czwartek, 13 lipca 2023

20 - Otaczałaś mnie kolorami

 

Rozdział 20

Otaczałaś mnie kolorami

Abigail

 

 

Następnego dnia rano…

Obudziłam się, ponownie leżąc na Willu, to znaczy opierając opatrzoną prawą nogę kolanem na jego udach, głowę na jego ramieniu, a lewą rękę na jego klatce piersiowej.

Bogu dzięki za ortezę.

Zdjęłam ją na noc i to pozwoliło mi na większy zakres ruchów, na wygodniejsze ułożenie się do snu, a także na swobodę podczas kąpieli wieczorem, więc również psychicznie z tym czułam się lepiej.

Przypomniało mi się to, jak obudziłam się dobę wcześniej i uśmiechnęłam się do siebie, starając się nie poruszyć, by nie obudzić mojego mężczyzny.

Poprzedni dzień był przełomowy, chociaż nie zaczął się wspaniale.

Rano wydawało mi się, że zabije mnie ból odrzucenia, kiedy obudziłam się w moim łóżku sama, a Willa nie było w sypialni, części wypoczynkowej ani w łazience mojego apartamentu, co natychmiast sprawdziłam.

Po głowie wciąż kołatała mi myśl, że Will, chcąc mnie bronić przed wszystkim, spróbuje mnie chronić też przed sobą.

Dlatego bałam się, że wyszedł.

Ledwie dysząc ze strachu, pokuśtykałam do salonu, opierając się na jednej kuli, a, kiedy stanęłam w wylocie z korytarza i zobaczyłam go stojącego przy kuchence, ulga jaka mnie ogarnęła, zmusiła mnie do oparcia się o ścianę, bo mnie osłabiła.

A potem dotarła do moich zmysłów jego wspaniałość.

I oszołomiła mnie do tego stopnia, że byłam gotowa wywiesić język jak szczeniak i ślinić się jak głupek.

Jego tors był nagi, co pozwoliło mi zobaczyć, jak pod oliwkową skórą grały mu pięknie wysklepione mięśnie.

Był Młodym Bogiem z seksownym ciałem, które chciałam czcić i całować, pieścić i przytulać w każdej minucie mojego życia.

Między moimi nogami wezbrało znajome uczucie ciepła, wilgoci i tęsknoty za tym cudownym wypełnieniem, jakie dawał mi tylko On.

A na dodatek Jasmine patrzyła na niego nieśmiało, z zawstydzeniem i chyba z podnieceniem, które uświadomiło mi, że ciało Willa tak działało nie tylko na mnie, ale również na inne kobiety.

I poczułam zazdrość.

Nie taką zazdrość złą, niszczącą, ale taką powodującą podniecenie i chęć pokazania wszystkim ON JEST MÓJ.

Kiedy Will odwrócił się do mnie przodem i jego oczy rozbłysły na mój widok, poczułam się jak onieśmielona pensjonarka, zapominając, że byłam samodzielną kobietą, mieszkającą bez rodziców od ponad dwóch lat i prowadzącą własny biznes.

Kiedy mój mężczyzna się mną zaopiekował, nawet warcząc na mnie, że mogłam sobie zrobić krzywdę, poczułam się trochę lepiej, chociaż jak mała, skarcona dziewczynka.

A potem, kiedy Will w obecności moich rodziców wyznał mi miłość i zrobił to w taki cudowny, czuły i słodki sposób, miałam ochotę zapłakać z głębi uczuć, jakie mnie ogarnęły.

Po raz pierwszy w swoim życiu miałam wszystko.

Nie tylko miłość rodziców i siostry, ale też przyjaciół, dzieci, a teraz również mojego mężczyzny.

Przez to było mi dobrze, swobodnie i zdziwiło mnie tylko to, że w nocy znowu obudził mnie koszmar, a ponieważ krzyczałam, obudziłam Willa.

Pamiętałam to.

Nie wiedziałam, czemu śniłam o tym, zamiast spokojnie wypoczywać w bezpiecznych, ciepłych ramionach ukochanego.

Nie wiedziałam też, dlaczego jeszcze ani razu nie wyznałam mu słowami, jak bardzo go kochałam.

W ogóle nie wyznałam mu, że go kochałam.

Chłonęłam miłość, jaka mnie otaczała, ale sama tkwiłam w jakiejś bańce lub we mgle i nie potrafiłam mówić o tej miłości.

Poprzedniego wieczoru Lisa podała mi swój numer telefonu, a kiedy go wpisałam i wysłałam do niej SMS’a, przesłała mi wizytówki z numerami wszystkich kobiet.

Rozesłałam więc SMS-y z informacją Tu Abigail Sensible. To mój nowy numer. Proszę, zapisz go i odezwij się w razie potrzeby.

Natychmiast dostałam odpowiedzi od Anie, Evy, Heleny, Alice i Maggie, a w nocy chyba jeszcze jakieś, bo mój telefon mrugał właśnie powiadomieniem.

Więc od przyjaciółek miałam wsparcie równie duże, co od mojej rodziny, której numery wpisałam do telefonu od razu pierwszego wieczoru.

Wszystko wydawało się być ze mną w porządku.

Po nocnych ekscesach, które spowodował mój koszmar, wiedziałam jednak, że przede wszystkim nie uniknę rozmowy z Willem, bo dałam mu dodatkowy argument w dyskusji nad koniecznością mojej rozmowy ze specjalistą od traum.

Myślałam, że to, że sypiałam z moim Willem, a nie sama, pozwoli mi tego uniknąć, ale najwidoczniej tkwiło to we mnie zbyt głęboko.

Nadal byłam w radosnej, szczęśliwej wręcz mgiełce tego, co czułam po tym, co Will powiedział o mnie do moich rodziców.

Will mnie kochał.

Byłam w jego oczach mądra, dojrzała, piękna, więc niczego więcej nie powinnam pragnąć, a jednak coś mnie dręczyło.

- Dzień dobry, Słoneczniku - usłyszałam cichy pomruk mojego mężczyzny, który obudził się i wyczuł, że nie spałam, ale nie poruszył się, więc tego nie zauważyłam.

Dziwne.

Wcześniej zawsze wiedziałam, że się budził.

Chociaż, nie zawsze, bo wiedziałam to wtedy, jak spał naprzeciwko mnie, a potem już nie, bo nie widziałam jego twarzy, skoro spałam na nim tak, jak teraz się obudziłam.

- Dzień dobry, Will - szepnęłam w odpowiedzi.

- Możemy jeszcze poleżeć - stwierdził mój mężczyzna, a ja skinęłam głową na jego klatce piersiowej, chociaż to nie było pytanie.

- Muszę dzisiaj pojechać na uczelnię i oficjalnie załatwić sprawę z moim zwolnieniem - dodałam pomimo to, bo to mieliśmy w planach na ten dzień.

I właściwie tylko to, bo reszta była do ustalenia.

Miałam wszystko, czego potrzebowałam, o czym mogłabym marzyć, a brakowało mi tylko… hmmm… seksu.

Nie miałam odwagi, by dać znać mojemu mężczyźnie, czego chciałabym najbardziej w danej chwili, a on wydawał się być niezainteresowany.

Trochę było mi przykro, że mnie nie pożądał, ale próbowałam sobie wytłumaczyć, że Willowi chodziło o moje zdrowie, o ranę na mojej nodze.

Dlatego nasz dzień zaczęliśmy leniwie, niespiesznie, przytulając się i ocierając się o siebie, dając sobie nawzajem pocałunki i muśnięcia warg, ale, niestety, nic więcej.

Ponownie zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem Willa nie odstraszała ode mnie świadomość, że była taka żałosna, jak byłam i czy nie uważał mnie za brudną i obrzydliwą po tym, jak oglądało mnie tam tych kilku mężczyzn.

Bawili się mną, moim ciałem.

Ale postarałam się to zablokować.

Zjedliśmy śniadanie, które ponownie naszykował Will, chociaż chciałam to zrobić i mogłam, bo przecież nie musiałabym przy tym dużo chodzić i nie nadwyrężałabym nogi.

Nie pozwolił mi.

Później również nie pozwolił mi na posprzątanie w kuchni.

Żadnego z moich przyjaciół nie było w domu, bo pojechali na uczelnię lub gdzieś indziej, co jeszcze dobitniej przypomniało mi o konieczności zgłoszenia się do dziekanatu.

Kiedy Will sprzątał, zadzwonił mój telefon, który przez cały czas miałam przy sobie w kieszeni joggersów, które mogłam nosić pod ortezą, a nie uciskały opatrunku, jak robiłyby to dżinsy.

Odchyliłam się w bok, bo nie mogłam do przodu, wyjęłam telefon i zerknęłam na wyświetlacz, a na widok słowa Mama aż wciągnęłam powietrze.

Nigdy do mnie nie dzwoniła.

- Mamo? - odebrałam ze zdziwieniem.

- Witaj Abi, kochanie - moja mama rozmawiała pewnie, jak nigdy nie mówiła przez telefon.

Zawsze w czasie prowadzenia takich rozmów, przynajmniej przy mnie i ze mną, była niepewna i cicha.

- Czy coś się stało? - zapytałam na wszelki wypadek.

- Och, nie, kochanie - zapewniła mnie mama, mówiąc wciąż wyraźnie i radośnie - Po prostu rozmawialiśmy z tatą, że, skoro masz tam opiekę, więc nie będziemy cię wciąż odwiedzać i zamęczać swoją obecnością. Tylko chcę, żebyś wiedziała, że jesteśmy tu dla ciebie. Gdybyś potrzebowała czegokolwiek, po prostu zadzwoń.

- Tak - powiedziałam, po czym odchrząknęłam wzruszenie, żeby odpowiedzieć wyraźniej - Dziękuję, mamo. Doceniam to.

- To zadzwonisz? - moja mama przez chwilę nie brzmiała tak zdecydowanie, jak wcześniej.

- Tak, zadzwonię, jak tylko będę potrzebowała - zapewniłam ją solennie - Obiecuję, że dam znać. Wszystko jest dobrze, mamusiu… - dodałam łagodnie i ciepło - i dziękuję, naprawdę.

- Tak - westchnęła mama - Abel jest w szkole, tata zaraz pojedzie do Billy’ego na jakieś spotkanie, więc trochę sprzątam. Ale tata powiedział, że nie musi tam być, jakbyś potrzebowała pomocy.

Zapewne tata był teraz gdzieś obok niej.

- Wiem, mamo - zapewniłam ją, a potem dodałam - Will jest tu przez cały czas. Wozi mnie do lekarza, sklepu, banku, a dzisiaj pojedziemy na uczelnię.

- Och, to dobrze - moje mama znowu była radosna, jak na początku rozmowy i pomyślałam, że to było właśnie to.

Mama potrzebowała obecności mężczyzny w swoim życiu i nie rozumiała, że ja tego nie potrzebowałam.

Ale teraz mogłam jej dać zapewnienie, że takiego miałam.

Chociaż może potrzebowałam Willa.

Nasza rozmowa nie była długa i toczyła się później na temat drobiazgów, z jakich składało się życie, ale nie przerywałam jej, bo mama była, jaka była, a ja korzystałam z tego ciepła, jakie od niej płynęło.

A kiedy się rozłączyłyśmy, siedziałam przez chwilę w milczeniu, patrząc na wygaszony ekran mojego telefonu, dopóki Will nie poszedł do mnie i przykucnął przy moich nogach.

- Abi? - zwrócił na siebie moją uwagę.

- To jest dziwne - mruknęłam i podniosłam głowę, żeby na niego spojrzeć - To znaczy… - zagryzłam bok dolnej wargi, zanim kontynuowałam - Mama nigdy taka nie była. Nie w stosunku do mnie. Ale to jest miłe, wiesz? Po raz pierwszy w życiu czuję, że mnie kocha - to ostatnie wyszeptałam, a wyraz twarzy Willa stał się łagodny i wyrozumiały.

On wiedział.

Znał mnie chyba nawet lepiej, niż znała mnie Anie.

Tylko Willowi powiedziałam o tym, co było między mną a Lucy.

Tylko on wiedział, jak czułam się, kiedy mama mnie ignorowała, kiedy Lucy była dla mnie taka podła.

Patrzyłam z bliska w jego piękne, kochane oczy i myślałam tylko - Boże, jak mi go brakowało.

Nasz moment przerwała Clara, jedna z dziewczyn, które pracowały u nas w sklepiku, wchodząc z rozmachem przez drzwi łączące sklep z salonem.

- O, rany! - pisnęła na nasz widok - Przepraszam.

Chciała się wycofać i już nawet zawróciła, ale zawołałam ją, by ją przedstawić Willowi i wzajemnie.

Widziałam, że Will jej się spodobał, ale, o dziwo, nie poczułam zazdrości głównie dlatego, że Will nawet na nią nie spojrzał.

Siedząc na krześle obok mnie, nadal zerkał na mnie zatroskanym wzrokiem, więc wiedziałam, że myślami był przy mojej rozmowie z mamą.

- Abi! - zawołała głośniej Clara, kiedy nie zwracaliśmy uwagi na jej paplanie - Skończyły nam się twoje torby i serwety.

Choroba, nie pomyślałam o tym.

- Co? - spytał Will, marszcząc brwi.

Spodziewałam się, że musiało to nastąpić, ale miałam nadzieję, że Will nie dowiedziałby się tego w taki sposób.

- Abi już od dwóch czy trzech tygodni nie malowała - paplała Clara, a ja nie widziałam sposobu, żeby jej przerwać - Nie mamy nic na stanie, bo wszystko się sprzedało, a zbliża się Thanksgiving i niedługo Gwiazdka. Będą tłumy po twoje wyroby - Clara trajkotała bez przerwy, patrząc raz na mnie, raz na Willa.

Zacisnęłam zęby i na chwilę zamknęłam oczy, kiedy ona nadal bełkotała pod nosem na ten sam temat i nie miałam szansy na zastopowanie jej.

Wiedziałam, że Will domyśli się, co było powodem tej mojej przerwy, a nie chciałam, żeby miał wyrzuty sumienia.

To nie była jego wina, tylko moja.

- Clara… Clara! - przerwałam jej wreszcie - Już dobrze. Coś pomaluję. Mów po prostu że byłam chora i niech się zgłoszą w przyszłym tygodniu.

- Ja… Och. Okej - wyszeptała w końcu Clara, zakręciła się na pięcie, wymamrotała przeprosiny i uciekła do sklepu.

Wstałam i schowałam telefon do kieszeni spodni, a potem próbowałam pójść do mojego pokoju, ale Will zagrodził mi drogę.

- Słoneczniku - powiedział tylko, a ja już wiedziałam, że nie odpuści.

- Nie, Will - powiedziałam, starając się brzmieć twardo - To nie jest takie ważne. Muszę iść do łazienki. Dajmy spokój…

Nie pozwolił mi na to.

- Pamiętasz? - szepnął, ujmując moją brodę, a drugą ręką trzymając moje biodro, więc nie miałam szansy przejść dalej i musiałam podnieść wzrok, by spojrzeć mu w oczy - Nasycaj świat kolorami. Abigail. Proszę, spróbuj.

Miał mnie.

Kochałam, jak tak do mnie mówił i chyba to wiedział.

Nie, na pewno to wiedział.

Will wiedział wszystko.

- Dobrze - powiedziałam, wierząc, że dam radę i nie kłamałam, kończąc - …spróbuję.

Poszliśmy razem do mojego apartamentu, a tam do mojej łazienki, gdzie naszykowaliśmy się na nasz dzień.

Will miał już część swoich rzeczy w jednej z szuflad i na części wieszaków, ale jego torba nadal stała w kącie wbudowanej szafy.

Bardzo chciałam, by te pomieszczenia stały się nasze, ale nie wiedziałam, co mogłabym w ich zmienić, by tak się stało.

Urządzałam to wszystko sama, a nawet sama pomalowałam w kwietną łąkę całą ścianę naprzeciwko łóżka.

Sophie pod moje dyktando urządziła łazienkę i wbudowaną szafę, która zastępowała mi garderobę, więc też były moje.

Pół godziny później moim SUV’em wyjechaliśmy z domu do dziekanatu, by złożyć tam zaświadczenie, jakie dostałam od lekarza w Nowym Meksyku o niemożliwości odbywania przeze mnie ćwiczeń i usprawiedliwienie moich nieobecności na wykładach przez poprzedni tydzień.

Po drodze rozgadałam się, bo Will podpytywał mnie o studia, koleżanki i kolegów, a to był temat rzeka i lubiłam o tym mówić.

Zajął nam całe kilkanaście minut drogi na uczelnię.

Śmiałam się i nawet trochę dokazywałam, kiedy wracaliśmy, bo rozmowa z prodziekanem była swobodna i miła, chociaż musieliśmy na niego czekać na korytarzu przez dobre dwadzieścia minut.

Wróciliśmy prosto do Słonecznika, wysiedliśmy i nadal żartowaliśmy, kiedy wchodziliśmy do domu.

- Och, daj spokój Mister Dark - zawołałam ze śmiechem w głosie w odpowiedzi na jakiś dowcip Willa, kiedy po wejściu do salonu zdjęłam kurtkę i rzuciłam ją na kanapę razem z teczką z dokumentami, jakie miałam ze sobą, nie patrząc na wchodzącego za mną mężczyznę, który zajmował się naszym alarmem.

Odpowiedziała mi nagła cisza.

Odwróciłam się zaniepokojona i zobaczyłam, że Will był całkowicie poważny, wręcz ponury i nie patrzył na mnie, ale w podłogę, kiedy zdejmował i odwieszał swoją kurtkę.

Miałam wrażenie, że się przede mną zamykał.

Jakbym zrobiła coś złego.

Kiedy poczułam dziwny strach tym spowodowany, a na mojej twarzy pojawił się bez wątpienia wyraz, który to pokazywał, Will podniósł głowę, a potem podszedł do mnie, szybkimi krokami przemierzając w ciągu sekundy dzielące nas kilka metrów.

- Abigail - powiedział niskim, schrypniętym głosem - Przepraszam. Nie chciałem cię przestraszyć.

Ujął moją twarz w obie dłonie, pocałował delikatnie moje usta, a potem objął mnie w pasie i posadził nas na pobliskiej kanapie.

Przyciągnął mnie do siebie, do swojej klatki piersiowej, obejmując moją głowę dłonią, a drugą trzymając moje ramię.

Serce mi waliło tak mocno, jak mocno zaciskało mi się gardło.

Will westchnął ciężko, po czym zaczął mówić głosem niesamowicie jednostajnym, wypranym z jakichkolwiek emocji.

- Jak byłem tam, w Nowym Meksyku, przez ostatnie ponad dwa lata pod przykrywką, przyjąłem tożsamość, w której nazywałem się Rocky Dark - wyjawił mi - Chciałem mieć coś twojego - puścił moją głowę, więc podniosłam ją i spojrzałam mu prosto w oczy i zobaczyłam ból wymalowany na jego twarzy, więc moja dłoń chciała powędrować do niej i go zetrzeć, ale jej nie pozwoliłam.

- To był błąd - kontynuował Will, a ja patrzyłam i oddychałam płytko, by być cicho - Teraz to twoje Mister Dark, które kiedyś tak lubiłem, bo było twoje, kojarzy mi się z tamtym. A tamto nie było ani niczym dobrym, ani niczym, co mógłbym ot tak zapomnieć. To było piekło. Nie takie z ogniem, lawą, gorące i hałaśliwe. Takie ciemne, ponure, jak dno studni. Piekielna otchłań. Wszyscy otaczający mnie tam ludzie byli zepsuci do szpiku kości. Robili bardzo złe rzeczy innym ludziom i sobie nawzajem. Każdy… kolejny… pieprzony… dzień był zamglony, oczadziały i nie zapowiadał niczego pozytywnego, a ratowały mnie tylko noce, kiedy śniłem o tobie.

Och, Will! - pomyślałam z troską, z bólem, który przejmował mnie na myśl o bólu, jaki musiał czuć mój mężczyzna przez ten cały czas.

Był dobry, wierzył w dobro i chciał czynić dobro.

Życie wśród takich ludzi musiało być dla niego destrukcyjne.

- Kiedy cię wspominałem… - mówił dalej mój mężczyzna - za każdym razem… zawsze pamiętałem, jak otaczałaś siebie i przy okazji mnie kolorami. I wtedy czułem się odrobinę lepiej.

Siedziałam zapatrzona w niego i niezdolna do jakiejkolwiek reakcji.

Szczęka dosłownie mi opadła.

Will patrzył mi w oczy bez ruchu, bez słowa, ale nie denerwował się, nie smucił, bo jego zęby nie były zaciśnięte, a oczy nie wyrażały już bólu.

Nie były też całkiem puste.

Po prostu czaił się tam mrok.

Nie wiedziałam, jak mogłabym kiedyś pokonać takiego demona.

Jego ciemne wspomnienia.

A potem nagle coś się zmieniło, jakby mój mężczyzna zauważył, że powiedział za dużo i mnie tym zasmucił.

- No, już - powiedział Will nieco głośniej i pogodniej, jakby chcąc nas wyprowadzić z tego ponurego nastroju, pocieszyć mnie - wystarczy tego rozgrzebywania przeszłości.

Wstał z kanapy jako pierwszy, wyciągnął do mnie obie ręce, podniósł mnie przez pociągniecie do siebie, a potem zaprowadził do kuchni, obejmując mnie jednym ramieniem w talii.

Cieszyłam się, że z każdym dniem byłam sprawniejsza, a noga bolała mnie coraz mnie, bo nauczyłam się, jak mogłam się nią posługiwać, nie obciążając tego jednego mięśnia.

- Przygotuj nam lunch, kobieto… - Will zarządził żartobliwie - a ja zaniosę nasze kurtki i twoje dokumenty do sypialni. Zaraz wrócę i ci pomogę.

Uśmiechnęłam się delikatnie, skinęłam głową i zajęłam się naszym lunchem, ale w mojej głowie wciąż tkwiło jego: …otaczałaś siebie i przy okazji mnie kolorami.

Will tego potrzebował.

Więc zamierzałam mu to dać.

Zajęłam się gotowaniem dla nas jedzenia, a właściwie odgrzewania na patelni placuszków serowych, których Maggie przywiozła tak dużo, że zostało po kilkanaście dla każdego nas jeszcze na ten lunch.

Może wolałabym zrobić świeże dla mojego mężczyzny, ale w ten sposób nie miałam zajętych myśli, kiedy planowałam swój dalszy dzień, a dokładniej pokazanie Willowi naszej pracowni.

*****

Prawie godzinę później…

Może ten lunch był zbyt wczesny, ale zarówno ja jak i Will potrzebowaliśmy częstszych i większych posiłków po naszych przejściach w Nowym Meksyku, więc był niezbędny.

Natomiast po nim niewiele odpoczęliśmy, bo nakłoniłam Willa do przejścia do pomieszczenia, w którym jeszcze nie był, czyli do naszej pracowni, gdzie weszliśmy właśnie w tej chwili.

Jasmine i Jason byli nadal na uczelni, a Jeremy był Bóg-wie-gdzie, bo przecież skończył college już w czerwcu, więc miałam dla siebie jeszcze godzinę lub dwie na pracę nad tym, co miałam zamiar zrobić.

Nie planowałam tego, ale dobrze się stało, że miałam do pomalowania właściwie wszystko, więc miałam wybór.

Były tu naszykowane do wykończenia cztery zwykłe torby zakupowe, dwie grube, duże, damskie torebki typu shopper, duży prostokątny obrus na stół i dwie okrągłe serwety na stoliki do kawy.

Wszystko to było z białego płótna, zamówione i wykonane dla mnie przez krawcową pracującą dla Aleka i Sama za opłatą, która ustaliliśmy jakiś czas temu i rozliczaliśmy fakturami.

Nie było mi trudno namówić Willa, by przyszedł tu ze mną.

Powiedziałam mu po prostu, że nie byłam pewna, czy nie będę potrzebowała jego pomocy, a on wszedł tu pierwszy, asekurując mnie, kiedy szłam za nim.

Przystanął w progu i rozejrzał się, a kiedy weszłam tuż za nim, zobaczyłam, że był zachwycony tym, jak to wszystko mieliśmy zorganizowane.

Każdy z nas, ja i moi przyjaciele, miał wydzielony swój kąt, swoje szafki, ale po środku była wspólna przestrzeń, którą zajmowaliśmy w razie konieczności i w miarę potrzebnego miejsca na rozstawienie naszych warsztatów.

Jasmine miała w swoim kącie krosno, które na co dzień było częściowo złożone, więc, kiedy tam weszliśmy, Will nie mógł ocenić, ile miejsca dziewczyna potrzebowała do swojej pracy.

I, oczywiście, nie wiedział, że Jason miał tu co prawda koło garncarskie, z którego nie zawsze korzystał, ale piece do wypalania swoich wyrobów miał w oddzielnym budynku, który było widać przez okno.

A cała pracownia wyglądała dla laika jak totalny bałagan.

Kiedy tu weszliśmy, o razu poprosiłam Willa, by wystawił na środek moją sztalugę, która była specjalnie dostosowana do tego, żebym mogła opierać na niej deski, na których rozpinałam torby, by móc je obracać w czasie pracy.

Potem Will przystawił mi do niej krzesło, mały, podręczny stolik, a na nim ułożyłam z jego pomocą paletę, słoik z pędzlami, drugi z rozpuszczalnikiem, pudełko z tubkami farb, szmatki do ich wycierania i takie tam.

Na koniec Will pomógł mi naciągnąć jedną zwykłą torbę zakupową na deskę i ustawić to na sztaludze.

Chciałam, żeby zobaczył, jak malowałam, ale chciałam też, żeby miał wybór, więc zwróciłam się do niego:

- Dzięki. Zajmie mi to z godzinę, więc możesz się czymś zająć albo pospać. Mam tu telefon, więc zadzwonię jakbym…

- Nie, Słoneczniku - przerwał mi, odchodząc w drugi kąt pomieszczenia, by wziąć stamtąd krzesło i przynieść je bliżej mnie - Jeśli pozwolisz, popatrzę.

Skinęłam głową ze szczęśliwym uśmiechem, bo, prawdę mówiąc, miałam nadzieję, że zechciałby to zrobić.

Popatrzyłam na białe płótno, które było rozciągnięte przede mną, zamknęłam na chwilę oczy i wzięłam głęboki wdech.

Nie malowałam od swoich dwudziestych pierwszych urodzin.

Po prostu nie mogłam się zmusić do przeniesienia żadnych kolorów na płótno, bo nie miałam ich w sobie.

Ale teraz miałam z powrotem Willa, był obok mnie i potrzebował kolorów, potrzebował mnie, by wyjść z ciemności.

Mogłam mu to dać.

Wiedziałam to.

Nagle zatańczyły mi pod powiekami kolory Thanksgiving, które właśnie nadchodziło i, jak co roku, niosło ze sobą wdzięczność za wszystko dobre, co spotykało nas w życiu.

Byłam wdzięczna za powrót Willa, za moją rodzinę, za przyjaciół, za całą piękną miłość, która mnie otaczała.

Dlatego dłużej już się nie wahałam.

Położyłam na stoliku paletę, wzięłam do ręki pędzelek i zaczęłam dobierać z tubek czerwień, żółć, drobiny niebieskiego, aż stworzyłam na niej gamę odcieni od żółto pomarańczowych do czerwonych, by przenieść je na płótno w połączeniu z zielonymi i brązowymi plamkami i paskami.

Kiedy skończyłam pierwszą część w rogu płótna na torbie widniała pękata, dorodna dynia.

Nie przerwałam pracy, ale otaczałam owoc wygiętymi liśćmi, poskręcanymi gałązkami, żółtymi kwiatami, aż pokryłam malunkiem całą powierzchnię jednego boku torby.

Prawie zapomniałam, jakie to było cudowne, oczyszczające uczucie, wylać z siebie cały kolor, buzujący gdzieś pod skórą i czekający na uwolnienie.

Po ponad godzinie z westchnieniem opuściłam pędzel, odwróciłam głowę i uśmiech mi zamarł, kiedy przekonałam się, że byłam sama w pracowni.

No, tak.

Will miał swoje sprawy.

Nie powinnam była oczekiwać, że będzie mi stale towarzyszył.

Ale poczułam rozczarowanie.

A potem nagle naszła mnie refleksja, z której zrodziła się wdzięczność, bo przecież nie chodziło mi o to, by Will towarzyszył mi w każdej chwili mojego życia, ale byśmy przeżywali je razem.

A to mogło się wydarzyć tyko wtedy, jeśli Will miałby również swoje życie.

Tylko wtedy bylibyśmy kompletni.

Najważniejszą rzeczą dla mojego mężczyzny było zapewnianie innym bezpieczeństwa i niszczenie złych ludzi, a nie mógł tego czynić, będąc w FBI, bo tamta praca go zabijała.

Więc oto nadszedł czas, żeby mój Will znalazł sobie inną pracę, która będzie prowadziła do tego samego, a nie będzie go zmuszała do życia pomiędzy tymi złymi.

A mój już-nie-Mister-Dark nie powiedział mi do tej pory, o czym rozmawiali tak zawzięcie z Markiem poprzedniego wieczoru, kiedy ja rozmawiałam z Lisą, a trochę również z Kate.

Wzięłam więc do ręki telefon i wybrałam numer do Willa, by powiedzieć mu, że na razie skończyłam i chciałam tu sprzątnąć, by odpocząć.

Will odebrał już po drugim sygnale, co oznaczało, że był zajęty, ale czekał na znak ode mnie, że miał po mnie przyjść.

- Słoneczniku? - usłyszałam na powitanie.

- Skończyłam - odparłam łagodnie i z uśmiechem, by wiedział, że czułam się dobrze i nie miałam do niego żalu, że odszedł nie powiedziawszy mi ani słowa - Trochę posprzątam, a potem moglibyśmy wypić kawę albo coś.

- Zaraz tam będę - rzucił Will i rozłączył się, zanim zdążyłam mu powiedzieć, że nie musiał się spieszyć.

Zaczęłam od umycia pędzli w rozpuszczalniku naszykowanym w słoiku na stole, wytarcia ich szmatkami, zakręcenia tubek z farbkami, kiedy Will wszedł przez drzwi i odwróciłam się do niego w porę, by zobaczyć, że był wpatrzony we mnie, a potem jego wzrok powędrował do sztalugi.

I na jego przystojnej twarzy pojawił się wyraz zachwytu.

Kochałam to, że nie zawahał się mi pokazać, jak bardzo podobało mu się to moje mazanie farbą.

Przecież wiedziałam, że to nie była sztuka przez duże S, ale nadal ludzie to lubili i kupowali, więc to było coś.

A dla Willa to było coś więcej.

*****

Tego samego dnia wieczorem…

Położyliśmy się już do łóżka po tym, jak zjedliśmy kolację, posiedzieliśmy na kanapie, by obejrzeć jakiś beznadziejny film, który miał być zabawny i Will rozwinął mój opatrunek, po czym wymasował mi nogę, nacierając ją maścią, otrzymaną od lekarza.

Teraz leżałam i czekałam na niego, aż wróci z łazienki, dokąd poszedł, żeby umyć ręce z tej maści.

 Wcześniej Will wyszedł z domu na dwie godziny, mówiąc mi ogólnie, że musiał się z kimś spotkać.

Mogłam się tylko domyślać.

Kiedy bowiem siedzieliśmy w moim apartamencie w części wypoczynkowej, Will powiedział mi, że Mark zaproponował mu pracę „u siebie”, czyli w jego własnej firmie ochroniarskiej.

Ucieszyłam się, zanim nawet jeszcze usłyszałam, o co dokładniej chodziło.

A jak usłyszałam, ucieszyłam się jeszcze bardziej.

Ze słów Willa wynikało, że miałby pracować jako ktoś, kto zbierałby informacje, porządkował je i analizował, a nie czynnie przy ochronie kogokolwiek, co mogłoby być niebezpieczne.

Chociaż ucieszyłabym się nawet jeśli miałoby być trochę niebezpieczne, bo przecież Mark znał się na swoim fachu i nie narażał nikogo na zbędne ryzyko.

A Will potrzebował tego rodzaju pracy, takiego wyzwania.

Kiedy piliśmy kawę, przyjechała do nas Maggie, chociaż od razu, od progu, przepraszała, że nie mogła zostać długo, bo David został z dziećmi, a miał iść do pracy na szóstą wieczorem.

Po kawie Will pojechał na spotkanie z tym, z kim miał się spotkać.

Z Maggie przyjechał tylko jej najstarszy syn, Jim, bo to dziecko było tak energiczne, że dorosły, który się nim opiekował, potrzebował całkowicie na nim skupić swoją uwagę.

David miał wystarczająco dużo pracy z pozostałymi dziećmi.

W salonie byli z nami Jasmine i Jeremy, dzięki czemu dowiedzieliśmy się, że mój przyjaciel był doskonałym baby-sitterem i potrafił ujarzmić ten żywioł.

Jeremy rozłożył na podłodze pled, poduszki, usiedli tam we trójkę, a potem rozłożyli tam i jakąś grę niby-planszową podobną do koca, czym Jim był zajęty dobre pół godziny, co, jak mi po cichu powiedziała Magie, rzadko się zdarzało.

Później, kiedy moja przyjaciółka zbierała się do wyjścia, Jeremy powiedział, że miał młodszego brata, z którym właśnie tak się bawił, a tą grę miał w swoim pokoju przypadkiem, bo była młodego.

Dobrze się stało, że ją miał.

Kiedy Maggie z Jimem pojechali z powrotem do domu, poszłam do pracowni i pomalowałam drugą stronę tamtej torby, którą zaczęłam w południe.

Pomagał mi Jason, który w międzyczasie dotarł do Słonecznika i również miał zamiar popracować, więc był w pracowni razem ze mną.

Po skończeniu torby natchnienie pchnęło mnie do przygotowania jednej serwety na stolik do kawy, by ją pomalować następnego dnia.

Przy pomocy Jasona rozpięłam ją na desce, ustawiłam na sztaludze i na jednym jej brzegu ołówkiem naszkicowałam delikatnie zarys ozdobnych dyni, które chciałam tam namalować.

Później Jason chciał pójść do swoich pieców, więc poprosiłam go tylko, żeby pomógł mi trochę posprzątać i przejść do salonu, gdzie usiadłam na kanapie.

Nie zostałam tam.

Nie czekając na Willa, sama zabrałam mokrą jeszcze torbę, którą Jason zostawił przewieszoną na krześle, i pokuśtykałam do swojego apartamentu, żeby tam ją rozwiesić do wyschnięcia na specjalnym, metalowym stojaku, który miałam tam rozstawiony.

Niedługo potem Will wrócił do domu.

Widziałam, że jego nastrój nie był fantastyczny, chociaż nie wiedziałam dlaczego tak było, ale też nie pytałam.

Widziałam, że rozjaśnił się na widok rozwieszonej torby, więc mogłam powiedzieć, że poprawiła mu humor.

Co było dobre.

Resztę wieczoru spędziliśmy w salonie, zjedliśmy kolację, pożegnaliśmy się na noc z przyjaciółmi i poszliśmy do mojego apartamentu.

Co doprowadziło nas do teraz.

Kiedy Will masował moją nogę, smarując ją przy tym maścią, opowiedział mi trochę o swoim spotkaniu, chociaż dobrze rozumiałam, że większość z informacji o jego pracy nie będzie nigdy dla mnie dostępna.

Tacy ludzie miewali swoje tajemnice i należało to uszanować, zwłaszcza jeśli wiązało się to z bezpieczeństwem jakichś ochranianym mniej lub bardziej znanych osób.

- Kontaktowałem się z tą psychoterapeutką, Ariel Pedington, do której numer dał nam David - powiedział w pewnym momencie Will, a ja zamarłam w pół ruchu - Możemy do niej pojechać na wstępną rozmowę już pojutrze.

Will patrzył na mnie wyczekująco i z nadzieją, więc wypchnęłam powietrze z płuc, o którym nawet nie wiedziałam, że je wstrzymywałam, a potem pomyślałam chwilę, nieprzerwanie patrząc mu w oczy.

Miał najpiękniejsze oczy świata.

Will chciał, żebym czuła się dobrze.

A ja nadal miałam koszmary.

Więc może właściwym byłoby, żebym chociaż spróbowała porozmawiać z tą kobietą i może ona mi pomoże przejść przez to, co mnie tak naprawdę dręczyło.

- Dobrze - powiedziałam - Umówiłeś się na jakiś termin?

- Nie - mój mężczyzna powiedział to łagodnie i zbliżył się do mnie, by usiąść na brzegu łóżka, gdzie siedziałam, oparta o poduszki, wsparte o zagłówek, pochylić się w moją stronę i oprzeć się obiema dłońmi po bokach mojego ciała - Chciałem o ty najpierw porozmawiać z tobą. Nie zrobiłbym niczego za twoimi plecami.

O, Boże!

Zamrugałam gwałtownie, by odgonić niechciane łzy wzruszenia.

Will dbał o mnie przez cały czas.

Dbał o mój komfort, o moje zdrowie i o moje bezpieczeństwo, a jednocześnie traktował mnie jak równoprawnego partnera, a nie jak głupiutką gąskę, którą trzeba prowadzić za rączkę.

Nie zrobiłbym niczego za twoimi plecami.

Nagle znalezienie słów stało się banalnie łatwe.

- Kocham cię, Wiliamie Tracker - wypchnęłam z siebie, a Will zamarł i tylko patrzył na mnie - Jesteś moim opiekunem, obrońcą, moim wszystkim.

Przełknęłam ślinę i pociągnęłam nosem, zanim kontynuowałam:

- Chcę się z tobą budzić i z tobą zasypiać już zawsze. Zauroczyłam się tobą, kiedy pierwszy raz spojrzałam na ciebie, jak szedłeś w moją stronę na trawniku mojej mamy w strugach deszczu. A potem zakochiwałam się coraz mocniej za każdym razem, jak cię widziałam. Kiedy jechałam z tobą na twoim Harleyu. Kiedy rzuciłeś wszystko, żeby się mną zaopiekować, jak zadzwoniłam do ciebie wieczorem, stojąc sama na ulicy. Kiedy tuliłeś mnie do siebie, jak Anie była w szpitalu. I potem… - przełknęłam ciężko - Każda komórka mojego ciała należy do ciebie, cały mój umysł, moja dusza. Moje serce. Tylko z tobą jestem kompletna. Kocham cię, Wiliam.

Will nie poruszył się, ale po chwili na jego twarzy pojawił się wyraz takiego szczęścia, że nie żałowałam swojego wybuchu, chociaż przez krótki moment bałam się, że było to za wcześnie.

- To dobrze, Słoneczniku - szepnął w końcu mój mężczyzna - …bo ja ciebie też kocham.

Zaśmiałam się przez łzy, ale zostało to przerwane w momencie, kiedy Will pochylił się bardziej i połączył nasze usta w pocałunku najpierw delikatnym niczym dotyk skrzydeł motyla, a potem w naglącym i namiętnym.

Kiedy odsunął się, najpierw na milimetr, a potem nieco dalej, poczułam palące odtrącenie, którego nie mogłam pojąć.

A potem pomyślałam, że przypomniał siebie o tym, że byłam brudna, pomyślał, że byłam żałosna, cokolwiek…

Mrugałam bezradnie, kiedy Will cofnął się o kolejne centymetry, mamrocząc pod nosem:

- Przepraszam, Słoneczniku, musimy przerwać teraz, bo nie dam rady się powstrzymać.

Oddychałam płytko, próbując zrozumieć.

Nie dam rady?

- Tak bardzo cię pragnę - powiedział Will, a wtedy załapałam - A ty jesteś jeszcze..

- Nie! - krzyknęłam zdesperowana - Nie odchodź!

- Nigdzie nie idę - powiedział Will i z powrotem przysunął się o kilka centymetrów, a jego twarz wyrażała zatroskanie.

- Ja też cię pragnę - powiedziałam, wyciągając rękę, by złapać koszulkę Willa i zacisnąć na niej pięść.

- Ale jesteś ranna - szepnął Will, intensywnie wpatrując się w moje usta.

Oblizałam wargi i przełknęłam.

- Wymyślisz coś - powiedziałam, a w moim głosie zabrzmiała wiara i nadzieja, że on by to potrafił zrobić.

To był Will, a mój Will wiedział wszystko.

Jego oczy rozbłysły.

Zsunął się nieco niżej na łóżku, więc jego usta znalazły się na mojej szyi, by wędrować coraz to bardziej w dół mojego ciała, kiedy szeptał:

- Nie ruszaj się, a przynajmniej nie ruszaj prawą nogą…

Jęknęłam, kiedy jego usta przesunęły się po krawędzi mojej koszulki tuż nad prawą piersią i podniosłam niecierpliwie biodra w jego stronę.

- Abigail… - ton Willa był ostrzegawczy, a głos był niski i warczący - nie ruszaj się, bo przestanę.

- Nie, proszę - sapnęłam i odchyliłam głowę, wbijając jej tył w zagłówek - Wiliam, proszę, więcej!

- Uwielbiam, jak tak mówisz moje imię - zawarczał, podniósł moją koszulkę od piżamy i poczułam jego usta na sutku.

Boże, jak ja za tym tęskniłam!

- Wiliam - jęknęłam głośniej.

- Krzykniesz moje pełne imię, jak będziesz dochodziła - warknął znowu Will, a ja poczułam bardzo miły skurcz między nogami.

Poczułam jego palce na żebrach, potem wyżej, a moja koszulka powędrowała z nimi.

- Ręce do góry - usłyszałam rozkaz, a moje ciało zareagowało natychmiast i ręce same powędrowały mi nad głowę.

Nie potrafiłam sformułować ani jednego słowa, więc tylko jęczałam, mruczałam i wydawałam z siebie stęknięcia.

Kiedy miałam nagi tors, moje dłonie powędrowały do klatki piersiowej Willa i wtedy opuściłam głowę, by objąć ją zamglonym wzrokiem, ale nie zobaczyłam jej.

Will nadal był w koszulce, którą założył do spania.

- Też chcę - udało mi się wyjęczeć, szarpiąc lekko jego koszulkę.

Will nie kazał mi błagać.

Cofnął się, skrzyżował ręce, a potem pociągnął swoją koszulkę do góry i oto miałam dostęp do jego nagiego ciała.

Przyłożyłam tam dłonie.

Pod palcami poczułam gładką, ciepłą skórę, pokrywającą silne, drgające mięśnie, a na niej szorstkie, drażniące włoski.

Do ust napłynęła mi ślina, więc przełknęłam, oblizałam się, a potem przechyliłam, by go pocałować, ale nie dałam rady.

Bowiem Will zgiął się, zsunął niżej wzdłuż mojego lewego uda i zaczął pieszczotliwie przeciągać wargami po moim brzuchu.

Automatycznie wygięłam szyję i tył mojej głowy ponownie wbił się w zagłówek, kiedy w myślach krzyknęłam - Tak!

Will położył palce obu dłoni na brzegu moich spodenek od piżamy i poczułam delikatny podmuch, kiedy zaszeptał - Tak?

- Abigail, Tak? - ponaglił głośniej, kiedy nie odpowiedziałam.

- Mhm - wymamrotałam, już podniecona tak bardzo, że przestraszyłam się, że jeden jego dotyk w moim najwrażliwszym miejscu sprawi, że dojdę.

Moje spodenki pojechały niżej i niżej, a potem odrobinę uniosłam biodra i to wystarczyło, żebym była naga.

Will przeciągnął moje spodenki bardzo ostrożnie przez opatrunek, kiedy starałam się nie poruszać, pamiętając jego groźbę, że przerwie.

Wyprostowałam głowę, zamglonym wzrokiem namierzyłam jego plecy, kiedy to robił i dyszałam z podniecenia.

Boże, jaki on był gorrrący!

Will spojrzał na mnie rozpalonym wzrokiem, kiedy westchnęłam przejęta tym, co właśnie zobaczyłam, uśmiechnął się równie gorącym półuśmiechem, a potem jego usta opadły znowu na mój brzuch.

Mój mężczyzna podniósł się na klanach, złapał moją lewą nogę pod kolanem, zgiął ją i wszedł kolanami między moje uda.

Patrzył mi prosto w oczy i nie czułam się zawstydzona, nie było to niekomfortowe, że Will widział mnie taką, oglądał moją nagość, bo to był Will.

Chciałam go.

- Abigail - mężczyzna powiedział cicho, ale z naciskiem - Jesteś pewna, że to jest  w porządku?

- Tak - stęknęłam trochę zniecierpliwiona - Wiliam, proszę, chcę tego!

Znowu pochylił swoje ciało nad moim, a potem - Tak! - poczułam jego oddech, wargi, a w końcu język na mojej cipce, szparce i… na łechtaczce!

- Och! - krzyknęłam, a świat zawirował mi przed oczami.

Czekałam na to trzy cholernie długie lata.

Próbowałam kilka razy zrobić to sama, ale nigdy nie osiągnęłam takiego efektu, zawsze była to namiastka tej przyjemności, jaką potrafił dać mi On.

Nie wiedziałam, co robił, jak to robił, ale już po kilku minutach zadrżałam, przyjemność skumulowała się w moim brzuchu, a potem rozlała się po moim ciele, powodując skurcz mięśni brzucha, mroczki przed oczami, zawroty głowy, a na końcu, ostatecznie, wreszcie wybuch!

 - Wiliam! - krzyknęłam, zanim - Ooooch! - zawyłam swój szczyt rozkoszy tak głośno, że później przez to bolało mnie gardło.

Będąc jeszcze we mgle mojego orgazmu, zarejestrowałam, że mój mężczyzna wyciągnął się wzdłuż mojego ciała, przyciągając mój lewy bok do swojego frontu i gładząc moje plecy.

Kiedy nieco oprzytomniałam, przycisnęłam usta do jego skóry u podstawy gardła, a Will zgiął szyję i postarał się spojrzeć mi w oczy.

- Słoneczniku? - spytał, a jego głos był dziwną mieszanką triumfu, troski i szczęścia.

 - Dawno cię nie miałam - wyjaśniłam mu nieco zawstydzona.

- Widzę - szepnął, a potem połączył nasze usta, jakby dawno tego nie robił.

Pomyślałam, że powinnam mu się zrewanżować za tę rozkosz, jaką od niego dostałam, ale, zanim zdążyłam cokolwiek zrobić, zasnęłam.

*****

Następnego dnia rano…

Kiedy się obudziłam, wiedziałam od razu, że było inaczej.

Spałam nago na moim prawie nagim mężczyźnie, a moje ciało było zrelaksowane, zaspokojone i byłam szczęśliwa.

Bardziej szczęśliwa niż poprzedniego dnia, chociaż dzień wcześniej nie myślałam, że to w ogóle było możliwe.

- Dzień dobry, Słoneczniku - odezwał się Wiliam, chociaż nie poruszyłam się, więc nie wiedziałam, skąd wiedział, że nie spałam.

Czubki jego placów błądziły po moim ramieniu.

- Dzień dobry, Wiliam - odparłam.

Will zamruczał z zadowolenia, a potem wyciągnął swoje ciało spod mojego i przekręcił się, by być nade mną.

- Lubię to, jak tak do mnie mówisz - wymamrotał, zanim jego usta znalazły moje, by wziąć je w mocnym, głębokim, mokrym pocałunku.

Kiedy skończył, dyszałam.

- Czy mogę dzisiaj z rana zrewanżować ci się za wczoraj? - zapytałam ochrypła z podniecenia, a moim głosie brzmiała nadzieja.

- Ale nie możesz poruszać prawą nogą - zastrzegł Will, a w jego tonie zabrzmiała troska.

- To może ja będę leżała, a ty się będziesz poruszał nad moją głową? - zaproponowałam i uciekłam wzrokiem od jego oczu z zawstydzenia, a na policzki wypłynęło mi gorąco.

Bez wątpienia byłam całkiem czerwona, bo nie wiedziałam, skąd taki pomysł przyszedł mi do głowy.

- Ktoś tu jest niegrzeczny - zamruczał Will, ale brzmiało to jak zadowolone mruczenie kota.

Wtedy pomyślałam, że Will takim był.

Był dzikim, tylko trochę udomowionym kotem.

Nie miałam czasu na zastanawianie się nad tym, bo Will nagłym ruchem zdjął z siebie spodnie od piżamy, uwolnił swoją naprężoną męskość i przyklęknął przy mojej głowie.

- Jak mam się nie ruszać… - zaczęłam z żartobliwą groźbą w głosie - to musisz dać mi go do ust i poruszać się, trzymając moją głowę.

- Kurwa! - syknął Will, a ja zamarłam z rozchylonymi ustami - Przepraszam Abi, ale nie mów takich rzeczy, bo dojdę, zanim cokolwiek zaczniemy robić.

Już się więc nie odezwałam, tylko pozwoliłam mu robić to, co chciałam, żeby zrobił, bo i tak to on wiedział, jak to zrobić.

Po raz pierwszy w życiu poczułam smak penisa na języku, a Will mówił mi, jak go układać, żebym nie czuła dyskomfortu.

Jego reakcje były takie seksowne, że miałam mokro między nogami i ledwie się hamowałam, by nie poruszać biodrami w rytm jego ruchów.

Jego podniecenie i rozkazy, powodowały, że to wszystko było jeszcze bardziej intymne, podniecające i dające więź, o jakiej nie marzyłam.

A tuż przed spełnieniem, Will ostrzegł mnie krótkim - Teraz - gwałtownie odsunął się od moich ust i jego nasienie zalało moje piersi.

Nie mogłam przestać się szczerzyć jak głupol.

Byłam zachwycona.

Dałam mu to.

Will przesunął kolana tak, by znalazły się obok mojego uda, spojrzał na moją klatkę piersiową dziwną miną, a potem roztarł tam spermę otwartą dłonią i pocałował mnie w usta.

- Marzyłem o tym wiele razy - wyznał - Dziękuję ci.

- Nie ma za co - powiedziałam łagodnie, a potem wyznałam ze wstydem - Ja też o tym marzyłam.

Może nie całkiem o tym, bo nigdy tego nie przeżyłam, więc nie umiałam sobie tego wyobrazić, ale na takie wyznania miał przyjść czas później.

Will podniósł mnie, trzymając jedną ręką pod kolanami, a drugą pod plecami, poszedł do łazienki, umył nas i wytarł moje ciało, a potem swoje i przez cały czas był bardzo cichy, zadumany.

Trochę mnie to niepokoiło.

Znowu bałam się, że mógł pomyśleć o tym, że byłam brudna, żałosna albo jedno i drugie naraz.

- Pamiętasz jak powiedziałem, że otaczałaś mnie kolorami? - Will zapytał w końcu, po czym spojrzał niepewnym wzrokiem w moje oczy, a ja przytaknęłam.

- Takie rzeczy też sprawiają, że czuję, że moje życie jest bardziej barwne, że otaczasz mnie kolorami - wyjaśnił, a ja nieomal otworzyłam usta w zdumieniu, bo to nie przyszło mi do głowy.

Do tej pory traktowałam jego stwierdzenie dosłownie.

Teraz przyszedł czas na refleksję.



2 komentarze: