie tu dbali o swoje małe podwórka, jakie mieli przed domami, więc
widziałam pięknie zazielenione, skoszone trawniki i liczne rabaty kwiatowe
ciągnące się pod oknami domów i wzdłuż chodników doprowadzających do ganków.
Również
na werandach wisiało wiele donic z kwiatami, które wylewały się z nich
kaskadami kolorów i kołysały się na lekkim wietrze.
Mogłam
więc swobodnie pomyśleć.
W
pierwszą sobotę po mojej rozmowie z panem Millerem rozmawiałam przez telefon z
tatą i miałam niezwykle rzadkie szczęście rozmawiać z nim bez świadków, więc skorzystałam
z okazji i szybko opowiedziałam mu o tym, co zaproponował nasz pedagog na moją
przyszłość.
-
Tatku - powiedziałam po tym, jak przywitałam się, kiedy dostałam do ręki
telefon i mówiłam dalej, kiedy mama skinęła mi głową i zabrała Abla do
łazienki, bo wylał na siebie całą miseczkę zupy, więc musiała go przebrać - …pan
Miller rozmawiał ze mną o moich ocenach.
-
Coś dobrego, mój Kwiatuszku? - zapytał tata.
Tak
do mnie mówił, kiedy rozmawialiśmy bez świadków, bo dawno temu tata zauważył,
że lubiłam tak być nazywana przez ciocię Dottie.
-
Tak - odparłam z zawstydzeniem - Może. Nie wiem.
-
To mów, córeczko - zachęcił mnie, więc mu powiedziałam.
-
Powiedział, że mam A+ z historii i sztuki - paplałam, powiadamiając tatę o czymś,
co doskonale wiedział - Że pani Pointer bardzo mnie chwaliła…
-
Kwiatuszku - przerwał mi tata, bo nie docierałam ani trochę do właściwego
tematu - To wiem. Co nowego?
No,
tak, mieliśmy mało czasu na rozmowę.
-
Mogę mieć pełne stypendium do college’u - szepnęłam swoją bombę, nie myśląc nad
tym dłużej.
-
To wspaniale - odpowiedział mój tata z uśmiechem w głosie, więc wiedziałam, że naprawdę się cieszył.
-
Jeśli poprawię ocenę z matematyki - dodałam również szeptem.
-
To popraw - odparł mój tata lekkim tonem.
-
Muszę się zapisać na letni kurs - nadal szeptałam.
-
Dobrze, Kwiatuszku - powiedział tata i tym razem wydawało mi się, że miał
ochotę się śmiać.
Zamilkłam
i zastanawiałam się bardzo krótko czy chciał mnie wyśmiać, czy też raczej
cieszył się z tego, co mu powiedziałam, ale tata nie kazał mi czekać.
-
Kochanie! - zawołał cicho - Dobrze, że masz tam kogoś, kto zauważył twoje
możliwości.
Tata
zamilkł, a potem westchnął i w następnych jego słowach nie było słychać ani
trochę rozbawienia, ale dały mi o wiele więcej szczęścia.
-
Nie mogę być blisko ciebie - powiedział niskim głosem, w którym brzmiał szczery
żal - Ja ciebie nie wspieram. Dlatego
słuchaj kogoś, kto może to robić.
Jeśli chcesz iść kiedyś do college’u, spróbuj.
Pomożemy ci. Jeśli potrzebujesz do tego letnich kursów czy cokolwiek innego, weź to.
Wyprostowałam
się i spojrzałam za okno, bo do tej pory patrzyłam wyłącznie na swoje kolana,
siedząc na kanapie w naszym salonie.
-
Tak tatku - powiedziałam już bardziej dźwięcznym tonem - Zapiszę się na kurs z
matematyki i z angielskiego, bo pan Miller powiedział, że potrzebuję podnieść
oceny z matematyki z nauczyć się pisać esej.
-
Dobrze - powiedział łagodnie tata.
-
I jeszcze znajdę jakiś wolontariat - dodałam - By dorobić sobie punktów.
-
Myślę, że to polubisz - powiedział tata, a ja pomyślałam, że miał rację.
Zrobiłabym
to również dla siebie.
Nagle
dotarło do mnie jak bardzo mi
brakowało tego, by tata był blisko.
Zawsze
lepiej mi doradzał niż mama, zawsze mnie bardziej wspierał.
Nie
dlatego, że mama tego nie robiła, ale dlatego, bo ona często bardziej myślała o
swojej wygodzie, o spokoju w domu i robiła to nawet kosztem naszych potrzeb,
mojej i Anie.
A
na dodatek bardzo chciałam się do niego przytulić.
W
jego ramionach czułam się bezpieczna.
I
wtedy też pomyślałam, że tata też tego żałował i tego było mu brak, więc nie
odezwałam się na ten temat.
-
Tatku… - zaczęłam natomiast z wahaniem - wiesz, że zarabiam i nie wydaję
wszystkiego.
-
Tak? - powiedział pytająco, krótko tata, ale słyszałam, że nie wiedział, czemu
to powiedziałam i obawiał się tego, co miałam do powiedzenia.
Wzięłam
głęboki, krótki wdech i postanowiłam mu to wyłożyć.
-
Odkładam te pieniądze, bo chciałabym kupić sobie jakiś samochód we wrześniu -
wyrzuciłam z siebie, a potem słuchałam ciszy.
Krótko.
-
Kwiatuszku - powiedział ostrożnie mój tata - To dobrze, ale porozmawiamy o tym
za jakiś czas, okej?
Poczułam
się trochę rozczarowana, ale tylko trochę, bo to był jakiś plan, a tata nie
powiedział od razu nie.
Potem
rozmawiałam z tatą jeszcze tylko przez chwilkę i pożegnałam się ciepło, bo dał
mi kolejną rzecz do zaplanowania na przyszłość, ale nie mieliśmy już więcej
czasu, skoro do salonu wróciła mama i też chciała z nim porozmawiać.
Właśnie
o tym rozmyślałam, idąc naszą ulicą w stronę domu, kiedy zobaczyłam na naszym
podjeździe znajomego czarnego pickupa Forda Custom.
Najpierw
przystanęłam za zdziwienia w pół kroku, a potem rzuciłam się z radością do
drzwi wejściowych.
Poprzednie
dni były w naszym domu ciężkie i nieprzyjemne za sprawą Lucy i znoszonych przez
nią do domu plotek na temat Anie.
Nie
słuchałam tego, bo nigdy nie interesowało mnie, co mówili o nas ludzie, a sama
wiedziałam najlepiej, jakie niestworzone rzeczy potrafili wymyślać.
Ale
Anie się przejmowała.
Podobnie
jak nasza mama, moja najstarsza siostra lubiła w domu spokój, chociaż wolała to
osiągać miłością i łagodnością, a nie ustępstwami.
A
mama ustępowała Lucy, więc Anie została oddzielona od Abla, którego tak bardzo
kochała i przeżywała to.
Kiedy
dwa dni wcześniej wróciłam do domu po zajęciach i wizycie u Jo, wszyscy byli w
swoich pokojach, a Lucy już wyszła.
Nie
ukrywałam przed sobą, że tak to właśnie zaplanowałam.
Chodziłam
na zajęcia, a potem do Jo, aby nie przebywać w domu w tym czasie, kiedy była
tam moja średnia siostra.
Ale
tamtym razem byłam zaniepokojona, bo ani mama z Ablem, ani Anie nie przyszły do
kuchni na kolację.
Zapukałam
więc do pokoju mamy, wsunęłam tam głowę i dowiedziałam się, że oni już zjedli,
a Anie nie wychodziła ze swojego pokoju.
-
Tak jest lepiej - powiedziała do mnie mama tak, żeby mały nie usłyszał - Lucy
powiedziała, że Hannah nie powinna mieć kontaktu z bratem, więc ona może zjeść
teraz, jak go kładę spać. Anie całowała się na naszym podjeździe z jakimś
mężczyzną, więc ty też się do niej nie odzywaj. Nie możecie mieć kontaktu z
grzesznicą.
Nie
rozumiałam tego.
Jak
mama w ogóle mogła pomyśleć cokolwiek
złego o naszej dobrej, kochającej i troskliwej Anie!
A
na dodatek miałam nagle szaloną ochotę na wyjawienie mamie tego, co wiedziałam
o „świętej” Lucy.
Więc
poszłam do kuchni, zjadłam kolację, ale kiedy Anie nie dołączyła tam do mnie,
nałożyłam jej porcję na talerz, podgrzałam i nalałam kawy zbożowej, jaką
lubiła, do jej kubka.
Wzięłam
to wszystko w ręce i ostrożnie poszłam korytarzem w kierunku pokoju mojej
najstarszej siostry.
Tam
postawiłam kubek z kawą na płaskiej komodzie, która była niedaleko, zapukałam,
a kiedy Anie mi otworzyła, wzięłam kubek i uśmiechnęłam się do smutnej,
zatroskanej twarzy mojej kochanej Anie.
-
Anie - powiedziałam do niej cichutko, żeby mnie nie wygoniła - Mogę tu z tobą
posiedzieć przez chwilę?
-
Abi, dziękuję - powiedziała moja siostra, zabierając jednak talerz i kubek z moich
rąk - Ale nie powinnaś spędzać ze mną czasu. Będziesz miała nieprzyjemności.
-
Mama nic nie wie - wymamrotałam nie patrząc jej w oczy i usłyszałam, że Anie westchnęła
- Och, Abi.
Kiedy
przeniosłam na nią wzrok, zobaczyłam, że spojrzała na mnie z wyrzutem, ale
odsunęła się od drzwi, więc weszłam do jej pokoju.
Anie
postawiła talerz i kubek na swoim biurku i natychmiast zabrała się do jedzenia,
więc wiedziałam, że była bardzo głodna, a ja w tym czasie usiadłam bokiem na
jej łóżku i oparłam się łokciem na materacu, by prawie leżeć i porozmawiać z
nią.
Patrzyłam,
jak moja najstarsza siostra jadła i mówiłam jej cichym głosem wszystko to, co
powinnam była powiedzieć już dużo
wcześniej komuś, komukolwiek, bo mi
to ciążyło.
O
pudełkach, które Lucy trzymała pod łóżkiem i o ich zawartości, a także o tym,
co to według mnie znaczyło.
O
nocnym wychodzeniu Lucy przez okno i o tym, co według mnie robiła w tym czasie
z Lucasem lub kimkolwiek innym.
Ale
nie wspomniałam o tym, że Lucy mnie wyzywała i straszyła, bo nie chciałam
bardziej martwić mojej siostry.
Mówiłam
to wszystko nie po to, żeby nastawić Anie negatywnie do Lucy, bo wiedziałam, że
to by mi się nigdy w życiu nie udało.
Anie
zawsze potrafiła wyszukać w każdym coś dobrego i to podkreślała, podobnie jak
powody złego zachowania różnych osób.
Nie
była w stanie myśleć źle o nikim.
Chciałam
jej po prostu powiedzieć, że ją wspierałam i byłam gotowa pomóc jej w przejściu
przez te trudne dni, przez uderzające w nią pomówienia.
Niestety,
przez następne dni nie widywałyśmy się i nie wiedziałam, jak ją wspierać, a po
jej minie w czasie tamtej rozmowy, widziałam, że bardzo starała się znaleźć
powód dla którego Lucy tak się zachowywała.
Wytłumaczyć
ją.
Wybielić.
Nie
mogłam jej pomóc.
Ale
właśnie wtedy, pickup stojący na naszym podjeździe świadczył o tym, że Anie
sama znalazła jakieś rozwiązanie i o tym, że nie była sama.
Miałam
prawdopodobnie właśnie wtedy poznać tajemniczego znajomego, którym zajmowała
się w czasie jego choroby.
Dlatego
prawie biegłam w kierunku naszego domu gnana radością, ale tuż przed drzwiami
wejściowymi do domu zwolniłam i zawahałam się.
Obejrzałam
się jeszcze raz na Forda, stojącego na naszym podjeździe i zagryzłam wargę, bo
dotarło do mnie, że sprawa mogła wyglądać całkiem inaczej.
- A co, jeśli to była po
prostu kolejna przysługa, jaką Anie wyświadczała znajomemu?
- pomyślałam, bo znałam moją najstarszą siostrę aż za dobrze.
Wzięłaby
na siebie kolejne obowiązki, cudze problemy, żeby tylko komuś pomóc, bo była za
dobra, zbyt czuła, za bardzo uczynna i troskliwa wobec wszystkich.
A
na dodatek w ogóle nie była asertywna.
Martwiłam
się o nią i w tym momencie ja czułam
się starsza i odpowiedzialna za nią,
bo Anie od zawsze tkwiła w swoim wyimaginowanym świecie i nigdy nie dopuszczała
do siebie myśli, że ktoś mógłby ją skrzywdzić celowo lub wykorzystać.
Ostatnie
dwa dni były w naszym domu naprawdę trudne, nawet dla mnie, chociaż to na Anie
skupiały się wszelkie przytyki Lucy i skutki jej ataków słownych, których tak
bardzo chciała uniknąć mama.
Tęskniłam
za możliwością powiedzenia wszystkiego tacie, bo on poradziłby sobie ze
słabością mamy i ukróciłby złośliwości Lucy.
Ale
zastosowałam ponownie swoją taktykę przyjmowania jednego dnia na raz i
wyciszyłam swoje obawy, że to by trwało.
A
teraz miałam nadzieję, że się właśnie skończyło.
Co
byłoby dobre, bo ten jeden dzień był dobry.
Wzięłam
głęboki wdech, wyjmując jednocześnie klucze z torby, którą miałam jak zwykle
przewieszoną na skos przez ramię i brzuch, a potem otworzyłam drzwi i weszłam
do domu.
Nie
zawołałam „Już jestem”, jak to czasem robiłam, a powiesiłam torbę w korytarzu
przy wejściu i przeszłam dalej, starając się, by na mojej twarzy widniał
pogodny wyraz z lekkim uśmiechem.
W
salonie, o dziwo, nie było nikogo.
Kiedy
weszłam głębiej do domu, zobaczyłam ich i mój uśmiech przestał być wymuszony.
Siedzieli
we czwórkę w części jadalnej naszego pokoju dziennego przy stole, który był
całkowicie zastawiony nie tak, jakby właśnie jedli wczesną kolację, ale jakby
mama postanowiła zrobić wystawę wszystkich
produktów spożywczych, które miała ukryte w lodówce.
A,
uwierzcie mi, było co wystawiać, bo
mama lubiła mieć „na wszelki wypadek” w lodówce półprodukty na kilka dań.
Mama
siedziała w szczycie stołu, przy jej prawej ręce siedział Abel, którego krzesło
miało poduszkę, by sięgał do talerza, a po jej lewej stronie siedziała Anie z
mężczyzną.
Młodym
mężczyzną, który właśnie wtedy, kiedy weszłam i powiedziałam ogólne „dzień
dobry”, wstał i odwrócił się w moją stronę.
Miał
nieco przydługie, brązowe, kręcone na końcach włosy, a do tego był ładnie
zbudowany, co umiałam docenić, szczupły, wysportowany i dość wysoki, ale
najbardziej moją sympatię do niego zjednała jego twarz, albo może jej wyraz.
Miał
bowiem lśniące humorem, brązowe oczy, dołeczki w policzkach, które były
widoczne, kiedy się lekko uśmiechał, a robił to od pierwszej chwili naszego
spotkania.
Czułam
się przy nim bezpiecznie i miło.
-
To William Brown, Billy - przedstawiła
mi go Anie, a mama natychmiast dodała ze swojego miejsca podnieconym głosem - Narzeczony Hannah.
-
Miło mi - przywitał się niskim, miłym w brzmieniu głosem i tylko z daleka skinął
mi głową, więc też skinęłam swoją, mówiąc - Jestem Abigail, młodsza siostra
Hannah - nie powiedziałam Anie, bo
mama tak nie powiedziała, a ja chyba byłam w lekkim szoku.
Narzeczony?
Co?
Jak? Kiedy?!
Cóż,
bez wątpienia Billy był narzeczonym
Anie, bo na palcu serdecznym jej lewej ręki zobaczyłam pierścionek na cienkiej
złotej obrączce z diamencikiem.
Pierścionek
zaręczynowy!
Na
te pytania jednak nie było czasu, bo oni już siedzieli przy kolacji, więc
poszłam do kuchni, wzięłam dla siebie talerz, sztućce i szklankę napoju, a
potem wróciłam do jadalni i usiadłam z nimi.
Kiedy
zajmowałam miejsce bok Abla, mama akurat zapytała Billy’ego z nieskrywaną
ciekawością w głosie:
-
Więc, Billy, kim są twoi rodzice?
Zobaczyłam
ze zdziwieniem, że Anie zamarła z przerażeniem w oczach, a potem zawołała do
mamy - Czy możesz podać Abi ziemniaki, mamo?
Mama
złapała miskę, która stała obok niej, wzięłam ją i zaczęłam sobie nakładać
tłuczone ziemniaki, a Anie w tym czasie podniosła się, by podać mi sos i mięso.
Wyglądało
na to, że chciała tym zamieszaniem przy stole zapobiec zadawaniu pytań przez
mamę.
Potrzebowała
tego, więc, chociaż tego nie rozumiałam, dałam jej to, robiąc więcej
zamieszania, niż było to potrzebne.
-
Opowiedz o swoim rodzeństwie, Billy - poprosiła mama po raz kolejny, a tym
razem Anie nie przerywała jej, więc też zajęłam się jedzeniem.
Dowiedzieliśmy
się, że Billy miał o wiele młodszego, przyrodniego brata, który mieszkał z ich
mamą.
Zarówno
Anie jak i Billy opowiadali o tym niewiele, ale ciepło i okazało się, że Anie
uczyła Jacka, bo tak miał na imię brat Billy’ego, i w ten sposób Anie i Billy
się poznali.
Panikę
w oczach Anie zobaczyłam ponownie, jak mama zapytała Billy’ego o jakieś
szczegóły z dzieciństwa, więc wtrąciłam się.
-
A pamiętasz, Anie… - zapytałam - tą huśtawkę w naszym ogrodzie? - zwróciłam
wzrok na Billy’ego, który, o dziwo, był przez cały czas spokojny, chociaż nie
wyglądał na zadowolonego - Była to prawie kanapa na łańcuchach, więc
mieściłyśmy się tam we trzy, a jak Lucy zechciała się stłoczyć to nawet we
cztery - spojrzałam ciepło na Anie - Tata popychał nas, więc bujałyśmy się
machając wysoko nogami i śmiałyśmy się jak szalone.
Westchnęłyśmy
obie i nagle zamiast radości przeniknął mnie smutek, którego odzwierciedlenie zobaczyłam
na twarzy mojej najstarszej żyjącej siostry.
To
było szczęście, które utraciłyśmy, kiedy zabrano nam Ewę.
Potem
jednak pozbierałyśmy się, by znowu powspominać, a jednocześnie zapobiec
wypytywaniu Billy’ego przez mamę, co właśnie, najwyraźniej, próbowała zrobić
Anie, a ja jej pomagałam.
-
Jak się urodziłeś - skierowałam się do Abla, który siedział obok mnie i patrzył
na nas z szeroko otwartymi oczkami - Ewa i Anie siadywały tam z tobą na
kolanach, a ja popychałam ławkę.
Anie
zaśmiała się cicho i dorzuciła - Ale nie tak mocno.
Z
przyjemnością słuchałam tego śmiechu.
Moja
kochana, duża siostra ostatnio nie miała zbyt wiele okazji do niego, więc dawno
go nie słyszałam.
Potem
jednak ze strony mamy padły pytania, na które Billy odpowiedział i wydawało mi
się, że zrobił to szczerze, ale Anie przestała się śmiać, a skupiła się na
swoim talerzu, jakby nie chciała się wtrącać, a także nie chciała tego słuchać.
Nie
mogłam jej pomóc.
A
potem nadeszły od strony mamy zauważalnie trudniejsze pytania, które spowodowały
nasze napięcie i popsuły atmosferę przy stole.
-
Mam małe mieszkanko z jedną sypialnią - wyjawił Billy, odpowiadając na jedno z
nich i spojrzał przy tym na Anie, a ja zobaczyłam, że wyraz jej twarzy mówił
bardzo wiele i to dobrych rzeczy o tym, że go lubiła, ale nie lubiła wścibstwa
mamy, chociaż je rozumiała i spodziewała się go - Ale rozmawialiśmy z Hannah o
wynajęciu apartamentu, a potem, jak rodzina nam będzie rosła, o domu.
Billy
odpowiadał krótko i konkretnie, ale wtedy nasza mama znowu pokazała, że
stawiała to, co mówili inni nad tym, co czuła Anie.
Miałam
ochotę ją kopnąć pod stołem, żeby zamilkła.
-
Ale, czemu… - zawahała się mama przed dokończeniem kolejnego pytania i to
wahanie zrozumiałam, kiedy je usłyszałam - pobieracie się tak nagle? - dokończyła szeptem, a ja
zacisnęłam usta i wyprostowałam plecy.
Uch!
Zobaczyłam,
że Billy też spoważniał i się napiął.
-
Ja… - mama zająknęła się i wreszcie nabrała odwagi, by wyjawić swoją obawę -
Lucy ma zaplanowany ślub na wrzesień.
-
Wiem - odpowiedział jej Billy - …właśnie dlatego
Anie chciała, żebyśmy się pobrali za miesiąc, na początku sierpnia. To nie
będzie kolidowało z planami pani następnej córki.
Wyprostowałam
się i uśmiechnęłam szczęśliwie.
-
Anie! - szepnęłam z radością, bo w
ten sposób dowiedziałam się, że Billy naprawdę
lubił Anie, a ona wyjawiła mu, jak lubiła, żeby do niej mówiono.
Patrzyłam,
jak Billy odwrócił się do mnie, przyjrzał się moim otwartym szeroko oczom i
radości, jaka bez wątpienia widniała na mojej twarzy, a potem jego twarz
złagodniała.
Lubił
to dla Anie.
Niestety,
nasza mama nie skończyła.
-
Ale… - mówiła z wahaniem - To znaczy. Hmmm.
No wiecie… Chyba nie musicie się
pobierać? - spytała prawie szeptem, zerkając nerwowo na Abla.
O,
Boże!
Jak
ona mogła!
Anie
była najbardziej godną zaufania, najlepszą osobą, jaką znałam, więc
jakiekolwiek posądzenia tego typu były obraźliwe, ale wypowiedziane w ten
sposób przez mamę, były po prostu łamiące serce.
-
Nie - Billy odpowiedział suchym i stanowczym tonem, więc wiedziałam, że on też
nie lubił tego, że Anie musiała to przechodzić w naszym domu.
-
Anie myśli o swoich siostrach i o pani - powiedział sztywno i z napięciem w
głosie, które świadczyło o tym, jak bardzo
dbał o dobre samopoczucie Anie, a jego następne słowa to potwierdziły -
Więc my nie będziemy się spotykali, kiedy ona będzie musiała znosić w domu to,
co musiała znosić przez ostatnie dni.
- Brawo, Billy!
- zawołałam w myślach i patrzyłam, jak moja siostra nachyliła się do niego
wyprostowanym tułowiem, jakby się zachwiała w jego kierunku z oczami utkwionymi
w jego twarzy.
-
Billy - zaszeptała Anie i mężczyzna spojrzał w jej stronę, a w jej oczach było tyle uczucia, że
westchnęłam z radością.
Moja
siostra znalazła to, o czym marzyła od dzieciństwa.
Kochającego,
opiekuńczego mężczyznę, z którym stworzy rodzinę.
-
Przepraszam, kochanie - Billy mruknął do niej delikatnie, zdjął z kolan
serwetkę, rzucił ją na blat stołu obok swojego nakrycia i wstał, by przystanąć
obok i popatrzeć przelotnie na mnie - Odprowadzisz mnie do samochodu? - spytał,
patrząc z powrotem na Anie, a ona wstała z nim i skinęła głową.
Razem
obeszli stół dookoła, bo musieli to zrobić, żeby dotrzeć do otwartego przejścia
na korytarz i tam się zatrzymali.
-
Do widzenia pani - powiedział sztywno
Billy do naszej mamy, a potem niespodziewanie złapał mnie za ramię i cmoknął
powietrze obok mojej skroni - Miło było cię poznać, Kwiatuszku - mruknął, a ja
to bardzo lubiłam.
Podwójnie.
Po
pierwsze, bo lubiłam, że powiedział do mnie Kwiatuszku,
a po drugie, bo mama zobaczyła, jak bardzo mu zależało na Anie.
-
Cześć, młody - Billy rzucił do Abla, machnąwszy tylko w ręką w jego stronę i widziałam,
że bratu to się podobało, bo z entuzjazmem pomachał rączką w jego kierunku.
A
potem Billy skierował się do drzwi, ciągnąc Anie ze sobą za rękę.
-
Musicie pojechać i zapytać tatę - zawołała za nimi nagle mama, więc zatrzymali
się przy wyjściu z salonu, odwrócili, a Billy spojrzał poważnie, ale już mniej
zimno na mamę i skinął głową na zgodę.
-
Ustawię to - powiedziała jeszcze nasza mama.
A
potem oni wyszli za drzwi przed dom, a my obie z mamą poderwałyśmy się z
krzeseł, udając, że żadna z nas nie chciała podglądać i podsłuchiwać.
Więc
ja poszłam do korytarzyka wejściowego niby po moją torbę, to znaczy właściwie po moją torbę, ale przy okazji po to, by
wyjrzeć przez okienko w drzwiach, a mama wzięła w ręce dwa półmiski i poszła do
kuchni.
Wiedziałam,
że miała zamiar wyglądać przez firankę w tamtym oknie, bo wychodziło na front i
było widać stamtąd podjazd.
Nie
przejmowałam się nią.
Patrzyłam,
jak moja kochana Anie stała w ramionach tego mężczyzny, który miał się nią
opiekować, opierała dłonie o ego brzuch i podnosiła twarz, by patrzeć w jego
oczy.
Rozmawiali,
a ja obserwowałam ich reakcje, a właściwie jego
reakcje, bo Anie była zwrócona do mnie tyłem.
Niby
był swobodny, niby się uśmiechał, ale widziałam jakiś ostrożny, wycofany rys w
jego rysach, jakby nie pokazywał prawdziwego siebie.
Nie
martwiłam się o Anie, bo miała intuicję i potrafiła sobie radzić z ludźmi,
chociaż bywała nazbyt opiekuńcza i dawała się wykorzystywać do pomocy nawet
tym, którzy na to nie zasługiwali.
Nadal
miałam wrażenie, że nie zdołam nigdy poznać prawdziwego Billy’ego, jeśli on na
to nie pozwoli.
Kiedy
o tym myślałam, zobaczyłam, jak Billy przesunął dłoń z ramion Anie na jej kark,
pochylił się, ona wspięła się lekko na palce, podniosła głowę jeszcze wyżej i…
pocałowali się.
I
to jak!
Usłyszałam
westchnienie mamy, ale było ono szczęśliwe, więc wiedziałam, że wreszcie
zaczęła myśleć o szczęściu mojej najstarszej siostry a nie tylko o własnej
wygodzie, o tym, co „ludzie powiedzą” i była szczerze zadowolona, że Anie to
miała.
Uśmiechnęłam
się więc szeroko, kiedy podskoczyłam z radości, odrywając się od okienka i
klaszcząc lekko w dłonie, a potem zakręciłam się, porwałam swoją torbę z
wieszaka, pobiegłam do swojego pokoju i rzuciłam ją na swoje łóżko.
Poszłam
do łazienki, czego nie zrobiłam po powrocie do domu, zrobiłam to, co
potrzebowałam, umyłam ręce, a potem poszłam do kuchni.
Anie
właśnie wchodziła do domu, kiedy zobaczyłam, że mama zaczęła już sprzątać ze
stołu.
Złapałam
dwa półmiski i skierowałam się do kuchni, by odstawić je na blacie, kiedy
usłyszałam stamtąd rozmowę Abla z mamą, która chowała resztki do pojemników, by
włożyć je do lodówki.
-
…bo Billy powiedział, że ma brata - mówił mój brat podekscytowanym tonem
czterolatka - I on ma dziesięć lat.
-
Jak Jill - dokończył szczęśliwym tonem Abel, patrząc roziskrzonymi oczami
wprost na mnie, wchodzącą do kuchni.
Uśmiechnęłam
się do niego.
-
Chodź, Ab - powiedziałam łagodnie, bo kochałam tego szkraba - ja pozbieram
talerze do zmywania, a ty widelce i noże.
-
Dobrze - skinął główką, a potem podreptał szybko za mną, kiedy wróciłam do
stołu, by sprzątnąć z niego talerze.
-
Jak Billy będzie mężem Anie-nianie… - paplał przy tym - to jego brat będzie
moim bratem, jak ma Patric. Jego siostra wyszła za takiego, który ma trzech
młodszych braci i on mówi, że to są jego bracia, i że razem spędzają święta, i
chodzą na wycieczki, i…
Ablowi,
na szczęście, na chwilę zabrakło powietrza i przestał paplać, a ja pomyślałam
sobie, że mógł się czuć szczęśliwy z
powodu posiadania przez Billy’ego młodszego brata i nie dziwiłam mu się.
Świetnie
się bawił z Jill, lubił przebywać w przedszkolu i w ogóle był towarzyski, więc
paki przyszywany brat bez wątpienia był kimś, kogo oczekiwał.
Ale
miałam nadzieję, że mój braciszek nie zawiedzie się.
Nie
znałam Jacka, a to mogło oznaczać, że niekoniecznie był chłopcem tolerancyjnym
wobec maluchów, jakim był Abel.
Nadal,
Abel miał mieć przyszywanego brata.
Ja
też.
Wspólnie
dokończyliśmy sprzątać jadalnię i kuchnię, a potem rozeszliśmy się do swoich
pokoi, skoro ja miałam jeszcze ćwiczenia do przygotowania na następne zajęcia z
matematyki, a mama miała spódnicę pani Peperson do przerobienia.
Zanim
jednak zabrałam się za moje ćwiczenia, zadzwoniłam do Jo, żeby opowiedzieć
mojej przyjaciółce o rozmowie z moim przyszłym szwagrem.
Podzieliłam
się z nią swoją radością z tego, że moja najstarsza siostra miała plany na
swoją przyszłość i te plany wyglądały na dające jej szczęście.
Jo
była z tego równie zadowolona, jak ja.
Pomału
i nieśmiało zaczęłam przyjmować to, co mi proponowano.
Nie
musiałam mieć wyłącznie jednego dnia na raz.
Mogłam
wreszcie mieć całą przyszłość dla siebie.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń