Rozdział 20
Abigail
Następnego dnia rano…
Obudziłam
się, ponownie leżąc na Willu, to znaczy opierając opatrzoną prawą nogę kolanem na
jego udach, głowę na jego ramieniu, a lewą rękę na jego klatce piersiowej.
Bogu
dzięki za ortezę.
Zdjęłam
ją na noc i to pozwoliło mi na większy zakres ruchów, na wygodniejsze ułożenie
się do snu, a także na swobodę podczas kąpieli wieczorem, więc również
psychicznie z tym czułam się lepiej.
Przypomniało
mi się to, jak obudziłam się dobę wcześniej i uśmiechnęłam się do siebie,
starając się nie poruszyć, by nie obudzić mojego mężczyzny.
Poprzedni
dzień był przełomowy, chociaż nie zaczął się wspaniale.
Rano
wydawało mi się, że zabije mnie ból odrzucenia, kiedy obudziłam się w moim
łóżku sama, a Willa nie było w sypialni, części wypoczynkowej ani w łazience
mojego apartamentu, co natychmiast sprawdziłam.
Po
głowie wciąż kołatała mi myśl, że Will, chcąc mnie bronić przed wszystkim,
spróbuje mnie chronić też przed sobą.
Dlatego
bałam się, że wyszedł.
Ledwie
dysząc ze strachu, pokuśtykałam do salonu, opierając się na jednej kuli, a,
kiedy stanęłam w wylocie z korytarza i zobaczyłam go stojącego przy kuchence,
ulga jaka mnie ogarnęła, zmusiła mnie do oparcia się o ścianę, bo mnie
osłabiła.
A
potem dotarła do moich zmysłów jego wspaniałość.
I
oszołomiła mnie do tego stopnia, że byłam gotowa wywiesić język jak szczeniak i
ślinić się jak głupek.
Jego
tors był nagi, co pozwoliło mi zobaczyć, jak pod oliwkową skórą grały mu
pięknie wysklepione mięśnie.
Był
Młodym Bogiem z seksownym ciałem, które chciałam czcić i całować, pieścić i
przytulać w każdej minucie mojego życia.
Między
moimi nogami wezbrało znajome uczucie ciepła, wilgoci i tęsknoty za tym
cudownym wypełnieniem, jakie dawał mi tylko On.
A
na dodatek Jasmine patrzyła na niego nieśmiało, z zawstydzeniem i chyba z
podnieceniem, które uświadomiło mi, że ciało Willa tak działało nie tylko na
mnie, ale również na inne kobiety.
I
poczułam zazdrość.
Nie
taką zazdrość złą, niszczącą, ale
taką powodującą podniecenie i chęć pokazania wszystkim ON JEST MÓJ.
Kiedy
Will odwrócił się do mnie przodem i jego oczy rozbłysły na mój widok, poczułam
się jak onieśmielona pensjonarka, zapominając, że byłam samodzielną kobietą,
mieszkającą bez rodziców od ponad dwóch lat i prowadzącą własny biznes.
Kiedy
mój mężczyzna się mną zaopiekował, nawet warcząc na mnie, że mogłam sobie
zrobić krzywdę, poczułam się trochę lepiej, chociaż jak mała, skarcona
dziewczynka.
A
potem, kiedy Will w obecności moich rodziców wyznał mi miłość i zrobił to w
taki cudowny, czuły i słodki sposób, miałam ochotę zapłakać z głębi uczuć,
jakie mnie ogarnęły.
Po
raz pierwszy w swoim życiu miałam wszystko.
Nie
tylko miłość rodziców i siostry, ale też przyjaciół, dzieci, a teraz również
mojego mężczyzny.
Przez
to było mi dobrze, swobodnie i zdziwiło mnie tylko to, że w nocy znowu obudził
mnie koszmar, a ponieważ krzyczałam, obudziłam Willa.
Pamiętałam
to.
Nie
wiedziałam, czemu śniłam o tym, zamiast spokojnie wypoczywać w bezpiecznych,
ciepłych ramionach ukochanego.
Nie
wiedziałam też, dlaczego jeszcze ani razu nie wyznałam mu słowami, jak bardzo
go kochałam.
W ogóle
nie wyznałam mu, że go kochałam.
Chłonęłam
miłość, jaka mnie otaczała, ale sama tkwiłam w jakiejś bańce lub we mgle i nie
potrafiłam mówić o tej miłości.
Poprzedniego
wieczoru Lisa podała mi swój numer telefonu, a kiedy go wpisałam i wysłałam do
niej SMS’a, przesłała mi wizytówki z numerami wszystkich kobiet.
Rozesłałam
więc SMS-y z informacją Tu Abigail
Sensible. To mój nowy numer. Proszę, zapisz go i odezwij się w razie potrzeby.
Natychmiast
dostałam odpowiedzi od Anie, Evy, Heleny, Alice i Maggie, a w nocy chyba
jeszcze jakieś, bo mój telefon mrugał właśnie powiadomieniem.
Więc
od przyjaciółek miałam wsparcie równie duże, co od mojej rodziny, której numery
wpisałam do telefonu od razu pierwszego wieczoru.
Wszystko
wydawało się być ze mną w porządku.
Po
nocnych ekscesach, które spowodował mój koszmar, wiedziałam jednak, że przede
wszystkim nie uniknę rozmowy z Willem, bo dałam mu dodatkowy argument w
dyskusji nad koniecznością mojej rozmowy ze specjalistą od traum.
Myślałam,
że to, że sypiałam z moim Willem, a
nie sama, pozwoli mi tego uniknąć, ale najwidoczniej tkwiło to we mnie zbyt
głęboko.
Nadal
byłam w radosnej, szczęśliwej wręcz mgiełce tego, co czułam po tym, co Will
powiedział o mnie do moich rodziców.
Will
mnie kochał.
Byłam
w jego oczach mądra, dojrzała, piękna, więc niczego więcej nie powinnam
pragnąć, a jednak coś mnie dręczyło.
-
Dzień dobry, Słoneczniku - usłyszałam cichy pomruk mojego mężczyzny, który
obudził się i wyczuł, że nie spałam, ale nie poruszył się, więc tego nie
zauważyłam.
Dziwne.
Wcześniej
zawsze wiedziałam, że się budził.
Chociaż,
nie zawsze, bo wiedziałam to wtedy, jak spał naprzeciwko mnie, a potem już nie,
bo nie widziałam jego twarzy, skoro spałam na nim tak, jak teraz się obudziłam.
-
Dzień dobry, Will - szepnęłam w odpowiedzi.
-
Możemy jeszcze poleżeć - stwierdził mój mężczyzna, a ja skinęłam głową na jego
klatce piersiowej, chociaż to nie było pytanie.
-
Muszę dzisiaj pojechać na uczelnię i oficjalnie załatwić sprawę z moim zwolnieniem
- dodałam pomimo to, bo to mieliśmy w planach na ten dzień.
I
właściwie tylko to, bo reszta była do ustalenia.
Miałam
wszystko, czego potrzebowałam, o czym mogłabym marzyć, a brakowało mi tylko…
hmmm… seksu.
Nie
miałam odwagi, by dać znać mojemu mężczyźnie, czego chciałabym najbardziej w
danej chwili, a on wydawał się być niezainteresowany.
Trochę
było mi przykro, że mnie nie pożądał, ale próbowałam sobie wytłumaczyć, że
Willowi chodziło o moje zdrowie, o ranę na mojej nodze.
Dlatego
nasz dzień zaczęliśmy leniwie, niespiesznie, przytulając się i ocierając się o
siebie, dając sobie nawzajem pocałunki i muśnięcia warg, ale, niestety, nic
więcej.
Ponownie
zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem Willa nie odstraszała ode mnie
świadomość, że była taka żałosna, jak byłam i czy nie uważał mnie za brudną i
obrzydliwą po tym, jak oglądało mnie tam tych kilku mężczyzn.
Bawili się
mną, moim ciałem.
Ale
postarałam się to zablokować.
Zjedliśmy
śniadanie, które ponownie naszykował Will, chociaż chciałam to zrobić i mogłam,
bo przecież nie musiałabym przy tym dużo chodzić i nie nadwyrężałabym nogi.
Nie
pozwolił mi.
Później
również nie pozwolił mi na posprzątanie w kuchni.
Żadnego
z moich przyjaciół nie było w domu, bo pojechali na uczelnię lub gdzieś indziej,
co jeszcze dobitniej przypomniało mi o konieczności zgłoszenia się do
dziekanatu.
Kiedy
Will sprzątał, zadzwonił mój telefon, który przez cały czas miałam przy sobie w
kieszeni joggersów, które mogłam nosić pod ortezą, a nie uciskały opatrunku,
jak robiłyby to dżinsy.
Odchyliłam
się w bok, bo nie mogłam do przodu, wyjęłam telefon i zerknęłam na wyświetlacz,
a na widok słowa Mama aż wciągnęłam
powietrze.
Nigdy
do mnie nie dzwoniła.
-
Mamo? - odebrałam ze zdziwieniem.
-
Witaj Abi, kochanie - moja mama rozmawiała pewnie, jak nigdy nie mówiła przez
telefon.
Zawsze
w czasie prowadzenia takich rozmów, przynajmniej przy mnie i ze mną, była
niepewna i cicha.
-
Czy coś się stało? - zapytałam na wszelki wypadek.
-
Och, nie, kochanie - zapewniła mnie mama, mówiąc wciąż wyraźnie i radośnie - Po
prostu rozmawialiśmy z tatą, że, skoro masz tam opiekę, więc nie będziemy cię
wciąż odwiedzać i zamęczać swoją obecnością. Tylko chcę, żebyś wiedziała, że jesteśmy tu dla ciebie. Gdybyś
potrzebowała czegokolwiek, po prostu zadzwoń.
-
Tak - powiedziałam, po czym odchrząknęłam wzruszenie, żeby odpowiedzieć
wyraźniej - Dziękuję, mamo. Doceniam to.
-
To zadzwonisz? - moja mama przez chwilę nie brzmiała tak zdecydowanie, jak
wcześniej.
-
Tak, zadzwonię, jak tylko będę potrzebowała - zapewniłam ją solennie -
Obiecuję, że dam znać. Wszystko jest dobrze, mamusiu… - dodałam łagodnie i
ciepło - i dziękuję, naprawdę.
-
Tak - westchnęła mama - Abel jest w szkole, tata zaraz pojedzie do Billy’ego na
jakieś spotkanie, więc trochę sprzątam. Ale tata powiedział, że nie musi tam
być, jakbyś potrzebowała pomocy.
Zapewne
tata był teraz gdzieś obok niej.
-
Wiem, mamo - zapewniłam ją, a potem dodałam - Will jest tu przez cały czas.
Wozi mnie do lekarza, sklepu, banku, a dzisiaj pojedziemy na uczelnię.
-
Och, to dobrze - moje mama znowu była radosna, jak na początku rozmowy i
pomyślałam, że to było właśnie to.
Mama
potrzebowała obecności mężczyzny w swoim życiu i nie rozumiała, że ja tego nie potrzebowałam.
Ale
teraz mogłam jej dać zapewnienie, że takiego miałam.
Chociaż
może potrzebowałam Willa.
Nasza
rozmowa nie była długa i toczyła się później na temat drobiazgów, z jakich
składało się życie, ale nie przerywałam jej, bo mama była, jaka była, a ja
korzystałam z tego ciepła, jakie od niej płynęło.
A
kiedy się rozłączyłyśmy, siedziałam przez chwilę w milczeniu, patrząc na
wygaszony ekran mojego telefonu, dopóki Will nie poszedł do mnie i przykucnął
przy moich nogach.
-
Abi? - zwrócił na siebie moją uwagę.
-
To jest dziwne - mruknęłam i podniosłam głowę, żeby na niego spojrzeć - To
znaczy… - zagryzłam bok dolnej wargi, zanim kontynuowałam - Mama nigdy taka nie
była. Nie w stosunku do mnie. Ale to jest miłe, wiesz? Po raz pierwszy w życiu czuję, że mnie kocha - to ostatnie
wyszeptałam, a wyraz twarzy Willa stał się łagodny i wyrozumiały.
On
wiedział.
Znał
mnie chyba nawet lepiej, niż znała mnie Anie.
Tylko
Willowi powiedziałam o tym, co było między mną a Lucy.
Tylko
on wiedział, jak czułam się, kiedy mama mnie ignorowała, kiedy Lucy była dla
mnie taka podła.
Patrzyłam
z bliska w jego piękne, kochane oczy i myślałam tylko - Boże, jak mi go brakowało.
Nasz
moment przerwała Clara, jedna z dziewczyn, które pracowały u nas w sklepiku,
wchodząc z rozmachem przez drzwi łączące sklep z salonem.
-
O, rany! - pisnęła na nasz widok -
Przepraszam.
Chciała
się wycofać i już nawet zawróciła, ale zawołałam ją, by ją przedstawić Willowi
i wzajemnie.
Widziałam,
że Will jej się spodobał, ale, o dziwo, nie poczułam zazdrości głównie dlatego,
że Will nawet na nią nie spojrzał.
Siedząc
na krześle obok mnie, nadal zerkał na mnie zatroskanym wzrokiem, więc
wiedziałam, że myślami był przy mojej rozmowie z mamą.
-
Abi! - zawołała głośniej Clara, kiedy
nie zwracaliśmy uwagi na jej paplanie - Skończyły nam się twoje torby i
serwety.
Choroba,
nie pomyślałam o tym.
-
Co? - spytał Will, marszcząc brwi.
Spodziewałam
się, że musiało to nastąpić, ale miałam nadzieję, że Will nie dowiedziałby się
tego w taki sposób.
-
Abi już od dwóch czy trzech tygodni nie malowała - paplała Clara, a ja nie
widziałam sposobu, żeby jej przerwać - Nie mamy nic na stanie, bo wszystko się
sprzedało, a zbliża się Thanksgiving i niedługo Gwiazdka. Będą tłumy po twoje
wyroby - Clara trajkotała bez przerwy, patrząc raz na mnie, raz na Willa.
Zacisnęłam
zęby i na chwilę zamknęłam oczy, kiedy ona nadal bełkotała pod nosem na ten sam
temat i nie miałam szansy na zastopowanie jej.
Wiedziałam,
że Will domyśli się, co było powodem tej mojej przerwy, a nie chciałam, żeby
miał wyrzuty sumienia.
To
nie była jego wina, tylko moja.
-
Clara… Clara! - przerwałam jej
wreszcie - Już dobrze. Coś pomaluję. Mów po prostu że byłam chora i niech się
zgłoszą w przyszłym tygodniu.
-
Ja… Och. Okej - wyszeptała w końcu
Clara, zakręciła się na pięcie, wymamrotała przeprosiny i uciekła do sklepu.
Wstałam
i schowałam telefon do kieszeni spodni, a potem próbowałam pójść do mojego
pokoju, ale Will zagrodził mi drogę.
-
Słoneczniku - powiedział tylko, a ja już wiedziałam, że nie odpuści.
-
Nie, Will - powiedziałam, starając się brzmieć twardo - To nie jest takie ważne.
Muszę iść do łazienki. Dajmy spokój…
Nie
pozwolił mi na to.
-
Pamiętasz? - szepnął, ujmując moją brodę, a drugą ręką trzymając moje biodro,
więc nie miałam szansy przejść dalej i musiałam podnieść wzrok, by spojrzeć mu
w oczy - Nasycaj świat kolorami. Abigail.
Proszę, spróbuj.
Miał
mnie.
Kochałam,
jak tak do mnie mówił i chyba to wiedział.
Nie,
na pewno to wiedział.
Will
wiedział wszystko.
-
Dobrze - powiedziałam, wierząc, że dam radę i nie kłamałam, kończąc - …spróbuję.
Poszliśmy
razem do mojego apartamentu, a tam do mojej łazienki, gdzie naszykowaliśmy się
na nasz dzień.
Will
miał już część swoich rzeczy w jednej z szuflad i na części wieszaków, ale jego
torba nadal stała w kącie wbudowanej szafy.
Bardzo
chciałam, by te pomieszczenia stały się nasze,
ale nie wiedziałam, co mogłabym w ich zmienić, by tak się stało.
Urządzałam
to wszystko sama, a nawet sama pomalowałam w kwietną łąkę całą ścianę
naprzeciwko łóżka.
Sophie
pod moje dyktando urządziła łazienkę i wbudowaną szafę, która zastępowała mi
garderobę, więc też były moje.
Pół
godziny później moim SUV’em wyjechaliśmy z domu do dziekanatu, by złożyć tam
zaświadczenie, jakie dostałam od lekarza w Nowym Meksyku o niemożliwości
odbywania przeze mnie ćwiczeń i usprawiedliwienie moich nieobecności na
wykładach przez poprzedni tydzień.
Po
drodze rozgadałam się, bo Will podpytywał mnie o studia, koleżanki i kolegów, a
to był temat rzeka i lubiłam o tym mówić.
Zajął
nam całe kilkanaście minut drogi na uczelnię.
Śmiałam
się i nawet trochę dokazywałam, kiedy wracaliśmy, bo rozmowa z prodziekanem
była swobodna i miła, chociaż musieliśmy na niego czekać na korytarzu przez
dobre dwadzieścia minut.
Wróciliśmy
prosto do Słonecznika, wysiedliśmy i
nadal żartowaliśmy, kiedy wchodziliśmy do domu.
-
Och, daj spokój Mister Dark - zawołałam ze śmiechem w głosie w odpowiedzi na
jakiś dowcip Willa, kiedy po wejściu do salonu zdjęłam kurtkę i rzuciłam ją na
kanapę razem z teczką z dokumentami, jakie miałam ze sobą, nie patrząc na
wchodzącego za mną mężczyznę, który zajmował się naszym alarmem.
Odpowiedziała
mi nagła cisza.
Odwróciłam
się zaniepokojona i zobaczyłam, że Will był całkowicie poważny, wręcz ponury i
nie patrzył na mnie, ale w podłogę, kiedy zdejmował i odwieszał swoją kurtkę.
Miałam
wrażenie, że się przede mną zamykał.
Jakbym
zrobiła coś złego.
Kiedy
poczułam dziwny strach tym spowodowany, a na mojej twarzy pojawił się bez
wątpienia wyraz, który to pokazywał, Will podniósł głowę, a potem podszedł do
mnie, szybkimi krokami przemierzając w ciągu sekundy dzielące nas kilka metrów.
-
Abigail - powiedział niskim, schrypniętym
głosem - Przepraszam. Nie chciałem cię przestraszyć.
Ujął
moją twarz w obie dłonie, pocałował delikatnie moje usta, a potem objął mnie w
pasie i posadził nas na pobliskiej kanapie.
Przyciągnął
mnie do siebie, do swojej klatki piersiowej, obejmując moją głowę dłonią, a
drugą trzymając moje ramię.
Serce
mi waliło tak mocno, jak mocno zaciskało mi się gardło.
Will
westchnął ciężko, po czym zaczął mówić głosem niesamowicie jednostajnym,
wypranym z jakichkolwiek emocji.
-
Jak byłem tam, w Nowym Meksyku, przez ostatnie ponad dwa lata pod przykrywką,
przyjąłem tożsamość, w której nazywałem się Rocky Dark - wyjawił mi - Chciałem
mieć coś twojego - puścił moją głowę,
więc podniosłam ją i spojrzałam mu prosto w oczy i zobaczyłam ból wymalowany na
jego twarzy, więc moja dłoń chciała powędrować do niej i go zetrzeć, ale jej
nie pozwoliłam.
-
To był błąd - kontynuował Will, a ja
patrzyłam i oddychałam płytko, by być cicho - Teraz to twoje Mister Dark, które kiedyś tak lubiłem,
bo było twoje, kojarzy mi się z tamtym.
A tamto nie było ani niczym dobrym, ani niczym, co mógłbym ot tak zapomnieć. To
było piekło. Nie takie z ogniem,
lawą, gorące i hałaśliwe. Takie ciemne, ponure, jak dno studni. Piekielna
otchłań. Wszyscy otaczający mnie tam ludzie byli zepsuci do szpiku kości.
Robili bardzo złe rzeczy innym ludziom i sobie nawzajem. Każdy… kolejny… pieprzony… dzień był zamglony,
oczadziały i nie zapowiadał niczego pozytywnego, a ratowały mnie tylko noce,
kiedy śniłem o tobie.
Och, Will!
- pomyślałam z troską, z bólem, który
przejmował mnie na myśl o bólu, jaki musiał czuć mój mężczyzna przez ten cały
czas.
Był
dobry, wierzył w dobro i chciał
czynić dobro.
Życie
wśród takich ludzi musiało być dla niego destrukcyjne.
-
Kiedy cię wspominałem… - mówił dalej mój mężczyzna - za każdym razem… zawsze pamiętałem, jak otaczałaś siebie
i przy okazji mnie kolorami. I wtedy czułem się odrobinę lepiej.
Siedziałam
zapatrzona w niego i niezdolna do jakiejkolwiek reakcji.
Szczęka
dosłownie mi opadła.
Will
patrzył mi w oczy bez ruchu, bez słowa, ale nie denerwował się, nie smucił, bo
jego zęby nie były zaciśnięte, a oczy nie wyrażały już bólu.
Nie
były też całkiem puste.
Po
prostu czaił się tam mrok.
Nie
wiedziałam, jak mogłabym kiedyś pokonać takiego
demona.
Jego
ciemne wspomnienia.
A
potem nagle coś się zmieniło, jakby mój mężczyzna zauważył, że powiedział za
dużo i mnie tym zasmucił.
-
No, już - powiedział Will nieco głośniej i pogodniej, jakby chcąc nas
wyprowadzić z tego ponurego nastroju, pocieszyć mnie - wystarczy tego
rozgrzebywania przeszłości.
Wstał
z kanapy jako pierwszy, wyciągnął do mnie obie ręce, podniósł mnie przez
pociągniecie do siebie, a potem zaprowadził do kuchni, obejmując mnie jednym
ramieniem w talii.
Cieszyłam
się, że z każdym dniem byłam sprawniejsza, a noga bolała mnie coraz mnie, bo
nauczyłam się, jak mogłam się nią posługiwać, nie obciążając tego jednego
mięśnia.
-
Przygotuj nam lunch, kobieto… - Will zarządził
żartobliwie - a ja zaniosę nasze kurtki i twoje dokumenty do sypialni. Zaraz
wrócę i ci pomogę.
Uśmiechnęłam
się delikatnie, skinęłam głową i zajęłam się naszym lunchem, ale w mojej głowie
wciąż tkwiło jego: …otaczałaś siebie i
przy okazji mnie kolorami.
Will
tego potrzebował.
Więc
zamierzałam mu to dać.
Zajęłam
się gotowaniem dla nas jedzenia, a właściwie odgrzewania na patelni placuszków
serowych, których Maggie przywiozła tak dużo, że zostało po kilkanaście dla
każdego nas jeszcze na ten lunch.
Może
wolałabym zrobić świeże dla mojego mężczyzny, ale w ten sposób nie miałam
zajętych myśli, kiedy planowałam swój dalszy dzień, a dokładniej pokazanie
Willowi naszej pracowni.
*****
Prawie godzinę później…
Może
ten lunch był zbyt wczesny, ale zarówno ja jak i Will potrzebowaliśmy
częstszych i większych posiłków po naszych przejściach w Nowym Meksyku, więc
był niezbędny.
Natomiast
po nim niewiele odpoczęliśmy, bo nakłoniłam Willa do przejścia do
pomieszczenia, w którym jeszcze nie był, czyli do naszej pracowni, gdzie weszliśmy
właśnie w tej chwili.
Jasmine
i Jason byli nadal na uczelni, a Jeremy był Bóg-wie-gdzie, bo przecież skończył
college już w czerwcu, więc miałam dla siebie jeszcze godzinę lub dwie na pracę
nad tym, co miałam zamiar zrobić.
Nie
planowałam tego, ale dobrze się stało, że miałam do pomalowania właściwie wszystko, więc miałam wybór.
Były
tu naszykowane do wykończenia cztery zwykłe torby zakupowe, dwie grube, duże,
damskie torebki typu shopper, duży prostokątny obrus na stół i dwie okrągłe
serwety na stoliki do kawy.
Wszystko
to było z białego płótna, zamówione i wykonane dla mnie przez krawcową pracującą
dla Aleka i Sama za opłatą, która ustaliliśmy jakiś czas temu i rozliczaliśmy
fakturami.
Nie
było mi trudno namówić Willa, by przyszedł tu ze mną.
Powiedziałam
mu po prostu, że nie byłam pewna, czy nie będę potrzebowała jego pomocy, a on
wszedł tu pierwszy, asekurując mnie, kiedy szłam za nim.
Przystanął
w progu i rozejrzał się, a kiedy weszłam tuż za nim, zobaczyłam, że był
zachwycony tym, jak to wszystko mieliśmy zorganizowane.
Każdy
z nas, ja i moi przyjaciele, miał wydzielony swój kąt, swoje szafki, ale po środku
była wspólna przestrzeń, którą zajmowaliśmy w razie konieczności i w miarę potrzebnego
miejsca na rozstawienie naszych warsztatów.
Jasmine
miała w swoim kącie krosno, które na co dzień było częściowo złożone, więc,
kiedy tam weszliśmy, Will nie mógł ocenić, ile miejsca dziewczyna potrzebowała
do swojej pracy.
I,
oczywiście, nie wiedział, że Jason miał tu co prawda koło garncarskie, z
którego nie zawsze korzystał, ale piece do wypalania swoich wyrobów miał w
oddzielnym budynku, który było widać przez okno.
A
cała pracownia wyglądała dla laika jak totalny bałagan.
Kiedy
tu weszliśmy, o razu poprosiłam Willa, by wystawił na środek moją sztalugę,
która była specjalnie dostosowana do tego, żebym mogła opierać na niej deski,
na których rozpinałam torby, by móc je obracać w czasie pracy.
Potem
Will przystawił mi do niej krzesło, mały, podręczny stolik, a na nim ułożyłam z
jego pomocą paletę, słoik z pędzlami, drugi z rozpuszczalnikiem, pudełko z
tubkami farb, szmatki do ich wycierania i takie tam.
Na
koniec Will pomógł mi naciągnąć jedną zwykłą torbę zakupową na deskę i ustawić
to na sztaludze.
Chciałam,
żeby zobaczył, jak malowałam, ale chciałam też, żeby miał wybór, więc zwróciłam
się do niego:
-
Dzięki. Zajmie mi to z godzinę, więc możesz się czymś zająć albo pospać. Mam tu
telefon, więc zadzwonię jakbym…
-
Nie, Słoneczniku - przerwał mi, odchodząc w drugi kąt pomieszczenia, by wziąć
stamtąd krzesło i przynieść je bliżej mnie - Jeśli pozwolisz, popatrzę.
Skinęłam
głową ze szczęśliwym uśmiechem, bo, prawdę mówiąc, miałam nadzieję, że
zechciałby to zrobić.
Popatrzyłam
na białe płótno, które było rozciągnięte przede mną, zamknęłam na chwilę oczy i
wzięłam głęboki wdech.
Nie
malowałam od swoich dwudziestych pierwszych urodzin.
Po
prostu nie mogłam się zmusić do
przeniesienia żadnych kolorów na płótno, bo nie miałam ich w sobie.
Ale
teraz miałam z powrotem Willa, był obok mnie i potrzebował kolorów, potrzebował
mnie, by wyjść z ciemności.
Mogłam
mu to dać.
Wiedziałam
to.
Nagle
zatańczyły mi pod powiekami kolory Thanksgiving, które właśnie nadchodziło i, jak
co roku, niosło ze sobą wdzięczność
za wszystko dobre, co spotykało nas w życiu.
Byłam
wdzięczna za powrót Willa, za moją rodzinę, za przyjaciół, za całą piękną miłość, która mnie otaczała.
Dlatego
dłużej już się nie wahałam.
Położyłam
na stoliku paletę, wzięłam do ręki pędzelek i zaczęłam dobierać z tubek
czerwień, żółć, drobiny niebieskiego, aż stworzyłam na niej gamę odcieni od
żółto pomarańczowych do czerwonych, by przenieść je na płótno w połączeniu z
zielonymi i brązowymi plamkami i paskami.
Kiedy
skończyłam pierwszą część w rogu płótna na torbie widniała pękata, dorodna
dynia.
Nie
przerwałam pracy, ale otaczałam owoc wygiętymi liśćmi, poskręcanymi gałązkami, żółtymi
kwiatami, aż pokryłam malunkiem całą powierzchnię jednego boku torby.
Prawie
zapomniałam, jakie to było cudowne, oczyszczające uczucie, wylać z siebie cały
kolor, buzujący gdzieś pod skórą i czekający na uwolnienie.
Po
ponad godzinie z westchnieniem opuściłam pędzel, odwróciłam głowę i uśmiech mi
zamarł, kiedy przekonałam się, że byłam sama w pracowni.
No,
tak.
Will
miał swoje sprawy.
Nie
powinnam była oczekiwać, że będzie mi stale towarzyszył.
Ale
poczułam rozczarowanie.
A
potem nagle naszła mnie refleksja, z której zrodziła się wdzięczność, bo
przecież nie chodziło mi o to, by Will towarzyszył mi w każdej chwili mojego
życia, ale byśmy przeżywali je razem.
A
to mogło się wydarzyć tyko wtedy, jeśli Will miałby również swoje życie.
Tylko
wtedy bylibyśmy kompletni.
Najważniejszą
rzeczą dla mojego mężczyzny było zapewnianie innym bezpieczeństwa i niszczenie
złych ludzi, a nie mógł tego czynić, będąc w FBI, bo tamta praca go zabijała.
Więc
oto nadszedł czas, żeby mój Will znalazł sobie inną pracę, która będzie
prowadziła do tego samego, a nie będzie go zmuszała do życia pomiędzy tymi
złymi.
A
mój już-nie-Mister-Dark nie powiedział mi do tej pory, o czym rozmawiali tak
zawzięcie z Markiem poprzedniego wieczoru, kiedy ja rozmawiałam z Lisą, a
trochę również z Kate.
Wzięłam
więc do ręki telefon i wybrałam numer do Willa, by powiedzieć mu, że na razie
skończyłam i chciałam tu sprzątnąć, by odpocząć.
Will
odebrał już po drugim sygnale, co oznaczało, że był zajęty, ale czekał na znak
ode mnie, że miał po mnie przyjść.
-
Słoneczniku? - usłyszałam na powitanie.
-
Skończyłam - odparłam łagodnie i z uśmiechem, by wiedział, że czułam się dobrze
i nie miałam do niego żalu, że odszedł nie powiedziawszy mi ani słowa - Trochę
posprzątam, a potem moglibyśmy wypić kawę albo coś.
-
Zaraz tam będę - rzucił Will i rozłączył się, zanim zdążyłam mu powiedzieć, że
nie musiał się spieszyć.
Zaczęłam
od umycia pędzli w rozpuszczalniku naszykowanym w słoiku na stole, wytarcia ich
szmatkami, zakręcenia tubek z farbkami, kiedy Will wszedł przez drzwi i
odwróciłam się do niego w porę, by zobaczyć, że był wpatrzony we mnie, a potem
jego wzrok powędrował do sztalugi.
I
na jego przystojnej twarzy pojawił się wyraz zachwytu.
Kochałam
to, że nie zawahał się mi pokazać, jak bardzo podobało mu się to moje mazanie
farbą.
Przecież
wiedziałam, że to nie była sztuka przez duże S, ale nadal ludzie to lubili i kupowali, więc to było coś.
A
dla Willa to było coś więcej.
*****
Tego samego dnia
wieczorem…
Położyliśmy
się już do łóżka po tym, jak zjedliśmy kolację, posiedzieliśmy na kanapie, by
obejrzeć jakiś beznadziejny film, który miał być zabawny i Will rozwinął mój
opatrunek, po czym wymasował mi nogę, nacierając ją maścią, otrzymaną od
lekarza.
Teraz
leżałam i czekałam na niego, aż wróci z łazienki, dokąd poszedł, żeby umyć ręce
z tej maści.
Wcześniej Will wyszedł z domu na dwie godziny,
mówiąc mi ogólnie, że musiał się z kimś spotkać.
Mogłam
się tylko domyślać.
Kiedy
bowiem siedzieliśmy w moim apartamencie w części wypoczynkowej, Will powiedział
mi, że Mark zaproponował mu pracę „u siebie”, czyli w jego własnej firmie
ochroniarskiej.
Ucieszyłam
się, zanim nawet jeszcze usłyszałam, o co dokładniej chodziło.
A
jak usłyszałam, ucieszyłam się jeszcze bardziej.
Ze
słów Willa wynikało, że miałby pracować jako ktoś, kto zbierałby informacje, porządkował
je i analizował, a nie czynnie przy ochronie kogokolwiek, co mogłoby być
niebezpieczne.
Chociaż
ucieszyłabym się nawet jeśli miałoby być trochę
niebezpieczne, bo przecież Mark znał się na swoim fachu i nie narażał nikogo na
zbędne ryzyko.
A
Will potrzebował tego rodzaju pracy, takiego wyzwania.
Kiedy
piliśmy kawę, przyjechała do nas Maggie, chociaż od razu, od progu,
przepraszała, że nie mogła zostać długo, bo David został z dziećmi, a miał iść
do pracy na szóstą wieczorem.
Po
kawie Will pojechał na spotkanie z tym, z kim miał się spotkać.
Z
Maggie przyjechał tylko jej najstarszy syn, Jim, bo to dziecko było tak
energiczne, że dorosły, który się nim opiekował, potrzebował całkowicie na nim
skupić swoją uwagę.
David
miał wystarczająco dużo pracy z pozostałymi dziećmi.
W
salonie byli z nami Jasmine i Jeremy, dzięki czemu dowiedzieliśmy się, że mój
przyjaciel był doskonałym baby-sitterem i potrafił ujarzmić ten żywioł.
Jeremy
rozłożył na podłodze pled, poduszki, usiedli tam we trójkę, a potem rozłożyli
tam i jakąś grę niby-planszową podobną do koca, czym Jim był zajęty dobre pół
godziny, co, jak mi po cichu powiedziała Magie, rzadko się zdarzało.
Później,
kiedy moja przyjaciółka zbierała się do wyjścia, Jeremy powiedział, że miał
młodszego brata, z którym właśnie tak się bawił, a tą grę miał w swoim pokoju
przypadkiem, bo była młodego.
Dobrze
się stało, że ją miał.
Kiedy
Maggie z Jimem pojechali z powrotem do domu, poszłam do pracowni i pomalowałam
drugą stronę tamtej torby, którą zaczęłam w południe.
Pomagał
mi Jason, który w międzyczasie dotarł do Słonecznika
i również miał zamiar popracować, więc był w pracowni razem ze mną.
Po
skończeniu torby natchnienie pchnęło mnie do przygotowania jednej serwety na
stolik do kawy, by ją pomalować następnego dnia.
Przy
pomocy Jasona rozpięłam ją na desce, ustawiłam na sztaludze i na jednym jej
brzegu ołówkiem naszkicowałam delikatnie zarys ozdobnych dyni, które chciałam
tam namalować.
Później
Jason chciał pójść do swoich pieców, więc poprosiłam go tylko, żeby pomógł mi
trochę posprzątać i przejść do salonu, gdzie usiadłam na kanapie.
Nie
zostałam tam.
Nie
czekając na Willa, sama zabrałam mokrą jeszcze torbę, którą Jason zostawił
przewieszoną na krześle, i pokuśtykałam do swojego apartamentu, żeby tam ją
rozwiesić do wyschnięcia na specjalnym, metalowym stojaku, który miałam tam
rozstawiony.
Niedługo
potem Will wrócił do domu.
Widziałam,
że jego nastrój nie był fantastyczny, chociaż nie wiedziałam dlaczego tak było,
ale też nie pytałam.
Widziałam,
że rozjaśnił się na widok rozwieszonej torby, więc mogłam powiedzieć, że
poprawiła mu humor.
Co
było dobre.
Resztę
wieczoru spędziliśmy w salonie, zjedliśmy kolację, pożegnaliśmy się na noc z
przyjaciółmi i poszliśmy do mojego apartamentu.
Co
doprowadziło nas do teraz.
Kiedy
Will masował moją nogę, smarując ją przy tym maścią, opowiedział mi trochę o
swoim spotkaniu, chociaż dobrze rozumiałam, że większość z informacji o jego
pracy nie będzie nigdy dla mnie dostępna.
Tacy
ludzie miewali swoje tajemnice i należało to uszanować, zwłaszcza jeśli wiązało
się to z bezpieczeństwem jakichś ochranianym mniej lub bardziej znanych osób.
-
Kontaktowałem się z tą psychoterapeutką, Ariel Pedington, do której numer dał
nam David - powiedział w pewnym momencie Will, a ja zamarłam w pół ruchu -
Możemy do niej pojechać na wstępną rozmowę już pojutrze.
Will
patrzył na mnie wyczekująco i z nadzieją, więc wypchnęłam powietrze z płuc, o
którym nawet nie wiedziałam, że je wstrzymywałam, a potem pomyślałam chwilę,
nieprzerwanie patrząc mu w oczy.
Miał
najpiękniejsze oczy świata.
Will
chciał, żebym czuła się dobrze.
A
ja nadal miałam koszmary.
Więc
może właściwym byłoby, żebym chociaż spróbowała
porozmawiać z tą kobietą i może ona
mi pomoże przejść przez to, co mnie tak naprawdę dręczyło.
-
Dobrze - powiedziałam - Umówiłeś się na jakiś termin?
-
Nie - mój mężczyzna powiedział to łagodnie i zbliżył się do mnie, by usiąść na
brzegu łóżka, gdzie siedziałam, oparta o poduszki, wsparte o zagłówek, pochylić
się w moją stronę i oprzeć się obiema dłońmi po bokach mojego ciała - Chciałem
o ty najpierw porozmawiać z tobą. Nie zrobiłbym niczego za twoimi plecami.
O, Boże!
Zamrugałam
gwałtownie, by odgonić niechciane łzy wzruszenia.
Will
dbał o mnie przez cały czas.
Dbał
o mój komfort, o moje zdrowie i o moje bezpieczeństwo, a jednocześnie traktował
mnie jak równoprawnego partnera, a
nie jak głupiutką gąskę, którą trzeba prowadzić za rączkę.
Nie zrobiłbym niczego za
twoimi plecami.
Nagle
znalezienie słów stało się banalnie łatwe.
-
Kocham cię, Wiliamie Tracker - wypchnęłam z siebie, a Will zamarł i tylko
patrzył na mnie - Jesteś moim opiekunem, obrońcą, moim wszystkim.
Przełknęłam
ślinę i pociągnęłam nosem, zanim kontynuowałam:
-
Chcę się z tobą budzić i z tobą zasypiać już zawsze. Zauroczyłam się tobą, kiedy pierwszy raz spojrzałam na
ciebie, jak szedłeś w moją stronę na trawniku mojej mamy w strugach deszczu. A
potem zakochiwałam się coraz mocniej za każdym razem, jak cię widziałam. Kiedy
jechałam z tobą na twoim Harleyu. Kiedy rzuciłeś wszystko, żeby się mną
zaopiekować, jak zadzwoniłam do ciebie wieczorem, stojąc sama na ulicy. Kiedy
tuliłeś mnie do siebie, jak Anie była w szpitalu. I potem… - przełknęłam ciężko
- Każda komórka mojego ciała należy do ciebie, cały mój umysł, moja dusza.
Moje serce. Tylko z tobą jestem kompletna. Kocham cię, Wiliam.
Will
nie poruszył się, ale po chwili na jego twarzy pojawił się wyraz takiego
szczęścia, że nie żałowałam swojego wybuchu, chociaż przez krótki moment bałam
się, że było to za wcześnie.
-
To dobrze, Słoneczniku - szepnął w końcu mój mężczyzna - …bo ja ciebie też
kocham.
Zaśmiałam
się przez łzy, ale zostało to przerwane w momencie, kiedy Will pochylił się
bardziej i połączył nasze usta w pocałunku najpierw delikatnym niczym dotyk
skrzydeł motyla, a potem w naglącym i namiętnym.
Kiedy
odsunął się, najpierw na milimetr, a potem nieco dalej, poczułam palące
odtrącenie, którego nie mogłam pojąć.
A
potem pomyślałam, że przypomniał siebie o tym, że byłam brudna, pomyślał, że
byłam żałosna, cokolwiek…
Mrugałam
bezradnie, kiedy Will cofnął się o kolejne centymetry, mamrocząc pod nosem:
-
Przepraszam, Słoneczniku, musimy przerwać teraz, bo nie dam rady się
powstrzymać.
Oddychałam
płytko, próbując zrozumieć.
Nie dam rady?
-
Tak bardzo cię pragnę - powiedział Will, a wtedy załapałam - A ty jesteś
jeszcze..
-
Nie! - krzyknęłam zdesperowana - Nie
odchodź!
-
Nigdzie nie idę - powiedział Will i z powrotem przysunął się o kilka
centymetrów, a jego twarz wyrażała zatroskanie.
-
Ja też cię pragnę - powiedziałam, wyciągając rękę, by złapać koszulkę Willa i
zacisnąć na niej pięść.
-
Ale jesteś ranna - szepnął Will, intensywnie wpatrując się w moje usta.
Oblizałam
wargi i przełknęłam.
-
Wymyślisz coś - powiedziałam, a w moim głosie zabrzmiała wiara i nadzieja, że
on by to potrafił zrobić.
To
był Will, a mój Will wiedział wszystko.
Jego
oczy rozbłysły.
Zsunął
się nieco niżej na łóżku, więc jego usta znalazły się na mojej szyi, by
wędrować coraz to bardziej w dół mojego ciała, kiedy szeptał:
-
Nie ruszaj się, a przynajmniej nie ruszaj prawą nogą…
Jęknęłam,
kiedy jego usta przesunęły się po krawędzi mojej koszulki tuż nad prawą piersią
i podniosłam niecierpliwie biodra w jego stronę.
-
Abigail… - ton Willa był ostrzegawczy, a głos był niski i warczący - nie ruszaj
się, bo przestanę.
-
Nie, proszę - sapnęłam i odchyliłam
głowę, wbijając jej tył w zagłówek - Wiliam, proszę, więcej!
-
Uwielbiam, jak tak mówisz moje imię - zawarczał, podniósł moją koszulkę od
piżamy i poczułam jego usta na sutku.
Boże,
jak ja za tym tęskniłam!
-
Wiliam - jęknęłam głośniej.
-
Krzykniesz moje pełne imię, jak będziesz dochodziła - warknął znowu Will, a ja
poczułam bardzo miły skurcz między nogami.
Poczułam
jego palce na żebrach, potem wyżej, a moja koszulka powędrowała z nimi.
-
Ręce do góry - usłyszałam rozkaz, a moje ciało zareagowało natychmiast i ręce
same powędrowały mi nad głowę.
Nie
potrafiłam sformułować ani jednego słowa, więc tylko jęczałam, mruczałam i
wydawałam z siebie stęknięcia.
Kiedy
miałam nagi tors, moje dłonie powędrowały do klatki piersiowej Willa i wtedy
opuściłam głowę, by objąć ją zamglonym wzrokiem, ale nie zobaczyłam jej.
Will
nadal był w koszulce, którą założył do spania.
-
Też chcę - udało mi się wyjęczeć, szarpiąc lekko jego koszulkę.
Will
nie kazał mi błagać.
Cofnął
się, skrzyżował ręce, a potem pociągnął swoją koszulkę do góry i oto miałam
dostęp do jego nagiego ciała.
Przyłożyłam
tam dłonie.
Pod
palcami poczułam gładką, ciepłą skórę, pokrywającą silne, drgające mięśnie, a
na niej szorstkie, drażniące włoski.
Do
ust napłynęła mi ślina, więc przełknęłam, oblizałam się, a potem przechyliłam,
by go pocałować, ale nie dałam rady.
Bowiem
Will zgiął się, zsunął niżej wzdłuż mojego lewego uda i zaczął pieszczotliwie
przeciągać wargami po moim brzuchu.
Automatycznie
wygięłam szyję i tył mojej głowy ponownie wbił się w zagłówek, kiedy w myślach krzyknęłam
- Tak!
Will
położył palce obu dłoni na brzegu moich spodenek od piżamy i poczułam delikatny
podmuch, kiedy zaszeptał - Tak?
-
Abigail, Tak? - ponaglił głośniej,
kiedy nie odpowiedziałam.
-
Mhm - wymamrotałam, już podniecona tak bardzo, że przestraszyłam się, że jeden jego dotyk w moim najwrażliwszym
miejscu sprawi, że dojdę.
Moje
spodenki pojechały niżej i niżej, a potem odrobinę uniosłam biodra i to
wystarczyło, żebym była naga.
Will
przeciągnął moje spodenki bardzo ostrożnie przez opatrunek, kiedy starałam się
nie poruszać, pamiętając jego groźbę, że przerwie.
Wyprostowałam
głowę, zamglonym wzrokiem namierzyłam jego plecy, kiedy to robił i dyszałam z
podniecenia.
Boże,
jaki on był gorrrący!
Will
spojrzał na mnie rozpalonym wzrokiem, kiedy westchnęłam przejęta tym, co
właśnie zobaczyłam, uśmiechnął się równie gorącym półuśmiechem, a potem jego
usta opadły znowu na mój brzuch.
Mój
mężczyzna podniósł się na klanach, złapał moją lewą nogę pod kolanem, zgiął ją
i wszedł kolanami między moje uda.
Patrzył
mi prosto w oczy i nie czułam się zawstydzona, nie było to niekomfortowe, że
Will widział mnie taką, oglądał moją nagość, bo to był Will.
Chciałam
go.
-
Abigail - mężczyzna powiedział cicho, ale z naciskiem - Jesteś pewna, że to
jest w porządku?
-
Tak - stęknęłam trochę zniecierpliwiona - Wiliam, proszę, chcę tego!
Znowu
pochylił swoje ciało nad moim, a potem - Tak!
- poczułam jego oddech, wargi, a w końcu język na mojej cipce, szparce i… na łechtaczce!
-
Och! - krzyknęłam, a świat zawirował
mi przed oczami.
Czekałam
na to trzy cholernie długie lata.
Próbowałam
kilka razy zrobić to sama, ale nigdy nie osiągnęłam takiego efektu, zawsze była
to namiastka tej przyjemności, jaką potrafił dać mi On.
Nie
wiedziałam, co robił, jak to robił, ale już po kilku minutach zadrżałam,
przyjemność skumulowała się w moim brzuchu, a potem rozlała się po moim ciele,
powodując skurcz mięśni brzucha, mroczki przed oczami, zawroty głowy, a na
końcu, ostatecznie, wreszcie wybuch!
-
Wiliam! - krzyknęłam, zanim - Ooooch!
- zawyłam swój szczyt rozkoszy tak głośno, że później przez to bolało mnie gardło.
Będąc
jeszcze we mgle mojego orgazmu, zarejestrowałam, że mój mężczyzna wyciągnął się
wzdłuż mojego ciała, przyciągając mój lewy bok do swojego frontu i gładząc moje
plecy.
Kiedy
nieco oprzytomniałam, przycisnęłam usta do jego skóry u podstawy gardła, a Will
zgiął szyję i postarał się spojrzeć mi w oczy.
-
Słoneczniku? - spytał, a jego głos był dziwną mieszanką triumfu, troski i
szczęścia.
- Dawno cię nie miałam - wyjaśniłam mu nieco
zawstydzona.
-
Widzę - szepnął, a potem połączył nasze usta, jakby dawno tego nie robił.
Pomyślałam,
że powinnam mu się zrewanżować za tę rozkosz, jaką od niego dostałam, ale,
zanim zdążyłam cokolwiek zrobić, zasnęłam.
*****
Następnego dnia rano…
Kiedy
się obudziłam, wiedziałam od razu, że było inaczej.
Spałam
nago na moim prawie nagim mężczyźnie, a moje ciało było zrelaksowane,
zaspokojone i byłam szczęśliwa.
Bardziej
szczęśliwa niż poprzedniego dnia, chociaż dzień wcześniej nie myślałam, że to w
ogóle było możliwe.
-
Dzień dobry, Słoneczniku - odezwał się Wiliam, chociaż nie poruszyłam się, więc
nie wiedziałam, skąd wiedział, że nie spałam.
Czubki
jego placów błądziły po moim ramieniu.
-
Dzień dobry, Wiliam - odparłam.
Will
zamruczał z zadowolenia, a potem wyciągnął swoje ciało spod mojego i przekręcił
się, by być nade mną.
-
Lubię to, jak tak do mnie mówisz - wymamrotał, zanim jego usta znalazły moje,
by wziąć je w mocnym, głębokim, mokrym pocałunku.
Kiedy
skończył, dyszałam.
-
Czy mogę dzisiaj z rana zrewanżować ci się za wczoraj? - zapytałam ochrypła z
podniecenia, a moim głosie brzmiała nadzieja.
-
Ale nie możesz poruszać prawą nogą - zastrzegł Will, a w jego tonie zabrzmiała
troska.
-
To może ja będę leżała, a ty się będziesz poruszał nad moją głową? -
zaproponowałam i uciekłam wzrokiem od jego oczu z zawstydzenia, a na policzki
wypłynęło mi gorąco.
Bez
wątpienia byłam całkiem czerwona, bo nie wiedziałam, skąd taki pomysł przyszedł
mi do głowy.
-
Ktoś tu jest niegrzeczny - zamruczał Will, ale brzmiało to jak zadowolone
mruczenie kota.
Wtedy
pomyślałam, że Will takim był.
Był
dzikim, tylko trochę udomowionym kotem.
Nie
miałam czasu na zastanawianie się nad tym, bo Will nagłym ruchem zdjął z siebie
spodnie od piżamy, uwolnił swoją naprężoną męskość i przyklęknął przy mojej
głowie.
-
Jak mam się nie ruszać… - zaczęłam z żartobliwą groźbą w głosie - to musisz dać
mi go do ust i poruszać się, trzymając moją głowę.
-
Kurwa! - syknął Will, a ja zamarłam z
rozchylonymi ustami - Przepraszam Abi, ale nie mów takich rzeczy, bo dojdę, zanim cokolwiek zaczniemy robić.
Już
się więc nie odezwałam, tylko pozwoliłam mu robić to, co chciałam, żeby zrobił,
bo i tak to on wiedział, jak to
zrobić.
Po
raz pierwszy w życiu poczułam smak penisa na języku, a Will mówił mi, jak go
układać, żebym nie czuła dyskomfortu.
Jego
reakcje były takie seksowne, że miałam mokro między nogami i ledwie się
hamowałam, by nie poruszać biodrami w rytm jego ruchów.
Jego
podniecenie i rozkazy, powodowały, że to wszystko było jeszcze bardziej
intymne, podniecające i dające więź, o jakiej nie marzyłam.
A
tuż przed spełnieniem, Will ostrzegł mnie krótkim - Teraz - gwałtownie odsunął się od moich ust i jego nasienie zalało
moje piersi.
Nie
mogłam przestać się szczerzyć jak głupol.
Byłam
zachwycona.
Dałam
mu to.
Will
przesunął kolana tak, by znalazły się obok mojego uda, spojrzał na moją klatkę
piersiową dziwną miną, a potem roztarł tam spermę otwartą dłonią i pocałował
mnie w usta.
-
Marzyłem o tym wiele razy - wyznał - Dziękuję ci.
-
Nie ma za co - powiedziałam łagodnie, a potem wyznałam ze wstydem - Ja też o tym
marzyłam.
Może
nie całkiem o tym, bo nigdy tego nie przeżyłam, więc nie umiałam sobie tego
wyobrazić, ale na takie wyznania miał przyjść czas później.
Will
podniósł mnie, trzymając jedną ręką pod kolanami, a drugą pod plecami, poszedł
do łazienki, umył nas i wytarł moje ciało, a potem swoje i przez cały czas był
bardzo cichy, zadumany.
Trochę
mnie to niepokoiło.
Znowu
bałam się, że mógł pomyśleć o tym, że byłam brudna, żałosna albo jedno i drugie
naraz.
-
Pamiętasz jak powiedziałem, że otaczałaś mnie kolorami? - Will zapytał w końcu,
po czym spojrzał niepewnym wzrokiem w moje oczy, a ja przytaknęłam.
-
Takie rzeczy też sprawiają, że czuję, że moje życie jest bardziej barwne, że
otaczasz mnie kolorami - wyjaśnił, a ja nieomal otworzyłam usta w zdumieniu, bo
to nie przyszło mi do głowy.
Do
tej pory traktowałam jego stwierdzenie dosłownie.
Teraz
przyszedł czas na refleksję.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń