piątek, 7 lipca 2023

18 - Jestem w domu

 

Rozdział 18

Jestem w domu

Abigail

 

 

Osiem godzin później…

Byłam już tak strasznie zmęczona, że aż literalnie półżywa, absolutnie wyczerpana, bez możliwości sklecenia choćby jednego więcej sensownego słowa i jedynym, na co miałam ochotę, był sen.

Oczy dosłownie same mi się zamykały.

Leżałam wreszcie w czystej, pachnącej pościeli we własnym, relaksująco wygodnym, bezpiecznym, przytulnym łóżku i byłam całkowicie, nieskalanie odprężona, wreszcie spokojna i szczęśliwa.

To był niesamowicie męczący dzień, będący jednocześnie optymistycznym zakończeniem wielu bardzo złych dni.

W czasie półtorej godziny lotu tamtą Cessną zostałam przepytana w końcu przez trzech mężczyzn, którzy byli z nami na pokładzie, kiedy lecieliśmy z Nowego Meksyku do SLC, chociaż Will miał coś przeciwko temu i wyraził głośno swój sprzeciw.

Musiałam go udobruchać.

Miałam wrażenie, że chciał mnie chronić przed złymi wspomnieniami, ale powiedziałam mu, że chciałam być przydatna, że chciałam pomóc w śledztwie i zlikwidowaniu wszystkich tych, którzy porywali ludzi i przemycali to, cokolwiek przemycali przez granice z Meksykiem, a wtedy Will uległ.

Widziałam przy tym, jak wyraz jego twarzy złagodniał, więc wiedziałam, że był to krok do walki z demonami zarówno moimi jak i jego.

Przenieśliśmy się, a właściwie Will nas przeniósł, przenosząc mnie, więc usiedliśmy na siedzeniach bardziej z przodu samolotu, które były ustawione tak, że cztery fotele po jednej stronie przejścia były przodem do siebie po dwa i rozdzielał je niewielki, składany stoik.

Czwarty z mężczyzn, duży Afroamerykanin, siedział mocno przechylony w naszą stronę na pojedynczym fotelu po przeciwnej stronie przejścia.

Ja siedziałam w fotelu od przejścia, a mój opiekun i obrońca od strony okna.

Will siedział trochę bokiem do mnie, więc obserwował mnie i wspierał mnie w ten sposób, czasem trzymając mnie za rękę, a czasem tylko mimiką.

Chociaż, jak zwykle, sama jego obecność była wsparciem.

Opowiedziałam im wszystkim o tym, w jaki sposób mnie dopadli, z czego wysnuliśmy wniosek, że musieli mnie obserwować i czekali, aż byłam sama i nie wjechałam samochodem do garażu.

Wybrali dogodny moment.

Nie wiedziałam, jak długo mogli za mną chodzić i czy chodzili za innymi z naszej grupy, ale zapewniono mnie, że moi przyjaciele byli bezpieczni.

Powiedziałam, jak długo spałam, jak często się budziłam, co pozwoliło im wysnuć wniosek, czym mnie faszerowali i powiedzieli mi o tym.

Will zacisnął mocno zęby ze zdenerwowania, więc musiałam złapać go za rękę i uspokoić, kiedy opowiedziałam, że jadłam i piłam tylko raz dziennie i była to jedna kromka suchego chleba i szklanka wody.

Teraz to już nie było ważne, bo mój mężczyzna zadbał o mnie w szpitalu i później, więc byłam najedzona, nawodniona i opatrzona.

Starałam przypomnieć sobie każdy, nawet najmniejszy szczegół, kiedy mówiłam im o miejscach, w jakich się budziłyśmy, a było tego sporo, bo pamiętałam nie tylko kolory, ale również światło, zapach, czy niektóry odgłosy.

To wszystko słuchający mnie mężczyźni słuchali i notowali z uwagą, a Will zerkał na mnie z widoczną dumą.

To było wspaniałe uczucie.

Opowiedziałam im o skrzyniach, w jakich czasem się budziłam, o dźwięku, jaki wydawał samochód, jakim jechałam, a potem o ostatniej piwnicy.

To było najtrudniejsze.

Kiedy do tego doszłam, nagle mój głos się załamał, zabrakło mi tchu, a potem ochrypłam.

Ale gdy zmienił mi się oddech i głos, Will natychmiast znalazł się blisko mnie, o wiele bliżej niż był wcześniej, wziął mnie na kolana, nie bacząc na otaczających nas mężczyzn, przytulił mnie i poprosił, żebyśmy zrobili przerwę.

Nie chciałam jej.

Kiedy tak mnie trzymał, nie patrzyłam na nich i stwierdziłam, że w ten sposób mogłam powiedzieć wszystko.

Mówiłam, a właściwie mamrotałam w jego koszulkę, kiedy opowiedziałam o tym, jak mężczyźni w tamtej piwnicy rozebrali się do naga, jak powiedzieli o tym, że byłam dziewicą i miałam taka pozostać.

Cóż, wtedy Willa ręce mocno zacisnęły się na mnie, ale miałam nadzieję, że tego nie zauważyli jego towarzysze.

Nie chciałam, żeby wiedzieli wszystko o tym, co nas łączyło, bo nadal mogło to zaszkodzić mu w jakiś sposób, a to byłoby złe.

A potem trudem wypchnęłam z siebie informację, że widziałam, jak gwałcili tamtą dziewczynę i prawie udało mi się nie popłakać, chociaż mój głos stał się wysoki, kiedy tłumaczyłam się Willowi, że musiałam na to patrzeć.

I nie mogłam nic zrobić.

Nie obchodziło mnie, co myśleli sobie pozostali, ale chciałam, żeby Will wiedział, że chciałam móc coś zrobić.

Kiedy zamilkłam na chwilę, Will głaskał mnie delikatnie po ramieniu i łopatce, ale jego ciało było napięte, a głowa uniesiona, więc pomyślałam, że gromił wzrokiem tych, którzy w jego mniemaniu nakłonili mnie do zwierzeń i postarałam się pozbierać resztki mojej siły.

Wciągnęłam powietrze do płuc jeden raz, potem drugi, aż dałam radę i zaczęłam mówić dalej.

- Jeden z nich miał takie… zabawki - mamrotałam cicho w koszulkę mojego obrońcy - Założył mi je… - zająknęłam się, bo przyszło mi do głowy, że nie wspomniałam o tym, że byłam rozebrana, ale nie zamierzałam do tego wracać - A potem on… on zaczął robić zdjęcia telefonem i je do kogoś wysyłał.

Jeśli myślałam, że Will był bardzo spięty, to się myliłam.

W tej chwili jego ciało zamieniło się w kamień.

Dosłownie.

Nie sądziłam, że ktokolwiek mógł stwardnieć tak bardzo.

To było coś, o czym nie wiedział i co mu się nie podobało.

Coś bardzo ważnego i chyba coś złego.

I wydawało mi się, że chodziło o to wysyłanie zdjęć, a nie o to, że byłam rozebrana przed tamtymi mężczyznami, chociaż nie mogłam być pewna.

Dlatego spięłam się, podniosłam głowę, spojrzałam na twarz mężczyzny, w którego ramionach tak bezpiecznie leżałam i zmarszczyłam brwi.

Nie patrzył w moją stronę, tylko na mężczyzn naprzeciwko.

- Co? - zapytałam z niezrozumieniem, a wtedy spojrzał na mnie.

- Umiesz go opisać? Tego, co wysyłał zdjęcia. - zapytał mnie Will niskim, niebezpiecznym głosem - Może wiesz, jak na niego wołali?

- N-nie - zająknęłam się, niepewna, czy nie zrobiłam czegoś złego - Nie wiem, jak na niego wołali - sprecyzowałam.

Ale umiałam go opisać i to zrobiłam szczegółowo.

Nawet tak zdenerwowana, jak byłam wtedy, nadal umiałam dostrzec wiele detali, bo od dawna ćwiczyłam dostrzeganie ich, skoro chciałam nauczyć się malować ludzi i ich emocji.

Wszyscy wydawali się być zadowoleni z mojego opisu, a Will milczał przez chwilę, a potem powiedział dziwnie - Crazy[1].

Nie widziałam w tym niczego szalonego.

Nie wiedziałam również, czemu nagle wszyscy zaczęli się spieszyć, jeden z nich podniósł się z fotela i poszedł do tyłu samolotu, wyjmując z kieszeni spodni swój telefon i od razu wybierając jakiś numer.

Wyprostowałam się w fotelu.

Usiadłam, opierając się nadal o Willa, ale tak, by widzieć pozostałych.

Nie słyszałam rozmowy, jaką tamten prowadził, bo porozumiewał się szeptem, a Will w tym czasie zapytał mnie, czy nie pamiętałam czegoś jeszcze.

Wtedy powiedziałam mu, że przyszedł jakiś mężczyzna, którego nie widziałam, powiedział to, co powiedział, a nie było to miłe, ale okazało się być skuteczne, bo tamci zostawili nas we dwie i mogłyśmy się ubrać.

Will ominął to, jak nieistotną drobnostkę, więc nie rozwijałam tego.

Nie wspomniałam, bo to według mnie nie było istotne do przekazania im, że ja się nie umyłam, a smutna dziewczyna szorowała się pod prysznicem tak, jakby chciała sobie zedrzeć skórę.

Nie wspomniałam również o tym, że, napędzana wyrzutami sumienia, pomagałam jej, jak tylko mogłam.

Opowiedziałam tylko, w jaki sposób doszło do zranienia mnie w nogę.

Ale wyglądało na to, że to również wiedzieli.

Na tej rozmowie upłynęło nam prawie pół godziny, a już wcześniej byłam bardzo zmęczona, więc kiedy Will podniósł mnie, przeniósł i posadził z powrotem na moim fotelu, okrył lekkim kocem i pocałował w skroń, mówiąc, że musiał popracować, zamknęłam oczy i zasnęłam w ciągu sekundy.

Nic mi się nie śniło.

Obudziłam się może zaledwie około piętnaście minut później, półleżąc na Willu, który siedział na swoim fotelu z wyciągniętymi przed siebie nogami, przytulał mnie oburącz do swojej klatki piersiowej i posapywał cicho, śpiąc z głową przechyloną w bok.

Otworzyłam oczy, ale nie poruszyłam się, nie chcąc go budzić.

Patrzyłam na jego zarośniętą, zmęczoną twarz i zaczęłam dostrzegać to, jak się zmienił przez te trzy lata.

Było widoczne, że nie prowadził dobrego życia.

Jego cera była ziemista, a pod oczami miał wory, widoczne nawet wtedy, kiedy odpoczywał.

Przybyło mu pionowych zmarszczek na czole, które świadczyły o zadręczaniu się, być może złym życiu, zbyt długiej pracy i nie wysypianiu się.

Nadal był tym samym przystojnym, najprzystojniejszym, męskim Willem, którego tak bardzo kochałam.

Przypatrywałam się przez chwilę jego nieidealnym, ale dla mnie idealnym rysom, a potem poczułam, że musiałam wstać.

Dało o sobie znać to, że byłam nawadniana przez kroplówki.

Nie byłam pewna swoich sił, nie byłam pewna, czy mi się uda, ale bardziej niż to nie chciałam budzić Willa, bo przeczuwałam, że raczej mało spał przez ostatnie jakieś trzydzieści godzin.

Albo trzysta.

Wyślizgnęłam się z jego objęć, prawie upadając tyłkiem na podłogę, i nie obudził się, co przyjęłam z ulgą, a potem z trudem podniosłam się do wyprostu i, kuśtykając na jednej nodze, zagryzając wargi i opierając się o kolejne fotele, poszłam cicho do łazienki, która była na przodzie samolotu, tuż obok stanowiska stewarda.

Moje mięśnie były zastałe i słabe, więc zadyszałam się przy tym.

Oczywiście, zaskoczony steward poderwał się z miejsca i natychmiast zapytał mnie, czy czegoś nie potrzebowałam, ale podziękowałam mu z uśmiechem i poszłam do łazienki zrobić to, co musiałam zrobić.

Kiedy już umyłam i wysuszyłam ręce, wyszłam z toalety, a tam, zaraz za drzwiami, oparty ramionami o ścianę naprzeciwko, z rękoma zaplecionymi na klatce piersiowej, stał jeden z mężczyzn, którzy przysłuchiwali się moim opowieściom, ten, który siedział po drugiej stronie przejścia.

Ten ciemnoskóry i wysoki.

Był jedynym, który niczego nie notował, ale przyglądał się uważnie relacji mojej i Willa, co zauważyłam, bez najmniejszego uczucia widocznego w wyrazie jego twarzy.

Nie patrzył w moją stronę, więc nie sądziłam, żeby czegoś ode mnie chciał.

- Zależy mu na tobie - powiedział to cichym, niskim głosem, który skądś znałam, kiedy chciałam go ominąć.

Nie kojarzyłam skąd go znałam.

- Tak - powiedziałam do niego równie cicho, spoglądając w stronę śpiącego mężczyzny i wiedziałam, że moja twarz złagodniała.

- Nie skrzywdź go - głos nieznajomego nadal był niski, a jego ton był trochę niebezpieczny.

Spojrzałam wprost w jego brązowe, niezbyt ciemne oczy, dumnie uniosłam brodę i usztywniłam plecy, kiedy zrozumiałam, że był gotów bronić Willa, ale obrażał mnie, chociaż mnie nie znał.

- Nie zamierzam nigdy zrobić niczego, co mogłoby mu zaszkodzić - poinformowałam go zimnym tonem.

- Wiem - mruknął i skinął głową - Świadomie może nie. Ale…

Przechyliłam głowę na bok, zmarszczyłam brwi i patrzyłam na niego intensywnie, bo starałam się zrozumieć, o co mu chodziło.

- Znacie się od trzech lat - mruknął wyjaśniająco.

Niczego mi nie wyjaśnił, ale jednak trochę wyjaśnił.

Skinęłam głową i zaczęło do mnie docierać.

- Jesteś bardzo młoda - kontynuował.

No, tak.

Musiałam mu wytłumaczyć, by bronić Willa.

- Chronił mnie - opuszczając brodę, powiedziałam z naciskiem, ale znowu łagodnie i delikatnie, próbując dać mu do zrozumienia, że nic złego wtedy się nie zadziało - Opiekował się mną. Pomagał mi i mojej rodzinie. Tylko to.

Tamten skinął głową raz i energicznie, a potem wyraz jego twarzy się zmienił i odsunął się ode mnie.

- Kochasz go - to nie było pytanie, ale stwierdzenie.

Zacisnęłam jednak wargi i nie odpowiedziałam, chociaż miałam wrażenie, że to było jakąś odpowiedzią.

Nie mogłam jednak nic powiedzieć.

Jeszcze nie wtedy.

Will był moim ochroniarzem, a ja znowu byłam jego pracą, chociaż na początku być może, jak na to, zareagowałam zbyt emocjonalnie.

W milczeniu, przy pomocy tamtego mężczyzny, powoli wróciłam na swoje miejsce i nie położyłam się, jak wcześniej leżałam, chociaż bardzo miałam ochotę przytulić się do ciepłego, bezpiecznego ciała Willa.

Ale znowu musiałam myśleć o nim i chronić go przed podejrzeniami.

Obserwowali nas.

Kolejne piętnaście minut później wylądowaliśmy na lotnisku w SLC.

Zanim wysiedliśmy, Will dał mi nowy telefon z nową kartą SIM zarejestrowaną na moje nazwisko, z nowym numerem, skoro straciłam torebkę ze starym telefonem, kartą i wszystkimi dokumentami.

Dał mi też pomarańczową, plastikową buteleczkę z lekiem przeciwbólowym na receptę, którą dali mu dla mnie w szpitalu i powiedział, żebym wzięła jedną lub dwie tabletki, jeśli ból byłby nie do wytrzymania.

Poinformował mnie, że wszystkie moje dokumenty zostały zgłoszone do odpowiednich władz i powinnam niedługo dostać nowe.

Moje konto bankowe podobno zostało zabezpieczone, co było dobre, bo było połączone z kontem Słonecznika.

Will powiedział mi też, że miałam do tego telefonu wpisany jego numer, ale numery moich przyjaciół musiałam sobie uzupełnić.

Akurat o to się ani odrobinę nie martwiłam, bo wiedziałam doskonale, że mnie szybko znajdą i chętnie w tym pomogą.

Nawet podejrzewałam, że już grzała się ich „gorąca linia”.

- Czekają tu na ciebie rodzice - poinformował mnie Will, kiedy samolot skończył kołować po pasie i zatrzymał się przy budynku lotniska.

Poczułam łzy radości, szarpnęłam głową w stronę okna i prawie podskoczyłam na tę nowinę, ale nie chciałam iść tam bez niego, więc ponownie spojrzałam w jego stronę i zrobiłam to niepewnie.

- Idź - szepnął łagodnie mój-nie-mój mężczyzna - Znajdę cię później.

Wiedziałam, że by mnie znalazł, Will wiedział, jak to zrobić, więc uśmiechnęłam się lekko, ale szczęśliwie i tylko skinęłam głową.

Z tego powodu co prawda zeszłam ze schodków samolotu na płytę lotniska w towarzystwie czterech mężczyzn, ale samą wsadzono mnie czarnego samochodu z kierowcą, którym sama zostałam zawieziona na niedaleki parking, gdzie czekali na mnie oboje rodzice.

Nie oglądałam się.

Kiedy zatrzymaliśmy się, kierowca wysiadł, nie wyłączając silnika, otworzył moje drzwi i podał mi kule, więc podziękowałam mu i ruszyłam do rodziców.

Powitanie taty mnie nie zaskoczyło, bo zawsze był mało wylewny, jak byliśmy wśród ludzi, ale i tak wiedziałam, że się bardzo ucieszył, że mnie widział prawie zdrową, więc wystarczyło, że mnie uścisnął i powiedział - Dobrze, że jesteś, Kwiatuszku.

Zaskoczyło mnie powitanie mamy.

- O, Boże, kochanie! - przytulając mnie, zawołała, ale jak na nią bardzo cicho - Jak to dobrze, że do nas wróciłaś.

Asekurowała mnie potem przez całą drogę do drzwi ich samochodu, kiedy cichym Dziękuję i skinieniem głowy pożegnaliśmy się przez dzielącą nas przestrzeń z kierowcą czarnego auta.

Wsiedliśmy do ich samochodu, srebrnego SUV’a Toyoty Cruiser, który tata kupił dla nich, kiedy Billy zatrudnił go jako swojego menagera.

Usiadłam z tyłu, za fotelem pasażera, na co mama nalegała, mówiąc - Będzie ci tu wygodniej, bo odsunęliśmy do przodu tamten fotel - i wsiadła obok mnie.

Wiedziałam, że również wyjęli stamtąd siodełko, w którym jeździł Abel, bo zwykle tam było przypięte pasem.

A potem przez całą drogę do domu mama przytulała mnie, głaskała dłonią po włosach, całowała w policzek, skroń lub moje ręce i widać było, że autentycznie cieszyła się na mój widok.

To było niespodziewane i miłe.

- Mamo... - szepnęłam w końcu z dławiącymi mnie emocjami, ale nie wiedziałam, co miałabym dodać, bo czułam bardzo dużo.

- Tak bardzo się bałam, że ciebie też stracę - odszepnęła moja mama, która chyba po prostu nie potrafiła do tej pory rozpoznać właściwie swoich uczuć, albo nie umiała ich okazywać.

Zobaczyłam łzy w jej oczach, ale nie histeryzowała, czego bałam się po doświadczeniach z Anie.

Musiałam odchrząknąć, bo niespodziewane wzruszenie odebrało mi możliwość prawidłowego oddychania.

Ale słów też nie znalazłam.

Przez trzy następne godziny dowiedziałam się o sobie i o bliskich mi osobach czegoś niesamowitego, co nie było nowe, ale nigdy nie docierało do mnie z taką mocą, jak wtedy, albo może docierało, ale ja, egoistycznie skupiona na mojej tęsknocie za Willem, nie dopuszczałam tego do siebie.

Byłam kochana.

Tata na moją prośbę odwiózł mnie do Słonecznika, czyli mojego domu, do moich przyjaciół, a ponieważ wszyscy zostali poinformowani, że wróciłam, więc wszyscy czekali.

Byli tam nie tylko Jasmine, Jeremy i Jason, ale również Ryan z narzeczoną, a ich przywitanie było odpowiadające ich charakterom.

Jeremy i Ryan czekali w progu domu i dosłownie rzucili się do drzwi samochodu, zanim jeszcze tata wyłączył silnik,  potem wynieśli mnie z niego wprost do salonu, by posadzić mnie tam na kanapie, kiedy reszta chodziła wokół mnie jak kwoki wokół kurczaczka.

Były uściski, były Ochy i Achy, a potem był poczęstunek Bo pewno nic nie jadłaś, taka jesteś chudziutka!

I wcale nie powiedziała tego moja mama.

Zaraz po tym przyjechała Anie z całą swoją rodziną i z Ablem, który był u nich, kiedy tata z mamą pojechali po mnie na lotnisko.

Moi przyjaciele i rodzina czekali w swoich domach na moją decyzję, gdzie chciałam zamieszkać na kilkanaście najbliższych dni, kiedy było wiadomo, że potrzebowałabym pomocy nawet przy poruszaniu się po domu.

Kiedy tata przez telefon dał im znać, że jechaliśmy do Słonecznika, wszyscy zebrali się, by przyjechać tutaj i mnie przywitać.

Jack wszedł jako pierwszy do naszego salonu, natychmiast podszedł do mnie i usiadł od strony mojej rannej nogi na kanapie obok mnie i dobrze zrobił, bo Abel i Grace wpadli zaraz za nim, a Billy niósł na rękach Mercy’ego, idąc za Anie, która trzymała rękę na swoim całkiem dużym, ciążowym brzuchu.

Wydawało mi się w tej chwili, jakby nie było mnie wieki, a nie tylko tydzień.

Zamrugałam gwałtownie w tej samej chwili, kiedy Jack zdążył osłonić moją ranną nogę, a dzieciaki dopadły do mnie z przytulasami od drugiej strony.

Przeniosłam na nie wzrok z mojej siostry, po czym wygięłam się w lewą stronę, by objąć je ramionami i krótko przytulić do siebie.

- Abi! - zawołała Grace sepleniąc po dziecinnemu i wyginając się, żeby spojrzeć mi w oczy z pełną powagą na pucułowatej buźce - Musis uwazać, jak chodzis. Nie wolno biegac po sliskim.

- Tak, kochanie, masz rację - powiedziałam, przełykając łzy wzruszenia, bo przy okazji dowiedziałam się, co powiedziano dzieciom o mojej nieobecności - Nie uważałam i widzisz, co się stało.

- Cześć, stara - mruknął do mnie Jack - Dobrze, że jesteś.

Uznałam, że on wiedział nieco więcej niż maluchy, ale też mój młody przyjaciel przeżył już postrzelenie i szpital Billy’ego, a później przejścia Anie, więc może po prostu więcej rozumiał.

Abel nie odezwał się, ale on zwykle reagował cicho, raczej tłumiąc i kryjąc w sobie emocje, chociaż ostatnio Grace nauczyła go trochę zwykłej, dziecinnej spontaniczności.

Mój brat miał już siedem lat i był nad wyraz poważny, a Grace skończyła dwa latka i była raczej spokojna, ale i tak łatwiej, bardziej uzewnętrzniała swoje uczucia niż on.

- Cześć, młody - mruknęłam, będąc skierowana brodą do Jacka, ale zezem patrząc na Abla.

Mrugnęłam do niego jednym okiem, a on uśmiechnął się do mnie szeroko i to było całe nasze powitanie.

Ale nadal było szczere.

Anie podeszła do mnie i, rozgarniając dzieci, wzięła mnie w swój krótki, mocny, siostrzany uścisk, po którym zabrała dzieci, by ponownie na kanapie obok mnie mogła usiąść moja mama.

Mama podała mi szklankę z napojem i talerzyk z zapiekanką, którą przywiozła w naczyniu żaroodpornym, a którą zdążyła właśnie podgrzać.

Jasmine, Jeremy i Jason z Ryanem trzymali się trochę z boku nas, ale korzystali z poczęstunku, a Anie również przywiozła ze sobą garnek jej domowej roboty chili, więc trochę tego było.

Podobnie wyglądało wszystko, kiedy przyjechała Eva ze swoją rodziną, a potem Helena z Oli’m, Alek z Samem, Maggie, Alice i Sophie z mężami i w ogóle całymi rodzinami, co było bardzo miłe, ale powoli zaczęła mnie boleć głowa ze zmęczenia i zraniona noga, bo przestawały działać środki przeciwbólowe, które dostałam od Willa.

Nadal z uśmiechem odmawiałam kolejnych porcji jedzenia, które zwoziły te troskliwe kobiety, bo wiedziałam, że robiły to dla mnie.

Cieszyłam się również, ze nie wypytywały mnie o nic, a tylko były, by mnie wspierać i umówić się na kolejne dni do pomocy.

Właśnie wtedy, niezależnie od zmęczenia i bólu zobaczyłam to jasno i bez nawet cienia wątpliwości, a mianowicie, że nie wiedziałam, że to miałam, dopóki mi tego nie podali jak na tacy.

Byłam w centrum uwagi i była to uwaga czuła, troskliwa, pokazująca mi miłość w najlepszym, najbardziej ujmującym wydaniu.

Nie miałam tego jako dziecko, bo byłam w szpitalach, a potem nadal pod opieką lekarzy, więc troska, jaką obejmowali mnie rodzice i siostry była inna.

Nie miałam tego jako nastolatka, bo mieliśmy nasze przejścia z Ablem, Ewą, a potem z tatą i sama trochę usunęłam się im z drogi.

Ale dowiedziałam się właśnie, że tak naprawdę miałam to.

Nie byłam w centrum uwagi, ale kochali mnie.

Oni wszyscy mnie kochali i teraz martwili się o mnie.

Nawet mama, chociaż może nie okazywała tego we właściwy sposób, więc nie zauważałam jej miłości, ale przecież Abel też okazywał swoje uczucia spokojnie, z dystansem, a jakoś nigdy nie wątpiłam w nie.

Zrozumiałam również, że mama i Anie miały inne charaktery niż ja, inne potrzeby i wymagania wobec mężczyzn w ich życiu, a było to decydowanie o wszystkim, o ważniejszych sprawach, bo o drobiazgach mogły decydować same.

Ja sama mogłam wybrać dla siebie samochód, dom, czy pracę.

Wiedziałam komu zaufać w doborze auta i nie zawahałam się zwrócić z prośbą o pomoc i to samo dotyczyło domu.

Może Oli mi pomagał, ale decyzja była moja.

Anie zdawała się w każdej z tych kwestii na Billy’ego, a mama na tatę.

To była najważniejsza różnica między nami i to był powód, dla którego mama tak źle radziła sobie, kiedy taty nie było z nami.

Anie i mama były trochę jak Helena, a ja byłam bardziej jak Eva, a przynajmniej pod tym względem.

Nie potrzebowałam mężczyzny w swoim życiu, żeby po prostu być, chociaż już widziałam, że życie było pełniejsze, kiedy go miałam.

Kiedy wreszcie któraś z moich przyjaciółek lub moja siostra, czy mama dostrzegły, że byłam zmęczona, całe towarzystwo rozjechało się do domów równie szybko, jak tutaj się zebrało.

W naszym Słoneczniku zrobiło się niespodziewanie spokojnie i cicho, ale ja nadal tkwiłam na kanapie i czekałam.

Moi przyjaciele-współlokatorzy byli zajęci, bo posprzątali po naszych gościach, zapytali mnie, czy mieli pomóc mi z pójściem do łóżka, a wtedy zabrzmiał dzwonek przy drzwiach.

Usiadłam sztywno wyprostowana i czekałam.

I doczekałam się.

Jeremy wpuścił spóźnionego gościa i usłyszałam ich rozmowę.

- Dobry wieczór - powiedziano głosem Willa, więc zaczęłam się relaksować.

Usta rozciągnęły mi się w uśmiechu.

Dotarło do mnie to, co powinnam była pamiętać, ale jakoś mi umknęło.

Dom był tam, gdzie był Will.

Teraz, kiedy Will przyszedł, byłam w domu.

- Dobry wieczór - głos Jeremiego był ostrożny - A pan to…?

- Ja do Abigail - powiedział Will.

Nie wytrzymałam, ale nie mogłam wstać, bo nawet moje kule leżały za daleko, więc krzyknęłam z całych sił:

- Jeremy, wpuść go! To Will!

Will przeszedł obok Jeremiego, a ja patrzyłam tylko na niego, nie zwracając uwagi na pełne zdumienia spojrzenia moich przyjaciół, którzy byli przyzwyczajeni do mojego dystansu wobec mężczyzn.

Wyciągnęłam rękę do Willa, uśmiechnęłam się i szepnęłam - Jesteś.

- Przecież obiecałem - mruknął Will, złapał moją dłoń i usiadł bokiem na kanapie obok mnie, by spojrzeć z zatroskaniem na moją twarz.

- Jesteś zmęczona - stwierdził.

Oczywiście, że to zauważył.

- Trochę - powiedziałam i nadal się uśmiechałam.

- Powinnaś się położyć - mówił dalej Will.

O, nie!

Nie chciałam, żeby wyszedł!

- To nic - powiedziałam, a potem podniosłam rękę i dotknęłam jego twarzy, by zauważyć - Ogoliłeś się.

Will był ogolony na gładko i miał obcięte włosy, więc był u fryzjera w tym czasie, kiedy nie było go u mnie.

Dawał mi czas dla przyjaciół i zadbał o siebie, co mi się podobało.

Jedno i drugie.

- Taaa - mruknął Will - Nienawidziłem tamtego siebie.

Spoważniałam, bo zrozumiałam go.

A potem odpuściłam.

Mieliśmy mieć czas na porozmawianie.

- Jesteś głodny - stwierdziłam i dopiero wtedy rozejrzałam się po salonie.

Jasmine, Jason, Jeremy, a nawet Ryan i Kate stali nadal nieruchomo, wymieniając się tylko spojrzeniami pełnymi pytań.

- To Will - poinformowałam ich - Mój dawny przyjaciel. Will… - zwróciłam się do mojego mężczyzny i przy tym zobaczyłam, że nie spodobała mu się nazwa przyjaciel, ale musiałam to na razie zostawić - poznaj Jasmine - kiwnęłam głową w stronę przyjaciółki, a potem wymieniałam kolejne imiona i kiwałam głową w stronę kolejnych osób w salonie.

Niektórzy machnęli ręką, inni kiwnęli głową, ale prezentacja została dokonana, a ja mogłam przejść dalej.

- Jasmine… - odwróciłam wzrok do dziewczyny - czy możesz podgrzać Willowi zapiekanki?

Spojrzałam na Willa i wiedziałam, że był głodny, bo przełknął ciężko, ale zamierzał odmówić, by nie sprawiać kłopotu.

- Mama przywiozła zapiekankę, Anie chili, Eva nóżki kurczaka, a inne kobiety masę słodkości - wytłumaczyłam mu z uśmiechem na ustach - …mamy zapas jedzenia na miesiąc.

Will zrelaksował się, pozwolił się obsłużyć, zapytany przez Jasmine poprosił o kawę z mlekiem, a kiedy siedział obok mnie z talerzem zapiekanki i widelcem w dłoni, reszta również się odprężyła i zaczęła się rozchodzić.

Najpierw wyszli Ryan z Kate.

Pożegnałam ich, podziękowałam i zlekceważyłam pełne ostrzeżenia i groźby spojrzenia, jakie Ryan rzucał w stronę Willa.

Potem poszli spać Jasmine z Jeremim, a na końcu Jason.

Zostaliśmy sami na kanapie, kiedy Will kończył swoją mocno spóźnioną kolację, a ja skubałam nerwowo palce, zastanawiając się jak poprosić go, żeby został ze mną na noc.

Kiedy Will opróżnił swój talerz, odstawił talerz i pił swoją kawę, ja wciąż nie potrafiłam znaleźć słów, ale zmęczenie i ból pokonały mnie, więc przechyliłam głowę, by patrzeć na niego, opierając się bokiem głowy o oparcie kanapy.

- Jesteś zmęczona - powtórzył Will, a ja tym razem nie zaprzeczyłam.

- Nie chcę, żebyś wychodził - szepnęłam.

- Donikąd się nie wybieram - zamruczał Will, przekręcił się, odstawił kubek i odwrócił się z powrotem do mnie, kiedy podnosiłam głowę i prostowałam się, zaskoczona jego słowami.

- Zostaniesz! - szepnęłam z taką radością w głosie, że się uśmiechnął.

- Miałem nadzieję, że mnie nie wygonisz - mruknął trochę żartobliwie i wyciągnął dłoń w stronę mojej głowy, na co przechyliłam ją, by wtulić twarz w jej wnętrze.

Tak bardzo mi tego brakowało.

- Słoneczniku - mruknął Will - Czy mogę spać w twoim łóżku? Czy mogę się na chwilę z tobą położyć?

Otworzyłam oczy, które przymknęłam z rozkoszy, kiedy mojego policzka dotknęła szorstka skóra jego palców i popatrzyłam w jego oczy zaskoczona, bo prosił mnie o to!

Ale to było coś więcej, bo Will powtórzył moje słowa sprzed tego pierwszego razu, kiedy spaliśmy w jednym łóżku.

Pamiętał je!

Wiedziałam, że moja twarz dosłownie rozświetliła się na jego słowa, bo jego złagodniała i w końcu uśmiechnął się tak, jak nigdy tego nie widziałam.

Był to w pełni zrelaksowany uśmiech szczęścia.

Dotarło do mnie, że Will zawsze do tej pory martwił się o coś, z czego nie zawsze zdawałam sobie sprawy.

Ale zawsze cos takiego było.

A potem Will zaniósł swój kubek po kawie do zmywarki razem z pustym talerzem, poszedł do drzwi, skąd wrócił do mnie z torbą, której wcześniej nie zauważyłam, a którą zarzucił sobie na ramię, podszedł do kanapy, schylił się, złapał mnie pod kolanami i pod plecami, żebym wygodnie leżała w jego ramionach, kiedy podnosił mnie, wciąż patrząc w moje oczy.

- Gdzie? - zapytał i zorientowałam się, że nie powiedziałam mu, który pokój był mój, więc odwróciłam głowę w stronę korytarza do części nocnej naszego domu, by brodą wskazać mu odpowiednie drzwi.

Mieszkałam w pokoju, który był zasadniczo apartamentem, bo miał małą część wypoczynkową i oddzielną łazienkę, kiedy pozostałe pokoje miały wejścia do dwóch łazienek z korytarza.

 To był jeden z warunków, jaki postawili moi wspólnicy, kiedy remontowaliśmy ten dom, a związany był z tym, że to ja miałam pieniądze na początek naszej inwestycji.

Teraz byłam z tego zadowolona, bo mieliśmy mieć trochę prywatności.

Will przyniósł mnie do mojej sypialni, pomógł mi się rozebrać, dotrzeć do łazienki, zrobić, co potrzebowałam, umyć się, przebrać w piżamę, przeniósł mnie z powrotem do łóżka i przez cały czas był troskliwy, uważny i robił to absolutnie bez podtekstu seksualnego.

Więc teraz leżałam pod kołdrą, czekając, aż mój mężczyzna dołączy do mnie w moim łóżku po tym, jak wzięłam kolejne dwie tabletki przeciwbólowe, które dostałam od Willa i nakremowałam dłonie.

Moje szczęście z faktu, że byłam w domu i Will był tu ze mną zaczęło się załamywać, bo martwiłam się jedną, dość ważną rzeczą.

Will wiedział wszystko.

Dotarło do mnie, że Will słuchał, więc wiedział również i to, co mi zrobiono w tamtej piwnicy i bałam się, że uzna mnie za brudną i niegodną jego dotyku.

Byłam przecież tam taka żałosna.

Ale to nie była najlepsza pora na roztrząsanie tego, więc zepchnęłam tę niemiłą myśl w głąb mojego umysłu.

*****

Klęczałam na zimnej, betonowej podłodze na kolanach i rękach całkiem naga miedzy licznymi nagimi mężczyznami, których nie znałam.

Nie mogłam patrzeć na nich ze wstydu, jaki czułam.

We włosach miałam opaskę z różowymi kocimi uszami, na szyi różową obrożę z błyszczącymi kamykami, a w tyłku metalową zatyczkę z różowym, puchatym ogonkiem.

Widziałam na twarzach mężczyzn podniecenie i szyderstwo.

Ich penisy sterczały, ale nie patrzyli wyłącznie na mnie.

Tuż obok leżała naga dziewczyna, którą gwałcił zdyszany, spocony facet.

Nie, nie, nie!

Nie mogłam się ruszyć.

Nie mogłam jej uratować.

Byłam taka żałosna i bezużyteczna.

Zaczęłam krzyczeć i płakać.

Ktoś złapał za moje ramię i potrząsnął delikatnie, ale odsunęłam się, a wtedy dotarło do mnie, że udo miałam skrępowane i obolałe.

- Abigail - usłyszałam kochany głos Willa - Obudź się. Kochanie. Już dobrze. Jesteś bezpieczna.

Otworzyłam oczy i przypomniałam sobie.

Zanim Will wyszedł z łazienki, musiałam zasnąć, bo nie pamiętałam tego, jak położył się ze mną w łóżku.

Ale tam był.

Przytulał mnie do swojego boku, kiedy moja ranna noga leżała na kołdrze, więc byłam twarzą wtulona w jego szyję, a moja zwinięta w pięść dłoń leżała na jego klatce piersiowej.

Will obejmował moje plecy, drugą ręką głaskał moje ramię i bok moich włosów i powtarzał:

- Słoneczniku, jestem tu. Już jest dobrze. Jesteś bezpieczna.

Mój oddech powoli się uspokajał, rozprostowałam palce na jego mostku, pogładziłam kręcące się tam czarne włoski i pociągnęłam zatkanym nosem.

Dotarło do mnie, że byłam otoczona tym samym męskim, bezpiecznym zapachem, który zawsze mnie otaczał, kiedy spałam z Willem.

Uspokoiłam się.

- Jesteś w domu - szepnęłam.

- Tak - odszepnął - Jestem w domu.

- Nareszcie - szepnęłam i odprężyłam się bardziej, ale chciałam zapytać o coś jeszcze, co mnie dręczyło - Na jak długo?

A potem spięłam się, bo nie powinnam była pytać.

Nie byłam pewna, czy miałam do tego prawo.

- Jeśli mnie zechcesz… - szepnął Will, obracając nas tak, że zawisł nade mną i patrzył mi prosto w oczy, a mój oddech zrobił sobie chyba przerwę, bo go nie było - to na zawsze. Już nie pracuję w FBI.

- Co?! - zadałam to pytanie zbyt głośno i zbyt piskliwie, ale zaskoczenie spowodowało, że zrobiłam to na wydechu.

Will zmarszczył brwi i napiął się, więc próbowałam to szybko wyjaśnić, bo nie sądziłam, żeby przez te trzy lata nauczył się odczytywać czyjeś emocje.

- Ja… - zająknęłam się - Ty kochasz tę pracę - wyjaśniłam, bo tak przecież było od zawsze.

Chyba.

- To nie tak. Nie całkiem - Will zgiął szyję, więc przyciągnął brodę do swojej piersi i nie patrzył mi w oczy, ale potem podniósł wzrok - Nie lubiłem być pod przykrywką. Robiłem rzeczy, które mi nie odpowiadały. Żyłem życiem, którym gardziłem. Gardziłem sobą.

Och, Will!

Nic nie powiedziałam.

- Miałem umowę, że po tej ostatniej akcji - wyjawił mi - …odejdę i oni nie będą mnie zatrzymywali. Doprowadziłem to do końca. Odszedłem. Proste.

Proste!

Moja radość wypłynęła w postaci złagodzenia wyrazu mojej twarzy, a usta wygięły się w uśmiechu, co widziałam w jego oczach, że mu się podobało, ale potem zamarłam.

- Al-le… - zawahałam się - to co…?

- Porozmawiamy o tym jutro, dobrze? - zapytał Will i westchnął - Jestem trochę zmęczony.

- Tak, przepraszam - szepnęłam i puściłam jego ramiona, które nie wiedzieć kiedy złapałam w kurczowym uścisku.

Will ułożył siebie na plecach i mnie na sobie, a ja wtuliłam się w jego ciepłe, silne, bezpieczne ciało, wreszcie całkiem odprężona, znowu szczęśliwa i pogodnie patrząca w przyszłość.

A przynajmniej najbliższą przyszłość.

Będąc w jego ramionach, byłam w domu i to było najważniejsze.




[1] Crazy - wariat, szalony, szalone.

1 komentarz: