Rozdział 12
Po prostu żyj (cz.1)
Abigail
Trzy tygodnie później
Siedziałam
na wysokim stołku barowym, hokerze, przy ladzie baru w klubie Piwnica, do którego trafiłam na
zaproszenie Anie.
Miejsce
było niesamowite, klimatyczne, jedyne w swoim rodzaju, ale nadal sprzedawali tu
alkohol, a ja nie miałam ukończonych dwudziestu jeden lat.
Dlatego
czułam się niezbyt pewnie i nie rozglądałam się.
Jeszcze
nie wiedziałam, dlaczego moja siostra, taka starsza
i taka odpowiedzialna, chciała, żebym
tu była akurat tego wieczoru o tej godzinie.
Miałam
wypełniony każdy dzień.
Uczestniczyłam
we wszystkich zajęciach tak, jak to robiłam od początku roku szkolnego, powoli
nadrabiając tydzień zaległości, jakie mi się zrobiły w związku z przejściami z
Lucy i Lucasem.
Teraz
już nadchodziło kolejne Thanksgiving, które mieliśmy spędzić w domu naszej mamy
tylko z rodziną Anie i przygotowywałyśmy świąteczny obiad we trzy: mama, Anie i
ja.
Will
nie odezwał się do mnie ani razu od czasu, kiedy pożegnał mnie strasznie oficjalnie, przy jego współpracownikach
i przy Davidzie i jego kumplach, słowami - Do zobaczenia, Abigail.
Tym
razem akcent w moim imieniu był na środkową sylabę, jak mówili wszyscy i
brzmiało to strasznie sucho, obco,
ale powstrzymałam wzdrygnięcie.
Byłam
na to trochę przygotowana, skoro wcześniej, u Anie w domu, zachowanie Willa mocno
mnie zaniepokoiło, bo był rozkojarzony i nie uważał podczas rozmowy, a kiedy
zauważył, że to spostrzegliśmy, zrobił głupstwo, które nie wynikało wyłącznie z
tego, że nie umiał prawidłowo ocenić relacji międzyludzkich.
Po
prostu chciał odciągnąć uwagę od siebie.
-
Lucy jest w ciąży - wypalił nagle bez powiązania z naszą poprzednią rozmową,
więc wiedziałam, że jej nie śledził.
-
Co? - zachłysnęła się Anie.
-
Dwunasty tydzień - stwierdził Will dziwnie suchym, nieobecnym tonem -
Potwierdzone.
Kiedy
Anie zatrzęsła się obok Billy’ego, a potem nagle zaczęła się podnosić, miałam
ochotę podejść do Willa i potrząsnąć nim, a najlepiej, kopnąć go w kostkę, bo przecież wszyscy wiedzieliśmy, że dokładnie w tym tygodniu ciąży byłaby
moja siostra, gdyby nie poroniła.
Oznaczało
to również tyle, że Lucy zaszła w ciążę na miesiąc przed własnym ślubem, czyli
wtedy, kiedy to Anie wychodziła za Billy’ego.
Gdzieś
w okolicy ich nocy poślubnej.
-
Przepraszam - wymamrotała Anie i uciekła, a ja zerwałam się z fotela, w którym
siedziałam obok Willa i natychmiast pobiegłam za nią.
Anie
nie biegła, ale szła szybkim krokiem w kierunku pokoju dla gości, więc i ja się
tam udałam, by sprawdzić, czy mogłam ją jakoś wesprzeć, pocieszyć, chociaż nie
wiedziałam jak.
Zatrzymała
się tuż za progiem, rozejrzała się nieprzytomnie, spojrzała na mnie i
wymamrotała - Ja zaraz… Ja tylko…
-
Już dobrze, kochanie - szepnęłam, podchodząc bliżej.
Nadal
rozglądała się po pokoju półprzytomnym wzrokiem.
-
Anie - zawołałam, a ona odwróciła się do mnie przodem i wreszcie westchnęła
cicho, opuszczając ręce luźno wzdłuż ciała.
A
potem pozbierała się i znowu, jak zwykle, zaczęła myśleć o innych, zamiast myśleć
o sobie.
-
On nie chciał - poinformowała mnie o czymś, o czym wiedziałam - Nie jest zły i
nie zrobił tego celowo. Po prostu coś go dręczy.
-
Wiem, kochanie - powiedziałam cicho i podeszłam bardzo blisko niej, by
pogłaskać delikatnie jej ramię - Chcesz porozmawiać…
-
Nie! - przerwała mi stanowczo moja
starsza, mądra i dobra siostra, po czym przełknęła i dodała - Idź do nich.
Zaraz tam przyjdę. Wejdę tylko do kuchni…
-
Dobrze, kochanie - powiedziałam łagodnie, ale wiedziałam, że Anie najbardziej
potrzebowała spokoju i swojego męża, a ja bardzo potrzebowałam porozmawiać z
Willem.
Wróciłam
więc do salonu i, najszybciej jak tylko mogłam, zabrałam Willa stamtąd, by
zawiózł mnie z powrotem, aczkolwiek nie spieszyło mi się do domu.
Cóż,
porozmawianie z nim nie do końca mi się udało.
Kiedy
jechaliśmy z powrotem do domu mojej mamy, Will zatrzymał się Harleyem na
parkingu w środku miasta i kilkoma zdaniami zmienił naszą „umowę” co do tych
trzech lat przerwy, którą mu zaproponowałam.
Zsiedliśmy
tam z motocykla, zdjęliśmy kaski i Will nie odwrócił się do mnie przodem od
razu, ale stał przez chwilę ze zwieszonymi ramionami.
Wyglądał
na złamanego, pokonanego i przestraszyłam się tego, więc położyłam mu lekko
dłoń na ramieniu i patrzyłam zmartwionym wzrokiem, jak strasznie powoli odwracał się w moją stronę.
Domyśliłam
się, że dręczyło go to, co robiliśmy i co powiedzieliśmy sobie w ciągu kilku
ostatnich dni i dlatego był taki zamyślony przez ten cały czas.
Serce
mnie rozbolało, bo zrozumiałam też, że będzie mnie chciał chronić przed sobą, a
ja nie miałam już więcej argumentów, by z nim walczyć.
Chociaż
wiedziałam, że miałam rację.
-
Abi - powiedział, podnosząc obie ręce, by objąć dłońmi moją twarz - Obiecaj mi,
że przez te trzy lata będziesz żyła swoim życiem - kontynuował, kiedy już mnie
trzymał tak, jak trzymał i przesuwał delikatnie kciukami po moich policzkach, przybliżając
swoją twarz do mojej tak, że nasze usta dzieliły tylko centymetry - Że nie będziesz czekała specjalnie na mnie.
-
Co? - zachłysnęłam się powietrzem, bo to było dokładnie to, czego się obawiałam
- Ja…
-
Nie, Abi - przerwał mi stanowczo,
chociaż w jego oczach czaił się ból i… strach?
- Nie chcę przeczyć temu, co mówiłaś. Możemy mieć te trzy lata. Po prostu chcę mieć
pewność, że nie będziesz zmuszała się do czekania. Chcę, żebyś żyła. Nie tylko była.
Wtedy
dotarło do mnie, że bał się, ten mądry, wspaniały mężczyzna bał się, że zabierze mi życie i nie rozumiał, że bez niego nie miałam życia.
Bał
się jednak tak bardzo, że on nie miałby spokoju, myśląc o tym, że czekałam
przez te dwa, trzy lata na niego i nie żyłam.
Musiałam
mu to dać.
Musiałam
mu dać ukojenie i spokój, by przetrwał te lata i wrócił do mnie, bo wierzyłam,
że mnie kochał i że wróci.
Przełknęłam
ślinę i podjęłam decyzję.
-
Dobrze - powiedziałam, a moje ciche, krótkie słowo wywołało rozluźnienie w jego
postawie, więc wiedziałam, że sądził, że się łatwo poddałam - Jeśli ty mi też
coś obiecasz - dodałam szybko i zobaczyłam mroczny błysk w jego oczach - Obiecaj
mi, że przyjedziesz tu najpóźniej za
trzy lata - podniosłam ręce, by objąć jego nadgarstki, kiedy jego dłonie nadal
obejmowały moją twarz - Nawet jakbyś sądził, że poszłam dalej. Nawet jak ty pójdziesz dalej. Przyjedź i
porozmawiaj ze mną. Przekonajmy się oboje. Dajmy sobie prawdę.
Will
nie odzywał się przez dłuższą chwilę, przestał patrzeć mi w oczy i odsunął się
trochę, na co nagle poczułam ogarniającą mnie złość.
W
moich myślach pojawiło się nagle - Will nie
wierzył we mnie, w moją miłość, w
moją stałość.
A
może - uciekał przed tym, co mieliśmy.
Tchórz.
Zacisnęłam
usta i moja szczęka stwardniała, kiedy zaczęłam odwracać od niego twarz,
wysuwając ją z jego dłoni.
-
Abi - mruknął i zacisnął ręce na moich policzkach - Dobrze.
Skinęłam
głową, ale smutek, rozgoryczenie, rozczarowanie i złość zdążyły mnie opanować
tak mocno, że nagle poczułam tak rzadkie u mnie, a tak bardzo niechciane w tym
momencie… łzy.
A
na dodatek poczułam wstyd, że pomyślałam o nim tak źle.
Will
przesunął ręce tak, że obejmowały moje ramiona, by przycisnąć mnie do jego
klatki piersiowej.
Moje
ręce same z siebie uniosły się i objęły boki jego żeber, chociaż nie chciałam
tego robić.
-
Dobrze. Przyjadę - mamrotał w czubek mojej głowy - Obiecuję. Chcę, żebyś była szczęśliwa. Dlatego żyj i ciesz się tym. Ciesz się każdą chwilą. Żyj odważnie, żyj
dobrze, po prostu żyj.
Początkowo
spięłam się, bo nie sądziłam, żeby Will zdawał sobie z tego sprawę, ale właśnie
zacytował Willa Traynora z Zanim się
pojawiłeś Jojo Moyes, a tamten Will żegnał się z Lou Clark na zawsze, bo umierał.
A
potem przyszło mi do głowy, że to był przypadek, bo mój Will by mnie nie okłamał, przyjedzie, skoro tak obiecał,
dlatego ponownie skinęłam głową przy jego kurtce i uspokoiłam się.
- Jeden dzień na raz, Abi
- przypomniałam sobie moją mantrę sprzed lat - dasz radę, poczekasz, przeżyjesz i będzie dobrze.
A
potem Will odszedł.
A
ja żyłam, spotykałam się z ludźmi, chociaż nie potrafiłam cieszyć się wszystkim
w pełni, bo wciąż myślałam o tym, jak cudownie byłoby to wszystko dzielić z
Willem.
Ostatnio
byłyśmy we dwie z Anie u znajomego fryzjera, by zrobił jej prawdziwą fryzurę,
jak wyraził się Alek.
Alek
jak zawsze był bezpośredni, chociaż delikatny, więc Anie się nie obraziła, ale
prawdą było to, że jej włosy odrosły i teraz, po tygodniach od tego, co ją spotkało, sięgały jej już do ramion.
U
tego fryzjera ja też zdecydowałam się na zmianę.
Poprosiłam
o obcięcie włosów do łopatek i wycieniowanie, przez co nagle miałam nie tylko
zwykłe fale, jak miałam dotychczas, ale naprawdę gęstą, układającą się bez
problemów, piękną grzywę.
Will
miał to zobaczyć jeszcze ten jeden, ostatni raz, kiedy mieliśmy powiedzieć
sobie ostatnie Do widzenia, ale wówczas
nie wiedziałam tego, więc nie zrobiłam tego dla niego.
Mama
z kolei nie zauważyła żadnej różnicy, co było dobre, bo wcześniej stanowczo
sprzeciwiała się jakiemukolwiek podcinaniu włosów przez którąś z nas, sióstr
Sensible.
Potem,
jednego popołudnia, razem ze wszystkimi przyjaciółmi z FS 13 byliśmy na
uroczystym otwarciu wystawy prac Alexa.
Alexander
Whitman, mąż Sophie, strażak i twardziel był artystą malarzem.
Patrząc
na niego, nigdy bym się tego nie spodziewała, takiej wrażliwości, zwłaszcza,
jak wysłuchałam od Sophie, opowiedzianej żartobliwie, ale bardzo przejmującej,
historii tego, co Alex i Sophie przeżyli od jego ojca i co Alex przeżył od
swojej byłej narzeczonej[1].
To
boleśnie przypomniało mi przeszłość
Willa.
Bowiem
na samym wstępie wystawy Alexa, tuż przy wejściu, wisiał obraz zatytułowany
„Królowa Lodu”, na którym była Angela, jego pierwsza narzeczona, stojąca na
pokruszonym sercu.
Podobno
ta kobieta tak bardzo chciała pieniędzy ojca Alexa, że za plecami swojego
narzeczonego załatwiła mu pracę w banku, licząc na to, że Alex rzuci pracę w
straży.
A
ponieważ on uwielbiał być strażakiem, a nienawidził swojego ojca, zdeptała jego
serce tak, jak Mandy zdeptała serce Willa, który tylko chciał mieć rodzinę, dom
i ulubioną pracę.
Nie
chodziło o to, że kochał swoją żonę.
Ludzie
oglądający tę wystawę obrazów mogli zobaczyć, jak zmieniało się życie Alexa, bo
na jej końcu były portrety Sophie.
Zwłaszcza
jeden, na którym twarz Sophie była w obramowaniu dłoni Alexa i drugi portret Sophie
z malutkim dzieckiem na ręku spowodowały, że poczułam się mała i
nic-nieznacząca.
Był
też portret śpiącej Sophie, wtulonej w białe poduszki, z rozrzuconymi czarnymi
włosami, emanującej niesamowitym spokojem
i szczęściem, a wszystkie uwidaczniały tyle emocji, były takie łatwe do
odczytania, że wiedziałam, że ja nigdy
tego nie będę w stanie przekazać.
Mój
nadal-nie-dokończony portret Willa nie pokaże nikomu tego mroku, jaki skrywał
się w jego duszy, bo nie potrafiłam tego ująć.
Wiedziałam,
że nigdy, przenigdy nie zdołam
namalować czegoś takiego.
Nie
umiałam.
Moim
jedynym osiągnięciem były malowane kwiatki, tęcze i motyle.
Ale
na tej wystawie był też obraz „Balans”, który mnie z miejsca zauroczył, bo to
było dokładnie to, co widziałam między mną a Willem.
Przedstawiał
on bowiem całkowite przeciwieństwo.
Była
to prawie abstrakcja, ale dało się zauważyć w tym zarysy dwóch postaci, jedną białą
i filigranową przeplecioną z drugą, czarną i masywną, ale uzupełniały się one tak
absolutnie, że od razu zrozumiałam, co Alex chciał mi powiedzieć.
Balans
to harmonia, ale nie koniecznie dwie części tego samego.
Yin i yang.
Tak
bardzo żałowałam, że Will nie mógł, że nawet nie chciał tego zobaczyć i przez to nie mogłam mu wytłumaczyć tego,
jakie przesłanie to niosło dla nas, jakie to miało kolosalne znaczenie.
A
teraz, kiedy siedząc przy barze ze szklanką gazowanego Arizona Orangeade z lodem,
usłyszałam za plecami głos Aleka, zrozumiałam, że tego wieczoru również miałam
dowiedzieć się, że nie znałam wszystkich talentów ludzi, którzy mnie otaczali.
-
Też przyszłaś posłuchać, jak gra i śpiewa Billy? - Alek nie był cichy ani
dyskretny, ale nie musiał być.
Nie
uważałam, więc nie widziałam, że był tam tłum
ludzi.
Aż
zabrakło miejsc siedzących.
Billy miał grać i
śpiewać?
W
klubie było już pełno, gwarno i, kiedy się odwróciłam, by się przywitać z tymi
dwoma dorosłymi facetami, którzy byli moimi najbliższymi przyjaciółmi,
zobaczyłam, że była tam Eva, która siedziała na kolanach Jimmy’ego, Maggie na
kolanach Davida, Helena na krzesełku obok Oli’ego i stojąca pod ścianami sali reszta
strażaków z FS 13.
-
Hej - mruknęłam do Aleka, wychyliłam się, by musnąć jego policzek, a potem
zrobiłam to samo z Samem.
-
Hej, Kwiatuszku - mruknął Sam - Wszyscy tu przybyli na recital Billy’ego.
Tak,
to było to.
Billy
ukrywał się dobrze, ale moja siostra, oczywiście,
chciała go podbudować, pokazywała wszystkim, a może głównie jemu, jaki był
genialny i zorganizowała mu recital, na którym mogliśmy poznać jego talent.
Anie
właśnie taka była.
Spojrzałam
w tamtą stronę w porę, żeby zobaczyć, że na prowizoryczną scenę wyszedł mój
szwagier, a moja siostra stała z boku i patrzyła na niego z miłością i dumą.
Billy
usiadł na podstawionym dla niego krześle, oparł o kolano gitarę i spojrzał na
struny.
Cała
sala ucichła i zamarła w oczekiwaniu.
-
Witajcie - mruknął Billy do mikrofonu, nie patrząc na tłum - Jest dzisiaj z
nami kilkoro moich przyjaciół - na sali rozległy się szepty i chichoty, ale
szybko zamilkły - Ale ten występ dedykuję w całości mojej kochanej żonie, która
zawsze we mnie wierzy i mnie wspiera. Kocham
cię, Hannah Brown.
O,
Boże!
Poczułam,
że moje płuca nagle stały się lekkie, a serce mi zatrzepotało z czystego
szczęścia i żałowałam tylko, że nie było tam mamy, by zobaczyła, co omijało
Lucy z powodu jej złośliwości, jak dobrze radziła sobie Anie i że moja
najstarsza siostra miała to.
A
na dnie mojego serca tlił się też żal, że Will chciał zrezygnować z tego dla
nas, chociaż wciąż jeszcze miałam nadzieję, że najpóźniej za trzy lata się
odnajdziemy.
Miłość to jedna dusza w
dwóch ciałach - jak powiedział Arystoteles.
A
nasza dusza właśnie została rozłączona.
Słuchając
piosenek Billy’ego tego cudownego wieczoru, zauważyłam jeszcze jedno, co
łączyło wielu z tej grupy przyjaciół, a była to pasja, nie tylko sam talent.
Tę
pasję Anie rozwijała również w Jacku, a robiła to niezauważalnie dla niego,
mimochodem, poznając go z ludźmi, którzy podzielali jego zainteresowania lub
mieli własne i je uzewnętrzniali.
Na
przykład na otwarciu wystawy obrazów Alexa Jack poznał panią Whitman, mamę
Alexa, która pracowała jako przewodnik w Natural History Museum of Utah i tak
spodobała się jej pasja młodego, że poprosiła o przywiezienie go pewnego dnia
do niej do pracy, by mogła udzielić mu obszernego wywiadu.
Z
tej rozmowy Jack napisał reportaż, który miał być wkrótce zamieszczony na
łamach gazetki szkolnej, w pracach której uczestniczył.
Ponieważ
mój przyszywany brat często pytał mnie o zdanie w sprawie swoich reportaży,
znałam te tematy bardzo dobrze i postanowiłam pojechać z nim na spotkanie z
panią Whitman, dzięki czemu i ja napisałam kilka słów o architekturze SLC do
swojej gazetki.
Tak
więc byłam zajęta przez te kilka tygodni, odkąd Will wyjechał.
Nadal
czułam dotkliwie swoją samotność, a zwłaszcza wieczorami i w nocy, kiedy
musiałam zasypiać i potem spać sama.
Ale
to było coś, do czego musiałam się przyzwyczaić, by przetrwać te trzy lata,
które obiecałam, że przetrwam.
*****
[1] Historia
Sophie i Alexa opisana jest w cz. 3 serii „Przyjaciele - „Sophie - Porozmawiaj
ze mną” https://www.wattpad.com/story/319803219-sophie-porozmawiaj-ze-mn%C4%85
Dziękuję
OdpowiedzUsuń