Prolog
Abigail
Zawsze
lubiłam malować.
Nie,
to było coś więcej.
Wręcz
kochałam malować wszelkie kwiaty, ale
najbardziej takie wielobarwne, wręcz pstrokate, nawet krzykliwe, wybuchające
feerią kolorów na jasnym, słonecznym tle.
Uwielbiałam malować wszystko,
co było kolorowe, więc zarówno bajkowe tęcze, czy ulotne motyle, jak i
abstrakcyjne plamy i witraże, którymi zamalowywałam całe przestrzenie, ale to
kwiaty były moimi ulubionymi.
Mogły
być pojedyncze lub w bukietach, ale najbardziej kochałam łąki kwietne, sady
wiśni lub pola słoneczników, rzepaku lub inne kwitnące przestrzenie, a także
ukwiecone zbocza gór, kotliny i równiny.
Przenosiłam
to na płótna, na deski lub ściany, a kiedy nie mogłam malować na nich,
rysowałam kredkami na papierze.
Zaczęło
się to dawno temu.
Mieszkaliśmy
naszą rodziną w dużym domu, w którym każda z nas, czterech sióstr, miała swój
duży pokój.
Kochałyśmy
się bardzo i okazywałyśmy to sobie nawzajem.
Nasi
rodzice kochali nas i okazywali nam to.
Przytulaliśmy
się.
Rozmawialiśmy.
Ale
jako sześciolatka naprawdę mocno zachorowałam, byłam powoli diagnozowana,
intensywnie leczona, a wszystko to było długotrwałe i trudne do przeżycia dla całej
mojej rodziny.
Przez
prawie rok przebywałam właściwie samotnie w różnych szpitalach, domach opieki i
hospicjach, bo mama zajmowała się w domu moimi trzema siostrami, Ewą, Hannah i
Lucy, a tata pracował.
Ewa
miała wówczas dwanaście lat, a Hannah dziesięć i obie były bardzo samodzielne i
opiekuńcze, więc, kiedy byłam na krótko w domu między pobytami w różnych
placówkach, miałam ich troskliwe towarzystwo.
Byłam
najmłodsza, czułam się kochana, ale
zostałam przez swoją chorobę opuszczona, osamotniona, bo moja mama była jakby
odsunięta ode mnie, a tata był zapracowany, chociaż wydawałoby się, że to mnie nie
dotykało.
W
każdym z tych miejsc, w jakich przyszło mi wówczas spędzać czas miałam
opiekunki, które przytulały mnie, zajmowały się mną i innymi dziećmi, wymyślały
nam gry i zabawy.
W
drugim z nich spotkałam tę, którą nazywałam ciocią Dottie, a która pewnego dnia
posadziła naszą małą, zagubioną grupkę chorych dzieciaków przy stolikach w szpitalnej
świetlicy, dała nam mnóstwo różnych przyborów papierniczych i pokazała cuda,
jakie można było z nich zrobić.
Wydzieraliśmy,
wyklejaliśmy, wycinaliśmy, składaliśmy, zgniataliśmy, kolorowaliśmy i rysowaliśmy,
a każde z nas robiło to, na co miało ochotę, więc mieliśmy wybór.
Ja
najbardziej lubiłam rysować i to od razu zostało zauważone przez ciocię Dottie,
która potem codziennie znosiła mi kolejne kolorowanki, kartki, kredki, a
później farbki.
Byłam
tam na tyle długo, że zżyłyśmy się ze sobą.
Oczywiście,
najpierw moje malowanie to było mazanie po kartce bez celu i bez sensu, byle
tylko wywabić na widok ludzi cały kolor, jaki można było uzyskać z kredek,
jakimi dysponowałam.
Byłam
zafascynowana kolorami.
Nie
działo się tak, bo byłam beztroska, ale dlatego, że potrzebowałam dać ludziom
coś więcej niż moją chorobę i konieczność zajmowania się mną.
Później
dopiero nauczyłam się kolorować w liniach, kontrolować pociągnięcia mojej ręki,
a dopiero potem ciocia Dottie nauczyła mnie rysować pierwsze, proste i nie
skomplikowane kwiaty.
Nie
były prawdziwe.
Nie
odwzorowywały rzeczywistości.
Ale
były moimi pierwszymi „dziełami”, więc je zachowałam.
Pokochałam
kwiaty.
Po
roku byłam wyleczona, bo wreszcie lekarze odkryli, co mi było i usunęli z
mojego ciała coś, co nazywało się „potworniakiem”.
Jako
dorosła wiedziałam, że chodziło o rodzaj nowotworu, ale nazwa utrwaliła we mnie
przekonanie, które pierwsze przedstawiła ciocia Dottie, kiedy po moim wyzdrowieniu
pojechaliśmy do niej z tatą na moją prośbę, by jej powiedzieć, że byłam zdrowa.
Wiedziałam,
że ją to ucieszyło.
-
Ciociu Dottie! - zawołałam do niej z
radością - Jestem zdrowa!
Tata
opowiedział jej wtedy, co powodowało moją chorobę i jak to usunięto, a ja się
przesłuchiwałam, chociaż byłam zbyt mała, żeby to zrozumieć.
Ale
zrozumiałam, jak podsumowała to ciocia Dottie.
-
Teraz, kiedy zabrali ciemność i potwory z twojego ciała, możesz do końca oddać
się swojej pasji pokazywania światu piękna i kolorów, mój Kwiatuszku - powiedziała
wtedy na pożegnanie, a potem mocno mnie przytuliła.
Tak
do mnie mówiła.
Mój Kwiatuszku.
I
potem chciałam już zawsze wypełniać jej wolę, czyli przekazywać światu samo
piękno i kolory, bo dookoła mnie było jeszcze wiele ciemności i cierpienia, a ja
to zauważałam.
Zaczęło
się od tego, że po powrocie do domu poszłam do szkoły.
W
trakcie leczenia tamtego guza bardzo schudłam, moja skóra nabrała niezdrowego,
szarego koloru, a także całkowicie straciłam włosy, które później odrastały mi,
ale robiły to bardzo powoli.
Byłam
też starsza od innych dzieci w mojej klasie o cały rok, a to, jedno i drugie dało
mi wiele niemiłych komentarzy, ale pozwalałam, by większość odbijała się ode
mnie, bo w kolejnych szpitalach wytworzyłam w sobie rodzaj tarczy mentalnej,
którą było wpatrywanie się w mówiącego człowieka tak długo, aż nie otoczyłam go
w wyobraźni kolorami, jakie do niego pasowały.
Większość
ludzi myślała, że byłam szalona i uciekała w popłochu.
A
ja jako dziecko bardzo to lubiłam.
Wtedy
jeszcze nie używałam koloru czarnego, a granatowy i szary bardzo rzadko, ale
potem uświadomiłam sobie, że bez nich nie mogłam pomalować wszystkiego na
dostępne mi barwy, bo czasem potrzebowałam domieszać któryś z tych kolorów,
jakich unikałam.
A
jeszcze później uświadomiłam sobie,
że czarne lub szare tło pomagało uwydatnić kolory, jak to się działo z kwiatami
na zboczu góry.
Kiedy
miałam dziesięć lat wiedziałam już, że z ludźmi było tak samo, bo jedni ludzie byli
kolorowi, słoneczni, barwni, a z drugiej strony byli zgorzkniali, pochmurni,
ciemni, a oni wszyscy potrzebowali się wzajemnie, bo każdy był inny i to było
piękne.
Uzupełniali
się na zasadzie przeciwieństwa.
Potem
poznałam ideologię Yin i Yang.
Zafascynowała
mnie i dlatego właśnie przestałam otaczać się tamtą tarczą.
Harmonia
świata nie polega na szczęściu i kolorach w e wszystkim i w każdej chwili, ale
na uzupełnianiu się ciemności i światła, koloru i czerni, radości i smutku.
Szkoda
tylko, że czasem trzeba było przejść przez piekło, żeby dostać odrobinę nieba,
co poznawałam przez cierpienie ludzi, którzy tracili swoje dzieci, przez
cierpienie dzieci, które walczyły z chorobą.
Moja
mama była wtedy, jak miałam te dziesięć lat i wyszłam już z choroby i z pobytów
w szpitalach, ale nadal musiałam jeździć na wizyty kontrolne, w fazie
załamania, jak to nazywała w depresji,
co ogłaszała całemu światu płaczliwie i dobitnie raz za razem, a mną opiekowały
się głównie Ewa i Hannah.
Nie
pozwalały na to, żebym zbyt długo się smuciła.
Ewa
była ciepła i dobra, cierpliwa i wspierająca, chociaż wymagająca na sposób, w
jaki tylko mama potrafi być dla swojego dziecka.
Prowadziła
moją rękę przy kolorowaniu, uczyła mnie robić porządek po malowaniu, wietrzyła
mój pokój, pilnowała, żebym zdrowo się odżywiała i wystarczająco długo spała.
Hannah,
na którą mówiliśmy pieszczotliwie Anie, była z kolei wrażliwa, zawsze i dla
wszystkich była łagodna, słodka, wyrozumiała, pomagała mi odrabiać lekcje, potrafiła
wysłuchać mnie i doradzić.
Przy
niej mogłam malować godzinami i nigdy mnie nie poganiała.
Sama
zwykle w tym czasie czytała książki, więc bardzo często po prostu spędzałyśmy
czas obok siebie, ale byłyśmy zajęte każda swoją pasją.
Kiedyś,
kiedy miałam prawie jedenaście lat, czekałam na Anie w szkole, bo miała próbę
do jakiegoś przedstawienia.
Byłam
w sali widowiskowej i siedziałam na widowni, kiedy ona stała na scenie i
recytowała.
Był
to poemat, ale ona mówiła to tak, jakby wygłaszała monolog płynący wprost z
głębi jej duszy, więc słuchałam jak zaczarowana.
Nie
tylko ja.
Ale
tylko ja byłam tą, która zauważyła, że Anie nie miała właściwego tła do tego poematu,
przez co postarałam się być tam z nią na następnej próbie, ale zakradłam się
wcześniej za kulisy, by znaleźć tam coś, co by mogło podkreślić poezję monologu
mojej siostry.
Samowolnie,
nie pytając o to nikogo i nikogo nie prosząc, wyciągnęłam z magazynu belę
materiału, odcięłam jego odpowiedni kawałek, znalazłam stare tekturowe słońce,
jakieś fałszywe skały i rozstawiłam to w wymyślonych przez siebie miejscach na
deskach sceny, zanim podniosła się kurtyna i Anie wyszła na scenę.
Nie
zdążyłam się wtedy ukryć.
Trzymałam
w ręku przenośną lampkę, którą chciałam podświetlić tekturowe słońce, kiedy
kurtyna podjechała do góry i nagle zostałam złapana w snop światła z
reflektora.
Na
widowni siedziała opiekunka koła teatralnego i reżyserka przedstawienia, które
miało się odbyć niedługo potem z jakiejś okazji.
Po
początkowej awanturze ze strony uczennicy - reżyserki, nauczycielka - opiekunka
koła stwierdziła, że podobało jej się to, jak wzmocniłam nastrój poematu
kilkoma prostymi elementami.
Przez
cały kolejny rok szkolny umacniałam swoją pozycję w kole, a kiedy Hannah w
następnym roku przeszła do liceum, miałam już podopiecznych, którzy wykonywali
projektowane przeze mnie dekoracje.
Pociągnęło
to za sobą podniesienie mojej pozycji w szkole.
Włosy
mi już do tego czasu urosły, a ponieważ nasza mama stanowczo sprzeciwiała się
obcinaniu włosów przez którąkolwiek z nas, sięgały mi już za łopatki.
Nagle
okazało się że nie tylko miałam grupę, do której przynależałam, ale nawet
zaczęli się mną interesować niektórzy chłopcy.
Ale
żaden nie doceniał tego, że lubiłam malować, a na pewno nie to, że lubiłam
malować kwiaty, więc nie brałam pod uwagę ich prób zagadania mnie, bo nie
mieliśmy wspólnych tematów.
Kiedy
skończyłam trzynaście lat, rodzice niespodziewanie ogłosili nam, że będziemy
miały rodzeństwo, a siedem miesięcy później urodził się nasz braciszek, Abel.
Cieszyłyśmy
się z tego wszystkie cztery, każda na swój sposób, chociaż wydawało mi się, że
Lucy najmniej.
Zawsze
miałam wrażenie, że moja trzecia siostra była zazdrosna.
Przyszło
mi to do głowy wcześniej, podczas mojej choroby, bo w jednym ze szpitali
spotkałam dziewczynkę, Rose, która miała brata, Rudolfa, który zachowywał się
bardzo nieładnie podczas ich odwiedzin u niej.
Kiedyś
jedna z pielęgniarek powiedziała do innej, a ja to usłyszałam, że Rudolf był
zazdrosny o uwagę, jaką poświęcali rodzice Rose, a nie jemu.
Niedługo
potem Rose zmarła, bo jej nowotwór był zbyt złośliwy i rozległy, żeby można
było go zwalczyć.
Widziałam
rozpacz rodziców Rose, kiedy wyszli od lekarza i stali na korytarzu niedaleko
świetlicy, i Rudolfa, który siedział sam na podłodze w kącie z zaciśniętymi
pięściami, więc podeszłam do niego i dałam mu kartkę z namalowaną łąką.
-
Rose lubiła moje kwiaty - powiedziałam mu - Więc masz tu łąkę, po której ona
teraz chodzi.
Rudolf
wziął malunek ode mnie i nie wyrzucił, nie pogniótł go, ale spojrzał na mnie
tak jakoś dziwnie, jakby nie pojmował, czemu ktoś obcy go zauważał.
-
Jesteś aniołem? - zapytał początkowo cicho i prawie przyjaźnie, a na to ja z kolei się zdziwiłam, ale
odpowiedziałam mu.
-
Nie, Rose jest.
Rudolf
wyglądał wtedy jak ktoś, komu zabrakło tchu, ale potem jego twarz stała się
ostrożnie zamknięta, a ja nie mogłam tego zrozumieć, ale potem dotarło do mnie,
że starał się nie okazywać swojej rozpaczy.
Nadal
dominowały w nim negatywne emocje, więc po prostu odwrócił się i odszedł, a
moją kartkę wyrzucił do kosza na śmieci.
Takie
złe emocje potem widziałam u Lucy, więc pomyślałam, że była zazdrosna o uwagę
naszych rodziców skierowaną na mnie, bo byłam chora.
Nie
winiłam jej, bo nie mogłam.
A
jej zazdrość o najmłodsze rodzeństwo rozumiałam.
Ewa,
Anie, a tym bardziej nasi rodzice, nie dostrzegali tego, ale ja byłam wyczulona
na, dochodzące od niej, złe wibracje.
Ewa
i Anie były zbyt dobre, a rodzice zbyt mało uważni.
Niczego
nikomu o tym nie powiedziałam.
Sama
też nie czułam wyłącznie szczęścia z powodu nadchodzącego rodzeństwa, bo moi
rodzice mnie od tego odcięli.
Było
mi po prostu trochę przykro, bo mama nie pozwoliła mi wymalować dla braciszka
łąki kwietnej na ścianie, kiedy szykowali pokój dla maluszka, ale potem
zobaczyłam, co tata wymyślił do tego pokoju i spodobała mi się jego wizja.
Białe
chmury na niebieskim tle, a w dole zielony pas, przypominający trawę.
Po
jego urodzeniu się, ja nie umiałam zajmować
się maluszkiem, a potrzebował tego, bo nasza mama wpadła w depresję po
porodową, która tym razem była cichym i zrezygnowanym zamknięciem się w sobie.
Trwało
to prawie pół roku, a wtedy Ewa i Anie na zmianę opiekowały się małym Ablem,
wstawały do niego w nocy, karmiły go, myły i przewijały.
Nie
miałam pojęcia, jakim cudem godziły to wszystko z pracą i nauką.
Cóż,
Ewa wtedy już się przestała uczyć, a dokładniej w trakcie tego skończyła liceum
i postanowiła zostać kelnerką na pełen etat, zanim znalazłaby sobie męża i
założyłaby własny dom.
Anie
ukończyła liceum niedługo po niej, bo różnica między nimi wynosiła dokładnie
rok i dziewięć miesięcy, więc do już szkoły podstawowej poszła zaledwie rok po
Ewie, a potem moja druga siostra podjęła naukę w college’u.
Byłam
z niej taka dumna.
Ale
to się stało, jak ja byłam w pierwszej klasie liceum, bo moja nauka w szkole
ciągnęła się trzy lata po Anie, ale, nadal, pamięć o jej recytacjach jeszcze
tam trwała, więc bardzo szybko, jeszcze w pierwszym półroczu pierwszej klasy,
zostałam członkinią koła teatralnego i zaczęłam pracować nad dekoracjami tak,
jak robiłam to w ostatnich klasach szkoły podstawowej.
Potrzebowałam
wtedy zajęcia, które by mnie oderwało od problemów w domu, więc robiłam to wszystko.
W
drugim półroczu tej klasy miałam już swoją ekipę przyjaciół, Jo i Joe, z którą
robiliśmy to razem, a potem również pewne uznanie, bo w liceum dekoracje nie
dotyczyły wyłącznie przestawień, ale też bali, happeningów i tym podobnych.
Razem
z Jo zapisałam się również do koła plastycznego, więc moje znajomości się
poszerzyły, a w połowie pierwszej klasy miałam już chłopaka.
Może
to za dużo powiedziane.
Stanley
i ja „chodziliśmy” ze sobą tylko po szkole, nigdy nie spotykaliśmy się po
lekcjach, ale był dwa lata straszy ode mnie i miał prawo jazdy, samochód, więc
odwoził mnie czasem do domu po zajęciach.
Co
było dobre, ale nigdy nie pozwoliłam mu podjechać zbyt blisko mojego domu, więc
z mojej rodziny nikt o tym nie wiedział.
Nie
powiedziałam o nim nawet Anie, której zwykle zwierzałam się ze wszystkiego,
chociaż na i tak miała wtedy dla mnie mało czasu, bo zajmowała się Ablem,
pracowała na pół etatu jako kelnerka i uczyłam się, by spełnić swoje marzenie i
zostać nauczycielką.
A
potrzebowałabym rady w sprawie mojego „chłopaka”.
Ale
oprócz tego w liceum, w nowej szkole, nie miałam łatwo, bo życie mojej rodziny
zmieniło się wtedy drastycznie i
mocno to odczułam.
W
ostatnich dniach wakacji, tuż przed tym, kiedy miałam zacząć pierwszą klasę
liceum, Ewa została pobita i zgwałcona.
Świat
skazał ją na piekło.
Nie
powiedziano mi nic na ten temat przez
całe siedem dni, więc wiedziałam tylko, że miała wypadek, ale potem moja
kochana, dobra Ewa wróciła ze szpitala do domu i zobaczyłam to.
Jej
twarz pokrywały żółknące siniaki, opuchlizna, miała wybity jeden z przednich zębów,
rękę w gipsie, ale nie to było najgorsze.
Jej
twarz stała się pusta.
Nie
uśmiechała się, nigdy, nawet smutno, nie
patrzyła ciepło i łagodnie, jak patrzyła wcześniej, nie odzywała się bez
pytania, nie spoglądała w oczy.
Jakby
uciekło z niej życie.
Stopniowo
z rozmów, urywków zdań, domyśliłam się całej prawdy, bo bywałam wśród różnych
ludzi i mogłam wywnioskować to, czego nie chciano mi powiedzieć.
Ewa
i Anie zawsze się przytulały, zawsze przytulały mnie, a potem również Abla, a po tym „wypadku” Ewa nie dawała się
dotknąć.
Dopiero
później domyśliłam się, że uważała się za brudną.
O
ile dawniej Ewa dawała mi wszelki rodzaj opieki, jakiej potrzebowałam, to teraz
sama potrzebowała troski i zajęcia się nią.
Przesiadywałam
czasem w jej zaciemnionym pokoju, kolorując, malując lub rysując, a czasem
odrabiając lekcję, kiedy tak sobie milczałyśmy, ja siedziałam w fotelu, który
tam stał, a Ewa leżała zwinięta w kłębek na łóżku, ale jej oczy pozostawały
otwarte i nie spała.
Któregoś
dnia wyszłam od niej i musiałam
namalować to, co widziałam, więc namalowałam.
Całą
przestrzeń płótna na czarno.
Potem
starałam się to zmienić, więc na płótnie pojawiały się kwiaty.
Z
każdym dniem coraz więcej, aż wypełniły prawie całe czarne tło.
Ale
Ewa nie zmieniła się i nadal była tak samo pusta i czarna.
Nie
udało mi się.
Nie
umiałam jej pokazać, że gdzieś tam czekało trochę nieba.
Wiedziałam,
że delikatnie i cicho, jak to ona, próbowała tego Anie, ale jej również się nie
udało pocieszyć Ewy.
„Pocieszenie”
i wsparcie od strony naszego społeczeństwo, naszej wspólnoty kościelnej,
przybierało inne formy.
Pewnego
dnia wróciłam do domu, a tam były u mamy jej znajome.
-
Ewa nie powinna była pracować jako
kelnerka - mówiła jedna z nich stanowczo i głośno w naszym salonie, więc chyłkiem wycofałam
się do korytarza, żeby nie wpaść w sidła plotkarskich kumoszek - Wracała zbyt późno do domu po tej pracy.
Kiedy
chorowałam, nauczyłam się, jak nieprzyjemne było natknięcie się na którąś z
nich w naszym domu, bo dopadały mnie, wykrzykiwały nade mną swoje żale i
potrząsały mną tak, że miałam ochotę wymiotować.
Z
jednej strony była to litość, której nienawidziłam, bo spotykałam się z tym w
szpitalu i wiedziałam, że takie osoby nie traktowały chorych dzieci, jak dzieci.
Nie
chodziło o to, że współczuły mi, ale o to, że uznawały, że przed takimi dziećmi,
chorymi dziećmi, nie było życia.
A
my wszyscy chcieliśmy żyć.
Po
prostu żyć.
Inną
grupę stanowiły takie, które udawały litość, by poczuć się lepsze.
Wychodziły
w swoich oczach na takie wspaniałe i wrażliwe, kiedy pochyliły się nad
nieszczęsnym losem słabych, umierających istotek.
-
Och! - zajęczała druga ze znajomych
mamy - Była taka śliczna i
uśmiechnięta. Tak mi jej strasznie
szkoda.
Mówiłam.
-
Właśnie - powiedziałam tamta pierwsza - Zbyt często uśmiechała się do mężczyzn.
Kusiła ich.
Miałam
ochotę kląć tak agresywnie, jak słyszałam czasem od chłopców na boisku.
Mówiła
o Ewie tak, jakby to, co ją spotkało było jej
winą, a nie tamtych zboków, którzy
nie potrafili zagadać kobiety i namówić jej na coś, na co mieli ochotę, tylko
musieli ją pobić i zmusić do tego.
Wycofałam
się wtedy do swojego pokoju i nie powiedziałam nikomu, co sądziłam o tej
rozmowie, jak nie mówiłam o swoich domysłach i przypuszczeniach co do Ewy.
Może
powinnam była porozmawiać z Anie.
Dwa
miesiące po wypadku, kiedy jeździłam już do szkoły i zaczęłam być bardzo zajęta
nowymi wyzwaniami, kołem teatralnym, plastycznym, dekoracjami do kolejnych
przedsięwzięć, stało się coś bardzo złego.
Pewnego
dnia wróciłam do domu, a tam było w naszym salonie całe zgromadzenie, z
księdzem Antonem na czele.
Wpadłam
w sam środek dyskusji, więc bez ostrzeżenia dowiedziałam się, że Ewa była w
ciąży i chciała ja przerwać.
Wszyscy
krzyczeli, mówili jeden przez drugiego, a Ewa siedziała pośród nich skulona w
sobie i przygaszona.
Podłość
tych kobiet, a nawet nieczułość samego księdza Antona, którego aż do tej pory
szanowałam, nawet jak niekoniecznie lubiłam, wstrząsnęła mną, ale byłam za
młoda i nie odezwałam się, chociaż powinnam była to zrobić.
Żadna
z nas nie stanęła w obronie Ewy wystarczająco mocno.
Poczuła
się zaszczuta, niegodna, opuszczona, więc zrobiła to.
Odeszła.
Nasza
najstarsza siostra, opiekuńcza, piękna i łagodna Ewa odebrała sobie życie, a
nasza społeczność nie pozwoliła na pochowanie jej w obrządku naszego Kościoła,
bo została z niego wykluczona.
My
również wkrótce zostaliśmy z niego wykluczeni.
Bowiem
to, co zrobiła Ewa, mój tata odreagował źle,
zdobywając w jakiś sposób broń i grożąc gwałcicielowi mojej siostry.
Zrobił
to jednak tak nieumiejętnie, że go mocno zranił, a ten zmarł w wyniku ran poniesionych
po postrzeleniu.
Mój
tata poddał się wymiarowi sprawiedliwości, został oskarżony o nieumyślne
spowodowanie śmierci i, po błyskawicznym procesie, skazany na pięć lat
więzienia.
Kiedy
tata zniknął z naszego życia, mama sprzedała dom, samochód i wszystkie meble.
A
potem mama z pomocą starego przyjaciela taty, Olgierda, który stał się męskim
opiekunem naszej zmniejszonej rodziny, skoro stwierdziła, że takiej pomocy i
opieki potrzebowała, kupiła mały domek i tanie meble, więc przeprowadziliśmy
się.
Zamieszkałam
w jednym pokoju z Lucy, która zaczęła się zachowywać jeszcze bardziej jak suka niż wcześniej.
Rzucała
w moją stronę złośliwe komentarze, niszczyła mi rzeczy, nie pozwoliła malować
ani trzymać w pokoju pomalowanych rzeczy do wyschnięcia.
Raz
nawet zdarzyło jej się zniszczyć jedną z moich toreb, kiedy wisiała na desce na
krześle i schła, bo była świeżo pomalowana (co zrobiłam na tylnym tarasie
naszego domu).
Nie
powiedziałam o tym mamie, bo usłyszałabym od niej tylko „Na drugi raz powieś to
gdzieś indziej”, jak już się to przydarzyło.
Nie
powiedziałam o niczym Anie, bo miała własne problemy.
Anie
bowiem już wtedy najpierw ukończyła swój staż nauczycielski, a później zaczęła pracować
na pełen etat w szkole podstawowej.
A
ja borykałam się w liceum ze swoimi nieistotnymi problemami tak typowymi dla
nastolatki, gdzie rzuciłam się w wir zajęć, przebywałam z nowymi koleżankami i kolegami,
a potem „chodziłam” z chłopakiem.
Stan
zwykle czekał na mnie pod klasą, siadywaliśmy obok siebie, kiedy były jakieś
przedstawienia lub zebrania informacyjne, a także na wewnętrznych rozgrywkach
innych drużyn w sali gimnastycznej.
Był
kapitanem drużyny koszykówki, więc siadywałam między innymi dziewczynami
chłopaków z drużyny w pierwszym rzędzie trybun podczas gry jego drużyny, by go
wspierać, a on chwalił się swoim kolegom niektórymi dekoracjami, jakie robiłam,
mówiąc, że to zrobiła „jego dziewczyna”.
Czasem
się całowaliśmy, trzymaliśmy się za ręce, zawsze bywaliśmy razem.
Ale
to było wszystko.
Nie
wiedziałam, o co mi właściwie chodziło, ale nie czułam do niego niczego specjalnego, żadnych „motylków w
brzuchu”, żadnych marzeń czy snów.
Stan
był przystojny, popularny, silny, wesoły i delikatny, ale mimo to wszystko, nie
czułam, żeby miał być tym, czego potrzebowałam.
Po
prostu między nami nie było tego „czegoś”.
Rok
później już nie „chodziliśmy” ze sobą, a stało się tak głównie dlatego, że Stan
poszedł do college’u i po prostu to się „rozwiało”.
Ale
to znaczyło, że to nic nie znaczyło.
Owszem,
jeszcze potem kilku chłopcom udało się namówić mnie na spędzanie razem czasu
podczas lunchu.
Nawet
jednego z nich kiedyś pocałowałam, co skończyło się dla mnie źle.
Ale
przez cały czas wiedziałam, że brakowało mi ważnej części mnie.
Właśnie
wtedy wreszcie domyśliłam się, czego szukałam,
czego brakowało w moich relacjach z chłopakami.
Ja
byłam kolorem, słońcem, radością z życia, a ktoś taki potrzebował mrocznego,
może niegrzecznego chłopca, który byłby moim uzupełnieniem, ciemnym yin do mojego jasnego yang.
Jako
uzupełnienia lub może tła.
Tego
nie wiedziałam.
*****
Jestem
Abigail Sensible, dla najbliższych i przyjaciół - Abi.
Pozornie
moje życie było łatwe i przyjemne, a ja zawsze się uśmiechałam, bo musiałam
pokazać, że wszystkim, co czułam, było szczęście.
Na
swojej drodze napotkałam swoją Drugą Połówkę, ale nie mogliśmy być razem, bo
dzieliło nas wszystko.
Miejsce
urodzenia, tradycje, wiek…
Nie
mieliśmy być razem.
Nie
czekałam na to.
Aż
wylądowałam w drodze do piekła...
*****
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń