Rozdział 22
Najlepszy prezent (cz.1)
Abigail
Thanksgiving…
Obudziłam
się tak, jak zawsze budziłam się, odkąd Will wrócił do mojego życia, czyli
leżąc prawą nogą i ramieniem na nim, z głową na jego klatce piersiowej, czołem
przyciśnięta do jego szyi, a nagimi piersiami i brzuchem przytulona do jego
boku.
Sypialiśmy
oboje całkiem nago już prawie od dwóch tygodni i było mi z tym fantastycznie.
Nasz
seks był niesamowity.
A
dzięki temu, że w tym czasie skończył mi się okres, byłam już z powrotem na
tabletkach i nic nas nie dzieliło, bo nie musieliśmy stosować gumek.
Więc
było jeszcze lepiej.
Było
Thanksgiving i powinnam wstawać, bo niedługo miałam pojechać do mamy, by pomóc
jej w naszykowaniu rodzinnego obiadu, a raczej obiado-kolacji dla wszystkich,
włącznie z Heleną i Olim, ale czułam się idealnie
w miejscu, w którym byłam i nie chciałam jeszcze tego zmieniać.
Choćby
przez chwilkę.
Dzień,
w którym Ryan został ranny, był jeszcze jednym przełomowym dniem w ostatnich
tygodniach, bo dowiedziałam się kilku rzeczy.
Poza
informacjami o powiązaniach Lucy i Lucasa z mafią dowiedziałam się, że
narzeczona Ryana, Kate, była bratanicą Evy, tej…
samej… Evy, która była dla mnie w
trudnych chwilach jak mama, co nie zdziwiło nikogo poza mną, więc reszta
dowiedziała się tego wcześniej.
Jak
bardzo byłam zapatrzona w siebie, że nigdy nie dostrzegłam, że były sobie
bliskie, były nawet trochę do siebie podobne, a na dodatek Kate mówiła z
podobnym akcentem, jak Eva.
Dowiedziałam
się tego w poczekalni przed salą Ryana, w szpitalu, do którego pojechaliśmy,
kiedy już Will „zrzucił” na mnie tę bombę o Lucy i zagrożeniu, jakie wisiało
nad moją głową przez ostatnie dni.
Byłam
lekko skołowana tym, że niczego mi nie powiedział wcześniej, przestraszona tym
wszystkim, co się działo, ale rozumiałam go, a nawet byłam mu za to wdzięczna.
Dał
mi kilka lub więcej dni względnego spokoju.
Zrobił
to, bo mnie kochał i chciał mojego dobra.
Po
zranieniu Ryana, śmierci Lucy i jej cichym pogrzebie, a może trochę po moich
sesjach z Arią, zaczęłam mieć sny o mojej przeszłości.
Najdziwniejsze
było to, że dotyczyły dzieciństwa i, śniąc je, wiedziałam, że byłam małym dzieckiem tak samo, jak wiedziałam, że w
tych snach mieszkaliśmy w dawnym, dużym domu z Ewą i tatą.
Tak,
śniłam o mojej najstarszej siostrze, Ewie.
Robiłam to, co lubiłam
robić, a nigdy mi na to nie pozwalano.
Stałam w kącie za
szafkami i myślałam, że nikt mnie nie zauważył, aż usłyszałam głos
siedmioletniej Lucy.
- Znowu?! - krzyknęła -
Jesteś NIENORMALNA!
Odwróciłam się i szybko wyjęłam
palec z buzi, by schować ręce za plecami.
- Zobaczysz, tata cię w
końcu za to zbije - warczała na mnie Lucy, szarpiąc mnie za ramię, a ja zaczęłam
się trząść ze strachu.
Nigdy nikt mnie nie
uderzył, ale często Lucy mnie tak straszyła, więc to sobie wyobrażałam nie
jeden raz.
- Lucy, nie strasz jej -
usłyszałam zza Lucy stanowczy głos Ewy, która miała wtedy jedenaście lat i była
za nas odpowiedzialna.
- Przecież wiesz, że mama
jej zabroniła jeść tynk - warknęła Lucy - A skoro my jej nie upilnowałyśmy, to
będzie na nas.
- Zostaw - powiedziała
Ewa i wyciągnęła rękę w moją stronę - Chodź ze mną, Abi. Porozmawiamy.
Cóż, tego też się trochę
bałam, bo Ewa czasem dawała mi reprymendę za coś, co zrobiłam źle, chociaż nie
krzyczała na mnie i nie straszyła mnie laniem.
Nadal było to
nieprzyjemne, bo potem czułam się winna.
- Abi, kochanie - zaczęła
moja najstarsza siostra, kiedy byłyśmy w korytarzu, prowadzącym do naszych
sypialni - Wiesz, że nie wolno jeść tynku.
Pokiwałam główką z
zawstydzeniem, bo wiedziałam.
- Przestań to robić, bo się
w końcu rozchorujesz - dodała Ewa.
Mówiono mi to
wielokrotnie.
Kilka
miesięcy później po raz pierwszy wylądowałam na poważniejszych badaniach w
szpitalu dziecięcym.
Jak
mogłam o tym nie pamiętać, nie wiedziałam, ale teraz to przyszło do mnie ze
szczegółami we śnie.
Spisałam
to, ten sen i to, co mi się w związku z nim przypomniało, co skojarzyłam jako
całość, a potem rozmawiałam o nim z Arią i z Willem.
To
był pierwszy z serii tego typu snów.
Przypomniałam
sobie, że takich sytuacji było więcej.
Kiedy
je omawialiśmy, po kolei, powoli, doszłyśmy z Arią do tego, że moje siostry
nieświadomie wzbudzały i zakorzeniały we mnie poczucie winy za wszystko, co
mnie spotkało.
Nie
miałam do nich żalu, bo nie wiedziały, co czyniły.
Nie
miały złych intencji.
To
mnie nie uspokoiło, ale Aria powiedziała, że to był dobry krok w kierunku
zaprzestania przeze mnie poszukiwania winy w
sobie za wszystko, co się złego działo ze mną lub moimi bliskimi.
Lepiej
sypiałam.
Zaczęłam
rozmawiać z Anie i mamą w nieco inny sposób, omówiłyśmy to, a Anie nawet mnie
przepraszała, ale nie potrzebowałam tego.
Stałam
się bardziej pewna siebie.
Otwarta.
Ponieważ
moja rehabilitacja przebiegała prawidłowo, moja sprawność była już na zwykłym
lub prawie zwykłym poziomie, więc sama jeździłam już moim SUV-em i uczęszczałam
na zajęcia razem ze wszystkimi.
No,
może nie zawsze sama, bo przez kilka dni towarzyszył mi Will.
Woził
mnie.
Był
ze mną na wszystkich zajęciach, na które pozwolili mu wejść, siedząc w ławce,
na krzesełku obok mnie z laptopem rozłożonym na kolanach lub na stoliku przed nim
i pracował, nie zwracając uwagi na wykład.
Tylko
jego oczy zdradzały mi, że doskonale wiedział o każdym ruchu, który wykonywał
ktokolwiek w sali.
Przyzwyczaiłam
się do jego obecności tak bardzo, że poczułam pustkę i osamotnienie, kiedy
musiał zająć się swoimi sprawami, swoją pracą, a ze mną był ktoś inny, a potem
pewnego dnia Will poinformował mnie, że niebezpieczeństwo minęło i że nie
będzie musiał ze mną jeździć.
-
Wycofał się, Słoneczniku - powiedział, kiedy mi to oznajmił - Lucius Tores miał
swoją zemstę, a do tego uznał, że ty jesteś zbyt mało dostępna, za dobrze
chroniona, więc odpuścił.
Nie
mogłam w to uwierzyć, bo słyszałam, że tacy ludzie nie odpuszczali i
podzieliłam się tym z Willem, ale powiedział wówczas:
-
Powiedzmy, że znajomy znajomego rozmawiał z nim o tym w więzieniu i dostał od
niego to zapewnienie.
Co takiego?!!
Oczy
mało nie wypadły mi z orbit na to stwierdzenie.
Ale
potem odpuściłam, bo to nie była moja
sprawa, jak Will załatwiał swoje
sprawy, nawet jeśli były związane ze mną.
Wystarczyła
mi wiedza, że mój mężczyzna był dobrym człowiekiem, czynił dobro innym ludziom,
zapewniał bezpieczeństwo mi i nie tylko mi.
Jak
to robił, to była jego sprawa.
Serio.
I
to, co zrobił, pozwalało mi swobodnie żyć.
Więc
należało to tak zostawić.
Dzięki
temu, że wcześniej miałam to zaświadczenie od lekarza z Nowego Meksyku, część
zajęć miałam zaliczone on-line, a wkrótce miałam nadrobić pozostałe zaległości.
Było
jednak możliwe, że nie miałabym stypendium na ostatni semestr.
Will
zabronił mi się martwić na zapas, ale powinien znać mnie lepiej.
Nie
martwiłam się, bo zwykle nie myślałam
o przyszłości przez pozostałości mojego życia jednym dniem naraz.
A
dni były dobre.
Will
wreszcie kupił dla siebie samochód, pickupa, Forda Ranger’a, oczywiście w
kolorze czarnym i nawet nie próbowałabym go przekonać do innego, bo to był jego kolor.
Miałam
mojego SUV’a wyłącznie dla siebie.
A
przez to, że mogłam samodzielnie prowadzić, miałam swobodę, do jakiej
przyzwyczaiłam się przez minione dwa lata.
Chociaż
było inaczej.
Miałam
Willa, który był ze mną na co dzień, chociaż wyjeżdżał rano do pracy, a czasem
nie było go w domu po południu.
Zawsze
jednak na noc wracał do domu, do mnie.
A
potem kochaliśmy się, spaliśmy razem i mogłam następnego dnia budzić się tak,
jak obudziłam się teraz.
-
Dzień dobry, Słoneczniku - usłyszałam pomruk wydobywający się z gardła mojego
mężczyzny i jednocześnie pod policzkiem poczułam wibracje w jego klatce
piersiowej.
-
Dzień dobry… - szepnęłam, podnosząc głowę na tyle, by ją odwrócić i móc
pocałować gorącą skórę Willa, a potem dodałam - Wiliamie.
Zadziałało,
jak zawsze działało, więc tylko to jedno słowo wystarczyło, bym znalazła się na
plecach, a nade mną zawisł mój mężczyzna, wpatrzony w moje oczy tak gorącym
wzrokiem, że wiedziałam, że dostanę to, na co miałam nadzieję.
*****
Gwiazdka…
Obudziłam
się tak, jak zawsze budziłam się, odkąd Will wrócił do mojego życia, czyli leżąc
jedną nogą i ramieniem na nim, z głową na jego ramieniu i przytulona do jego
boku nagimi piersiami.
Może
powinnam wstać i zacząć szykować się na swój dzień, bo mieliśmy jechać do Anie
i miałam pomóc jej w szykowaniu obiadu świątecznego dla całej rodziny, Heleny i
Oli’ego, ale było mi bardzo dobrze,
jak zwykle było mi przy moim mężczyźnie.
Te
kilka tygodni dało nam stabilizację.
Will
pracował, ja uczyłam się i trochę pracowałam, a co noc spaliśmy razem w moim
łóżku, które stało się już nasze.
W
Thanksgiving pojechaliśmy pickupem Willa do moich rodziców i spędziliśmy tam
czas, rozmawiając ze wszystkimi, jedząc, śmiejąc się, co było bardzo przyjemne.
A
wieczorem wróciliśmy do domu i Will połączył nas przez kamerkę ze swoją starszą
siostrą, Francescą.
-
Cześć Fran - przywitał się, kiedy już siedział przed laptopem, ustawionym na
stoliku do kawy w salonie, bo byliśmy sami w domu, skoro Jasmine wyjechała z
Jeremym do jego rodziny, Jason pojechał do swojej rodziny, o której jakoś nic
nie wiedziałam, a ja jeszcze odkładałam pojemniki z jedzeniem do lodówki.
Mama
dała nam mnóstwo resztek.
-
No, cześć mój mały braciszku - usłyszałam kobiecy, wesoły głos i miałam ochotę
się roześmiać.
Will
był ode mnie o piętnaście lat starszy, co oznaczało, że podrywał już pierwsze
dziewczyny w liceum, kiedy ja się urodziłam.
A
tu znalazł się ktoś, kto nazywał go małym
braciszkiem.
-
Fran nie zawstydzaj mnie przed moją dziewczyną - mruknął Will, ale w jego
głosie również usłyszałam rozbawienie, kiedy na mnie zerknął.
Wyciągnął
rękę w moją stronę, więc podeszłam i usiadłam obok niego na kanapie, a przez to
pojawiłam się w zasięgu kamerki, co zobaczyłam na podglądzie.
Na
ekranie laptopa była widoczna kobieta, która była tak podobna do Willa, że, nawet
tylko spotykając ją przypadkiem na ulicy, od razu wiedziałabym, że była z nim
blisko spokrewniona.
-
Dzień dobry - powiedziałam, uśmiechając się do niej - Jestem Abigail.
Will
objął mnie jednym ramieniem i przyciągnął mocno do siebie, a potem delikatnie
pocałował w skroń.
Oparłam
jedną doń na jego piersi, odgięłam głowę i spojrzałam w jego oczy, by zobaczyć,
że jego wzrok skierowany był na mnie i był pogodny.
Pełen
szczęścia i miłości.
-
To moja Abi - powiedział przy tym cicho i łagodnie.
-
Omójbosze! - zawołała nagle Fran i
spojrzałam z powrotem na ekran laptopa - Jak słodko! Abi nawet nie masz pojęcia jak się cieszę, że cię widzę. Musimy koniecznie
spotkać się osobiście. Muszę ci tyle
opowiedzieć o tym gagatku. Mam tysiące
smakowitych ploteczek.
-
Nie ma, kurwa, mowy - zagrzmiał nagle Will, a ja spojrzałam na niego w szoku, bo
to było do niego takie niepodobne.
Był
taki wściekły.
-
Will… - zaczęłam.
-
Nie ma mowy, żeby ona ci mówiła o moim dzieciństwie albo… - zaczął Will
nerwowym tonem, a Fran zaczęła się histerycznie śmiać.
-
Mam cię, urwisie! - krzyknęła, a ja
znowu podskoczyłam, tym razem odwracając głowę w jej stronę - Nie ma to jak
zemsta starszej siostry!
Wreszcie
do mnie dotarło, że się tylko droczyła, ale Will wyglądnął nadal na
zdenerwowanego, więc zaczęłam niekontrolowanie chichotać.
-
Masz siostrę, Abi? - zapytała przez nasz śmiech Fran, a ja natychmiast
spoważniałam.
-
Cóż… - zająknęłam się.
-
Abi ma jedną żyjącą siostrę i małego braciszka - wyręczył mnie Will, ponownie
mnie do siebie przyciskając, a ja zamknęłam oczy i przechyliłam głowę w jego
stronę.
Boże,
jak dobrze, że go miałam.
-
Och, przykro mi, Abi - szepnęła Fran, więc wiedziałam, że się domyśliła, co
kryło się za słowami „żyjącą” siostrę.
Rozmawialiśmy
jeszcze przez jakiś czas, a wtedy dowiedziałam się, że Will zaczął planować,
jak zawsze lubił to robić, chociaż na razie zrobił to tylko na najbliższy
miesiąc.
Mój
mężczyzna umówił nas na tygodniowy wyjazd do Phoenix, do swojej rodziny, w
mojej przerwie zimowej, czyli tuż po Gwiazdce.
-
Mark ma wtedy jakąś pracę, ale moje zadanie polegało na przygotowaniu
informacji i opracowaniu planu - wyjaśnił mi Will - W większości to ogarnąłem,
resztę dopracujemy w ciągu trzech tygodni, a potem mogę jechać.
Dlatego
właśnie nadrabiałam pilnie zaległości w szkole, oddawałam na czas wszystkie
prace, zdawałam kolokwia, pisałam testy, a w domu głównie uczyłam się, by mieć
czas na tydzień bez nauki w Phoenix, u rodziny Willa.
Nawet
mało malowałam, ale na szczęście przez poprzedni miesiąc, siedząc głównie w
domu, zrobiłam tyle produktów do
sprzedaży, że teraz mogłam robić najwyżej jedną torbę lub serwetę na dwa dni i
to wystarczało.
Nasza
codzienna rutyna utrwaliła się, mieliśmy nasze chwile rano, wieczorem, a kiedy
nie było w domu moich przyjaciół, Will znajdował sposoby, by dać mi trochę
bliskości również w ciągu dnia.
Will
dbał o mnie na wiele sposobów i to w każdym aspekcie życia.
Kiedy
wychodził przede mną do pracy, budził mnie pocałunkiem lub nastawiał budzik,
bym nie zaspała do szkoły.
Czasem
robił śniadania, gotował kolacje, przyjeżdżał do szkoły, by zabrać mnie na
lunch i pilnował, bym nie jadła w pospiechu „śmieciowego” jedzenia, ale zawsze
znajdował miejsce, żebyśmy mogli usiąść i zjeść w spokoju.
Dowiedziałam
się przy tej okazji, że robił wyśmienite tortille z kurczakiem, chili con carne
i enchiladę.
Ja
nauczyłam się gotować, bo mama i siostry zmuszały mnie do tego, chociaż nie
robiły tego siłą, ale dlatego, że traktowały to jako coś naturalnego, że
gotowałyśmy razem.
Will
powiedział mi kiedyś, łamiąc mi przy tym serce po raz kolejny opowiadaniem o
swojej przeszłości, że musiał nauczyć
się gotować, bo jego żona nie zajmowała się kuchnią, chociaż umiała to robić.
Po
prostu nie dbała o niego.
Zaczynałam
powoli nienawidzić tej zdziry.
Dlatego
po tym jego wyznaniu starałam się zawsze przygotowywać kolację, jeśli
wiedziałam, że Will miał być w domu później niż ja.
To
nie było tak, że kochałam gotować, ale to było dokładnie tak, że chciałam, by mój mężczyzna wiedział, że był dla
mnie ważny i zawsze będzie najważniejszy ze wszystkich na całym świecie.
Dlatego
również próbowałam wymyślić najlepszy, nietypowy, dopasowany do mojego Wiliama
prezent na Gwiazdkę.
I
nie udało mi się.
Miałam
tysiące pomysłów, ale wszystkie
odrzuciłam jeden po drugim, bo albo nie dawały się zrealizować bez ujawnienia
Willowi, albo ostatecznie okazywało się, że on już coś takiego miał.
Dlatego
nie miałam prezentu dla niego i byłam na siebie zła.
-
Dzień dobry, Słoneczniku - moje myśli zostały niespodziewanie przerwane przez
głos mojego ukochanego.
Uśmiechnęłam
się i odgięłam głowę na jego ramieniu, by spojrzeć w jego piękne oczy, które
uśmiechały się do mnie.
-
Dzień dobry, Wiliam - szepnęłam z nadzieją, że to mógłby być mój prezent dla
niego, chociaż byłby mało oryginalny, bo dawałam mu go codziennie z małymi tylko
przerwami.
Trochę
mi się udało, bo Will natychmiast wysunął ramię spod mojego ciała, przekręcił
nas tak, że znalazłam się na plecach i zawisł nade mną.
Czekałam
na swój poranny pocałunek, ale on nie nastąpił.
Will
nagle sturlał się ze mnie, z łóżka i sięgnął do szuflady w swojej szafce
nocnej, by schwycić coś i wrócić do mnie.
Zrobił
to tak szybko, że nie zdążyłam się zaniepokoić.
Nie
pokazał mi, co to było, bo trzymał to zawinięte w pięści lewej dłoni.
Oparł
się na niej na łokciu obok mojej głowy, kiedy wrócił między moje nogi, schwycił
moją brodę palcami prawej ręki i pocałował mnie.
Ten
pocałunek był inny niż wszystkie poprzednie nasze pocałunki, bo nie zaczynał
się powoli i nie rozpalał się, a wybuchł od pierwszego zetknięcia naszych warg
jak pożar, kiedy zapałka dotyka plamy benzyny.
Prawie
straciłam przytomność pod żaru, jaki poczułam, a między moimi nogami napięcie
było takie, że rozchyliłam je mocniej i wypchnęłam biodra do przodu.
Byłam
pewna że moja kobiecość całkiem przemokła, kiedy język Willa owijał mój tak,
jak chyba jeszcze nigdy nie owijał.
Namiętnie,
jakby świat miał się skończyć, jeśli byśmy przestali.
Nie
wiedziałam kiedy członek Wiliama utorował sobie drogę, bo następnym, co
poczułam, było cudowne, najlepsze
uczucie wypełnienia.
Jęknęłam
głucho w usta mojego mężczyzny, a wtedy on objął mnie prawą ręką za łopatki,
przesunął nią wydłuż mojego ciała tak, że moje lewe kolano musiało objąć jego biodro, potem wrócił do moich łopatek i oderwał
się od moich ust, by warknąć:
-
Trzymaj się.
Nie
wiedziałam, o co mu chodziło, aż do momentu, kiedy zaczął się obracać.
Zacisnęłam
ramię na jego ramionach i przylgnęłam piersiami do jego piersi.
Nie
wiem, jak to zrobił, nie obserwowałam całego procesu, ale skończyliśmy w
pozycji ja-na-nim.
-
Usiądź - usłyszałam schrypnięte polecenie i wykonałam je od razu, chociaż
zakręciło mi się w głowie z rozkoszy, jaką poczułam.
W
tej pozycji czułam wypełnienie jeszcze mocniej.
Kiedy
usiadłam, poruszyłam biodrami i jęknęłam z rozkoszy, ale Will nie pozwolił mi
działać.
Naciskiem
na moje biodra zmusił mnie do absolutnego bezruchu i skupienia uwagi na jego
twarzy.
-
Kocham cię Abigail - powiedział mój
mężczyzna, patrząc mi prosto w oczy i, chociaż jego głos zdradzał, że był
równie mocno podniecony, co ja, nie poruszył się nawet odrobinę, nawet nie
napiął bioder, które były między moimi nogami - Chcę budzić się w ten sam sposób,
jak teraz lub jakikolwiek inny przy tobie codziennie do końca moich dni. Chcę
dawać ci rozkosz, zapewniać bezpieczeństwo, być twoim domem. Wyjdziesz za mnie
za mąż?
Zamrugałam
gwałtownie, bo tego się nie spodziewałam.
Will
rozwinął palce lewej dłoni i zobaczyłam w nich pierścionek.
Uniosłam
rękę do ust, w oczach stanęły mi łzy, a potem pokiwałam energicznie głową,
oparłam się oburącz na jego klatce piersiowej, by nie stracić równowagi i w
końcu krzyknęłam na wydechu - Tak!
Will
złapał moją lewą rękę, przeniósł swoje obie dłonie między nasze ciała i wsunął
mi pierścionek na palec.
Nawet
nie zdziwiłam się, że pasował.
Przecież
to był Will, a Will wiedział wszystko.
Nie
miałam szansy, by obejrzeć mój pierścionek zaręczynowy, bo Will nagle zacisnął
palce obu dłoni na moich biodrach i poruszył mną na sobie, mówiąc wciąż tym
niskim, chrapliwym głosem:
-
A teraz ujeżdżaj mnie aż do końca.
Nie
byłam pewna, o czyj koniec mu chodziło, ale nie obchodziło mnie to, bo nagle
jego penis drgnął we mnie tak sugestywnie, że zapomniałam o tym, że chciałam
spróbować się nim pobawić.
Podskoczyłam,
przesunęłam biodrami w przód i w tył, a potem oszołomił mnie rytm, który sam
się narzucił, więc nie kontrolowałam go.
Pochłonął
mnie całkowicie.
Nie
było świata wokół nas.
Galopowałam
tak aż do szczytu, który nie był odległy w czasie, ale nadal był genialny w swojej doskonałości.
Oznajmiłam
to głośnym krzykiem, wygięciem pleców i skurczem kobiecości, a zaraz po mnie
Will oznajmił swój szczyt przeciągłym jękiem.
Kiedy
opadłam tułowiem na ukochanego mężczyznę pode mną, ten przytulił mnie i dał mi
odpocząć.
Wyprostowałam
nogi, by leżały wydłuż jego nóg, a wtedy się wyślizgnął ze mnie naturalnie, ale
mnie nie puścił.
-
Najlepszy prezent jaki kiedykolwiek dostałem - wyszeptał Will, a ja się cicho
zaśmiałam, trzęsąc się przy jego nagim ciele.
-
Chyba mój - odparłam zmęczonym głosem i zamknęłam oczy.
Nie
dałam rady tego opanować.
Zasnęłam.
*****
Dziękuję
OdpowiedzUsuń