Rozdział 18
Abigail
Osiem godzin później…
Byłam
już tak strasznie zmęczona, że aż literalnie półżywa, absolutnie wyczerpana, bez możliwości sklecenia
choćby jednego więcej sensownego słowa i jedynym, na co miałam ochotę, był sen.
Oczy
dosłownie same mi się zamykały.
Leżałam
wreszcie w czystej, pachnącej pościeli we własnym,
relaksująco wygodnym, bezpiecznym, przytulnym łóżku i byłam całkowicie, nieskalanie
odprężona, wreszcie spokojna i szczęśliwa.
To
był niesamowicie męczący dzień, będący jednocześnie optymistycznym zakończeniem
wielu bardzo złych dni.
W
czasie półtorej godziny lotu tamtą Cessną zostałam przepytana w końcu przez
trzech mężczyzn, którzy byli z nami na pokładzie, kiedy lecieliśmy z Nowego
Meksyku do SLC, chociaż Will miał coś
przeciwko temu i wyraził głośno swój sprzeciw.
Musiałam
go udobruchać.
Miałam
wrażenie, że chciał mnie chronić przed złymi wspomnieniami, ale powiedziałam
mu, że chciałam być przydatna, że
chciałam pomóc w śledztwie i zlikwidowaniu wszystkich tych, którzy porywali
ludzi i przemycali to, cokolwiek przemycali przez granice z Meksykiem, a wtedy
Will uległ.
Widziałam
przy tym, jak wyraz jego twarzy złagodniał, więc wiedziałam, że był to krok do
walki z demonami zarówno moimi jak i jego.
Przenieśliśmy
się, a właściwie Will nas przeniósł, przenosząc mnie, więc usiedliśmy na
siedzeniach bardziej z przodu samolotu, które były ustawione tak, że cztery fotele
po jednej stronie przejścia były przodem do siebie po dwa i rozdzielał je
niewielki, składany stoik.
Czwarty
z mężczyzn, duży Afroamerykanin, siedział mocno przechylony w naszą stronę na pojedynczym
fotelu po przeciwnej stronie przejścia.
Ja
siedziałam w fotelu od przejścia, a mój opiekun i obrońca od strony okna.
Will
siedział trochę bokiem do mnie, więc obserwował mnie i wspierał mnie w ten sposób,
czasem trzymając mnie za rękę, a czasem tylko mimiką.
Chociaż,
jak zwykle, sama jego obecność była wsparciem.
Opowiedziałam
im wszystkim o tym, w jaki sposób mnie dopadli, z czego wysnuliśmy wniosek, że
musieli mnie obserwować i czekali, aż byłam sama i nie wjechałam samochodem do
garażu.
Wybrali
dogodny moment.
Nie
wiedziałam, jak długo mogli za mną chodzić i czy chodzili za innymi z naszej
grupy, ale zapewniono mnie, że moi przyjaciele byli bezpieczni.
Powiedziałam,
jak długo spałam, jak często się budziłam, co pozwoliło im wysnuć wniosek, czym
mnie faszerowali i powiedzieli mi o tym.
Will
zacisnął mocno zęby ze zdenerwowania, więc musiałam złapać go za rękę i
uspokoić, kiedy opowiedziałam, że jadłam i piłam tylko raz dziennie i była to
jedna kromka suchego chleba i szklanka wody.
Teraz
to już nie było ważne, bo mój
mężczyzna zadbał o mnie w szpitalu i później, więc byłam najedzona, nawodniona
i opatrzona.
Starałam
przypomnieć sobie każdy, nawet najmniejszy szczegół, kiedy mówiłam im o
miejscach, w jakich się budziłyśmy, a było tego sporo, bo pamiętałam nie tylko
kolory, ale również światło, zapach, czy niektóry odgłosy.
To
wszystko słuchający mnie mężczyźni słuchali i notowali z uwagą, a Will zerkał
na mnie z widoczną dumą.
To
było wspaniałe uczucie.
Opowiedziałam
im o skrzyniach, w jakich czasem się budziłam, o dźwięku, jaki wydawał
samochód, jakim jechałam, a potem o ostatniej piwnicy.
To
było najtrudniejsze.
Kiedy
do tego doszłam, nagle mój głos się załamał, zabrakło mi tchu, a potem
ochrypłam.
Ale
gdy zmienił mi się oddech i głos, Will natychmiast znalazł się blisko mnie, o wiele bliżej niż był
wcześniej, wziął mnie na kolana, nie bacząc na otaczających nas mężczyzn,
przytulił mnie i poprosił, żebyśmy zrobili przerwę.
Nie
chciałam jej.
Kiedy
tak mnie trzymał, nie patrzyłam na nich i stwierdziłam, że w ten sposób mogłam
powiedzieć wszystko.
Mówiłam,
a właściwie mamrotałam w jego koszulkę, kiedy opowiedziałam o tym, jak
mężczyźni w tamtej piwnicy rozebrali się do naga, jak powiedzieli o tym, że
byłam dziewicą i miałam taka pozostać.
Cóż,
wtedy Willa ręce mocno zacisnęły się
na mnie, ale miałam nadzieję, że tego
nie zauważyli jego towarzysze.
Nie
chciałam, żeby wiedzieli wszystko o
tym, co nas łączyło, bo nadal mogło to zaszkodzić mu w jakiś sposób, a to
byłoby złe.
A
potem trudem wypchnęłam z siebie informację, że widziałam, jak gwałcili tamtą
dziewczynę i prawie udało mi się nie popłakać, chociaż mój głos stał się wysoki,
kiedy tłumaczyłam się Willowi, że musiałam
na to patrzeć.
I
nie mogłam nic zrobić.
Nie
obchodziło mnie, co myśleli sobie pozostali, ale chciałam, żeby Will wiedział, że chciałam móc coś
zrobić.
Kiedy
zamilkłam na chwilę, Will głaskał mnie delikatnie po ramieniu i łopatce, ale
jego ciało było napięte, a głowa uniesiona, więc pomyślałam, że gromił wzrokiem
tych, którzy w jego mniemaniu nakłonili mnie do zwierzeń i postarałam się
pozbierać resztki mojej siły.
Wciągnęłam
powietrze do płuc jeden raz, potem drugi, aż dałam radę i zaczęłam mówić dalej.
-
Jeden z nich miał takie… zabawki - mamrotałam cicho w koszulkę mojego obrońcy -
Założył mi je… - zająknęłam się, bo przyszło mi do głowy, że nie wspomniałam o
tym, że byłam rozebrana, ale nie zamierzałam do tego wracać - A potem on… on
zaczął robić zdjęcia telefonem i je do kogoś wysyłał.
Jeśli
myślałam, że Will był bardzo spięty, to się myliłam.
W
tej chwili jego ciało zamieniło się w kamień.
Dosłownie.
Nie
sądziłam, że ktokolwiek mógł stwardnieć tak
bardzo.
To
było coś, o czym nie wiedział i co mu się nie podobało.
Coś
bardzo ważnego i chyba coś złego.
I
wydawało mi się, że chodziło o to wysyłanie zdjęć, a nie o to, że byłam
rozebrana przed tamtymi mężczyznami, chociaż nie mogłam być pewna.
Dlatego
spięłam się, podniosłam głowę, spojrzałam na twarz mężczyzny, w którego
ramionach tak bezpiecznie leżałam i zmarszczyłam brwi.
Nie
patrzył w moją stronę, tylko na mężczyzn naprzeciwko.
-
Co? - zapytałam z niezrozumieniem, a
wtedy spojrzał na mnie.
-
Umiesz go opisać? Tego, co wysyłał zdjęcia. - zapytał mnie Will niskim, niebezpiecznym
głosem - Może wiesz, jak na niego wołali?
-
N-nie - zająknęłam się, niepewna, czy nie zrobiłam czegoś złego - Nie wiem, jak
na niego wołali - sprecyzowałam.
Ale
umiałam go opisać i to zrobiłam szczegółowo.
Nawet
tak zdenerwowana, jak byłam wtedy, nadal umiałam dostrzec wiele detali, bo od
dawna ćwiczyłam dostrzeganie ich, skoro chciałam nauczyć się malować ludzi i
ich emocji.
Wszyscy
wydawali się być zadowoleni z mojego opisu, a Will milczał przez chwilę, a
potem powiedział dziwnie - Crazy[1].
Nie
widziałam w tym niczego szalonego.
Nie
wiedziałam również, czemu nagle wszyscy zaczęli się spieszyć, jeden z nich
podniósł się z fotela i poszedł do tyłu samolotu, wyjmując z kieszeni spodni
swój telefon i od razu wybierając jakiś numer.
Wyprostowałam
się w fotelu.
Usiadłam,
opierając się nadal o Willa, ale tak, by widzieć pozostałych.
Nie
słyszałam rozmowy, jaką tamten prowadził, bo porozumiewał się szeptem, a Will w
tym czasie zapytał mnie, czy nie pamiętałam czegoś jeszcze.
Wtedy
powiedziałam mu, że przyszedł jakiś mężczyzna, którego nie widziałam,
powiedział to, co powiedział, a nie było to miłe, ale okazało się być
skuteczne, bo tamci zostawili nas we dwie i mogłyśmy się ubrać.
Will
ominął to, jak nieistotną drobnostkę, więc nie rozwijałam tego.
Nie
wspomniałam, bo to według mnie nie było istotne do przekazania im, że ja się
nie umyłam, a smutna dziewczyna szorowała się pod prysznicem tak, jakby chciała
sobie zedrzeć skórę.
Nie
wspomniałam również o tym, że, napędzana wyrzutami sumienia, pomagałam jej, jak
tylko mogłam.
Opowiedziałam
tylko, w jaki sposób doszło do zranienia mnie w nogę.
Ale
wyglądało na to, że to również wiedzieli.
Na
tej rozmowie upłynęło nam prawie pół godziny, a już wcześniej byłam bardzo
zmęczona, więc kiedy Will podniósł mnie, przeniósł i posadził z powrotem na
moim fotelu, okrył lekkim kocem i pocałował w skroń, mówiąc, że musiał
popracować, zamknęłam oczy i zasnęłam w ciągu sekundy.
Nic
mi się nie śniło.
Obudziłam
się może zaledwie około piętnaście minut później, półleżąc na Willu, który
siedział na swoim fotelu z wyciągniętymi przed siebie nogami, przytulał mnie oburącz
do swojej klatki piersiowej i posapywał cicho, śpiąc z głową przechyloną w bok.
Otworzyłam
oczy, ale nie poruszyłam się, nie chcąc go budzić.
Patrzyłam
na jego zarośniętą, zmęczoną twarz i zaczęłam dostrzegać to, jak się zmienił
przez te trzy lata.
Było
widoczne, że nie prowadził dobrego życia.
Jego
cera była ziemista, a pod oczami miał wory, widoczne nawet wtedy, kiedy
odpoczywał.
Przybyło
mu pionowych zmarszczek na czole, które świadczyły o zadręczaniu się, być może
złym życiu, zbyt długiej pracy i nie wysypianiu się.
Nadal
był tym samym przystojnym, najprzystojniejszym, męskim Willem, którego tak bardzo kochałam.
Przypatrywałam
się przez chwilę jego nieidealnym, ale dla mnie idealnym rysom, a potem
poczułam, że musiałam wstać.
Dało
o sobie znać to, że byłam nawadniana przez kroplówki.
Nie
byłam pewna swoich sił, nie byłam pewna, czy mi się uda, ale bardziej niż to
nie chciałam budzić Willa, bo przeczuwałam, że raczej mało spał przez ostatnie
jakieś trzydzieści godzin.
Albo
trzysta.
Wyślizgnęłam
się z jego objęć, prawie upadając tyłkiem na podłogę, i nie obudził się, co
przyjęłam z ulgą, a potem z trudem podniosłam się do wyprostu i, kuśtykając na
jednej nodze, zagryzając wargi i opierając się o kolejne fotele, poszłam cicho
do łazienki, która była na przodzie samolotu, tuż obok stanowiska stewarda.
Moje
mięśnie były zastałe i słabe, więc zadyszałam się przy tym.
Oczywiście,
zaskoczony steward poderwał się z miejsca i natychmiast zapytał mnie, czy
czegoś nie potrzebowałam, ale podziękowałam mu z uśmiechem i poszłam do
łazienki zrobić to, co musiałam zrobić.
Kiedy
już umyłam i wysuszyłam ręce, wyszłam z toalety, a tam, zaraz za drzwiami,
oparty ramionami o ścianę naprzeciwko, z rękoma zaplecionymi na klatce
piersiowej, stał jeden z mężczyzn, którzy przysłuchiwali się moim opowieściom,
ten, który siedział po drugiej stronie przejścia.
Ten
ciemnoskóry i wysoki.
Był
jedynym, który niczego nie notował, ale przyglądał się uważnie relacji mojej i
Willa, co zauważyłam, bez najmniejszego uczucia widocznego w wyrazie jego
twarzy.
Nie
patrzył w moją stronę, więc nie sądziłam, żeby czegoś ode mnie chciał.
-
Zależy mu na tobie - powiedział to cichym, niskim głosem, który skądś znałam, kiedy
chciałam go ominąć.
Nie
kojarzyłam skąd go znałam.
-
Tak - powiedziałam do niego równie cicho, spoglądając w stronę śpiącego
mężczyzny i wiedziałam, że moja twarz złagodniała.
-
Nie skrzywdź go - głos nieznajomego nadal był niski, a jego ton był trochę
niebezpieczny.
Spojrzałam
wprost w jego brązowe, niezbyt ciemne oczy, dumnie uniosłam brodę i usztywniłam
plecy, kiedy zrozumiałam, że był gotów bronić Willa, ale obrażał mnie, chociaż mnie nie znał.
-
Nie zamierzam nigdy zrobić niczego, co mogłoby mu zaszkodzić -
poinformowałam go zimnym tonem.
-
Wiem - mruknął i skinął głową - Świadomie może nie. Ale…
Przechyliłam
głowę na bok, zmarszczyłam brwi i patrzyłam na niego intensywnie, bo starałam
się zrozumieć, o co mu chodziło.
-
Znacie się od trzech lat - mruknął wyjaśniająco.
Niczego
mi nie wyjaśnił, ale jednak trochę wyjaśnił.
Skinęłam
głową i zaczęło do mnie docierać.
-
Jesteś bardzo młoda - kontynuował.
No,
tak.
Musiałam
mu wytłumaczyć, by bronić Willa.
-
Chronił mnie - opuszczając brodę, powiedziałam
z naciskiem, ale znowu łagodnie i delikatnie, próbując dać mu do zrozumienia,
że nic złego wtedy się nie zadziało - Opiekował
się mną. Pomagał mi i mojej rodzinie.
Tylko to.
Tamten
skinął głową raz i energicznie, a potem wyraz jego twarzy się zmienił i odsunął
się ode mnie.
-
Kochasz go - to nie było pytanie, ale stwierdzenie.
Zacisnęłam
jednak wargi i nie odpowiedziałam, chociaż miałam wrażenie, że to było jakąś
odpowiedzią.
Nie
mogłam jednak nic powiedzieć.
Jeszcze
nie wtedy.
Will
był moim ochroniarzem, a ja znowu byłam jego pracą, chociaż na początku być
może, jak na to, zareagowałam zbyt emocjonalnie.
W
milczeniu, przy pomocy tamtego mężczyzny, powoli wróciłam na swoje miejsce i
nie położyłam się, jak wcześniej leżałam, chociaż bardzo miałam ochotę
przytulić się do ciepłego, bezpiecznego ciała Willa.
Ale
znowu musiałam myśleć o nim i chronić
go przed podejrzeniami.
Obserwowali
nas.
Kolejne
piętnaście minut później wylądowaliśmy na lotnisku w SLC.
Zanim
wysiedliśmy, Will dał mi nowy telefon z nową kartą SIM zarejestrowaną na moje
nazwisko, z nowym numerem, skoro straciłam torebkę ze starym telefonem, kartą i
wszystkimi dokumentami.
Dał
mi też pomarańczową, plastikową buteleczkę z lekiem przeciwbólowym na receptę,
którą dali mu dla mnie w szpitalu i powiedział, żebym wzięła jedną lub dwie
tabletki, jeśli ból byłby nie do wytrzymania.
Poinformował
mnie, że wszystkie moje dokumenty zostały zgłoszone do odpowiednich władz i
powinnam niedługo dostać nowe.
Moje
konto bankowe podobno zostało zabezpieczone, co było dobre, bo było połączone z
kontem Słonecznika.
Will
powiedział mi też, że miałam do tego telefonu wpisany jego numer, ale numery
moich przyjaciół musiałam sobie uzupełnić.
Akurat
o to się ani odrobinę nie martwiłam,
bo wiedziałam doskonale, że mnie szybko znajdą i chętnie w tym pomogą.
Nawet
podejrzewałam, że już grzała się ich
„gorąca linia”.
-
Czekają tu na ciebie rodzice - poinformował mnie Will, kiedy samolot skończył
kołować po pasie i zatrzymał się przy budynku lotniska.
Poczułam
łzy radości, szarpnęłam głową w stronę okna i prawie podskoczyłam na tę nowinę,
ale nie chciałam iść tam bez niego, więc ponownie spojrzałam w jego stronę i
zrobiłam to niepewnie.
-
Idź - szepnął łagodnie mój-nie-mój mężczyzna - Znajdę cię później.
Wiedziałam,
że by mnie znalazł, Will wiedział, jak to zrobić, więc uśmiechnęłam się lekko,
ale szczęśliwie i tylko skinęłam głową.
Z
tego powodu co prawda zeszłam ze schodków samolotu na płytę lotniska w
towarzystwie czterech mężczyzn, ale samą
wsadzono mnie czarnego samochodu z kierowcą, którym sama zostałam zawieziona na niedaleki parking, gdzie czekali na
mnie oboje rodzice.
Nie
oglądałam się.
Kiedy
zatrzymaliśmy się, kierowca wysiadł, nie wyłączając silnika, otworzył moje drzwi
i podał mi kule, więc podziękowałam mu i ruszyłam do rodziców.
Powitanie
taty mnie nie zaskoczyło, bo zawsze był mało wylewny, jak byliśmy wśród ludzi,
ale i tak wiedziałam, że się bardzo ucieszył,
że mnie widział prawie zdrową, więc wystarczyło, że mnie uścisnął i powiedział
- Dobrze, że jesteś, Kwiatuszku.
Zaskoczyło
mnie powitanie mamy.
-
O, Boże, kochanie! - przytulając
mnie, zawołała, ale jak na nią bardzo cicho - Jak to dobrze, że do nas wróciłaś.
Asekurowała
mnie potem przez całą drogę do drzwi ich samochodu, kiedy cichym Dziękuję i skinieniem głowy pożegnaliśmy
się przez dzielącą nas przestrzeń z kierowcą czarnego auta.
Wsiedliśmy
do ich samochodu, srebrnego SUV’a Toyoty Cruiser, który tata kupił dla nich,
kiedy Billy zatrudnił go jako swojego menagera.
Usiadłam
z tyłu, za fotelem pasażera, na co mama nalegała, mówiąc - Będzie ci tu
wygodniej, bo odsunęliśmy do przodu tamten fotel - i wsiadła obok mnie.
Wiedziałam,
że również wyjęli stamtąd siodełko, w którym jeździł Abel, bo zwykle tam było
przypięte pasem.
A
potem przez całą drogę do domu mama przytulała mnie, głaskała dłonią po
włosach, całowała w policzek, skroń lub moje ręce i widać było, że autentycznie
cieszyła się na mój widok.
To
było niespodziewane i miłe.
-
Mamo... - szepnęłam w końcu z dławiącymi
mnie emocjami, ale nie wiedziałam, co miałabym dodać, bo czułam bardzo dużo.
-
Tak bardzo się bałam, że ciebie też stracę - odszepnęła moja mama, która chyba
po prostu nie potrafiła do tej pory rozpoznać właściwie swoich uczuć, albo nie
umiała ich okazywać.
Zobaczyłam
łzy w jej oczach, ale nie histeryzowała, czego bałam się po doświadczeniach z
Anie.
Musiałam
odchrząknąć, bo niespodziewane wzruszenie odebrało mi możliwość prawidłowego
oddychania.
Ale
słów też nie znalazłam.
Przez
trzy następne godziny dowiedziałam się o sobie i o bliskich mi osobach czegoś
niesamowitego, co nie było nowe, ale nigdy nie docierało do mnie z taką mocą,
jak wtedy, albo może docierało, ale ja, egoistycznie skupiona na mojej
tęsknocie za Willem, nie dopuszczałam tego do siebie.
Byłam
kochana.
Tata
na moją prośbę odwiózł mnie do Słonecznika,
czyli mojego domu, do moich
przyjaciół, a ponieważ wszyscy zostali poinformowani, że wróciłam, więc wszyscy
czekali.
Byli
tam nie tylko Jasmine, Jeremy i Jason, ale również Ryan z narzeczoną, a ich
przywitanie było odpowiadające ich charakterom.
Jeremy
i Ryan czekali w progu domu i dosłownie rzucili
się do drzwi samochodu, zanim jeszcze tata wyłączył silnik, potem wynieśli
mnie z niego wprost do salonu, by posadzić mnie tam na kanapie, kiedy reszta
chodziła wokół mnie jak kwoki wokół kurczaczka.
Były
uściski, były Ochy i Achy, a potem był poczęstunek Bo pewno nic nie jadłaś, taka jesteś
chudziutka!
I
wcale nie powiedziała tego moja mama.
Zaraz
po tym przyjechała Anie z całą swoją rodziną i z Ablem, który był u nich, kiedy
tata z mamą pojechali po mnie na lotnisko.
Moi
przyjaciele i rodzina czekali w swoich domach na moją decyzję, gdzie chciałam
zamieszkać na kilkanaście najbliższych dni, kiedy było wiadomo, że potrzebowałabym
pomocy nawet przy poruszaniu się po domu.
Kiedy
tata przez telefon dał im znać, że jechaliśmy do Słonecznika, wszyscy zebrali się, by przyjechać tutaj i mnie
przywitać.
Jack
wszedł jako pierwszy do naszego salonu, natychmiast podszedł do mnie i usiadł
od strony mojej rannej nogi na kanapie obok mnie i dobrze zrobił, bo Abel i
Grace wpadli zaraz za nim, a Billy niósł na rękach Mercy’ego, idąc za Anie,
która trzymała rękę na swoim całkiem dużym, ciążowym brzuchu.
Wydawało
mi się w tej chwili, jakby nie było mnie wieki,
a nie tylko tydzień.
Zamrugałam
gwałtownie w tej samej chwili, kiedy Jack zdążył osłonić moją ranną nogę, a
dzieciaki dopadły do mnie z przytulasami od drugiej strony.
Przeniosłam
na nie wzrok z mojej siostry, po czym wygięłam się w lewą stronę, by objąć je
ramionami i krótko przytulić do siebie.
-
Abi! - zawołała Grace sepleniąc po
dziecinnemu i wyginając się, żeby spojrzeć mi w oczy z pełną powagą na
pucułowatej buźce - Musis uwazać, jak chodzis. Nie wolno biegac po sliskim.
-
Tak, kochanie, masz rację - powiedziałam, przełykając łzy wzruszenia, bo przy
okazji dowiedziałam się, co powiedziano dzieciom o mojej nieobecności - Nie
uważałam i widzisz, co się stało.
-
Cześć, stara - mruknął do mnie Jack - Dobrze, że jesteś.
Uznałam,
że on wiedział nieco więcej niż
maluchy, ale też mój młody przyjaciel przeżył już postrzelenie i szpital
Billy’ego, a później przejścia Anie, więc może po prostu więcej rozumiał.
Abel
nie odezwał się, ale on zwykle reagował cicho, raczej tłumiąc i kryjąc w sobie
emocje, chociaż ostatnio Grace nauczyła go trochę zwykłej, dziecinnej
spontaniczności.
Mój
brat miał już siedem lat i był nad wyraz poważny, a Grace skończyła dwa latka i
była raczej spokojna, ale i tak łatwiej, bardziej uzewnętrzniała swoje uczucia
niż on.
-
Cześć, młody - mruknęłam, będąc skierowana brodą do Jacka, ale zezem patrząc na
Abla.
Mrugnęłam
do niego jednym okiem, a on uśmiechnął się do mnie szeroko i to było całe nasze
powitanie.
Ale
nadal było szczere.
Anie
podeszła do mnie i, rozgarniając dzieci, wzięła mnie w swój krótki, mocny,
siostrzany uścisk, po którym zabrała dzieci, by ponownie na kanapie obok mnie
mogła usiąść moja mama.
Mama
podała mi szklankę z napojem i talerzyk z zapiekanką, którą przywiozła w
naczyniu żaroodpornym, a którą zdążyła właśnie podgrzać.
Jasmine,
Jeremy i Jason z Ryanem trzymali się trochę z boku nas, ale korzystali z
poczęstunku, a Anie również przywiozła ze sobą garnek jej domowej roboty chili,
więc trochę tego było.
Podobnie
wyglądało wszystko, kiedy przyjechała Eva ze swoją rodziną, a potem Helena z
Oli’m, Alek z Samem, Maggie, Alice i Sophie z mężami i w ogóle całymi rodzinami,
co było bardzo miłe, ale powoli zaczęła mnie boleć głowa ze zmęczenia i
zraniona noga, bo przestawały działać środki przeciwbólowe, które dostałam od
Willa.
Nadal
z uśmiechem odmawiałam kolejnych
porcji jedzenia, które zwoziły te troskliwe kobiety, bo wiedziałam, że robiły
to dla mnie.
Cieszyłam
się również, ze nie wypytywały mnie o nic, a tylko były, by mnie wspierać i
umówić się na kolejne dni do pomocy.
Właśnie
wtedy, niezależnie od zmęczenia i bólu zobaczyłam to jasno i bez nawet cienia wątpliwości, a mianowicie, że nie
wiedziałam, że to miałam, dopóki mi tego nie podali jak na tacy.
Byłam
w centrum uwagi i była to uwaga czuła, troskliwa, pokazująca mi miłość w najlepszym, najbardziej
ujmującym wydaniu.
Nie
miałam tego jako dziecko, bo byłam w szpitalach, a potem nadal pod opieką
lekarzy, więc troska, jaką obejmowali mnie rodzice i siostry była inna.
Nie
miałam tego jako nastolatka, bo mieliśmy nasze przejścia z Ablem, Ewą, a potem
z tatą i sama trochę usunęłam się im z drogi.
Ale
dowiedziałam się właśnie, że tak naprawdę miałam
to.
Nie
byłam w centrum uwagi, ale kochali
mnie.
Oni
wszyscy mnie kochali i teraz martwili
się o mnie.
Nawet
mama, chociaż może nie okazywała tego we właściwy sposób, więc nie zauważałam
jej miłości, ale przecież Abel też okazywał swoje uczucia spokojnie, z
dystansem, a jakoś nigdy nie wątpiłam w nie.
Zrozumiałam
również, że mama i Anie miały inne charaktery niż ja, inne potrzeby i wymagania
wobec mężczyzn w ich życiu, a było to decydowanie o wszystkim, o ważniejszych
sprawach, bo o drobiazgach mogły decydować same.
Ja
sama mogłam wybrać dla siebie samochód, dom, czy pracę.
Wiedziałam
komu zaufać w doborze auta i nie zawahałam się zwrócić z prośbą o pomoc i to
samo dotyczyło domu.
Może
Oli mi pomagał, ale decyzja była moja.
Anie
zdawała się w każdej z tych kwestii na Billy’ego, a mama na tatę.
To
była najważniejsza różnica między nami i to był powód, dla którego mama tak źle
radziła sobie, kiedy taty nie było z nami.
Anie
i mama były trochę jak Helena, a ja byłam bardziej jak Eva, a przynajmniej pod
tym względem.
Nie
potrzebowałam mężczyzny w swoim życiu, żeby po prostu być, chociaż już
widziałam, że życie było pełniejsze, kiedy go miałam.
Kiedy
wreszcie któraś z moich przyjaciółek
lub moja siostra, czy mama dostrzegły, że byłam zmęczona, całe towarzystwo
rozjechało się do domów równie szybko, jak tutaj się zebrało.
W
naszym Słoneczniku zrobiło się
niespodziewanie spokojnie i cicho, ale ja nadal tkwiłam na kanapie i czekałam.
Moi
przyjaciele-współlokatorzy byli zajęci, bo posprzątali po naszych gościach, zapytali
mnie, czy mieli pomóc mi z pójściem do łóżka, a wtedy zabrzmiał dzwonek przy
drzwiach.
Usiadłam
sztywno wyprostowana i czekałam.
I
doczekałam się.
Jeremy
wpuścił spóźnionego gościa i usłyszałam ich rozmowę.
-
Dobry wieczór - powiedziano głosem Willa, więc zaczęłam się relaksować.
Usta
rozciągnęły mi się w uśmiechu.
Dotarło
do mnie to, co powinnam była pamiętać, ale jakoś mi umknęło.
Dom
był tam, gdzie był Will.
Teraz,
kiedy Will przyszedł, byłam w domu.
-
Dobry wieczór - głos Jeremiego był ostrożny - A pan to…?
-
Ja do Abigail - powiedział Will.
Nie
wytrzymałam, ale nie mogłam wstać, bo nawet moje kule leżały za daleko, więc
krzyknęłam z całych sił:
-
Jeremy, wpuść go! To Will!
Will
przeszedł obok Jeremiego, a ja patrzyłam tylko na niego, nie zwracając uwagi na
pełne zdumienia spojrzenia moich przyjaciół, którzy byli przyzwyczajeni do
mojego dystansu wobec mężczyzn.
Wyciągnęłam
rękę do Willa, uśmiechnęłam się i szepnęłam - Jesteś.
-
Przecież obiecałem - mruknął Will, złapał moją dłoń i usiadł bokiem na kanapie
obok mnie, by spojrzeć z zatroskaniem na moją twarz.
-
Jesteś zmęczona - stwierdził.
Oczywiście,
że to zauważył.
-
Trochę - powiedziałam i nadal się uśmiechałam.
-
Powinnaś się położyć - mówił dalej Will.
O,
nie!
Nie
chciałam, żeby wyszedł!
-
To nic - powiedziałam, a potem podniosłam rękę i dotknęłam jego twarzy, by
zauważyć - Ogoliłeś się.
Will
był ogolony na gładko i miał obcięte włosy, więc był u fryzjera w tym czasie,
kiedy nie było go u mnie.
Dawał
mi czas dla przyjaciół i zadbał o siebie, co mi się podobało.
Jedno
i drugie.
-
Taaa - mruknął Will - Nienawidziłem tamtego siebie.
Spoważniałam,
bo zrozumiałam go.
A
potem odpuściłam.
Mieliśmy
mieć czas na porozmawianie.
-
Jesteś głodny - stwierdziłam i dopiero wtedy rozejrzałam się po salonie.
Jasmine,
Jason, Jeremy, a nawet Ryan i Kate stali nadal nieruchomo, wymieniając się
tylko spojrzeniami pełnymi pytań.
-
To Will - poinformowałam ich - Mój dawny przyjaciel. Will… - zwróciłam się do
mojego mężczyzny i przy tym zobaczyłam, że nie spodobała mu się nazwa przyjaciel, ale musiałam to na razie
zostawić - poznaj Jasmine - kiwnęłam głową w stronę przyjaciółki, a potem
wymieniałam kolejne imiona i kiwałam głową w stronę kolejnych osób w salonie.
Niektórzy
machnęli ręką, inni kiwnęli głową, ale prezentacja została dokonana, a ja
mogłam przejść dalej.
-
Jasmine… - odwróciłam wzrok do dziewczyny - czy możesz podgrzać Willowi
zapiekanki?
Spojrzałam
na Willa i wiedziałam, że był głodny,
bo przełknął ciężko, ale zamierzał odmówić, by nie sprawiać kłopotu.
-
Mama przywiozła zapiekankę, Anie chili, Eva nóżki kurczaka, a inne kobiety masę słodkości - wytłumaczyłam mu z
uśmiechem na ustach - …mamy zapas jedzenia na miesiąc.
Will
zrelaksował się, pozwolił się obsłużyć, zapytany przez Jasmine poprosił o kawę
z mlekiem, a kiedy siedział obok mnie z talerzem zapiekanki i widelcem w dłoni,
reszta również się odprężyła i zaczęła się rozchodzić.
Najpierw
wyszli Ryan z Kate.
Pożegnałam
ich, podziękowałam i zlekceważyłam pełne ostrzeżenia i groźby spojrzenia, jakie
Ryan rzucał w stronę Willa.
Potem
poszli spać Jasmine z Jeremim, a na końcu Jason.
Zostaliśmy
sami na kanapie, kiedy Will kończył swoją mocno spóźnioną kolację, a ja
skubałam nerwowo palce, zastanawiając się jak poprosić go, żeby został ze mną
na noc.
Kiedy
Will opróżnił swój talerz, odstawił talerz i pił swoją kawę, ja wciąż nie
potrafiłam znaleźć słów, ale zmęczenie i ból pokonały mnie, więc przechyliłam
głowę, by patrzeć na niego, opierając się bokiem głowy o oparcie kanapy.
-
Jesteś zmęczona - powtórzył Will, a ja tym razem nie zaprzeczyłam.
-
Nie chcę, żebyś wychodził - szepnęłam.
-
Donikąd się nie wybieram - zamruczał Will, przekręcił się, odstawił kubek i
odwrócił się z powrotem do mnie, kiedy podnosiłam głowę i prostowałam się,
zaskoczona jego słowami.
-
Zostaniesz! - szepnęłam z taką
radością w głosie, że się uśmiechnął.
-
Miałem nadzieję, że mnie nie wygonisz - mruknął trochę żartobliwie i wyciągnął
dłoń w stronę mojej głowy, na co przechyliłam ją, by wtulić twarz w jej
wnętrze.
Tak
bardzo mi tego brakowało.
-
Słoneczniku - mruknął Will - Czy mogę spać w twoim łóżku? Czy mogę się na
chwilę z tobą położyć?
Otworzyłam
oczy, które przymknęłam z rozkoszy, kiedy mojego policzka dotknęła szorstka
skóra jego palców i popatrzyłam w jego oczy zaskoczona, bo prosił mnie o to!
Ale
to było coś więcej, bo Will powtórzył
moje słowa sprzed tego pierwszego razu, kiedy spaliśmy w jednym łóżku.
Pamiętał je!
Wiedziałam,
że moja twarz dosłownie rozświetliła się na jego słowa, bo jego złagodniała i w
końcu uśmiechnął się tak, jak nigdy tego nie widziałam.
Był
to w pełni zrelaksowany uśmiech
szczęścia.
Dotarło
do mnie, że Will zawsze do tej pory martwił się o coś, z czego nie zawsze
zdawałam sobie sprawy.
Ale
zawsze cos takiego było.
A
potem Will zaniósł swój kubek po kawie do zmywarki razem z pustym talerzem,
poszedł do drzwi, skąd wrócił do mnie z torbą, której wcześniej nie zauważyłam,
a którą zarzucił sobie na ramię, podszedł do kanapy, schylił się, złapał mnie
pod kolanami i pod plecami, żebym wygodnie leżała w jego ramionach, kiedy
podnosił mnie, wciąż patrząc w moje oczy.
-
Gdzie? - zapytał i zorientowałam się, że nie powiedziałam mu, który pokój był
mój, więc odwróciłam głowę w stronę korytarza do części nocnej naszego domu, by
brodą wskazać mu odpowiednie drzwi.
Mieszkałam
w pokoju, który był zasadniczo apartamentem, bo miał małą część wypoczynkową i
oddzielną łazienkę, kiedy pozostałe pokoje miały wejścia do dwóch łazienek z
korytarza.
To był jeden z warunków, jaki postawili moi
wspólnicy, kiedy remontowaliśmy ten dom, a związany był z tym, że to ja miałam
pieniądze na początek naszej inwestycji.
Teraz
byłam z tego zadowolona, bo mieliśmy mieć trochę prywatności.
Will
przyniósł mnie do mojej sypialni, pomógł mi się rozebrać, dotrzeć do łazienki, zrobić,
co potrzebowałam, umyć się, przebrać w piżamę, przeniósł mnie z powrotem do
łóżka i przez cały czas był troskliwy, uważny i robił to absolutnie bez
podtekstu seksualnego.
Więc
teraz leżałam pod kołdrą, czekając, aż mój mężczyzna dołączy do mnie w moim
łóżku po tym, jak wzięłam kolejne dwie tabletki przeciwbólowe, które dostałam od
Willa i nakremowałam dłonie.
Moje
szczęście z faktu, że byłam w domu i Will był tu ze mną zaczęło się załamywać,
bo martwiłam się jedną, dość ważną rzeczą.
Will
wiedział wszystko.
Dotarło
do mnie, że Will słuchał, więc wiedział również i to, co mi zrobiono w tamtej piwnicy i bałam się, że uzna mnie za brudną i
niegodną jego dotyku.
Byłam
przecież tam taka żałosna.
Ale
to nie była najlepsza pora na roztrząsanie tego, więc zepchnęłam tę niemiłą
myśl w głąb mojego umysłu.
*****
Klęczałam na zimnej,
betonowej podłodze na kolanach i rękach całkiem naga miedzy licznymi nagimi
mężczyznami, których nie znałam.
Nie mogłam patrzeć na
nich ze wstydu, jaki czułam.
We włosach miałam opaskę
z różowymi kocimi uszami, na szyi różową obrożę z błyszczącymi kamykami, a w
tyłku metalową zatyczkę z różowym, puchatym ogonkiem.
Widziałam na twarzach
mężczyzn podniecenie i szyderstwo.
Ich penisy sterczały, ale
nie patrzyli wyłącznie na mnie.
Tuż obok leżała naga
dziewczyna, którą gwałcił zdyszany, spocony facet.
Nie, nie, nie!
Nie mogłam się ruszyć.
Nie mogłam jej uratować.
Byłam taka żałosna i
bezużyteczna.
Zaczęłam
krzyczeć i płakać.
Ktoś
złapał za moje ramię i potrząsnął delikatnie, ale odsunęłam się, a wtedy
dotarło do mnie, że udo miałam skrępowane i obolałe.
-
Abigail - usłyszałam kochany głos Willa - Obudź się. Kochanie. Już dobrze. Jesteś bezpieczna.
Otworzyłam
oczy i przypomniałam sobie.
Zanim
Will wyszedł z łazienki, musiałam zasnąć, bo nie pamiętałam tego, jak położył
się ze mną w łóżku.
Ale
tam był.
Przytulał
mnie do swojego boku, kiedy moja ranna noga leżała na kołdrze, więc byłam
twarzą wtulona w jego szyję, a moja zwinięta w pięść dłoń leżała na jego klatce
piersiowej.
Will
obejmował moje plecy, drugą ręką głaskał moje ramię i bok moich włosów i
powtarzał:
-
Słoneczniku, jestem tu. Już jest
dobrze. Jesteś bezpieczna.
Mój
oddech powoli się uspokajał, rozprostowałam palce na jego mostku, pogładziłam
kręcące się tam czarne włoski i pociągnęłam zatkanym nosem.
Dotarło
do mnie, że byłam otoczona tym samym męskim, bezpiecznym zapachem, który zawsze
mnie otaczał, kiedy spałam z Willem.
Uspokoiłam
się.
-
Jesteś w domu - szepnęłam.
-
Tak - odszepnął - Jestem w domu.
-
Nareszcie - szepnęłam i odprężyłam
się bardziej, ale chciałam zapytać o coś jeszcze, co mnie dręczyło - Na jak
długo?
A
potem spięłam się, bo nie powinnam była pytać.
Nie
byłam pewna, czy miałam do tego prawo.
-
Jeśli mnie zechcesz… - szepnął Will, obracając nas tak, że zawisł nade mną i
patrzył mi prosto w oczy, a mój oddech zrobił sobie chyba przerwę, bo go nie
było - to na zawsze. Już nie pracuję w FBI.
-
Co?! - zadałam to pytanie zbyt głośno
i zbyt piskliwie, ale zaskoczenie spowodowało, że zrobiłam to na wydechu.
Will
zmarszczył brwi i napiął się, więc próbowałam to szybko wyjaśnić, bo nie
sądziłam, żeby przez te trzy lata nauczył się odczytywać czyjeś emocje.
-
Ja… - zająknęłam się - Ty kochasz tę
pracę - wyjaśniłam, bo tak przecież było od zawsze.
Chyba.
-
To nie tak. Nie całkiem - Will zgiął szyję, więc przyciągnął brodę do swojej
piersi i nie patrzył mi w oczy, ale potem podniósł wzrok - Nie lubiłem być pod
przykrywką. Robiłem rzeczy, które mi nie odpowiadały. Żyłem życiem, którym
gardziłem. Gardziłem sobą.
Och, Will!
Nic
nie powiedziałam.
-
Miałem umowę, że po tej ostatniej akcji - wyjawił mi - …odejdę i oni nie będą
mnie zatrzymywali. Doprowadziłem to do końca. Odszedłem. Proste.
Proste!
Moja
radość wypłynęła w postaci złagodzenia wyrazu mojej twarzy, a usta wygięły się
w uśmiechu, co widziałam w jego oczach, że mu się podobało, ale potem zamarłam.
-
Al-le… - zawahałam się - to co…?
-
Porozmawiamy o tym jutro, dobrze? - zapytał Will i westchnął - Jestem trochę
zmęczony.
-
Tak, przepraszam - szepnęłam i puściłam jego ramiona, które nie wiedzieć kiedy
złapałam w kurczowym uścisku.
Will
ułożył siebie na plecach i mnie na sobie, a ja wtuliłam się w jego ciepłe,
silne, bezpieczne ciało, wreszcie całkiem odprężona, znowu szczęśliwa i
pogodnie patrząca w przyszłość.
A
przynajmniej najbliższą przyszłość.
Będąc
w jego ramionach, byłam w domu i to było najważniejsze.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń