niedziela, 16 lipca 2023

22 - Najlepszy prezent (cz.1)

 

Rozdział 22

Najlepszy prezent (cz.1)

Abigail

 

 

Thanksgiving…

Obudziłam się tak, jak zawsze budziłam się, odkąd Will wrócił do mojego życia, czyli leżąc prawą nogą i ramieniem na nim, z głową na jego klatce piersiowej, czołem przyciśnięta do jego szyi, a nagimi piersiami i brzuchem przytulona do jego boku.

Sypialiśmy oboje całkiem nago już prawie od dwóch tygodni i było mi z tym fantastycznie.

Nasz seks był niesamowity.

A dzięki temu, że w tym czasie skończył mi się okres, byłam już z powrotem na tabletkach i nic nas nie dzieliło, bo nie musieliśmy stosować gumek.

Więc było jeszcze lepiej.

Było Thanksgiving i powinnam wstawać, bo niedługo miałam pojechać do mamy, by pomóc jej w naszykowaniu rodzinnego obiadu, a raczej obiado-kolacji dla wszystkich, włącznie z Heleną i Olim, ale czułam się idealnie w miejscu, w którym byłam i nie chciałam jeszcze tego zmieniać.

Choćby przez chwilkę.

Dzień, w którym Ryan został ranny, był jeszcze jednym przełomowym dniem w ostatnich tygodniach, bo dowiedziałam się kilku rzeczy.

Poza informacjami o powiązaniach Lucy i Lucasa z mafią dowiedziałam się, że narzeczona Ryana, Kate, była bratanicą Evy, tej… samej… Evy, która była dla mnie w trudnych chwilach jak mama, co nie zdziwiło nikogo poza mną, więc reszta dowiedziała się tego wcześniej.

Jak bardzo byłam zapatrzona w siebie, że nigdy nie dostrzegłam, że były sobie bliskie, były nawet trochę do siebie podobne, a na dodatek Kate mówiła z podobnym akcentem, jak Eva.

Dowiedziałam się tego w poczekalni przed salą Ryana, w szpitalu, do którego pojechaliśmy, kiedy już Will „zrzucił” na mnie tę bombę o Lucy i zagrożeniu, jakie wisiało nad moją głową przez ostatnie dni.

Byłam lekko skołowana tym, że niczego mi nie powiedział wcześniej, przestraszona tym wszystkim, co się działo, ale rozumiałam go, a nawet byłam mu  za to wdzięczna.

Dał mi kilka lub więcej dni względnego spokoju.

Zrobił to, bo mnie kochał i chciał mojego dobra.

Po zranieniu Ryana, śmierci Lucy i jej cichym pogrzebie, a może trochę po moich sesjach z Arią, zaczęłam mieć sny o mojej przeszłości.

Najdziwniejsze było to, że dotyczyły dzieciństwa i, śniąc je, wiedziałam, że byłam małym dzieckiem tak samo, jak wiedziałam, że w tych snach mieszkaliśmy w dawnym, dużym domu z Ewą i tatą.

Tak, śniłam o mojej najstarszej siostrze, Ewie.

Robiłam to, co lubiłam robić, a nigdy mi na to nie pozwalano.

Stałam w kącie za szafkami i myślałam, że nikt mnie nie zauważył, aż usłyszałam głos siedmioletniej Lucy.

- Znowu?! - krzyknęła - Jesteś NIENORMALNA!

Odwróciłam się i szybko wyjęłam palec z buzi, by schować ręce za plecami.

- Zobaczysz, tata cię w końcu za to zbije - warczała na mnie Lucy, szarpiąc mnie za ramię, a ja zaczęłam się trząść ze strachu.

Nigdy nikt mnie nie uderzył, ale często Lucy mnie tak straszyła, więc to sobie wyobrażałam nie jeden raz.

- Lucy, nie strasz jej - usłyszałam zza Lucy stanowczy głos Ewy, która miała wtedy jedenaście lat i była za nas odpowiedzialna.

- Przecież wiesz, że mama jej zabroniła jeść tynk - warknęła Lucy - A skoro my jej nie upilnowałyśmy, to będzie na nas.

- Zostaw - powiedziała Ewa i wyciągnęła rękę w moją stronę - Chodź ze mną, Abi. Porozmawiamy.

Cóż, tego też się trochę bałam, bo Ewa czasem dawała mi reprymendę za coś, co zrobiłam źle, chociaż nie krzyczała na mnie i nie straszyła mnie laniem.

Nadal było to nieprzyjemne, bo potem czułam się winna.

- Abi, kochanie - zaczęła moja najstarsza siostra, kiedy byłyśmy w korytarzu, prowadzącym do naszych sypialni - Wiesz, że nie wolno jeść tynku.

Pokiwałam główką z zawstydzeniem, bo wiedziałam.

- Przestań to robić, bo się w końcu rozchorujesz - dodała Ewa.

Mówiono mi to wielokrotnie.

Kilka miesięcy później po raz pierwszy wylądowałam na poważniejszych badaniach w szpitalu dziecięcym.

Jak mogłam o tym nie pamiętać, nie wiedziałam, ale teraz to przyszło do mnie ze szczegółami we śnie.

Spisałam to, ten sen i to, co mi się w związku z nim przypomniało, co skojarzyłam jako całość, a potem rozmawiałam o nim z Arią i z Willem.

To był pierwszy z serii tego typu snów.

Przypomniałam sobie, że takich sytuacji było więcej.

Kiedy je omawialiśmy, po kolei, powoli, doszłyśmy z Arią do tego, że moje siostry nieświadomie wzbudzały i zakorzeniały we mnie poczucie winy za wszystko, co mnie spotkało.

Nie miałam do nich żalu, bo nie wiedziały, co czyniły.

Nie miały złych intencji.

To mnie nie uspokoiło, ale Aria powiedziała, że to był dobry krok w kierunku zaprzestania przeze mnie poszukiwania winy w sobie za wszystko, co się złego działo ze mną lub moimi bliskimi.

Lepiej sypiałam.

Zaczęłam rozmawiać z Anie i mamą w nieco inny sposób, omówiłyśmy to, a Anie nawet mnie przepraszała, ale nie potrzebowałam tego.

Stałam się bardziej pewna siebie.

Otwarta.

Ponieważ moja rehabilitacja przebiegała prawidłowo, moja sprawność była już na zwykłym lub prawie zwykłym poziomie, więc sama jeździłam już moim SUV-em i uczęszczałam na zajęcia razem ze wszystkimi.

No, może nie zawsze sama, bo przez kilka dni towarzyszył mi Will.

Woził mnie.

Był ze mną na wszystkich zajęciach, na które pozwolili mu wejść, siedząc w ławce, na krzesełku obok mnie z laptopem rozłożonym na kolanach lub na stoliku przed nim i pracował, nie zwracając uwagi na wykład.

Tylko jego oczy zdradzały mi, że doskonale wiedział o każdym ruchu, który wykonywał ktokolwiek w sali.

Przyzwyczaiłam się do jego obecności tak bardzo, że poczułam pustkę i osamotnienie, kiedy musiał zająć się swoimi sprawami, swoją pracą, a ze mną był ktoś inny, a potem pewnego dnia Will poinformował mnie, że niebezpieczeństwo minęło i że nie będzie musiał ze mną jeździć.

- Wycofał się, Słoneczniku - powiedział, kiedy mi to oznajmił - Lucius Tores miał swoją zemstę, a do tego uznał, że ty jesteś zbyt mało dostępna, za dobrze chroniona, więc odpuścił.

Nie mogłam w to uwierzyć, bo słyszałam, że tacy ludzie nie odpuszczali i podzieliłam się tym z Willem, ale powiedział wówczas:

- Powiedzmy, że znajomy znajomego rozmawiał z nim o tym w więzieniu i dostał od niego to zapewnienie.

Co takiego?!!

Oczy mało nie wypadły mi z orbit na to stwierdzenie.

Ale potem odpuściłam, bo to nie była moja sprawa, jak Will załatwiał swoje sprawy, nawet jeśli były związane ze mną.

Wystarczyła mi wiedza, że mój mężczyzna był dobrym człowiekiem, czynił dobro innym ludziom, zapewniał bezpieczeństwo mi i nie tylko mi.

Jak to robił, to była jego sprawa.

Serio.

I to, co zrobił, pozwalało mi swobodnie żyć.

Więc należało to tak zostawić.

Dzięki temu, że wcześniej miałam to zaświadczenie od lekarza z Nowego Meksyku, część zajęć miałam zaliczone on-line, a wkrótce miałam nadrobić pozostałe zaległości.

Było jednak możliwe, że nie miałabym stypendium na ostatni semestr.

Will zabronił mi się martwić na zapas, ale powinien znać mnie lepiej.

Nie martwiłam się, bo zwykle nie myślałam o przyszłości przez pozostałości mojego życia jednym dniem naraz.

A dni były dobre.

Will wreszcie kupił dla siebie samochód, pickupa, Forda Ranger’a, oczywiście w kolorze czarnym i nawet nie próbowałabym go przekonać do innego, bo to był jego kolor.

Miałam mojego SUV’a wyłącznie dla siebie.

A przez to, że mogłam samodzielnie prowadzić, miałam swobodę, do jakiej przyzwyczaiłam się przez minione dwa lata.

Chociaż było inaczej.

Miałam Willa, który był ze mną na co dzień, chociaż wyjeżdżał rano do pracy, a czasem nie było go w domu po południu.

Zawsze jednak na noc wracał do domu, do mnie.

A potem kochaliśmy się, spaliśmy razem i mogłam następnego dnia budzić się tak, jak obudziłam się teraz.

- Dzień dobry, Słoneczniku - usłyszałam pomruk wydobywający się z gardła mojego mężczyzny i jednocześnie pod policzkiem poczułam wibracje w jego klatce piersiowej.

- Dzień dobry… - szepnęłam, podnosząc głowę na tyle, by ją odwrócić i móc pocałować gorącą skórę Willa, a potem dodałam - Wiliamie.

Zadziałało, jak zawsze działało, więc tylko to jedno słowo wystarczyło, bym znalazła się na plecach, a nade mną zawisł mój mężczyzna, wpatrzony w moje oczy tak gorącym wzrokiem, że wiedziałam, że dostanę to, na co miałam nadzieję.

*****

Gwiazdka…

Obudziłam się tak, jak zawsze budziłam się, odkąd Will wrócił do mojego życia, czyli leżąc jedną nogą i ramieniem na nim, z głową na jego ramieniu i przytulona do jego boku nagimi piersiami.

Może powinnam wstać i zacząć szykować się na swój dzień, bo mieliśmy jechać do Anie i miałam pomóc jej w szykowaniu obiadu świątecznego dla całej rodziny, Heleny i Oli’ego, ale było mi bardzo dobrze, jak zwykle było mi przy moim mężczyźnie.

Te kilka tygodni dało nam stabilizację.

Will pracował, ja uczyłam się i trochę pracowałam, a co noc spaliśmy razem w moim łóżku, które stało się już nasze.

W Thanksgiving pojechaliśmy pickupem Willa do moich rodziców i spędziliśmy tam czas, rozmawiając ze wszystkimi, jedząc, śmiejąc się, co było bardzo przyjemne.

A wieczorem wróciliśmy do domu i Will połączył nas przez kamerkę ze swoją starszą siostrą, Francescą.

- Cześć Fran - przywitał się, kiedy już siedział przed laptopem, ustawionym na stoliku do kawy w salonie, bo byliśmy sami w domu, skoro Jasmine wyjechała z Jeremym do jego rodziny, Jason pojechał do swojej rodziny, o której jakoś nic nie wiedziałam, a ja jeszcze odkładałam pojemniki z jedzeniem do lodówki.

Mama dała nam mnóstwo resztek.

- No, cześć mój mały braciszku - usłyszałam kobiecy, wesoły głos i miałam ochotę się roześmiać.

Will był ode mnie o piętnaście lat starszy, co oznaczało, że podrywał już pierwsze dziewczyny w liceum, kiedy ja się urodziłam.

A tu znalazł się ktoś, kto nazywał go małym braciszkiem.

- Fran nie zawstydzaj mnie przed moją dziewczyną - mruknął Will, ale w jego głosie również usłyszałam rozbawienie, kiedy na mnie zerknął.

Wyciągnął rękę w moją stronę, więc podeszłam i usiadłam obok niego na kanapie, a przez to pojawiłam się w zasięgu kamerki, co zobaczyłam na podglądzie.

Na ekranie laptopa była widoczna kobieta, która była tak podobna do Willa, że, nawet tylko spotykając ją przypadkiem na ulicy, od razu wiedziałabym, że była z nim blisko spokrewniona.

- Dzień dobry - powiedziałam, uśmiechając się do niej - Jestem Abigail.

Will objął mnie jednym ramieniem i przyciągnął mocno do siebie, a potem delikatnie pocałował w skroń.

Oparłam jedną doń na jego piersi, odgięłam głowę i spojrzałam w jego oczy, by zobaczyć, że jego wzrok skierowany był na mnie i był pogodny.

Pełen szczęścia i miłości.

- To moja Abi - powiedział przy tym cicho i łagodnie.

- Omójbosze! - zawołała nagle Fran i spojrzałam z powrotem na ekran laptopa - Jak słodko! Abi nawet nie masz pojęcia jak się cieszę, że cię widzę. Musimy koniecznie spotkać się osobiście. Muszę ci tyle opowiedzieć o tym gagatku. Mam tysiące smakowitych ploteczek.

- Nie ma, kurwa, mowy - zagrzmiał nagle Will, a ja spojrzałam na niego w szoku, bo to było do niego takie niepodobne.

Był taki wściekły.

- Will… - zaczęłam.

- Nie ma mowy, żeby ona ci mówiła o moim dzieciństwie albo… - zaczął Will nerwowym tonem, a Fran zaczęła się histerycznie śmiać.

- Mam cię, urwisie! - krzyknęła, a ja znowu podskoczyłam, tym razem odwracając głowę w jej stronę - Nie ma to jak zemsta starszej siostry!

Wreszcie do mnie dotarło, że się tylko droczyła, ale Will wyglądnął nadal na zdenerwowanego, więc zaczęłam niekontrolowanie chichotać.

- Masz siostrę, Abi? - zapytała przez nasz śmiech Fran, a ja natychmiast spoważniałam.

- Cóż… - zająknęłam się.

- Abi ma jedną żyjącą siostrę i małego braciszka - wyręczył mnie Will, ponownie mnie do siebie przyciskając, a ja zamknęłam oczy i przechyliłam głowę w jego stronę.

Boże, jak dobrze, że go miałam.

- Och, przykro mi, Abi - szepnęła Fran, więc wiedziałam, że się domyśliła, co kryło się za słowami „żyjącą” siostrę.

Rozmawialiśmy jeszcze przez jakiś czas, a wtedy dowiedziałam się, że Will zaczął planować, jak zawsze lubił to robić, chociaż na razie zrobił to tylko na najbliższy miesiąc.

Mój mężczyzna umówił nas na tygodniowy wyjazd do Phoenix, do swojej rodziny, w mojej przerwie zimowej, czyli tuż po Gwiazdce.

- Mark ma wtedy jakąś pracę, ale moje zadanie polegało na przygotowaniu informacji i opracowaniu planu - wyjaśnił mi Will - W większości to ogarnąłem, resztę dopracujemy w ciągu trzech tygodni, a potem mogę jechać.

Dlatego właśnie nadrabiałam pilnie zaległości w szkole, oddawałam na czas wszystkie prace, zdawałam kolokwia, pisałam testy, a w domu głównie uczyłam się, by mieć czas na tydzień bez nauki w Phoenix, u rodziny Willa.

Nawet mało malowałam, ale na szczęście przez poprzedni miesiąc, siedząc głównie w domu, zrobiłam tyle produktów do sprzedaży, że teraz mogłam robić najwyżej jedną torbę lub serwetę na dwa dni i to wystarczało.

Nasza codzienna rutyna utrwaliła się, mieliśmy nasze chwile rano, wieczorem, a kiedy nie było w domu moich przyjaciół, Will znajdował sposoby, by dać mi trochę bliskości również w ciągu dnia.

Will dbał o mnie na wiele sposobów i to w każdym aspekcie życia.

Kiedy wychodził przede mną do pracy, budził mnie pocałunkiem lub nastawiał budzik, bym nie zaspała do szkoły.

Czasem robił śniadania, gotował kolacje, przyjeżdżał do szkoły, by zabrać mnie na lunch i pilnował, bym nie jadła w pospiechu „śmieciowego” jedzenia, ale zawsze znajdował miejsce, żebyśmy mogli usiąść i zjeść w spokoju.

Dowiedziałam się przy tej okazji, że robił wyśmienite tortille z kurczakiem, chili con carne i enchiladę.

Ja nauczyłam się gotować, bo mama i siostry zmuszały mnie do tego, chociaż nie robiły tego siłą, ale dlatego, że traktowały to jako coś naturalnego, że gotowałyśmy razem.

Will powiedział mi kiedyś, łamiąc mi przy tym serce po raz kolejny opowiadaniem o swojej przeszłości, że musiał nauczyć się gotować, bo jego żona nie zajmowała się kuchnią, chociaż umiała to robić.

Po prostu nie dbała o niego.

Zaczynałam powoli nienawidzić tej zdziry.

Dlatego po tym jego wyznaniu starałam się zawsze przygotowywać kolację, jeśli wiedziałam, że Will miał być w domu później niż ja.

To nie było tak, że kochałam gotować, ale to było dokładnie tak, że chciałam, by mój mężczyzna wiedział, że był dla mnie ważny i zawsze będzie najważniejszy ze wszystkich na całym świecie.

Dlatego również próbowałam wymyślić najlepszy, nietypowy, dopasowany do mojego Wiliama prezent na Gwiazdkę.

I nie udało mi się.

Miałam tysiące pomysłów, ale wszystkie odrzuciłam jeden po drugim, bo albo nie dawały się zrealizować bez ujawnienia Willowi, albo ostatecznie okazywało się, że on już coś takiego miał.

Dlatego nie miałam prezentu dla niego i byłam na siebie zła.

- Dzień dobry, Słoneczniku - moje myśli zostały niespodziewanie przerwane przez głos mojego ukochanego.

Uśmiechnęłam się i odgięłam głowę na jego ramieniu, by spojrzeć w jego piękne oczy, które uśmiechały się do mnie.

- Dzień dobry, Wiliam - szepnęłam z nadzieją, że to mógłby być mój prezent dla niego, chociaż byłby mało oryginalny, bo dawałam mu go codziennie z małymi tylko przerwami.

Trochę mi się udało, bo Will natychmiast wysunął ramię spod mojego ciała, przekręcił nas tak, że znalazłam się na plecach i zawisł nade mną.

Czekałam na swój poranny pocałunek, ale on nie nastąpił.

Will nagle sturlał się ze mnie, z łóżka i sięgnął do szuflady w swojej szafce nocnej, by schwycić coś i wrócić do mnie.

Zrobił to tak szybko, że nie zdążyłam się zaniepokoić.

Nie pokazał mi, co to było, bo trzymał to zawinięte w pięści lewej dłoni.

Oparł się na niej na łokciu obok mojej głowy, kiedy wrócił między moje nogi, schwycił moją brodę palcami prawej ręki i pocałował mnie.

Ten pocałunek był inny niż wszystkie poprzednie nasze pocałunki, bo nie zaczynał się powoli i nie rozpalał się, a wybuchł od pierwszego zetknięcia naszych warg jak pożar, kiedy zapałka dotyka plamy benzyny.

Prawie straciłam przytomność pod żaru, jaki poczułam, a między moimi nogami napięcie było takie, że rozchyliłam je mocniej i wypchnęłam biodra do przodu.

Byłam pewna że moja kobiecość całkiem przemokła, kiedy język Willa owijał mój tak, jak chyba jeszcze nigdy nie owijał.

Namiętnie, jakby świat miał się skończyć, jeśli byśmy przestali.

Nie wiedziałam kiedy członek Wiliama utorował sobie drogę, bo następnym, co poczułam, było cudowne, najlepsze uczucie wypełnienia.

Jęknęłam głucho w usta mojego mężczyzny, a wtedy on objął mnie prawą ręką za łopatki, przesunął nią wydłuż mojego ciała tak, że moje lewe kolano musiało objąć jego biodro, potem wrócił do moich łopatek i oderwał się od moich ust, by warknąć:

- Trzymaj się.

Nie wiedziałam, o co mu chodziło, aż do momentu, kiedy zaczął się obracać.

Zacisnęłam ramię na jego ramionach i przylgnęłam piersiami do jego piersi.

Nie wiem, jak to zrobił, nie obserwowałam całego procesu, ale skończyliśmy w pozycji ja-na-nim.

- Usiądź - usłyszałam schrypnięte polecenie i wykonałam je od razu, chociaż zakręciło mi się w głowie z rozkoszy, jaką poczułam.

W tej pozycji czułam wypełnienie jeszcze mocniej.

Kiedy usiadłam, poruszyłam biodrami i jęknęłam z rozkoszy, ale Will nie pozwolił mi działać.

Naciskiem na moje biodra zmusił mnie do absolutnego bezruchu i skupienia uwagi na jego twarzy.

- Kocham cię Abigail - powiedział mój mężczyzna, patrząc mi prosto w oczy i, chociaż jego głos zdradzał, że był równie mocno podniecony, co ja, nie poruszył się nawet odrobinę, nawet nie napiął bioder, które były między moimi nogami - Chcę budzić się w ten sam sposób, jak teraz lub jakikolwiek inny przy tobie codziennie do końca moich dni. Chcę dawać ci rozkosz, zapewniać bezpieczeństwo, być twoim domem. Wyjdziesz za mnie za mąż?

Zamrugałam gwałtownie, bo tego się nie spodziewałam.

Will rozwinął palce lewej dłoni i zobaczyłam w nich pierścionek.

Uniosłam rękę do ust, w oczach stanęły mi łzy, a potem pokiwałam energicznie głową, oparłam się oburącz na jego klatce piersiowej, by nie stracić równowagi i w końcu krzyknęłam na wydechu - Tak!

Will złapał moją lewą rękę, przeniósł swoje obie dłonie między nasze ciała i wsunął mi pierścionek na palec.

Nawet nie zdziwiłam się, że pasował.

Przecież to był Will, a Will wiedział wszystko.

Nie miałam szansy, by obejrzeć mój pierścionek zaręczynowy, bo Will nagle zacisnął palce obu dłoni na moich biodrach i poruszył mną na sobie, mówiąc wciąż tym niskim, chrapliwym głosem:

- A teraz ujeżdżaj mnie aż do końca.

Nie byłam pewna, o czyj koniec mu chodziło, ale nie obchodziło mnie to, bo nagle jego penis drgnął we mnie tak sugestywnie, że zapomniałam o tym, że chciałam spróbować się nim pobawić.

Podskoczyłam, przesunęłam biodrami w przód i w tył, a potem oszołomił mnie rytm, który sam się narzucił, więc nie kontrolowałam go.

Pochłonął mnie całkowicie.

Nie było świata wokół nas.

Galopowałam tak aż do szczytu, który nie był odległy w czasie, ale nadal był genialny w swojej doskonałości.

Oznajmiłam to głośnym krzykiem, wygięciem pleców i skurczem kobiecości, a zaraz po mnie Will oznajmił swój szczyt przeciągłym jękiem.

Kiedy opadłam tułowiem na ukochanego mężczyznę pode mną, ten przytulił mnie i dał mi odpocząć.

Wyprostowałam nogi, by leżały wydłuż jego nóg, a wtedy się wyślizgnął ze mnie naturalnie, ale mnie nie puścił.

- Najlepszy prezent jaki kiedykolwiek dostałem - wyszeptał Will, a ja się cicho zaśmiałam, trzęsąc się przy jego nagim ciele.

- Chyba mój - odparłam zmęczonym głosem i zamknęłam oczy.

Nie dałam rady tego opanować.

Zasnęłam.

*****

1 komentarz: