środa, 17 maja 2023

Prolog - Yin i yang (cz.1)

 

Prolog

Yin i yang (cz.1)

Abigail

 

 

Zawsze lubiłam malować.

Nie, to było coś więcej.

Wręcz kochałam malować wszelkie kwiaty, ale najbardziej takie wielobarwne, wręcz pstrokate, nawet krzykliwe, wybuchające feerią kolorów na jasnym, słonecznym tle.

Uwielbiałam malować wszystko, co było kolorowe, więc zarówno bajkowe tęcze, czy ulotne motyle, jak i abstrakcyjne plamy i witraże, którymi zamalowywałam całe przestrzenie, ale to kwiaty były moimi ulubionymi.

Mogły być pojedyncze lub w bukietach, ale najbardziej kochałam łąki kwietne, sady wiśni lub pola słoneczników, rzepaku lub inne kwitnące przestrzenie, a także ukwiecone zbocza gór, kotliny i równiny.

Przenosiłam to na płótna, na deski lub ściany, a kiedy nie mogłam malować na nich, rysowałam kredkami na papierze.

Zaczęło się to dawno temu.

Mieszkaliśmy naszą rodziną w dużym domu, w którym każda z nas, czterech sióstr, miała swój duży pokój.

Kochałyśmy się bardzo i okazywałyśmy to sobie nawzajem.

Nasi rodzice kochali nas i okazywali nam to.

Przytulaliśmy się.

Rozmawialiśmy.

Ale jako sześciolatka naprawdę mocno zachorowałam, byłam powoli diagnozowana, intensywnie leczona, a wszystko to było długotrwałe i trudne do przeżycia dla całej mojej rodziny.

Przez prawie rok przebywałam właściwie samotnie w różnych szpitalach, domach opieki i hospicjach, bo mama zajmowała się w domu moimi trzema siostrami, Ewą, Hannah i Lucy, a tata pracował.

Ewa miała wówczas dwanaście lat, a Hannah dziesięć i obie były bardzo samodzielne i opiekuńcze, więc, kiedy byłam na krótko w domu między pobytami w różnych placówkach, miałam ich troskliwe towarzystwo.

Byłam najmłodsza, czułam się kochana, ale zostałam przez swoją chorobę opuszczona, osamotniona, bo moja mama była jakby odsunięta ode mnie, a tata był zapracowany, chociaż wydawałoby się, że to mnie nie dotykało.

W każdym z tych miejsc, w jakich przyszło mi wówczas spędzać czas miałam opiekunki, które przytulały mnie, zajmowały się mną i innymi dziećmi, wymyślały nam gry i zabawy.

W drugim z nich spotkałam tę, którą nazywałam ciocią Dottie, a która pewnego dnia posadziła naszą małą, zagubioną grupkę chorych dzieciaków przy stolikach w szpitalnej świetlicy, dała nam mnóstwo różnych przyborów papierniczych i pokazała cuda, jakie można było z nich zrobić.

Wydzieraliśmy, wyklejaliśmy, wycinaliśmy, składaliśmy, zgniataliśmy, kolorowaliśmy i rysowaliśmy, a każde z nas robiło to, na co miało ochotę, więc mieliśmy wybór.

Ja najbardziej lubiłam rysować i to od razu zostało zauważone przez ciocię Dottie, która potem codziennie znosiła mi kolejne kolorowanki, kartki, kredki, a później farbki.

Byłam tam na tyle długo, że zżyłyśmy się ze sobą.

Oczywiście, najpierw moje malowanie to było mazanie po kartce bez celu i bez sensu, byle tylko wywabić na widok ludzi cały kolor, jaki można było uzyskać z kredek, jakimi dysponowałam.

Byłam zafascynowana kolorami.

Nie działo się tak, bo byłam beztroska, ale dlatego, że potrzebowałam dać ludziom coś więcej niż moją chorobę i konieczność zajmowania się mną.

Później dopiero nauczyłam się kolorować w liniach, kontrolować pociągnięcia mojej ręki, a dopiero potem ciocia Dottie nauczyła mnie rysować pierwsze, proste i nie skomplikowane kwiaty.

Nie były prawdziwe.

Nie odwzorowywały rzeczywistości.

Ale były moimi pierwszymi „dziełami”, więc je zachowałam.

Pokochałam kwiaty.

Po roku byłam wyleczona, bo wreszcie lekarze odkryli, co mi było i usunęli z mojego ciała coś, co nazywało się „potworniakiem”.

Jako dorosła wiedziałam, że chodziło o rodzaj nowotworu, ale nazwa utrwaliła we mnie przekonanie, które pierwsze przedstawiła ciocia Dottie, kiedy po moim wyzdrowieniu pojechaliśmy do niej z tatą na moją prośbę, by jej powiedzieć, że byłam zdrowa.

Wiedziałam, że ją to ucieszyło.

- Ciociu Dottie! - zawołałam do niej z radością - Jestem zdrowa!

Tata opowiedział jej wtedy, co powodowało moją chorobę i jak to usunięto, a ja się przesłuchiwałam, chociaż byłam zbyt mała, żeby to zrozumieć.

Ale zrozumiałam, jak podsumowała to ciocia Dottie.

- Teraz, kiedy zabrali ciemność i potwory z twojego ciała, możesz do końca oddać się swojej pasji pokazywania światu piękna i kolorów, mój Kwiatuszku - powiedziała wtedy na pożegnanie, a potem mocno mnie przytuliła.

Tak do mnie mówiła.

Mój Kwiatuszku.

I potem chciałam już zawsze wypełniać jej wolę, czyli przekazywać światu samo piękno i kolory, bo dookoła mnie było jeszcze wiele ciemności i cierpienia, a ja to zauważałam.

Zaczęło się od tego, że po powrocie do domu poszłam do szkoły.

W trakcie leczenia tamtego guza bardzo schudłam, moja skóra nabrała niezdrowego, szarego koloru, a także całkowicie straciłam włosy, które później odrastały mi, ale robiły to bardzo powoli.

Byłam też starsza od innych dzieci w mojej klasie o cały rok, a to, jedno i drugie dało mi wiele niemiłych komentarzy, ale pozwalałam, by większość odbijała się ode mnie, bo w kolejnych szpitalach wytworzyłam w sobie rodzaj tarczy mentalnej, którą było wpatrywanie się w mówiącego człowieka tak długo, aż nie otoczyłam go w wyobraźni kolorami, jakie do niego pasowały.

Większość ludzi myślała, że byłam szalona i uciekała w popłochu.

A ja jako dziecko bardzo to lubiłam.

Wtedy jeszcze nie używałam koloru czarnego, a granatowy i szary bardzo rzadko, ale potem uświadomiłam sobie, że bez nich nie mogłam pomalować wszystkiego na dostępne mi barwy, bo czasem potrzebowałam domieszać któryś z tych kolorów, jakich unikałam.

A jeszcze później uświadomiłam sobie, że czarne lub szare tło pomagało uwydatnić kolory, jak to się działo z kwiatami na zboczu góry.

Kiedy miałam dziesięć lat wiedziałam już, że z ludźmi było tak samo, bo jedni ludzie byli kolorowi, słoneczni, barwni, a z drugiej strony byli zgorzkniali, pochmurni, ciemni, a oni wszyscy potrzebowali się wzajemnie, bo każdy był inny i to było piękne.

Uzupełniali się na zasadzie przeciwieństwa.

Potem poznałam ideologię Yin i Yang.

Zafascynowała mnie i dlatego właśnie przestałam otaczać się tamtą tarczą.

Harmonia świata nie polega na szczęściu i kolorach w e wszystkim i w każdej chwili, ale na uzupełnianiu się ciemności i światła, koloru i czerni, radości i smutku.

Szkoda tylko, że czasem trzeba było przejść przez piekło, żeby dostać odrobinę nieba, co poznawałam przez cierpienie ludzi, którzy tracili swoje dzieci, przez cierpienie dzieci, które walczyły z chorobą.

Moja mama była wtedy, jak miałam te dziesięć lat i wyszłam już z choroby i z pobytów w szpitalach, ale nadal musiałam jeździć na wizyty kontrolne, w fazie załamania, jak to nazywała w depresji, co ogłaszała całemu światu płaczliwie i dobitnie raz za razem, a mną opiekowały się głównie Ewa i Hannah.

Nie pozwalały na to, żebym zbyt długo się smuciła.

Ewa była ciepła i dobra, cierpliwa i wspierająca, chociaż wymagająca na sposób, w jaki tylko mama potrafi być dla swojego dziecka.

Prowadziła moją rękę przy kolorowaniu, uczyła mnie robić porządek po malowaniu, wietrzyła mój pokój, pilnowała, żebym zdrowo się odżywiała i wystarczająco długo spała.

Hannah, na którą mówiliśmy pieszczotliwie Anie, była z kolei wrażliwa, zawsze i dla wszystkich była łagodna, słodka, wyrozumiała, pomagała mi odrabiać lekcje, potrafiła wysłuchać mnie i doradzić.

Przy niej mogłam malować godzinami i nigdy mnie nie poganiała.

Sama zwykle w tym czasie czytała książki, więc bardzo często po prostu spędzałyśmy czas obok siebie, ale byłyśmy zajęte każda swoją pasją.

Kiedyś, kiedy miałam prawie jedenaście lat, czekałam na Anie w szkole, bo miała próbę do jakiegoś przedstawienia.

Byłam w sali widowiskowej i siedziałam na widowni, kiedy ona stała na scenie i recytowała.

Był to poemat, ale ona mówiła to tak, jakby wygłaszała monolog płynący wprost z głębi jej duszy, więc słuchałam jak zaczarowana.

Nie tylko ja.

Ale tylko ja byłam tą, która zauważyła, że Anie nie miała właściwego tła do tego poematu, przez co postarałam się być tam z nią na następnej próbie, ale zakradłam się wcześniej za kulisy, by znaleźć tam coś, co by mogło podkreślić poezję monologu mojej siostry.

Samowolnie, nie pytając o to nikogo i nikogo nie prosząc, wyciągnęłam z magazynu belę materiału, odcięłam jego odpowiedni kawałek, znalazłam stare tekturowe słońce, jakieś fałszywe skały i rozstawiłam to w wymyślonych przez siebie miejscach na deskach sceny, zanim podniosła się kurtyna i Anie wyszła na scenę.

Nie zdążyłam się wtedy ukryć.

Trzymałam w ręku przenośną lampkę, którą chciałam podświetlić tekturowe słońce, kiedy kurtyna podjechała do góry i nagle zostałam złapana w snop światła z reflektora.

Na widowni siedziała opiekunka koła teatralnego i reżyserka przedstawienia, które miało się odbyć niedługo potem z jakiejś okazji.

Po początkowej awanturze ze strony uczennicy - reżyserki, nauczycielka - opiekunka koła stwierdziła, że podobało jej się to, jak wzmocniłam nastrój poematu kilkoma prostymi elementami.

Przez cały kolejny rok szkolny umacniałam swoją pozycję w kole, a kiedy Hannah w następnym roku przeszła do liceum, miałam już podopiecznych, którzy wykonywali projektowane przeze mnie dekoracje.

Pociągnęło to za sobą podniesienie mojej pozycji w szkole.

Włosy mi już do tego czasu urosły, a ponieważ nasza mama stanowczo sprzeciwiała się obcinaniu włosów przez którąkolwiek z nas, sięgały mi już za łopatki.

Nagle okazało się że nie tylko miałam grupę, do której przynależałam, ale nawet zaczęli się mną interesować niektórzy chłopcy.

Ale żaden nie doceniał tego, że lubiłam malować, a na pewno nie to, że lubiłam malować kwiaty, więc nie brałam pod uwagę ich prób zagadania mnie, bo nie mieliśmy wspólnych tematów.

Kiedy skończyłam trzynaście lat, rodzice niespodziewanie ogłosili nam, że będziemy miały rodzeństwo, a siedem miesięcy później urodził się nasz braciszek, Abel.

Cieszyłyśmy się z tego wszystkie cztery, każda na swój sposób, chociaż wydawało mi się, że Lucy najmniej.

Zawsze miałam wrażenie, że moja trzecia siostra była zazdrosna.

Przyszło mi to do głowy wcześniej, podczas mojej choroby, bo w jednym ze szpitali spotkałam dziewczynkę, Rose, która miała brata, Rudolfa, który zachowywał się bardzo nieładnie podczas ich odwiedzin u niej.

Kiedyś jedna z pielęgniarek powiedziała do innej, a ja to usłyszałam, że Rudolf był zazdrosny o uwagę, jaką poświęcali rodzice Rose, a nie jemu.

Niedługo potem Rose zmarła, bo jej nowotwór był zbyt złośliwy i rozległy, żeby można było go zwalczyć.

Widziałam rozpacz rodziców Rose, kiedy wyszli od lekarza i stali na korytarzu niedaleko świetlicy, i Rudolfa, który siedział sam na podłodze w kącie z zaciśniętymi pięściami, więc podeszłam do niego i dałam mu kartkę z namalowaną łąką.

- Rose lubiła moje kwiaty - powiedziałam mu - Więc masz tu łąkę, po której ona teraz chodzi.

Rudolf wziął malunek ode mnie i nie wyrzucił, nie pogniótł go, ale spojrzał na mnie tak jakoś dziwnie, jakby nie pojmował, czemu ktoś obcy go zauważał.

- Jesteś aniołem? - zapytał początkowo cicho i prawie przyjaźnie, a na to ja z kolei się zdziwiłam, ale odpowiedziałam mu.

- Nie, Rose jest.

Rudolf wyglądał wtedy jak ktoś, komu zabrakło tchu, ale potem jego twarz stała się ostrożnie zamknięta, a ja nie mogłam tego zrozumieć, ale potem dotarło do mnie, że starał się nie okazywać swojej rozpaczy.

Nadal dominowały w nim negatywne emocje, więc po prostu odwrócił się i odszedł, a moją kartkę wyrzucił do kosza na śmieci.

Takie złe emocje potem widziałam u Lucy, więc pomyślałam, że była zazdrosna o uwagę naszych rodziców skierowaną na mnie, bo byłam chora.

Nie winiłam jej, bo nie mogłam.

A jej zazdrość o najmłodsze rodzeństwo rozumiałam.

Ewa, Anie, a tym bardziej nasi rodzice, nie dostrzegali tego, ale ja byłam wyczulona na, dochodzące od niej, złe wibracje.

Ewa i Anie były zbyt dobre, a rodzice zbyt mało uważni.

Niczego nikomu o tym nie powiedziałam.

Sama też nie czułam wyłącznie szczęścia z powodu nadchodzącego rodzeństwa, bo moi rodzice mnie od tego odcięli.

Było mi po prostu trochę przykro, bo mama nie pozwoliła mi wymalować dla braciszka łąki kwietnej na ścianie, kiedy szykowali pokój dla maluszka, ale potem zobaczyłam, co tata wymyślił do tego pokoju i spodobała mi się jego wizja.

Białe chmury na niebieskim tle, a w dole zielony pas, przypominający trawę.

Po jego urodzeniu się, ja nie umiałam zajmować się maluszkiem, a potrzebował tego, bo nasza mama wpadła w depresję po porodową, która tym razem była cichym i zrezygnowanym zamknięciem się w sobie.

Trwało to prawie pół roku, a wtedy Ewa i Anie na zmianę opiekowały się małym Ablem, wstawały do niego w nocy, karmiły go, myły i przewijały.

Nie miałam pojęcia, jakim cudem godziły to wszystko z pracą i nauką.

Cóż, Ewa wtedy już się przestała uczyć, a dokładniej w trakcie tego skończyła liceum i postanowiła zostać kelnerką na pełen etat, zanim znalazłaby sobie męża i założyłaby własny dom.

Anie ukończyła liceum niedługo po niej, bo różnica między nimi wynosiła dokładnie rok i dziewięć miesięcy, więc do już szkoły podstawowej poszła zaledwie rok po Ewie, a potem moja druga siostra podjęła naukę w college’u.

Byłam z niej taka dumna.

Ale to się stało, jak ja byłam w pierwszej klasie liceum, bo moja nauka w szkole ciągnęła się trzy lata po Anie, ale, nadal, pamięć o jej recytacjach jeszcze tam trwała, więc bardzo szybko, jeszcze w pierwszym półroczu pierwszej klasy, zostałam członkinią koła teatralnego i zaczęłam pracować nad dekoracjami tak, jak robiłam to w ostatnich klasach szkoły podstawowej.

Potrzebowałam wtedy zajęcia, które by mnie oderwało od problemów w domu, więc robiłam to wszystko.

W drugim półroczu tej klasy miałam już swoją ekipę przyjaciół, Jo i Joe, z którą robiliśmy to razem, a potem również pewne uznanie, bo w liceum dekoracje nie dotyczyły wyłącznie przestawień, ale też bali, happeningów i tym podobnych.

Razem z Jo zapisałam się również do koła plastycznego, więc moje znajomości się poszerzyły, a w połowie pierwszej klasy miałam już chłopaka.

Może to za dużo powiedziane.

Stanley i ja „chodziliśmy” ze sobą tylko po szkole, nigdy nie spotykaliśmy się po lekcjach, ale był dwa lata straszy ode mnie i miał prawo jazdy, samochód, więc odwoził mnie czasem do domu po zajęciach.

Co było dobre, ale nigdy nie pozwoliłam mu podjechać zbyt blisko mojego domu, więc z mojej rodziny nikt o tym nie wiedział.

Nie powiedziałam o nim nawet Anie, której zwykle zwierzałam się ze wszystkiego, chociaż na i tak miała wtedy dla mnie mało czasu, bo zajmowała się Ablem, pracowała na pół etatu jako kelnerka i uczyłam się, by spełnić swoje marzenie i zostać nauczycielką.

A potrzebowałabym rady w sprawie mojego „chłopaka”.

Ale oprócz tego w liceum, w nowej szkole, nie miałam łatwo, bo życie mojej rodziny zmieniło się wtedy drastycznie i mocno to odczułam.

W ostatnich dniach wakacji, tuż przed tym, kiedy miałam zacząć pierwszą klasę liceum, Ewa została pobita i zgwałcona.

Świat skazał ją na piekło.

Nie powiedziano mi nic na ten temat przez całe siedem dni, więc wiedziałam tylko, że miała wypadek, ale potem moja kochana, dobra Ewa wróciła ze szpitala do domu i zobaczyłam to.

Jej twarz pokrywały żółknące siniaki, opuchlizna, miała wybity jeden z przednich zębów, rękę w gipsie, ale nie to było najgorsze.

Jej twarz stała się pusta.

Nie uśmiechała się, nigdy, nawet smutno, nie patrzyła ciepło i łagodnie, jak patrzyła wcześniej, nie odzywała się bez pytania, nie spoglądała w oczy.

Jakby uciekło z niej życie.

Stopniowo z rozmów, urywków zdań, domyśliłam się całej prawdy, bo bywałam wśród różnych ludzi i mogłam wywnioskować to, czego nie chciano mi powiedzieć.

Ewa i Anie zawsze się przytulały, zawsze przytulały mnie, a potem również Abla, a po tym „wypadku” Ewa nie dawała się dotknąć.

Dopiero później domyśliłam się, że uważała się za brudną.

O ile dawniej Ewa dawała mi wszelki rodzaj opieki, jakiej potrzebowałam, to teraz sama potrzebowała troski i zajęcia się nią.

Przesiadywałam czasem w jej zaciemnionym pokoju, kolorując, malując lub rysując, a czasem odrabiając lekcję, kiedy tak sobie milczałyśmy, ja siedziałam w fotelu, który tam stał, a Ewa leżała zwinięta w kłębek na łóżku, ale jej oczy pozostawały otwarte i nie spała.

Któregoś dnia wyszłam od niej i musiałam namalować to, co widziałam, więc namalowałam.

Całą przestrzeń płótna na czarno.

Potem starałam się to zmienić, więc na płótnie pojawiały się kwiaty.

Z każdym dniem coraz więcej, aż wypełniły prawie całe czarne tło.

Ale Ewa nie zmieniła się i nadal była tak samo pusta i czarna.

Nie udało mi się.

Nie umiałam jej pokazać, że gdzieś tam czekało trochę nieba.

Wiedziałam, że delikatnie i cicho, jak to ona, próbowała tego Anie, ale jej również się nie udało pocieszyć Ewy.

„Pocieszenie” i wsparcie od strony naszego społeczeństwo, naszej wspólnoty kościelnej, przybierało inne formy.

Pewnego dnia wróciłam do domu, a tam były u mamy jej znajome.

- Ewa nie powinna była pracować jako kelnerka - mówiła jedna z nich stanowczo i  głośno w naszym salonie, więc chyłkiem wycofałam się do korytarza, żeby nie wpaść w sidła plotkarskich kumoszek - Wracała zbyt późno do domu po tej pracy.

Kiedy chorowałam, nauczyłam się, jak nieprzyjemne było natknięcie się na którąś z nich w naszym domu, bo dopadały mnie, wykrzykiwały nade mną swoje żale i potrząsały mną tak, że miałam ochotę wymiotować.

Z jednej strony była to litość, której nienawidziłam, bo spotykałam się z tym w szpitalu i wiedziałam, że takie osoby nie traktowały chorych dzieci, jak dzieci.

Nie chodziło o to, że współczuły mi, ale o to, że uznawały, że przed takimi dziećmi, chorymi dziećmi, nie było życia.

A my wszyscy chcieliśmy żyć.

Po prostu żyć.

Inną grupę stanowiły takie, które udawały litość, by poczuć się lepsze.

Wychodziły w swoich oczach na takie wspaniałe i wrażliwe, kiedy pochyliły się nad nieszczęsnym losem słabych, umierających istotek.

- Och! - zajęczała druga ze znajomych mamy - Była taka śliczna i uśmiechnięta. Tak mi jej strasznie szkoda.

Mówiłam.

- Właśnie - powiedziałam tamta pierwsza - Zbyt często uśmiechała się do mężczyzn. Kusiła ich.

Miałam ochotę kląć tak agresywnie, jak słyszałam czasem od chłopców na boisku.

Mówiła o Ewie tak, jakby to, co ją spotkało było jej winą, a nie tamtych zboków, którzy nie potrafili zagadać kobiety i namówić jej na coś, na co mieli ochotę, tylko musieli ją pobić i zmusić do tego.

Wycofałam się wtedy do swojego pokoju i nie powiedziałam nikomu, co sądziłam o tej rozmowie, jak nie mówiłam o swoich domysłach i przypuszczeniach co do Ewy.

Może powinnam była porozmawiać z Anie.

Dwa miesiące po wypadku, kiedy jeździłam już do szkoły i zaczęłam być bardzo zajęta nowymi wyzwaniami, kołem teatralnym, plastycznym, dekoracjami do kolejnych przedsięwzięć, stało się coś bardzo złego.

Pewnego dnia wróciłam do domu, a tam było w naszym salonie całe zgromadzenie, z księdzem Antonem na czele.

Wpadłam w sam środek dyskusji, więc bez ostrzeżenia dowiedziałam się, że Ewa była w ciąży i chciała ja przerwać.

Wszyscy krzyczeli, mówili jeden przez drugiego, a Ewa siedziała pośród nich skulona w sobie i przygaszona.

Podłość tych kobiet, a nawet nieczułość samego księdza Antona, którego aż do tej pory szanowałam, nawet jak niekoniecznie lubiłam, wstrząsnęła mną, ale byłam za młoda i nie odezwałam się, chociaż powinnam była to zrobić.

Żadna z nas nie stanęła w obronie Ewy wystarczająco mocno.

Poczuła się zaszczuta, niegodna, opuszczona, więc zrobiła to.

Odeszła.

Nasza najstarsza siostra, opiekuńcza, piękna i łagodna Ewa odebrała sobie życie, a nasza społeczność nie pozwoliła na pochowanie jej w obrządku naszego Kościoła, bo została z niego wykluczona.

My również wkrótce zostaliśmy z niego wykluczeni.

Bowiem to, co zrobiła Ewa, mój tata odreagował źle, zdobywając w jakiś sposób broń i grożąc gwałcicielowi mojej siostry.

Zrobił to jednak tak nieumiejętnie, że go mocno zranił, a ten zmarł w wyniku ran poniesionych po postrzeleniu.

Mój tata poddał się wymiarowi sprawiedliwości, został oskarżony o nieumyślne spowodowanie śmierci i, po błyskawicznym procesie, skazany na pięć lat więzienia.

Kiedy tata zniknął z naszego życia, mama sprzedała dom, samochód i wszystkie meble.

A potem mama z pomocą starego przyjaciela taty, Olgierda, który stał się męskim opiekunem naszej zmniejszonej rodziny, skoro stwierdziła, że takiej pomocy i opieki potrzebowała, kupiła mały domek i tanie meble, więc przeprowadziliśmy się.

Zamieszkałam w jednym pokoju z Lucy, która zaczęła się zachowywać jeszcze bardziej jak suka niż wcześniej.

Rzucała w moją stronę złośliwe komentarze, niszczyła mi rzeczy, nie pozwoliła malować ani trzymać w pokoju pomalowanych rzeczy do wyschnięcia.

Raz nawet zdarzyło jej się zniszczyć jedną z moich toreb, kiedy wisiała na desce na krześle i schła, bo była świeżo pomalowana (co zrobiłam na tylnym tarasie naszego domu).

Nie powiedziałam o tym mamie, bo usłyszałabym od niej tylko „Na drugi raz powieś to gdzieś indziej”, jak już się to przydarzyło.

Nie powiedziałam o niczym Anie, bo miała własne problemy.

Anie bowiem już wtedy najpierw ukończyła swój staż nauczycielski, a później zaczęła pracować na pełen etat w szkole podstawowej.

A ja borykałam się w liceum ze swoimi nieistotnymi problemami tak typowymi dla nastolatki, gdzie rzuciłam się w wir zajęć, przebywałam z nowymi koleżankami i kolegami, a potem „chodziłam” z chłopakiem.

Stan zwykle czekał na mnie pod klasą, siadywaliśmy obok siebie, kiedy były jakieś przedstawienia lub zebrania informacyjne, a także na wewnętrznych rozgrywkach innych drużyn w sali gimnastycznej.

Był kapitanem drużyny koszykówki, więc siadywałam między innymi dziewczynami chłopaków z drużyny w pierwszym rzędzie trybun podczas gry jego drużyny, by go wspierać, a on chwalił się swoim kolegom niektórymi dekoracjami, jakie robiłam, mówiąc, że to zrobiła „jego dziewczyna”.

Czasem się całowaliśmy, trzymaliśmy się za ręce, zawsze bywaliśmy razem.

Ale to było wszystko.

Nie wiedziałam, o co mi właściwie chodziło, ale nie czułam do niego niczego specjalnego, żadnych „motylków w brzuchu”, żadnych marzeń czy snów.

Stan był przystojny, popularny, silny, wesoły i delikatny, ale mimo to wszystko, nie czułam, żeby miał być tym, czego potrzebowałam.

Po prostu między nami nie było tego „czegoś”.

Rok później już nie „chodziliśmy” ze sobą, a stało się tak głównie dlatego, że Stan poszedł do college’u i po prostu to się „rozwiało”.

Ale to znaczyło, że to nic nie znaczyło.

Owszem, jeszcze potem kilku chłopcom udało się namówić mnie na spędzanie razem czasu podczas lunchu.

Nawet jednego z nich kiedyś pocałowałam, co skończyło się dla mnie źle.

Ale przez cały czas wiedziałam, że brakowało mi ważnej części mnie.

Właśnie wtedy wreszcie domyśliłam się, czego szukałam, czego brakowało w moich relacjach z chłopakami.

Ja byłam kolorem, słońcem, radością z życia, a ktoś taki potrzebował mrocznego, może niegrzecznego chłopca, który byłby moim uzupełnieniem, ciemnym yin do mojego jasnego yang.

Jako uzupełnienia lub może tła.

Tego nie wiedziałam.

*****

Jestem Abigail Sensible, dla najbliższych i przyjaciół - Abi.

Pozornie moje życie było łatwe i przyjemne, a ja zawsze się uśmiechałam, bo musiałam pokazać, że wszystkim, co czułam, było szczęście.

Na swojej drodze napotkałam swoją Drugą Połówkę, ale nie mogliśmy być razem, bo dzieliło nas wszystko.

Miejsce urodzenia, tradycje, wiek…

Nie mieliśmy być razem.

Nie czekałam na to.

Aż wylądowałam w drodze do piekła...

*****

2 komentarze: